niedziela, 11 listopada 2018

Facjata z penisem na czole


  Nie żebym przeżywał, albo tym bardziej obgryzał paznokcie ze zdenerwowania, ale skoro to wyszło, a na domiar wszystkie, niemal jak „cudowny znak” od Boga, pojawia się akurat odpowiedni artykuł w tym samym temacie, trudno się nie odnieść do niby już przebrzmiałego problemu „obrazy uczuć religijnych”. Nie tak dawno w Irlandii zlikwidowano paragraf, który penalizował tych, którzy odważyli się bluźnić. Świat idzie z postępem. Świat – nie Polska katolicka.

  U nas zdaje się być trend w drugą stronę. Gdy mój blogowy znajomy napisał, że za bluźnierstwo należy stosować przemoc fizyczną, nie mogłem wyjść ze zdumienia, bo to przecież gorliwy katolik. Tłumaczył to obroną wiary, ale mnie wcale, ale to wcale nie przekonał. Jakem ateista, za dobrze znam Pismo Święte, aby znaleźć w Nim usprawiedliwienie dla takich pomysłów. Jezus mówi wyraźnie i jednoznacznie: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” [Mt 5, 10]. Polski Kościół takich słów nie uznaje, dla tego Kościoła – Jezus się ewidentnie pomylił. Więc mamy absurdalny zapis prawny o obrazie uczuć religijnych. Absurdalny dlatego, że bluźnierstwa nie da się zmierzyć, a nawet dokładnie zdefiniować. Według Słownika Języka Polskiego: „znieważanie (słowem lub czynem) czegoś powszechnie szanowanego, szczególnie tego, co religia uznaje za święte (sacrum)”. Powszechnie szanuje się również przyrodę, dla niektórych jest wręcz święta. Czy drwal ścinający dzrewo, mając zezwolenie bluźni? A tak, jest owo religijne sacrum. Teraz fragment tylko dla dorosłych. Gdy moja dziewczyna w czasie orgazmu krzyczała: „O Boże! Jak mi dooobrzeee!”, to czy ona bluźniła, czy wyrażała podziękę Bogu za ten orgazm? A należała się mnie. Powinienem zawiadomić prokuraturę, czy uklęknąć do modlitwy? Ok, to żart bez sensu, nie popadajmy w paranoję.

  Napisałem, całkiem świadomie i z premedytacją, że wiara jest irracjonalna, i choć nie obraziłem sacrum i tak większość dała mi delikatnie do zrozumienia, że bluźnię. Gdyby nie to, że ja tak w odniesieniu do słów pewnego kaznodziei, może by i jakiś donosik się znalazł. Problem w tym, że ja czasami podważam nawet Absolut tego sacrum, i właściwie nic, choć mi się w komentarzach za to oberwie w inny sposób. Tak naprawdę trudno wyznaczyć granicę tego, co jest już bluźnierstwem, a co jeszcze dopuszczalną krytyką, którą i tak często określa się mianem krytykanctwa. Właściwie nie powinno być żadnych wątpliwości – niech w przypadku obrazy uczuć religijnych spór rozstrzygnie prokurator i sędzia. I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Nawet najlepszy prokurator, nawet najsprawiedliwszy sędzia  nie są szkoleni w umiejętności „ważenia” uczuć, nawet tych religijnych. Ich oskarżenia i wyroki odnośnie tego „ważenia uczuć” należy też traktować w kategorii pełnej i osobistej subiektywności. Najśmieszniejsze jest to, że w imię chrześcijańskich wartości wszyscy zapominają jaki jest stosunek ich Boga do bluźnierstw. Owszem, tenże Bóg zapowiada najsurowszą karę, ale sam sobie przypisuje wyłączność oceny tego czynu, jak i możliwość wymierzenia kary. Wiernym nakazuje stoicki spokój i ignorowanie bluźnierstw. Tymczasem powszechną reakcją wszystkich na bluźnierstwo czy obelgę, tu dodam, że nie tylko wiernych (nawet ja siebie w to grono wpiszę) jest natychmiastowa reakcja obronno-zaczepna, najlepiej taka, aby obrażającemu „w pięty poszło”.

  Mnie osobiście taka reakcja wydaje się w pełni naturalna, dlatego twierdzę, że mnie trudno obrazić, gdyż owa reakcja obronno-zaczepna (celna riposta, nawet jeśli tylko w mojej ocenie) jest jak miód na zbolałe serce. Oczywiście do pewnych granic, bo jeśli ktoś bluzga tylko po to, aby bluzgać bezsensownym jadem, ja już na tak „wysoką” półkę intelektu nie sięgam. Nie pamiętam już gdzie, czytałem wypowiedź pewnej siostry zakonnej, która w sytuacji bluźnierczej napaści zaleca cnotę cierpliwości i zmilczenie. Nawet jestem gotów przyznać jej rację. To też jest metoda, nawet dobra, choć mam wrażenie, że tylko dla tych, którzy złożyli śluby zakonne. W zakonach gdzie istnieje obowiązek milczenia. Krew nie woda, lubi się burzyć, adrenaliny tez nam natura, sorry, Bóg nie poskąpił. Tłumienie uczuć źle wpływa na nasze zdrowie i to nie tylko te psychiczne. Popędy trzeba zaspakajać, oczywiście w ramach rozsądku, którego nie wolno mylić z nakazami religijnymi. A skoro jestem przy nakazach, religie chrześcijańskie nakazują postawę pełnej pokory, co nijak ma się do paragrafu o obrazie uczuć religijnych. Inaczej mówiąc, nauki Kościoła mocno się w tym temacie zagmatwały. Popularny slogan o obronie wiary jest dziś opacznie rozumiany. Słowo „obrona” nie jest równoznaczne słowu „atak”, tymczasem Kościół atakuje wszystko, co nie chrześcijańskie, nawet jeśli ta niechrześcijański=ość w żaden sposób do tej religii się nie odnosi. Klasycznymi przykładami z naszego podwórka to atak na małżeństwa świeckie i związki partnerskie, stosunek do in vitro, antykoncepcji a nawet do aborcji. To nie są elementy życia społecznego, które ktoś katolikom narzuca, tym bardziej zmusza do stosowania. Podobnie jest z kulturą i sztuką, szczególnie tą, która jest rzekomo bluźniercza. Nie ma żadnego przymusu jej oglądania w odróżnieniu od symboli religijnych w przestrzeni publicznej.

  Mnie mierzi widok zwłok rozciągniętych na krzyżu. Choćbym chciał, nie widzę w tym nic pięknego, ani tym bardziej wzniosłego. W znaczeniu moralnym mam wręcz drastyczne skojarzenia. Na tej samej zasadzie nie będę się zachwycał bohomazem, który przedstawia jakąś facjatę z penisem na czole. Różnica jest jednak ogromna. Ten bohomaz to ja mam szansę zobaczyć najwyżej na jakimś wernisażu (dlatego chodzę z wielką ostrożnością), natomiast krzyż to ja muszę oglądać niemal już wszędzie i nie wolno mi złego słowa powiedzieć.


czwartek, 8 listopada 2018

Ateizm – ideologia ludobójstwa


  I znów komuś przeszkadza ateizm. Mój blogowy oponent zwrócił mi uwagę na pewien artykuł, pewnie po to, aby mi udowodnić, jak bardzo jest miałki ten mój światopogląd, oraz jaką zbrodniczą ideologię sobie wybrałem. Rzekłbym: nie pierwszyzna, tym bardziej, że dość powszechna w szeregach wierzących ze wskazaniem na chrześcijaństwo. Ów artykuł ukazał się na portalu Pch24.pl, i jest zatytułowany „Ateizm, czyli urojona wizja człowieka”1, ks. Marka Dziewieckiego, o którym piszę w poprzedniej notce. Trudno się odnieść do całości od razu, bo musiałbym opublikować elaborat nie do strawienia jak na notkę na blogu. Będą dwie lub trzy, każda w innym temacie. Dziś – tak jak w tytule.

  Ks. Dziewiecki pisze: „Ateiści nie reagują na najbardziej nawet oczywiste argumenty, które wykazują irracjonalność przyjętego przez nich systemu przekonań (...) Każdy z ateistów jest kopią innego ateisty. (...) Wygląda na to, że o ludobójstwach dokonanych przez ateistów wiedzą wszyscy poza… ateistami. Żaden ze spotkanych przeze mnie ateistów nie powiedział, że przeprasza za zbrodnie dokonane przez systemy ateistyczne i że on sam próbuje wyciągać wnioski z najnowszej choćby historii1.

  Jeśli mowa o irracjonalności, to trudno o bardziej irracjonalną postawę niż wiara w byty niematerialne a sprawcze, o których się twierdzi, że poznać ich nie można, gdyż stoją zdecydowanie wyżej niż my, ale jednocześnie wierni, pełni niezachwianej pewności, dokładnie wiedzą, czego one od nas oczekują, nie mając z nimi żadnego kontaktu, poza wyimaginowanym.  Tak jest dokładnie z Bogiem chrześcijańskim. Odłóżmy jednak Boga na bok i przypatrzmy się ateizmowi w odniesieniu do religii. Tu albo ks. Dziewiecki jest ignorantem, ale celowo kłamie. Innej alternatywy nie ma. Ateizm nie posiada  żadnego systemu przekonań – ogranicza się tylko do jednego przekonania: nie ma bytów niematerialnych a sprawczych. Do tego trzeba koniecznie dodać, ze ateiści w swych pozostałych poglądach na świat są zdecydowanie bardziej zróżnicowani od wierzących, bo też nikt nikomu jakichś spójnych poglądów nie narzuca. Inaczej jest w religiach, tam nie tyle wszyscy myślą tymi samymi kategoriami, ile jest to wręcz nakazane. Poprzez indoktrynację od przedszkola do samej śmieci, drukuje się mózgi według jednej sztancy, choć czasami zdarzają się błędy w kopiach tych sztanc, stąd tyle odłamów chrześcijaństwa.

  W odróżnieniu od ks. Dziewieckiego, który w religii widzi tylko miłość, i tylko Bożą, ja mam świadomość tego, czego dokonał komunizm. Piszę komunizm, a nie ateizm z pełna premedytacją. Faktem jest, że komunizm opierał się na ateizmie w sensie negacji istnienia bogów, tyle, że jest drobny, ale istotny szczegół. Komunizm tworzył się na modelu religii, w którą wprzągł  ateizm, co w samo w sobie jest jakby herezją ateizmu. Przypomnę definicję herezji, aby sprawa była jasna: herezja to doktryna religijna odrzucana przez Kościoła jako błędna. Innymi słowy, komunizm jest całkowicie błędny w stosunku do ateizmu. Twierdzić, że komunizm jest ideologią ateizmu, to tak jak zarzucić chrześcijaństwu satanizm. Nawiasem mówiąc byłoby w tym drugim przypadku więcej prawdy niż w pierwszym. Jeśli jakąś ideologię cechuje powstawanie niezliczonych ilości herezji, nie bójmy się słów i faktów, bez wątpienia należy do niej ideologia chrześcijańska. W tej materii można śmiało rzec, że przy tej religii komunizm to mały pikuś. Oczywiście nie w kategorii skutków, bo byłbym hipokrytą, bo sam bym zakłamywał rzeczywistość, gdybym twierdził, że skala zbrodni komunizmu nic nie znaczy. Choć na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę czasokres trwania ludobójstwa komunizmu (dokładnie jeden wiek), a czasokres trwania krwawej ekspansji chrześcijaństwa (około dziesięć wieków), jeśli wziąć pod uwagę metody i możliwości „techniczne” zabijania innych i swoich – ta różnica wcale nie jest taka oczywista.

  Napisałem, że komunizm uczynił z ateizmu religię, co za moment wyłuszczę, i dlatego śmiem twierdzić, że to religie w sensie instytucjonalnym, a nie przekonanie o nieistnieniu bogów, są przyczyną wynaturzeń ludzkości, w tym najgorszych z możliwych, ludobójstwo  Komunizm nie tyle zabijał za wiarę ile za sprzeciw wobec tej ideologii, paradoksalnie nawet jej twórców. Aby potwierdzić religijność komunizmu posłużę się bardzo prostymi analogiami:

- papież – I sekretarz partii. Najbardziej znany to Stalin, którego tak czczono, jak Polacy czcili Jana Pawła II;
- Święte Oficjum kardynalskie – Komitet Centralny partii;
- Sobory – zjazdy partii pod przewodnictwem Komitetu Centralnego;
- kapłani – komisarze ludowi;
- święci – bohaterowie ZSRR, nie sposób ich wszystkich wymienić tak jak w Kościele katolickim;
- Święte Księgi – dzieła Marksa i Engels jako Biblia, dzieła Lenina jako Katechizm;
- główne święta – 1 maja (odpowiednik Bożego Narodzenia), rocznica Rewolucji Październikowej (odpowiednik Wielkanocy);
- Msza święta – zebrania partyjne;
- procesje i pielgrzymki – marsze, wiece i defilady;
- Spowiedź święta – zeznania przed funkcjonariuszami NKWD;
- ewangelizacja i misjonarstwo – emisariusze z hasłem: „proletariusze wszystkich krajów – łączcie się”;
- modlitwa – nawet prawosławne babcie do dziś się modlą za Stalina i Rosję sowiecką;
- pierwszy modlitewnik – książeczka partyjna;
- nauka religii młodzieży – Komsomoły;
- komunista (uczestnik I Komunii Świętej spożywający pierwszy raz Komunikat) – komunista (pierwsza w życiu setka spirytusu zakąszanego ogórkiem);
- pieśni religijne – tyle ich było, że już nie ośmielę się wymienić;
- jeśli jakieś podobieństwo pominąłem, można dodać...
Jasno widać wyraźne podobieństwa komunizmu do religii chrześcijańskiej w sferze organizacyjno-rytualnej. Jeśli do tego dodać to samo dążenie do opanowania świata...

  Teraz mam retoryczne pytania do ks. Dziewieckiego i jemu podobnych: czy Kościół katolicki kiedykolwiek przepraszał za herezje powstałe w łonie tego Kościoła, i czy kiedykolwiek wyciągnął w związku z nimi jakiekolwiek wnioski? Bo dziś prawdziwy ateizm odżegnuje się nie tylko od komunizmu, ale od wszelkich prób tworzenia z niego religii. Tymczasem nad Kościołem wisi widmo kolejnego rozłamu. Owszem, powstają jakieś tam stowarzyszenia  o charakterze ateistycznym, gdyż ludzie zawsze mają pragnienia stanowić jakąś grupę o wspólnych poglądach na jakąś sprawę. Te grupy jednak nie mają charakteru obowiązkowego, ogólnego, czy narzuconego odgórnie. Ich istnienie jest daleko różne od wszystkich stowarzyszeń chrześcijańskich, i jeszcze bardziej dalekie od prowadzenia działalności ewangelizacyjno-ateistycznej. Jeszcze jedno różni ateizm od religii. Pierwszy optuje za neutralnością światopoglądową, nie wykluczając prawa istnienia innych, religia katolicka ma tendencję do przymuszenia wszystkich do swego światopoglądu, a jeśli to niemożliwe, posługuje się kłamliwą deprecjacją innowierców i niewierzących.


Przypisy:
1 - https://www.pch24.pl/ateizm--czyli-urojona-wizja-czlowieka,13259,i.html


poniedziałek, 5 listopada 2018

Bo jeśli kochać, to tylko jako ateista...


  „Jeśli nie wierzysz w Boga, nie masz żadnych intelektualnych nawet możliwości , żeby wierzyć w miłość. Bo skąd by się wzięła miłość? Jeśli nie jest w tobie, nie jest w niej, nie jest we mnie, to nie ma. Chyba, że jest ktoś, kto jest miłością [Bóg – dopisek mój]. (...) więc jeżeli jakiś ateista kocha, to pytam: dlaczego? Przecież to jest bez sensu z twojej perspektywy, człowieku. Bo robisz coś wbrew naturze. W naturze wszystko co żyje chce walczyć o siebie. A miłość mówi: jestem darem dla ciebie. Absolutnie anty-natura, anty-materia1. Chciało by się rzec, nie ukrywając ironii: tyle słów ewangelii miłości w wersji księdza Marka Dziewieckiego na dzień dzisiejszy.

  Pierwszym symbolem chrześcijaństwa była ryba, tylko jakoś tak nikt nie uprzedził, że ta ryba to rekin. I pewnie dlatego ten symbol zamieniono na krzyż, który mnie się kojarzy z narzędziem zadawania bardzo haniebnej śmierci. Aby uniknąć ataku rekina wystarczy nie wchodzić w ich żerowisko. Od krzyża nie uciekniesz, czego przykładem jest wypowiedź ze wstępu notki. Piszę o tym nie bez przyczyny, mamy właśnie happening ateistów (w żadnym razie nie mylić z jakimś świętem), którego hasłem jest: „Jesteśmy dobrzy bez Boga”. To ma związek z egzekucją niejakiego Kazimierza Łyszczyńskiego, pierwszego znanego ateisty polskiego. Najpierw odcięto mu dłoń, która pisała bluźniercze teksty, później wyrwano mu język, który mówił, że Boga nie ma, aż wreszcie ucięto mu głowę, za to, że w niej zrodziła się taka myśl. Dodam, że donos na Łyszczyńskiego złożył znajomy katolik, chcący za nagrodę wykupić swój dług zastawny. I to był realny przejaw pięknej miłości do bliźniego w wersji chrześcijańskiej, opartej na miłości Boga do ludzi. I nie bójmy się przyznać, że do takiego przejawiania boskich uczuć, wielu ortodoksów chrześcijańskich chętnie by wróciło. No, może nie aż tak drastycznie, ale jakieś małe, byle dożywotnie wygnanko w zastępstwie ścinania głów by wystarczyło. Po śmierci przygotowano dla ateistów wieczne piekło, więc jakby już problem z głowy. Nie będzie nam niematerialny duch ateisty mącił myśli, wystarczy niezliczona armia niematerialnych diabłów, która przynajmniej wierzy w Boga.

  Pycha i zadufanie ks. Dziewieckiego budzi mój niekłamany podziw. Człowiek, który może w życiu zaznał tylko miłości rodzicielskiej (ale to tylko przypuszczenie), wie czym jest prawdziwa miłość, miłość której nikt nie widział, a o której krążą li tylko mity. I wie, że kto w Boga nie wierzy, nie jest w stanie jej osiągnąć, choć jednocześnie wiadomo, że Boskiego absolutu w miłości też osiągnąć się nie da, nawet gorliwie wierząc. Może w niebie, jeśli jest, ale mowa jest o życiu na ziemi tu i teraz. Ja bym na tego księdza nie zwrócił uwagi, oszołomów wszak nie brakuje nawet wśród ateistów, ale w podobnym tonie wypowiada się papież Franciszek, który tu już mi się naraził ostatecznie, choć do tej pory miałem o nim dość dobre mniemanie. Mówi: „Bóg jest związany z nami nierozerwalnym przymierzem, umiłował nas, kocha nas i będzie nas miłował na zawsze2. Cóż, jako obserwator tego miłowania z boku, mam wrażenie, że coś jest w tym zwichrowanego. Wystarczy poczytać Biblię, a szczególnie Stary Testament. Tu mam jednak zastrzeżenia do czegoś innego. Czy prawdziwa miłość jest dostępna po zawarciu przymierza, czy też przychodzi do nas niespodziewanie, niczym nieskrępowana? Przymierze, nawet to najlepsze, generuje jakiś przymus, jeśli miłość ma polegać na przymusie, moje pełne „uznanie” dla tak kochających. Naprawdę żal mi was, którzy tak pod przymusem, sorry, przymierzem kochacie.

  W odniesieniu do Jezusa nie jest inaczej. Jak mówi papież: „Jezus nauczył, że miłość Boga i miłość bliźniego są nierozłączne, a nawet co więcej, wspierają się nawzajem. Przeżywane razem, są prawdziwą siłą człowieka wierzącego3. Jak dla mnie, jest to zaproszenie do miłosnego trójkącika, ale nie wnikam. Bardziej tu chodzi o zwykłą (raczej niezwykłą, bo chrześcijańską) miłość do bliźniego, której przykład podałem w akapicie o Łuszczyńskim. Niestety takich przykładów można mnożyć w nieskończoność. Deprecjacja tych, którzy inaczej rozumieją miłość bliźniego, już nie tylko ateistów, ale i innowierców, ba!, nawet tych w łonie samego chrześcijaństwa, jest wręcz powszechna, przy czym stale nakręcana najczęściej przez tych, którzy tak wzniośle mówią o Bożej miłości. Zastanówmy się przez chwilę, czym jest, jak widzimy miłość do bliźniego i dlaczego Bóg jest tu absolutnie zbyteczny. Nie ulega wątpliwości, że w sferze uczuć nikt od nas nie wymaga takiego emocjonalnego związku z bliźnim jak miłość do rodziców, współmałżonka, czy własnych dzieci. W sferze relacji międzyludzkich, nikt nie wymaga od nas, abyśmy wszystkich bliźnich traktowali jak bliskich przyjaciół, czy nawet dobrych znajomych. Owa miłość bliźniego wymaga tylko wzajemnej tolerancji i szacunku. Niby niewiele, niby osiągalne bez żadnego dodatkowego wysiłkuego, a jednak mam wrażenie, że to jest stan nieosiągalny dla wierzących poszczególnych, a różnych religii. Czy zastanawiał się ktoś kiedyś, dlaczego tak się dzieje? Bo mimo wyjątków, które powodowane są zupełnie innymi względami, jest to zjawisko zdecydowanie powszechne. Ja znam tylko jedną przyczynę tego stanu rzeczy. Jest nią, jak to pięknie ujął Radomenes II, bardziej „mojszy” Bóg ze swoją miłością. To przez tę „mojszość” tracimy przyzwoitość w okazywaniu najprostszych uczuć ludzkich jakimi są tolerancja i szacunek do innych, a które da się okreslić zwrotem "miłość bliźniego".

  Na portalu Deon.pl jest publikowany we fragmentach blog siostry Michaeli Pawlik, misjonarki, która pisze tak: „Pan Jezus nie mówi o nawracaniu, lecz o głoszeniu Jego orędzia4. I choć z całą treścią jej wpisu trudno mi się zgodzić, gdyż ona też nie rozumie na czym polega miłość bliźniego, pod tym jednym zdaniem się podpiszę, choć nie dlatego, że uznaję Jego orędzie. W słowach: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”  jest wielka miość do bliźnich, choć niestety, brak im tolerancji i szacunku, gdyż ten fragment ewangelii św. Mateusza kończy się słowami: „udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” [28, 19-20]. Wystarczyłoby dodać: „jeśli tylko tego chrztu zechcą”. Niestety, tego katolicka wersja miłości bliźniego nie przewiduje.






piątek, 2 listopada 2018

Kremacja - pożar dechrystianizacji


  Niejaki Goerge D. miał wielu przyjaciół i był przez nich bardzo lubiany ze względu na elokwencję, która czyniła go doskonałym gawędziarzem. A ponieważ był inteligentny, słuchało się go z przyjemnością. Nie zanudzał i innych prowokował do dyskusji. Niestety, jak to w nomen omen życiu bywa, zmarło mu się w słusznym wieku, czym wywołał olbrzymi smutek tychże przyjaciół. Wszyscy szykowali się do uroczystego pogrzebu... a tu nic. Nie wiadomo czyja to była decyzja, jego czy żony, dość, że ciało Georga zostało poddane kremacji i nie odbyła się żadna uroczystość pogrzebowa, choć oboje z żoną byli katolikami. Mnie to nie dziwi, ludzie pokroju Georga uwielbiają czynić przyjaciołom niespodzianki.

  Żona Joanne złożyła prochy męża do urny w kształcie książki i postawiła ja na regale biblioteczki. Według mnie romantycznie, choć z lekką przesadą, mógłby się ktoś pomylić i otwierając książkę, wysypać te prochy na dywan. Zresztą, po cholerę takie prochy trzymać w domu, modlić się za zmarłego można w każdym miejscu, nie tylko nad prochami. Byłoby jeszcze bardziej romantycznie rozsypać je na falach mórz i oceanów, albo  na skalistym zboczu góry. Ja jednak nie wnikam i nie oceniam. Za to od oceny nie potrafił uciec pewien katolicki pisarz, Nelson Fragelli. Pozwolę sobie przytoczyć uroczy fragmencik: „Nikt nie mógł pomodlić się nad grobem przyjaciela, przynieść kwiatów, powspominać wspólnych rozmów, wspólnych niedziel, jego wykwintnej konwersacji. Zażyła relacja przyjaźni domagała się tego prostego aktu szacunku. Ale nie było to możliwe. Płomienie, które gwałtownie i natychmiast obróciły w proch jego ciało, zdawały się, że pochłonęły również wspomnienia o nim. O dwadzieścia centymetrów ponad prostackimi komediami czy innymi nieprzyzwoitymi opowieściami emitowanymi przez telewizor spoczywał Georges, wraz z całą swoją życzliwością i pulsującą energią. W takim otoczeniu nie można było odmówić choćby Zdrowaś Maryjo za jego duszę1. Straszne...! Tak swoją drogą widzieliście kiedyś zmarłego, pulsującego energią”? A może mi ktoś wytłumaczy, po co zmarłemu kwiaty wąchać od spodu? A może ktoś ze zmarłym wspominał „wspólne rozmowy i konwersacje”? I najważniejsze – czy Zdrowaś Maryjo – jest odmawiana dla prochów, czy dla duszy zmarłego (jeśli istnieje)? Cóż, bez względu na to, jakie poznam odpowiedzi, sądzę, że ów pisarz po prostu odpłynął.

  W tym miejscu wrażliwi czytelnicy powinni ten akapit pominąć. Bo ja się zastanawiam w czym jest więcej estetyki, jeśli w tym przypadku w ogóle można mówić o estetyce: w prochu po błyskawicznie spalonym ciele, czy w gnijących, pożeranych przez bakterie i robactwo  zwłokach? Skutek tego pożerania będzie taki, że pozostaną ze zwłok kości, paznokcie i włosy, sarkastycznie dodam: też cóś pięknego. Tak pięknego, że zakopujemy zwłoki do ziemi, aby ich nie oglądać. Zamiast bliskiego, przyjaciela będziemy od teraz podziwiać wygładzone kamienie. Możemy też z tymi kamieniami pogadać. Podobno tego nam brakuje. Nieboszczykowi też... Ów Fragelli zadaje pytanie: „Po co odrzucać pogrzeb i sakralny wymiar pochówku na rzecz brutalnego, natychmiastowego zniszczenia ciała?”. I w tym miejscu nie mogę wyjść z podziwu. Czyżby sakralny pogrzeb był mniej brutalny od kremacji? Czyżby nieboszczyk był świadomy tego, co się z jego zwłokami dzieje? Nawet gdyby był, jestem głęboko przekonany, że wrzeszczałby niesłyszalnym głosem: nie dajcie mnie zeżreć robakom! Tylko kto by się tam głosem nieboszczyka przejmował...

  Tradycja pochówku, grzebania zmarłych, nie jest pomysłem chrześcijan. Gdyby nie groby, nic byśmy nie wiedzieli o naszych prapraprzodkach. Archeologowie nie mieliby czego szukać w ziemi.  A wyniki takich wykopalisk wiele mówią o kulturze, w której żył zmarły. Ciekawe czy w przyszłym tysiącleciu, albo i dalej, też będą szukać? Na pewno oprócz kości i włosów znajdą paciorki różańca, co ewidentnie będzie wskazywać na epokę katolicyzmu i prawosławia. Nie wiem na pewno, protestanci raczej go nie używają.  Niemniej wydaje mi się, że jeśli u władzy nie będzie PiS-u, nikt już za ekshumacją nie będzie tęsknił. Nasza epoka ma wiele innych źródeł świadczących o naszej kulturze. Równolegle z tradycją pochówku kształtowała się kultura palenia zwłok, uznawana za pogańską, choć w mojej ocenie była zdecydowanie bardziej racjonalna. Z duchami przodków kontaktowali się na różne inne sposoby i nie musieli dbać o nagrobki. A z tym dbaniem bywa różnie. Na moich terenach znalazłem dwa cmentarze, o które nikt nie dba, bo są poniemieckie. Raz na kilka lat uczniowie jakieś szkoły przyjadą odgrzebać groby spod liści, zapalą znicz i tyle, bo pomników nikt nie remontuje. Zresztą trudno byłoby dziś kamienie nagrobkowe dopasować.

  Jeszcze jedno zdumiewające pytanie Nelsona Fragelliego: „Jakże więc to ciało, (...) uświęcone chrztem i przyjmowaniem Najświętszej Eucharystii, ożywiane przez duszę wyniesioną dzięki łasce ku życiu Bożemu, świątynię Ducha Świętego, spopielić niczym niepotrzebne odpadki?” Aż zapytam retorycznie: a czymże jest ciało złożone do grobu jeśli niepotrzebnym odpadkiem? Nie łudźmy się frazesami, po to się to ciało zakopuje, aby nie było z nim problemów. Nas nie obchodzi, co się z tym ciałem dzieje, my tylko potrzebujemy symboliki miejsca. Miejsca, w którym będziemy mogli udowodnić sobie, ale i innym, że pamiętamy, że modlimy się o jego/jej zbawienie. Nie, ja nie chcę nikomu odbierać takiej potrzeby. Przecież widzę ile czasu i wysiłku ludzie wkładają w pielęgnację nagrobków nie tylko przed Wszystkim Świętymi. Jeśli to ma dla niech sens, jeśli jest częścią ich życia, jeśli jest nadzieją, że z ich grobami potomni będą postępować podobnie – pełen szacunek. Tylko na Boga!, co komu przeszkadza fakt, że ktoś chce się poddać kremacji, lub tego chcą najbliżsi? W końcu tyle nas na tym ziemskim padole po śmierci, ile zapamiętają potomni. Nic dłużej...


Przypisy:
1- ten cytat, jak i wszystkie pozostałe pochodzą z: https://www.pch24.pl/kremacja---pozar-wspolczesnej-dechrystianizacji,63813,i.html