piątek, 26 maja 2017

Niebiański Raj



  Swego czasu, moja osobista próba wyobrażenia sobie niebiańskiej, wręcz rajskiej wieczności przypieczętowała moją konwersję na ateizm. Towarzyszyła temu lektura klasyki fantasy; „Boskiej komedii” Dantego i „Apokalipsy” św. Jana. Przyznam, obie pozycje są trudne w odbiorze, raz ze względu na czas, w którym powstały i związany z tym archaiczny język, dwa, forma poematu, za którą nie przepadam. Rzecz w tym, że obie te pozycje dalekie są od idyllicznych opisów, jakimi karmiono mnie od dzieciństwa, usiłując mnie namówić do wypełniania wszystkich warunków, które trzeba spełnić, aby ten niebiański Raj osiągnąć.

  W największym z możliwych skrótów, ma to być kraina wiecznej szczęśliwości. Warto tu pokusić się o definicję szczęścia, i choć jest ich kilka, wybieram tę najbardziej odpowiednią (za Wikipedią) do poruszonego tematu: „Trwałe zadowolenie z życia połączone z pogodą ducha i optymizmem; ocena własnego życia jako udanego, wartościowego, sensownego”. Prawda, że piękne? Jest z tą definicją jednak pewien ledwie dostrzegalny szkopuł, który da się określić mianem pewnego ograniczenia – w miarę coraz większego odczuwania szczęścia maleje możliwość osiągania kolejnych, coraz wyższych jego etapów. Innymi słowy, im bardziej poczucie szczęścia będzie spełniane tym trudniej o „paliwo” do podtrzymywania tego stanu.

  Opisy niebiańskiego Raju z powyżej wymienionych poematów trudno uznać za zachwycające dla współczesnego człowieka. Z pewnych, oczywistych względów posłużę się uproszczonym opisem. Niebo Dantego jest podzielone na sfery przeznaczone dla „odpowiednich” osobowości, by nie użyć określenia siedziby pewnych kast. Zaś szczęśliwość wg św. Jana to przede wszystkim czas poświęcony klęczeniu i składania pokłonów Bogu z przerwami na śpiewnie psalmów. Jeśli taka ma być całą wieczność, trzeba przyznać, że to mało atrakcyjna perspektywa. Trzeba bowiem sobie uzmysłowić czym jest wieczność – to coś, co nie ma końca. Fakt, w Apokalipsie jest mowa, że nie ma nic piękniejszego niż oblicze Boga, ale ileż można? Osobiście uważam, że najprzyjemniejszą chwilą w naszym ziemskim życiu jest orgazm, ale gdyby on miał trwać znacznie dłużej niż trwa i znacznie częściej niż mi się przytrafia... byłbym pierwszym w kolejce do eutanazji. Postanowiłem więc sprawdzić jak ten niebiański Raj próbują nam przedstawić dzisiejsi kaznodzieje. Bez odwoływania się do źródeł podam kilka „sensowniejszych” przykładów.

Jest to stan pełni wszystkiego, pełni życia. Nieba potrzebujemy przede wszystkim po to, żebyśmy mogli się spełnić, dokończyć zadania, które zaczynamy na ziemi. Będziemy w nim mieli szansę na pełną realizację swoich kreatywnych możliwości. Wszystko, co nas ogranicza na ziemi i utrudnia realizowanie siebie, w Niebie zostanie usunięte. Niebo nie będzie tylko oglądaniem Boga i odpoczynkiem”. Tę wersję, opartą na książce Petera Kreefta „Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Niebie, ale nie śniło ci się zapytać” znalazłem w wielu innych artykułach.  Autor tego opisu pominął jednak najważniejszą kwestię – wieczność. Coś, co nas na ziemi ogranicza przestanie istnieć, więc prędzej czy później, i to bez specjalnych trudności, osiągniemy cel, pełną realizację siebie. A wieczność trwa, i trwa, i trwa...

  Jak słusznie zauważa jeden z „wizjonerów” nieba „Osiągnięcie celu, choćby nawet najbardziej pożądanego, kojarzy się nieuchronnie z nudą i stagnacją”.  Wyjaśnia więc, że „Życie wieczne to poznawanie Boga. Nie poznanie, ale poznawanie, czyli proces, dążenie, doskonalenie. Niebo jako niekończącą się drogę do doskonałości, a doskonałość polega na nieskończonym zbliżaniu się do ideału, kroczeniu nieustanną drogą wzwyż, ku Bogu pociągającemu człowieka. Człowiek ciągle zbliża się do Boga, nigdy Go jednak całkowicie nie osiąga”. Tu z kolei występuje skrajnie odmienny problem. Czy możemy być w pełni szczęśliwi, wiedząc, że ideału nie osiągniemy? Nawet w przeciągu niekończącej się wieczności. Autor tej wizji dodaje: „Niebo jako brak cierpienia. Bólu, łez i śmierci w niebie już nie będzie”. Być może ma na myśli tylko cierpienie fizyczne, ale co z psychicznym, ściśle związanym ze świadomością, że celu nie da się osiągnąć, że z góry jesteśmy skazani na porażkę?

  A teraz coś równie strasznego jak Apokalipsa i dlatego sobie pozwolę na ironię. Już współcześni Jezusowi pytali, co po śmierci z małżeństwem i związaną z nim cielesnością? Św. Paweł miał odpowiedzieć: „Ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić”. Straszne? Nie wiem, nie podejmuję się tego rozstrzygać, choć gdzieś tu umyka kwestia nierozerwalności już istniejącego związku małżeńskiego. Jak wyjaśnia pewien kaznodzieja, i tu proszę o pełną uwagę: „W niebie nie będzie mniej miłości niż na ziemi, tylko więcej. Nieskończenie więcej. Skoro małżeńska miłość ze swej istoty jest na ziemi obrazem miłości Bożej, to w niebie będziemy mieli do czynienia bezpośrednio z Najwyższą Miłością – Bogiem. Wszystkie inne ludzkie miłości zbledną wobec „małżeństwa” z samym Bogiem. Zmartwychwstanie nie oznacza odcieleśnienia, przeciwnie – zbawienie ciała. W odnowionych ciałach będziemy kochać Boga i będziemy kochani przez Niego. Staniemy się darem dla Niego”. A to jest już straszne! Ja pominę dwuznaczność, Bóg przecież nie ma określonej płci, więc nie wiadomo do końca kogo będzie dotyczyć ta miłość, ale stać się czyimś cielesnym darem (sic!) W swej ironii nie posunę się aż tak daleko by dosadnie określić z czym mi się to kojarzy. Jeśli jednak ktoś się odważy wzgardzić tą miłością – piekło pewnie nie zastygnie...

  I już na koniec, aby nie przynudzać. Czytam o zmartwychwstaniu ciał i ich wiecznym życiu: „Ciała zmartwychwstałe będą nieśmiertelne i uodpornione na wszelkie zło. Zachowają jednak swoją zmysłową naturę: wybrani będą używać zmysłów dla swojej przyjemności [podkreślenie moje. Tę dwuznaczność pozostawiam ocenie Czytelnikom]. Ciała zostaną uwolnione od ograniczeń czasu i przestrzeni: będą mogły się przemieszczać w jednej chwili, bez najmniejszego wysiłku. Ciała będą mogły przenikać ściany”. To już niemal perpetuum mobile. Wynika bowiem z tej wizji, że wszechobecna fizyka będzie istnieć i jednocześnie nie istnieć, w zależności od potrzeb. Cóż, taka jest specyfika cudów. Tylko co to ma wspólnego ze szczęśliwością?

  Nasuwa mi się kilka smutnych wniosków. Autorzy dywagacji o szczęśliwym i wiecznym Raju z uporem maniaków pomijają kwestię wieczności, nie chcą sobie zadać trudu jej wyobrażenia. Pamiętacie moi Czytelnicy, niekończący się serial „Moda na sukces”? Tysięczny któryś odcinek oglądali już tylko Ci, co mieli nie po kolei pod kopułą, a gdzie temu do wieczności? A co z celem? W życiu doczesnym nawet sensowny jest cel oczekiwania na życie wieczne. Jaki będzie cel istnienia w wieczności? Wiedza, którą kiedyś w końcu całą osiągniemy, miłość zdeterminowana tylko do Boga, osiągnięta i spełniona? Może ekstaza, którą w końcu będziemy wymiotować jak po nadmiernej ilości czekoladowego tortu? I najpoważniejsze pytanie: czy w tej wiecznej szczęśliwości będziemy na pewno sobą, skoro pozbawi się nas wszystkich ułomności, których pewnie się wstydzimy, ale które w przewadze i tak kochamy, i których nie zawsze chcielibyśmy się pozbyć?

PS. jestem ciekaw jak Wy sobie szczęśliwą wieczność wyobrażacie. Obiecuję nie krytykować ani tym bardziej drwić.

sobota, 20 maja 2017

Single



  Przyjęło się uważać w tym naszym społeczeństwie, że ów trend do bycia singlem jest przejawem egoizmu i utraty zdolności do życia w jakiejkolwiek społeczności. Ostatnio znalazłem dość charakterystyczne zdanie w tym temacie: „Taka postawa jest nie do zaakceptowania przez osoby wierzące, ponieważ nie wychodzi naprzeciw wymaganiom Ewangelii”. Gdyby to owo niezaakceptowanie odnosiło się tylko do singli wierzących, choć też się z taką opinią nie zgadzam, pewnie bym sobie odpuścił.

  Zostałem jednak pozbawiony złudzeń: „Doprecyzujmy jednak jedną rzecz. Święty Jan Paweł II napisał w „Familiaris consortio”, że to miłość jest podstawowym i wrodzonym powołaniem każdej istoty ludzkiej. Zwróćmy uwagę, że nie chodzi tutaj o osoby ochrzczone, lecz o każdego człowieka". I tu ogarnęła mnie konsternacja. Bo cokolwiek pod pojęciem miłości rozumieć, na jakiej podstawie ktoś może sądzić, że miłość jest powołaniem? Aby było śmieszniej czytam: „Objawienie chrześcijańskie zna dwa właściwe sposoby urzeczywistnienia powołania osoby ludzkiej [nie tylko wierzącej – dopisek mój] do miłości: małżeństwo i dziewictwo” (sic!) W tym miejscu powinienem zaprzestać lektury, bo taki pogląd kłóci się z moją (i pewnie nie tylko moja) logiką. Nawet jeśli to są poglądy Jana Pawła II. Nie jestem jednak tchórzem, postanowiłem się zmierzyć z tymi poglądami.

  Znajduję argument Piusa XII, że należy propagować cnotę, na mocy postanowienia lub ślubu całkowitego powstrzymania się od małżeństwa i rozkoszy cielesnych, gdyż to jest oddanie się na rzecz Królestwa Bożego. Innymi słowy, jeśli jesteś nawet niewierzącym, nic nie szkodzi abyś się oddał tylko Bogu w cnocie czystości cielesnej, jeśli małżeństwo Cię nie interesuje. W tym miejscu należałby się przyjrzeć kim są single. Bez wątpienia znaczna ich część to ludzie, niejako przymuszeni przez życie do trwania w takim stanie, okolicznościami, nie do końca od nich samych zależnymi, a wśród nich młodzi, nie potrafiący znaleźć odpowiedniego partnera. Czyżby nieudacznicy? Czasy swatów i małżeństw z woli rodziców odeszły bezpowrotnie. W obliczu rosnącej liczby rozwodów taka postawa ostrożności w zawieraniu związku małżeńskiego wydaje się być w pełni  uzasadniona. Te rozwody niosą ze sobą jeszcze jeden ważny aspekt. Dzieci z rozbitych związków podchodzą do własnego małżeństw z wielką ostrożnością. Nawet nie tylko z rozbitych małżeństw, bo wiele z nich trwa mimo stałych kłótni, którym niejednokrotnie towarzyszy przemoc lub alkoholizm. Jaka w tym zachęta do pójścia w ślady rodziców? To się odnosi również, jeśli nie przede wszystkim do małżeństw sakramentalnych, bo tych jest w naszym katolickim kraju najwięcej. W efekcie dochodzi do kolizji pewnych wartości. Z jednej strony mamy do czynienia z naciskiem społecznym i rodzinnym, w dążeniu do małżeństwa, z drugiej świadomość, że taką decyzję nie powinno się podejmować pochopnie. I ja osobiście optuję za tym, że młodzi są dziś mądrzejsi od swych rodziców, przywiązanych do jakieś niezrozumiałej tradycji. Że jest w tym trochę egoizmu? To jest najzdrowszy z możliwych egoizmów. Życie jest dostatecznie wielkim pasmem cierpienia, wyrzeczeń i przeciwności, aby „wzbogacać” je dobrowolnie nakazem tworzenia nieudanych związków małżeńskich, tylko dlatego tego, że tak chce moralność i tradycja chrześcijańska.

  Szczytem wszystkiego jest żądać, aby osoba samotna trwała w powstrzymywaniu się od tak zwanej rozkoszy cielesnych (co ma mieć znaczenie pejoratywne), jakby tego chciał Pius XII i jak tego chcą dzisiejsi chrześcijańscy moraliści, i aby nie było wątpliwości, nie mam tu na myśli przypadkowego, ani tym bardziej płatnego seksu. Nawet wśród singli istnieją związki bliższe niż zwykłą znajomość, choć towarzyszy im świadomość, że te nie są jeszcze dostatecznym powodem do zawierania małżeństwa. Żaden zdrowy człowiek nie może być przymuszony do życia w celibacie, jeśli tego nie chce, nawet jeśli jest wierzącym. Między małżeństwem a życiem konsekrowanym jest cała gama innych możliwych stanów. Wystarczy tylko nie potępiać i nie naznaczać iluzorycznym grzechem nieczystości, czy źle rozumianym cudzołóstwem. Weźmy dla przykładu samotną kobietę. Zapytam prowokacyjnie, co jeśli ona zechce zostać matką samotnie wychowującą dziecko? Powinna wyjść za mąż za pierwszego lepszego i liczyć na to, że dojdzie do separacji? Czy jej pragnienie macierzyństwa ma zasługiwać na potępienie tylko dla tego, że nie chce ryzykować nieudanego małżeństwa? Czy dorosły mężczyzna ma żyć w celibacie tylko dlatego, że nie potrafi znaleźć partnerki na całe życie? Oczywiście, są i tacy, którzy singlami są z wyboru i w tym jest pewna doza egoizmu, a nawet wygodnictwa lub zbyt wygórowane oczekiwania. Ja się jednak zastanawiam, czy nawet w takiej sytuacji człowiek nie ma prawa o decydowaniu za siebie? Nawet papież Franciszek zdaje się tu czegoś nie rozumieć, kiedy mówi: „często ludziom [singlom – dopisek mój] po prostu brakuje szlachetnych celów i dyscypliny osobistej, co przeradza się w niemożność wielkodusznego oddania siebie”. Czyżby wikłanie się w nieudane małżeństwo miało być „wielkodusznym” oddaniem siebie i być wartością nadrzędną? Dziwna to wielkoduszność, jeszcze dziwniejsza wartość.

  Już na koniec ostatnia, mocno mnie bulwersując kwestia. Gdy ja czytam, że być chrześcijaninem to jest to „wymóg przekroczenia siebie i konieczność poświęcenia się dla Kościoła, które wykracza poza pracę zawodową, własną korzyść, uprawianie sportu lub hobby”, to jestem w pełni przekonany, że w życiu nie dokonałem lepszego wyboru niż rozstanie z religią. Jeśli mi ktoś mówi, że „miłość polega na otwarciu i oddaniu się Bogu i... człowiekowi” (w tej kolejności), to mnie taka miłość nie interesuje, gdyż po pierwsze, miłość nie podlega podziałowi. Jeśli ją dzielisz między Bogiem a drugim człowiekiem, żadna z nich nie jest pełna i do końca prawdziwa. Po drugie, jeśli już ta miłość do Boga jest komuś potrzebna, zdecydowanie powinna być na dalszym miejscu, powinna towarzyszyć, być dodatkiem a nie przeszkadzać.

PS. Esej jest oparty na artykule z http://www.deon.pl/religia/w-relacji/cialo-duch-seks/art,180,czy-istnieje-powolanie-na-singla.html.  Z tego też artykułu pochodzą wszystkie cytaty.


środa, 17 maja 2017

Poczucie humoru



  Mój blogowy kolega Radek nie chciał, więc sam się odniosę do tego zagadnienia. Ściślej do dwóch mitów na temat ateizmu – ateizm jest przygnębiający w zawiązku z czym ateiści nie mają poczucia humoru. Sam przyznaję, że to banalne sprawy, choć jednocześnie dość dosadnie określają stosunek części wierzących do ateistów. Ateizm jest zły, niemal z samej nazwy, więc utarło się, że można mu przypisać każdą głupotę!

  Najpierw na poważnie. Wielu religijnych myślicieli nie wyobraża sobie, aby nasza egzystencja miała sens bez odniesienia do nieśmiertelności. Inaczej nasze życie nie różniłoby się od życia zwierząt. I w tym miejscu już mi się chce śmiać, bo skoro zwierzętom nie grozi życie wieczne, hulaj dusza, piekła nie ma. Na szczęście nie ma tak dobrze. Skoro jest Bóg, nie ma zmiłuj się, człowieku jesteś skazany na życie wieczne. Innymi słowy, z powodu istnienie Boga, nieśmiertelność jest warunkiem koniecznym. I w tym miejscu szczęka mi opada. Oglądałem kiedyś film, a może to był serial, pt. „Nieśmiertelny”. Tytułowy bohater wiódł nawet ciekawe życie, bez przerwy z kimś się bił, a kobiety kochały się w nim na zabój. Tylko jemu jakoś nigdy nie było do śmiechu. Też by chciał się zakochać, ale miał świadomość, że obiekt jego uczuć się zestarzeje i... umrze – a on nie. Wiem, wiem, nie o taką nieśmiertelność w religii chodzi. Ale nie mam dobrych wieści. Tej chrześcijańskiej nieśmiertelności będą towarzyszyć wieczne pokłony i hymny pochwalne (tak to wynika z Apokalipsy św. Jana), a w tym raczej też nic do śmiechu nie ma. Tak na marginesie, teraz już wiem dlaczego, gdy szukałem odpowiedzi na pytanie: jak czytać Biblię, odradzono mi lekturę Apokalipsy. Ta Księga jest bardziej przygnębiająca niż cały ateizm zebrany do kupy...

  Ten zarzut o brak sensu życia ateistów można odrzucić prostym stwierdzeniem: „Życie jest tym, co każdy z nas potrafi z niego zrobić. (...) To od nas zależy, jak żyjemy i czy nasze życie ma wartość dla nas samych1.  A tymczasem większość religii monoteistycznych oferuje nam sens życia oparty na wierzeniach ludów sprzed kilku tysięcy lat. O ile w stosunku do nich jest to w jakimś stopniu zrozumiałe, byli bezradni wobec otaczającego ich świata, którego nie rozumieli, o tyle życie współczesnego człowieka nie ogranicza się już tylko do przetrwania z dnia na dzień. Współczesny człowiek nie musi już tylko marzyć o szczęściu w życiu po życiu, gdyż chwile szczęścia są mu dostępne na tym ziemskim padole. Zwykło się mniemać, że Bóg miał nas stworzyć do wiecznego szczęścia na ziemi i w tym celu stworzył Adamowi Raj, miejsce, w którym nic złego nie mogło zagościć. I tu śmiem twierdzić, że coś Mu z tym szczęściem nie wyszło, bo oto spostrzegł, że Adam nie do końca jest szczęśliwy. Niby miał wszystko a jednak czegoś mu brakowało. I w Swej mądrości doszedł do wniosku, że w tym szczęśliwym Raju Adam i tak jest nieszczęśliwy, gdyż jest sam, więc w Swej miłości do człowieka stworzył Adamowi kobietę, Ewę – na jego, Adama..., nieszczęście. I tu rodzą się dwa nierozwiązalne dylematy. Trudno bowiem zrozumieć jaki cel przyświecał Bogu, że stworzył ten świat, a na koniec ludzi. Miało być pięknie, a wyszło jak wyszło – padół zła, wojen, nieszczęścia i cierpienia. Jeszcze trudniej zrozumieć jaki cel miał przyświecać stworzonemu człowiekowi. Miał podobny być tylko szczęśliwy a i tak się wszystko pokiełbasiło. Trzeba było, wg Biblii kilka tysięcy lat, by Bóg doszedł do kolejnego wniosku, że na ziemi ten człowiek szczęścia nie znajdzie, a już na pewno nie w powłoce cielesnej. Zesłał więc na ziemię Syna, który wyznaczył ludziom nowy, konkretny cel. Będziecie nieśmiertelni, zbawieni i wiecznie szczęśliwi po śmierci, choć pod jednym warunkiem, musicie uwierzyć. Nie sprecyzował jednak na czym to szczęcie ma polegać.  A problem w tym, że nawet Bogu z tym szczęściem się jeszcze nigdy nie udało. Ile razy chciał dobrze, zawsze źle się kończyło, podobno z winy człowieka, ale to przecież On go takim stworzył.

  Tu wkracza ateizm, który, w odróżnieniu od Boga, niczego właściwie nie obiecuje, a już tym bardziej wiecznej szczęśliwości. Nie daje nadziei, żadnego fałszywego komfortu, ani na ziemi ani w mitycznym niebie. Siłą rzeczy można by sądzić, że trudniej o bardziej nihilistyczną filozofię, a tym samym ateiści nie mogą mieć w takiej sytuacji poczucie humoru. Niejaki Mike Huckabee publicznie oświadczył, że „skoro wszystkie religie świata mają swoje święta, to ateistom też się należy. Zaproponował dzień pierwszego kwietnia, prima aprilis, w Stanach zwany Fool’s Day – dzień glupców2. Można się zapłakać ze śmiechu. Ciekawe jakby zareagował ów Huckabee, gdyby na ten dzień przenieś Wielkanoc, aby nie trzeba było stale zgadywać kiedy przypadnie w następnym roku? Ja pominę genezę, najbardziej zdumiewający kawał prima aprilis udało się chyba zrobić papieżowi Grzegorzowi XIII, który wprowadził w 1582 nowy kalendarz, przenosząc święto Nowego Roku z 1 kwietnia na 1 stycznia. Strasznie wtedy namieszał.

  Aby zrozumieć jak to jest z tym poczuciem humoru u ateistów, warto się przyjrzeć chrześcijanom. Z założenia religia jest już bardzo poważna i nie ma w niej nic śmiesznego. Ba!, uciechy życia doczesnego w przeważającej większości są uznawane za grzech, a wtedy nie ma zmiłuj się. W dodatku propaguje się różnej maści posty i umartwiania, które mają wierzących przybliżyć do szczęśliwego zbawienia. To mi się kojarzy dość makabrycznie. Torturowana tygodniami przez inkwizytorów niby czarownic pewnie czuła wyraźną ulgę, gdy posyłano ją na stos, bo kończyły się jej straszne tortury. Pewnie niejednego to skojarzenie  oburzy ale usprawiedliwię się wypowiedzią kaznodziei Wendy Kaminera: „(...) ateizm potrzebuje humoru, nawet jeśli to ma być czarny humor3. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie widział poczucia humoru niektórych wierzących. Wystarczy poczytać Frondę. Ileż oni tam mają radochy, gdy uda im się opisać męki piekielne, jakie spotkają niewierzących po śmierci. Mnie tu zastanawia jedno, gdyż dziwnym trafem gro prawdziwych satyryków, humorystów czy stand-uperów to ateiści. Jedni śmieszą bardziej inni mniej ale to właśnie wynika z poczucia humoru zarówno autorów jak i odbiorców Trudno tu bowiem mówić o jakimkolwiek szablonie. Jedno też wydaje się oczywiste, ateiści rzadziej drwią z islamu, niemniej to nie powinno dziwić. Fanatyczni wyznawcy tej religii mają zdecydowanie mniej poczucia humoru niż najbardziej ponurzy ateiści razem wzięci.

  Przydałoby się małe podsumowanie. Jeśli miałbym ocenić, który z poglądów jest bardziej przygnębiający – teizm, czy ateizm – nie mam żadnych wątpliwości. Cel życia jako wieczne zbawienie nie ma w sobie żadnej realnej wartości, jest li tylko domniemaniem, a jednocześnie w niczym nie poprawia komfortu życia w cielesnej powłoce. Nie likwiduje cierpienia i nie przynosi żadnej mu ulgi, jakby chcieli propagatorzy tej tezy. Ba! cierpiący wierzący chętnie korzystają ze zdobyczy nauk medycznych, której to dziedziny nie interesują sprawy życia wiecznego. Ateizm ze swym dążeniem do szukania szczęścia jeszcze na ziemi, zdaje się mieć w tym względzie zdecydowanie większe sukcesy. Natomiast poczucie humoru w tym sporze odgrywa trzeciorzędną rolę, która, co najwyżej może tylko odzwierciedla  samopoczucie jednych i drugich. Niestety tego poczucia humoru nie da się mierzyć żadną miarą.

  Na koniec dwa przykłady poczucia humoru przeznaczone dla wierzących:
1. „Po czym poznać dwie zakochane ośmiornice?
Na spacerze trzymają się za rączki ... i za rączki, i za rączki, i za rączki, i za rączki, i za rączki, i za rączki i jeszcze za rączki
”;
2. „Na ślubie wczoraj byłem.
- No i co, jak było?
- Normalnie. Obrączkę dostałem
4.


Przypisy:
1 – „50 mitów o ateizmie”: R. Blackford, U. Schüklenk, str. 59
2 – ibidem str. 71
3 – ibidem str. 71
4 – za http://www.katolik.pl/humor,891.html

niedziela, 14 maja 2017

Aktorstwo



  Czasami zadaję sobie pytanie: kim jestem? Z formalnego punktu widzenia sprawa jest banalnie prosta. Wiem o sobie właściwie wszystko, na pewno zdecydowanie więcej niż ktokolwiek inny, tym bardziej, że choć mam już luki w pamięci, trudno to nawet nazwać początkiem choroby Alzheimera. Czasami jednak dopada mnie zdumienie, jak wiele rzeczy się we mnie zmieniło, pomijając starzejące się ciało. I wtedy już odpowiedź na to z pozoru proste pytanie wcale nie jest taka prosta.
 
  Na pewno nie jestem już dzieckiem, dla którego świat był jedną wielką tajemnicą, odkrywaną każdego dnia. Na pewno nie jestem już romantycznym młodzieńcem, dla którego świat w znacznym stopniu ograniczały mini spódniczki. Nie jestem już tym prawie dojrzałym facetem, przed którym otwierały się wrota zawodowej kariery, i który był gotów brać na swoje barki coraz więcej trudnych zadań, również tych, wynikających z założenia rodziny. Na pewno nie jestem też tym dojrzałym gościem, który musiał się godzić się z wieloma niepowodzeniami, a życie odzierało go coraz bardziej z marzeń o bliżej niesprecyzowanym szczęściu. Nawet dziś trudno określić kim jestem, gdy nie mam już zbyt wielu obowiązków, a czas przeszły ewidentnie zweryfikował wszystko do czego podświadomie dążyłem. Ale uspokoję, nie tylko siebie, uważam, że wszystko jest w należytym porządeczku. To, co jeszcze nie tak dawno wydawało mi się rozczarowaniem z powodu niespełnionych ambicji, dziś jest tylko wspomnieniem, które przywołuję li tylko z lekko sentymentalnym uśmieszkiem, podobnie jak w stosunku do wspomnień związanych z osobistymi sukcesami, których w końcu też nie brakowało.

  Jest jednak kilka elementów, które łączą te wszystkie okresy. Do nich należą chęć poznawania i doznawania. Pierwszy ma ścisły związek z filozoficznym „być”, drugi, z takim samym „mieć”. Oba te elementy muszą być starannie wyważone i dopasowane do naszych możliwości, inaczej łatwo zatracić ten najważniejszy sens – sens życia. I choć to wydać się może bez związku, w tym miejscu pojawia się wątek tytułowego aktorstwa. Przyznaję ze skruchą, że przez znaczną część mojego życia, aktorstwo było jego nieodłączną częścią i nie usprawiedliwia mnie fakt, że tkwiło to we mnie niejako podświadomie. Pragnienie bycia  i posiadania było większe niż możliwości, w efekcie najczęściej to życie przypominało gonienie króliczka.  A przecież siebie nie przeskoczysz, chyba że na arenie sportowej. I oto kiedyś, trafił się Ktoś, kto, pewnie nawet niechcący, uświadomił mi, że nie powinienem dać sobie wmówić iż trzeba żyć tak jak większość. Dążenia większości nie musi być moim dążeniem, przekonania większości nie muszą być moimi przekonaniami. Abym poczuł się spełniony, trzeba zrzucić maskę nie tyle aktora, co statysty na scenie, ba! trzeba w ogóle zejść ze sceny, z widoku publiczności, która może nagrodzić oklaskami albo wygwizdać, aczkolwiek i tu trzeba się wyzbyć złudzeń. Te oklaski i gwizdy odnoszą się tylko do głównych aktorów, statyści i tak stanowią tylko tło. A jeśli nie jesteś wybitnie uzdolniony, ponad statystę się nie wybijesz. Tak ma zdecydowana większość.

  Pozornie to zejście ze sceny może się kojarzyć z nihilizmem. To nieprawda. Nihilizmem jest chęć bycia statystą i grać życie tak jak chce reżyser, przy czym jest dwóch, ewidentnie wybijających się na czoło. Pierwszym, choć nie w sensie wybitności, jest ideolog, którego nazwałbym Narodem, koniecznie przez duże „N”, drugim Religia, przez duże „R”. Obaj wmawiają mi jak mam żyć i jaki jest cel mojego życia. Obaj wciskają mi kit, że ja tego chcę i tylko o tym nie wiem, że tylko tak mogę być szczęśliwy, bo tylko oni mają receptę na to szczęście. Obaj twierdzą, że chcą rozwijać moją osobowość, jednocześnie tę osobowość tłamsząc na wszelkie możliwe sposoby, wciskając ją w jedynie poprawne formy. Pod pozorem iluzorycznej, bo na wskroś ideowej wolności, deprecjonują tę moją własną wolność i tak już ograniczoną poczuciem moralności. Każą mi się realizować według z góry ustalonych wzorców i wmawiają mi, że tylko tak jest dobrze. Indywidualność? Ależ tak, byle tylko w dopuszczalnych granicach przez nich, ideowych reżyserów określonych.

  Jeśli dziś czegokolwiek żałuję, na szczęście jest tego niewiele, to tylko tej podświadomej chęci grania w zespole aktorów, których gra była starannie reżyserowana przez ideologie i środowisko społeczne. Ja już dziś wiem, że nigdy nie był ze mnie dobry, ani nawet, nomen omen „przyzwoity” aktor. Pewnie ta upragniona indywidualność też by mi przyniosła jakieś rozczarowania, ale wtedy nie miałbym do siebie pretensji o to, że grałem tak jak mi reżyser każe. Dziś, idąc śladem pewnego linku na zaprzyjaźnionym blogu, natrafiłem na coś takiego: „Zdrowy egoizm, a co to takiego? Każdy o nim słyszał, ktoś podobno widział go kiedyś, ale czy istnieje naprawdę? Ano istnieje i nie ma nic wspólnego z obojętnością. Bo zdrowy egoizm, to nic innego, jak bycie dla siebie dobrym”. I ja się pod tym podpisuję jak pod cyrografem.