niedziela, 19 listopada 2017

bożki ateizmu

  Fajną książkę przeczytałem. Już o niej była mowa, przypomnę „Bóg zagubiony” autorstwa Anselma Grüna i Tomáša Halika. Obaj to czescy księżą katoliccy, co ma pewne znaczenie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Czechy to jeden z najbardziej zateizowanych krajów w Europie. Sami sobie się dziwią (autorzy), że się uchowali w wierze. Książka przede wszystkim o wierze, choć z punktu widzenie polskiego katolicyzmu, może się wydawać kontrowersyjna.

  Ta notka też nie będzie recenzją sensu stricte. Nadmienię tylko, że dotyczy zarówno wątpliwości samych wierzących, ale również w jakimś sensie ateistów, agnostyków i zsekularyzowanej części społeczeństwa wierzących. Ma to uzasadnienie w podtytule: „Wiara w objęciach niewiary”, przy czym nie jest treścią książki surowy krytycyzm postaw niewiary. Występują za to często mylące kryteria oceny grup niewierzących. Zaskakujące wydaje się podkreślanie konieczności podejmowania dialogu z ateistami, bo podobno ten dialog może wnieść w wiarę wierzącego świeży, krytyczny, ale przez to wzmacniający wiarę, powiew. Coś mi się wydaje, że w naszym kraju, dialog na takim poziomie jest nie do pomyślenia. Rzecz w tym, że dla obu autorów, ateizm jest poszukiwaniem Boga, choć Jego istnienie neguje. Błędem tej oceny jest porównanie współczesnego ateizmu do ateizmu starożytnych Greków. Otóż starożytni epikurejczycy nie tyle odrzucali wiarę w swoich bogów, ile traktowali ich jako istoty nie mające żadnego wpływu na rzeczywistość. Były to byty istniejące niezależnie od ludzi, choć czasami w życie ludzkie ingerowali. Tyle, że ogólnie, dla tego antycznego świata, te ateistyczne z pozoru postawy nie miały żadnego znaczenia. Współczesny ateizm zaś stanowczo odrzuca istnienie nawet takich bytów.

  I tu pojawia się problem, dla autorów książki chyba nie do przeskoczenia. Nie są w stanie zrozumieć sytuacji, że skoro człowiek odrzuca istnienie niematerialnych bytów, to tym samym nie może szukać innych. Tomáš Halik stwierdza, że pytanie: „jakiego Boga odrzucasz?”, powinno uświadomić ateiście, że w gruncie rzeczy poszukuje zastępczych bożków. Uzasadnia to tak: „Miejsce Boga w życiu poszczególnych ludzi nie pozostaje puste, często na boskim tronie zasiada ktoś inny lub coś innego, co zaczyna odgrywać w życiu ateisty rolę Boga. W ten sposób rozwija się kult bożków, który Biblia uznaje za najcięższe grzechy. (...) ludzie, którzy przestają wierzyć w Boga, często gotowi są uwierzyć we wszystko1. W moim przekonaniu występuje tu swoiste pomylenie pojęć. Dla człowieka pozbywającego się wiary w Boga lub tkwiący w tej niewierze od zawsze, zmieniają się tylko parytety ważności. Miejsce Boga zastępuje człowiek, ale nie w takim sensie, w jakim ujmują to przeciwnicy ateizmu. Taki człowiek, bez jakichkolwiek atrybutów absolutyzmu nie może być Bogiem w znaczeniu, w jakim proponuje T. Halika. Mimo to, tenże człowiek jest przed niematerialnym Bogiem absolutu, ponieważ jest ułomny, daleko niedoskonały, skłonny ulegać iluzjom. Bóg nie umiera, jak chce Nietzsche i czemu zaprzecza T. Halik, ten Bóg zajmuje właściwe mu miejsce – w świeci ludzkiej projekcji i iluzji – i takim w umyśle ateisty pozostaje. Czy podmiotowe traktowanie człowieka stawia go w randze bożków, godnych najcięższego grzechu? Otóż, choć Biblia i wiara na niej oparta jest skierowana na Boga, jest też, a może przede wszystkim, skierowana na człowieka. Podobno mówi Ona jak ma żyć człowiek, aby podobać się Bogu. Jeśli tylko odrzucić to podobanie się Bogu, mamy ten sam aspekt traktowania człowieka, jaki proponuje ateizm. Człowiek dla ateisty jest tym samym człowiekiem z Biblii, po odrzuceniu pierwiastka i odniesienia do Boga.

  Można oczywiście przypisać ateiście inne bożki – nauka, dbanie o potrzeby własne, pogoń za dobrobytem itp., ale trzeba mieć świadomość, że z wierzącymi nie jest inaczej. Nawet siła pragnienia tych aspektów rzeczy przyziemnych, życia doczesnego – bożków w ogólnym rozrachunku nie jest w niczym różna. Powstaje pytanie, gdzie w tych dążeniach jest grzech ciężki? Gdyby zapytać wierzących, jakich mają idoli muzycznych, literackich, a nawet moralnych, każdy odpowie, że ma, nawet jeśli tymi idolami będą święci. Nie bardzo mogę się zgodzić z tezą, że ateista czci tych idoli bardziej, rzekłbym, że jest wręcz odwrotnie, przynajmniej w stosunku do świętych. Pogoń za pieniędzmi, za dobrobytem niczym nie odróżnia ateistów od wierzących. Gdzież więc są te bożki? I tu następuje największy paradoks. Te same potrzeby wierzących i niewierzących, te same pragnienia, stają się podobno bożkami z chwilą gdy przestaje się wierzyć w istnienie bytu absolutnego (sic!) Ba!, miłość do bliźniego w wersji ateistycznej jest podobno próbą wywyższenia człowieka ponad Boga. A przecież ta gloryfikacja człowieczeństwa jest niczym innym, jak zrzuceniem kajdan winy za niezrozumiały grzech pierworodny oraz wyzwoleniem się z poddaństwa wobec bliżej niesprecyzowanego pojęcia Boga. W żadnym zaś razie nie powoduje usadowienia na tron Boży człowieka.

  Gdy Anselm Grün pisze: „Ludziom, którzy rezygnują z Boga – widzę to wyraźnie – grozi zajęcie Jego miejsca przez jakiegoś bożka, przez walkę ze wszystkim, co obce, fascynację przemocą, której nie trzeba już stawiać żadnych granic2, to przyznam, że ów kaznodzieja dokładnie opisuje... gro wierzących w naszym kraju.


Przypisy:
1 – „Bóg zagubiony”,  
Anselm Grün i Tomáš Halik, wydawnictwo WAM, Kraków 2017, str. 271;
2  - ibidem str. 271


środa, 15 listopada 2017

Smutno mi Boże



  Nie tak dawno powiedziano mi, że jako ateiście nie wolno mi się odnosić się do Słowa Bożego, ani cytować, ani tym bardziej nim się posługiwać. Na przekór napiszę jeszcze raz, i pewnie nie ostatni: „Smutno mi Boże!” To nie mój Bóg, bo dla mnie nie istnieje, ale podobno wszyscy wokoło są nie tylko przekonani o Jego istnieniu, ale całkowicie tego pewni. Mają do tego prawo, nie mam najmniejszego zamiaru ich przekonywać, że się mylą. Zwracam się do tego Boga, którego tak są pewni, a którego nauki tak perfidnie wykoślawili. Wiem, gdyż kiedyś dano mi tych nauk zakosztować.

  W Ewangelii św. Jana jest napisane: „teraz wam mówię - dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali”1 [J 13, 33-35]. Treść wydaje się prosta i jasna, nie wymagająca żadnych wyjaśnień. Ileż razy słyszę, że Słowo Boże jest święte, bo natchnione, a to co mówi to Słowo, jest dla chrześcijanina drogą, z której nie wolno zboczyć. Smutno mi Boże, bo te Twoje owieczki, choć ciągle beczą te Twoje Słowa, wręcz je tratują jak w jakimś amoku i z tej drogi zbaczają, a to w chaszcze, a to w bagno, czasami nawet w przepaść. Owieczki i pasterze mający ich strzec, za nic mają Twoje słowa. Gdy wszystkie na raz, ale bez składu beczą „My chcemy Boga!”, wychodzi z tego „śmierć wrogom ojczyzny!”, czasami „Polska katolicka, nie laicka”. Bywa gorzej, wręcz obrazoburczo, gdy taki pasterz woła „Ave Jezus Rex”, owieczki zamiast Chwała Tobie Panie odpowiadają „wypierdalać, bo cię zabiję”.

  Smutno mi Boże, bo mówiłeś im: „Idźcie i nauczajcie”. Nie sprecyzowałeś chyba dokładnie, albo Cię nie zrozumieli, bo oni nauczają, że „wszyscy równi, wszyscy biali”. Doszło do tego, że nauczają, ale i wymagają, wręcz wymuszają od innych posłuszeństwa, sami czyniąc zło lub za tym złem optują, jeśli to zło z ich stada wychodzi. Gorzej, bo tym własnym złem obrzucają innych. Na zło własne, wzruszają ramionami, bo to podobno normalne, że w każdym stadzie jest kilka „czarnych owiec”. Chętnie idą ślepo śladem tych czarnych, wystarczy, że jest zawołanie „My chcemy Boga!”. Jeszcze wczoraj dziwiłem się skąd to zawołanie, przecież mają Cię Boże pod dostatkiem, dziś jestem niemal pewny, że to zawołanie ma sens, choć oni go nie znają. Zatracili Cię Boże, zgubili, jak gubi się parasolkę, której teraz nie potrafią odnaleźć. I to wszyscy, nie tylko te czarne owce. Ciebie Boże, który wzgardziłeś ziemskim bogactwem i zaszczytami, chcą dziś przyodziać w złote szaty, dać Ci do ręki złote berło, a na głowę nasunąć złotą koronę z diamentami, która będzie Cię bardziej uwierać niżli ta cierniowa. Uczynią Cię jak błazna, bo błaznom hołdują. Uczynią z Ciebie złotego cielca, bo od starożytnych czasów zawsze chcieli czcić bożków, którym się kłaniają, a których się nie boją. Im niepotrzebne są Twoje nauki, im wystarczy to, że mogą Cię chwalić. Nie potrzebują Twojego przekazu miłości bliźniego, milsze są im słowa nienawiści do bliźniego. Zamiast składać dłonie do modlitwy, wolą palcami wskazywać tych, których chcieliby Panie, abyś ukarał już teraz, natychmiast i przykładnie, w myśl słów Arnauda Amaury: „Zabij wszystkich Panie, Ty poznasz swoich przed bramą do nieba”2.

  Smutno mi Boże, bo ich słowa są przepełnione straszną nienawiścią. We wszystkim widzą szatana i pragną go zmiażdżyć, pragną widzieć jego upadek, więc każą, ba!, rozkazują Ci Panie, abyś tylko dał przyzwolenie, najszybciej jak to możliwe, by mogli wreszcie zaspokoić swoje rządze unicestwienia wszystkiego, co nie jest po ich myśli. Chyba tylko po to, aby im nie psuć własnego samouwielbienia. Mają się za prawych, sprawiedliwych i miłosiernych, ale nie tak jak Ty Panie nauczałeś, ale jak sami to chcą widzieć. Jestem grzeszny Panie, bo się Ciebie wyparłem, nie tak jak Piotr – trzy razy, tylko raz, ale ostatecznie. Bo ja nie chcę być w stadzie owieczek, którym pycha pomieszała w głowach, których oślepiła nie wiara w Ciebie, a we własne bałwochwalstwo, którym wydaje się, że są bardziej boscy od Ciebie, którym wydaje się, że różaniec to miecz, a modlitwa jest zaklęciem, którym można razić bliźniego. Ma też wynieść ich samych do Królestwa, razem z ich własnymi grzechami.

Smutno mi Boże...

PS. Ten alegoryczny tekst oparłem na wydarzeniach z 11 listopada i zapowiedzianego odnowienia uznania Chrystusa królem Polski.


Przypisy:
1 – za Biblią Tysiąclecia;
2 – to parafraza. W oryginale: „Zabij wszystkich, Bóg pozna swoich”


czwartek, 9 listopada 2017

Czy Biblia mówi prawdę



  Ktoś ze znajomych, znając moje zainteresowania, polecił mi niewielką książeczkę z serii „O wierze przy kawie”, zatytułowaną „Czy rzeczywiście Biblia mówi prawdę?”1 autorstwa Josha McDowella2. Faktycznie, ledwie z odrobiną przesady, można powiedzieć, że treść da się pochłonąć przy jednej filiżance kawy.

  Nie tak dawno ktoś z moich Czytelników podsunął mi historię pewnego sporu profesora ze studentem, sporu o sens wiary. Jak to zwykle w takich sensacyjnych historyjkach się zdarza, ledwie początkujący, wierzący student, zapędził owego profesora, sceptyka, w przysłowiowy kozi róg. Problem w tym, że owa historyjka jest całkowicie zmyślona, w dodatku tym pozornie „głupim” profesorem miał być sam Einstein.  Trudno mi orzec, czy Josh McDowell tę historyjkę już wcześniej znał, dość, że jego krótka powieść ma całkiem podobny scenariusz. Początkujący student Nick, tym razem wątpiący, trafia na wykłady profesora Petersona, sceptyka, o autentyczności Biblii. Sam Nick nie potrafi przeciwstawić się argumentom profesora i jego wątpliwości nie tyle odsuwają go od wiary, ile te wątpliwości potęgują. Z pomocą przychodzi mu dwójka przyjaciół, przypadkowo... znająca temat. Jednym z nich jest doktorant Jamal. Dla dodania suspensu, córka profesora zachorowała na raka, i jego wykłady przejmuje właśnie Jamal. Skutków nie trudno się domyślić. Doktorant obalił tezy wszystkich profesorów i badaczy Biblii podważających autentyczność nie tylko Nowego Testamentu ale i Starego, znanych nam dziś tylko z kopii. Jak mu się to udało... to już trzeba przeczytać samemu. Podobnie z oceną trafności treści książki.

  Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o pewnym, w zasadzie drobnym epizodzie, już nie tyle związanym z głównym motywem, prawdą o Biblii, ile z samą wiarą. Przyjaciółka Nicka, Andrea, przekonuje go, co do prawdziwości cudów, używając dość zaskakującego argumentu. To, że w nie, cudy, trudno uwierzyć, ma wynikać li tylko z tego, że są rzadkie i wręcz niewytłumaczalne. Na problem cudów, według niej, trzeba patrzeć koniecznie w połączeniu tych dwóch elementów. Zarówno owa rzadkość jak i niewytłumaczalność wręcz potwierdza prawdziwość cudów, czego dowodem ma być wyjątkowość nas samych. Bo my sami jesteśmy niezwykle rzadkim przypadkiem konkretnej osobowości. Właściwie nie ma szans, aby było dwóch takich samych Asmodeuszów. Moja odmienność, inność ma świadczyć o tym, że jestem „cudem” w odniesieniu do wszystkich innych ludzi. Przyznam, że oryginalność tej tezy mnie zaskoczyła i przez chwilę zwątpiłem sam w siebie, bo przecież wydaje się, że tej tezie trudno cokolwiek zarzucić. A wyjaśnienie jest wręcz prozaicznie proste. „Cud” mojej nieprawdopodobnej wyjątkowości, byłby cudem, gdyby wszyscy inni byli jednakowi, a przecież nie są. Innymi słowy, skoro wszyscy jesteśmy wyjątkowymi „cudami”, owa wyjątkowość nie jest rzadkością, wręcz staje się normą. W świecie samych cudów – cudów nie ma.

  W ogólnej ocenie, fabuła książki, choć poparta licznymi nazwiskami  amerykańskich uczonych i profesorów, choć dość wiarygodnie obala mit zapożyczeń chrześcijaństwa z innych religii, pachnie pewną naiwnością skierowana do czytelnika. W końcu spór o Biblię dotyczy nie tyle prawdziwości (czytaj: natchnienia) tekstów, ile tego, na ile dzisiejsze przekłady są autentyczne w stosunku do nieistniejących oryginałów. Problem w tym, że nawet najbardziej dociekliwe badania tego do końca i definitywnie nie rozstrzygają. Wszystko wciąż pozostaje kwestią wiary.


Przypisy:
1 – „Czy rzeczywiście Biblia mówi prawdę”, Josh McDowell, wydawnictwo Agape, Poznań 2015, stron 152;
2 – Josh McDowell – amerykański agnostyk, dziś autor wielu książek o religii, który przeszedł na wiarę chrześcijańską;


wtorek, 7 listopada 2017

Cała prawda o „Wyborczej”




  Jest to kontynuacją ostatniej notki, w której ową prawdę zapowiadałem. I ukazała się, a jakże – na portalu Pch24.pl1. A „prawda jest brutalna”, bo wyszło na jaw, że „medium z Czerskiej to propagator treści antykościelnych, bluźnierczych a niekiedy wręcz satanistycznych”. Jeśli więc ktoś jeszcze czyta „Wyborczą”, powinien natychmiast przestać, bo czeka go wieczne potępienie.

  To potępienie sam dodałem, ale taki wniosek łatwo wysnuć na podstawie dogłębnej analizy wszystkich artykułów za 2016 rok, umieszczonych w tym medium, wciąż jeszcze przez grzesznych uważane za opiniotwórcze. Tej analizie poświęcił się niejaki Marcin Jendrzejczak, ale jemu nic w czasie lektury tych niecnych artykułów nie groziło, wszak działał w słusznej sprawie i pewnie przed i po każdym artykule odmówił dziesiątkę różańca (to domniemanie). Nie mogłem się nie pokusić o szacunkową ocenę jego trudu. Przeciętnie jednodobowe wydanie Wyborczej to około pięćdziesięciu artykułów plus po kilkanaście w różnych tygodniowych magazynach. Wychodzi na tydzień około czterystu dwudziestu, przy czym jest to liczba pewnie zaniżona. Znów zaniżę – dwadzieścia tysięcy na rok! A przecież trzeba by dodać kilka razy więcej w wydaniach regionalnych. W tej liczbie tropiciel grzechu antyreligijnego wyśledził 147 tekstów, które czasami nawet łączą w sobie cztery różne grzechy: bluźnierstwo; satanizm, okultyzm i antykatolicyzm. Mnie wyszło 0,7 procenta wszystkich artykułów. Dużo! Autor dzieli się uwagą, nad wyraz wnikliwą: nasilenie tych artykułów nastąpiło dwa razy w roku. Miało to związek z Halloween i „Czarnym protestem”.

  Kilka wybranych, wyjątkowo celnych spostrzeżeń i analiz powstałych w wyniku mozolnej pracy mego nowego idola. Feministyczny był felieton M. Środy zatytułowany „Demon w Warszawie. Gościnne występy”2, o pewnej konferencji pod tym tytułem. Jendrzejczak dostrzega, że „Rewolucja [feministek – dopisek mój] wiąże się z egalitaryzmem polegającym na niszczeniu porządku hierarchicznego, odzwierciedlającego doskonałość Boga”. Tylko ja nie bardzo wiem, kogo on krytykuje. Konferencję czy M. Środę, która ją opisuje? Nieważne, „Wyborcza” ów felieton na swoich łamach zamieściła, innego winowajcy nie ma. Diaboliczny jest reportaż Beaty Bialik „Marsz Świeckości poszedł na ratunek kobietom”3, tu dodam, że słusznie nazwany diabolicznym, bo ten marsz, właściwie pikieta, była organizowana przez ateistów i agnostyków, a co szczególnie woła o pomstę do nieba – brał w nim udział niejaki J. Hartman (sic!). Może być gorzej? Może. W magazynie świątecznym ukazał się reportaż zatytułowany „Kto cię wyleczy, jeśli nie szeptucha?”4. Z tytułu wynika, że „Wyborcza” propaguje znachorstwo i tak to odebrał Jendrzejczak, który wyłapał nawet zdanie o feminizmie – szeptuchy domagają się równouprawnienia z szarlatanami (sic!). „Wyborcza” słynie też z ostrych ataków na Kościół. To widać w wywiadzie5 z P. Droździakiem, psychologiem i psychoterapeutą na temat agresji i pogardy dla... kobiet w Polsce. Ów psycholog wypowiada znamienne i bluźniercze zdanie: „Katolicyzm represjonuje seksualność. Zanim zaczął się spór o ciąże, skupiano się na homoseksualistach”. Tu się zgodzę z Jendrzejczakiem, pisanie krytycznie o Kościele to straszliwy grzech. Mało? Ależ nie, autorzy tego satanistycznego dziennika wykazują powiązania wampiryzmu nie tylko z kulturą słowiańską, ale nawet związki z chrześcijaństwem – „Smutne słowiańskie wampiry”6. No i wreszcie recenzja Mickiewicza za jego IV część „Dziadów”7. Jak to można w ogóle promować?! To tylko możliwe w tym plugawym dzienniku. Idźmy dalej...

  Nie, nie idziemy dalej, zaoszczędzę Czytelnikowi dalszej wyliczanki. Kto jest ciekaw zapraszam do lektury tekstu Jendraszewskiego, wskazanego w linku. A jest jeszcze o promocji guseł i kultury zła. W mojej ocenie lektura pasjonująca, z pierwiastkiem detektywistycznym i sensacyjnym, bo dobrze jest sprawdzić do jakich tekstów Jendraszewski  się odnosi. Przy okazji można się przekonać na własne oczy, ileż w tej „Wyborczej” jest nienawiści do Kościoła. Nasuwa mi się pewna analogia z niektórymi portalami katolickimi, które chętnie przeglądam. Gdyby tak porównać ilość podobnych tekstów, jeszcze bardziej ośmieszających Kościół, dodatkowo promujących egzorcyzmy, apokalipsę, zielarstwo, medycynę naturalną zamiast medycyny konwencjonalnej – „Wyborcza” to przysłowiowy szczeniak. Wiele się jeszcze musi nauczyć...