czwartek, 5 lipca 2018

Misja dwójnasób specjalna


  Sarkastycznie: może jeszcze nie święta trójca, w osobach abp Henryka Hosera, bp Marka Solarczyka i krajowego duszpasterza służby zdrowia(?) ks. Arkadiusza Zawistowskiego, zajęła się bieżącymi wydarzeniami społeczno-politycznymi. Nie, nie w jakieś katedrze, ale na lotnisku Chopina, co odbiło się szerokim echem na portalach katolickich. Dziwi mnie mały oddźwięk po stronie mediów liberalnych, ale coś mi się zdaje, że nie chcą drażnić już wściekłego lwa po incydencie z napisami na elewacji katedry warszawskiej. Chyba jest nadmiar tych obaw, gdyż ten rozwścieczony lew ma coraz mniej zdrowych kłów.

  Dziwi mnie określenie „wulgarne słowa”, tam nie ma wulgaryzmów, tam są najwyżej obelżywe słowa, obelżywe w stosunku do Kościoła. Inaczej, przypisujące Kościołowi negatywne cechy, prawdę powiedziawszy – niezupełnie kłamliwe, ale o samą definicję nie będę się spierał. Tak jak i oto, że to był bez wątpienia przejaw wandalizmu. Ale znów od siebie dodam znane porzekadło: kto jaką bronią wojuje, od takiej ginie. Cała Polska jest obsmarowana hasłami typu „Jude raus”, czy „śmierć wrogom Ojczyzny”, po bardziej łagodne „Legia pany”, których autorami są bez wątpienia katolicy. I jakoś nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Jeśli do tego dodać nachalne i obskurne plakaty i bilbordy ruchów „Pro Za Życiem”, ów incydent na dwóch budynkach sakralnych wydaje się przysłowiowym „mały pikuś”. Tymczasem abp. Hoser grzmi: „Widzimy jak mobilizują się siły zła, żeby wszystkiemu przeszkodzić”. Interpretacja tych słów ewidentnie zależy od punktu widzenia. Z mojego wygląda to tak, że mobilizacja zła następuje po stronie polskiego Kościoła, i tylko polskiego. Na potwierdzenie moich słów kolejne arcybiskupa: „Nie potrzebujemy aksamitnych opowieści czy głaskania z włosem, ale ewangelicznego radykalizmu, o którym nieustannie mówił Jezus”. Ja naprawdę nie wiem, gdyż nie znam arabskiego, ale czy przypadkiem Arcybiskup nie pomylił Biblii z Koranem, a Jezusa z Allahem?

  Tak więc mamy do czynienia z nowym kierunkiem misji Kościoła polskiego, który sam Arcybiskup nazwał radykalizmem ewangelicznym. I to się wyraża nie tylko w tym jednym zdaniu. Mówi jeszcze: „(...) współczesna młodzież potrzebuje zdecydowanego podejścia i jasno określonych zasad. (...) Dziś próbuje się używać szpachla płytkiego miłosierdzia” (sic!). Powiem tak: żal mi cię młodzieży, oj żal. Arcybiskup zna podłoże nie do końca całkiem nowego wroga religii katolicko-polskiej. Chodzi oczywiście o feminizm, ale nie tylko: „Nasilanie się aktów [jakie nasilanie, przecież to dopiero pierwsze takie akty – dopisek mój], z którymi mieliśmy ostatnio do czynienia, jest skutkiem próby doprowadzenia społeczeństwa do wyższego poziomu życia moralnego i ochrony życia (poczętego)” (sic!) I wszystko jasne. Arcybiskup daje wyraźnie do zrozumienia, że chce nas na siłę uszczęśliwić polsko-katolicką moralnością i chronić katolickie życie poczęte. Będzie mocno, bo mnie ta retoryka przypomina inną, sprzed niemal wieku, gdy pewien pan z wąsikiem krzyczał o moralności germańsko-nordyckiej i koniecznością rygorystycznego wychowania młodzieży. Mówił też o przeniesieniu tej moralności i tych zasad na całą Europę, a nawet świat. Na szczęście abp Hoser jeszcze nie ma takiej siły, aby wprowadzić słowa w czyn i oby nigdy jej nie zdobył.

  By nieco klimat notki ostudzić, teraz o drugiej misji abp Hosera. Arcybiskup pojechał do Medjugorie, i tu uwaga, walczyć z mafią pielgrzymkową (neapolitańska)! Wolne żarty, ja istnienia tej mafii nie neguję, mnie ona (misja) tylko mocno zastanawia. Watykan od początku nie potrafi zająć stanowiska, co do prawdziwości tych objawień (już o tym pisałem). I to właściwie nie dziwi, bo aby zająć konkretne stanowisko, te objawienia muszą się skończyć. Problem w tym, że na to się nie zanosi – zbyt intratny biznes nie tylko dla mafii, dla Kościoła również. Śmiem przypuszczać, że tak fifty – fifty. I teraz dwie spiskowe teorie na temat wyjazdu abp. Hosera. Pierwsza, to wyplenić mafię, aby wszystkie zyski szły do Kościoła, bo ten nie lubi się dzielić. Druga, to nabrać doświadczenia jak walczyć z groźnym przeciwnikiem, by te metody zastosować w naszym kraju przy zwalczaniu przeciwników Kościoła. Jakem Asmodeusz, życzyłbym sobie tej pierwszej wersji, w końcu i tak nie chodzi o moje pieniądze, a nikomu, nawet Kościołowi nie będę zazdrościć zysków, jeśli nie biorą się z moich podatków.

  Na koniec też sarkastycznie. Życzę Arcybiskupowi długiej i owocnej (w zbieraniu profitów) pracy. Im więcej go w Medjugorie, tym mniej w Polsce. Po raz pierwszy w życiu takie same życzenia, z tych samych pobudek, składam mafii pielgrzymkowej...







wtorek, 3 lipca 2018

Lepiej wierzyć


  Jak podaje brytyjski The Independent, badania amerykańskich uczonych na Ohio University wykazały, że osoby wierzące żyją przeciętnie cztery lata dłużej niż agnostycy i ateiści. To znaczy jeszcze nie wykazały – na razie postawili taką hipotezę. Według nich za dłuższe życie może odpowiadać wsparcie wspólnoty (szczególnie stan małżeński), modlitwa i unikanie nałogów. Tę hipotezę postawiono po przeanalizowaniu 1500 nekrologów, stanu cywilnego zmarłych oraz ich religijności. I biorąc pod uwagę tylko ostatni czynnik – religijność – można wydłużyć sobie życie aż o sześć lat!

  Mój wrodzony sceptycyzm podpowiada mi, że z tych trzech aspektów mających wydłużać życie, tak naprawdę liczy się tylko unikanie nałogów, ale ja tam nie jestem amerykańskim uczonym, mogę się mylić. Udowodniono ponad wszelką wątpliwość szkodliwość palenia (choć i tu znalazłoby się jakieś „ale”). Natomiast z tym piciem bywa też różnie. Wprawdzie nie mam już wśród znajomych żadnego nałogowego alkoholika będącego moim rówieśnikiem, ale sam nie stronię od piwka i okazjonalnie – kieliszeczka czego mocniejszego. Niemniej nie protestuję, gdy mi ktoś mówi, że nałogi szkodzą. Jak wspomniałem powyżej, nie prowadziłem badań, które miałyby wykazać, że jest inaczej. Mam wątpliwości, co do tego wsparcia wspólnoty. Nie żebym negował znaczenie tego zjawiska, ale tak jakoś, na bazie nie tylko własnych doświadczeń, wiem że to wsparcie jest bardzo intensywne do czasu osiągnięcia samodzielności, później jakby od nas oczekuje się wsparcia, by wreszcie na starość (również w kalectwie) wręcz o to wsparcie żebrać. Tu dygresja, jeszcze o wsparcie nie błagam i mimo zaawansowanego wieku trudno mi mówić o takiej starości. Wszystko przede mną...

  Najtrudniej pojąć mi ten zbawienny wpływ modlitwy na długowieczność. Znów opieram się li tylko na bazie własnych doświadczeń, więc nie ma mowy o dowodach naukowych. Nie modlę się tak około czterdzieści lat i... żyję, czego już w żaden sposób nie może powiedzieć liczne grono moich modlących się rówieśników. Tak gdzieś od ćwierćwiecza chodzę na pogrzeby coraz częściej i nigdy jeszcze nie miałem okazji być na pogrzebie agnostyka czy ateisty. Prędzej trafiłbym na mniej praktykujących, mniej modlących się, więc trudno mi jednoznacznie orzec, że brak modlitwy wydłuża życie. W jednej z notek wspomniałem o litanii do św. Huberta, czy Duchowej Adopcji Piłkarzy reprezentacji Polski, co okazało się totalnie bezskuteczne, więc tym bardziej mnie ten argument nie przekonuje. A przecież modliły się tuzy polskiego katolicyzmu...

  Miałem za sąsiada faceta starszego od siebie o trzydzieści lat z małym okładem. Miałem, gdyż przed dwoma laty był jego pogrzeb. Kiedyś go zapytałem, jakie jest jego największe marzenie. Odparł, że chce dożyć stu lat, co w jego przypadku akurat nie było takie niemożliwe. Cieszył się doskonałym zdrowiem, nawet na trzy miesiące przed śmiercią. Zmarł w przededniu 99 rocznicy swoich urodzin. Tu lojalnie przyznaję, był człowiekiem wierzącym, nie opuścił żadnej niedzielnej czy świątecznej mszy świętej. Na dodatek się modlił, choć jak mi wyznał, tylko w kościele, gdyż w domu działy się czasami, jak to określił – „bezecne rzeczy”, więc nie chciał obrażać Boga modlitwą w takim miejscu. Ja tej jego filozofii nie rozumiałem, ale też nie muszę wszystkiego rozumieć. Mówił do mnie synku, choć już byłem grubo po pięćdziesiątce, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. To od niego usłyszałem czym jest życie. Dzieciństwo i młodość to wspinanie się na szczyty Karkonoszy, wiek średni to piękna wycieczka szlakiem tych szczytów, starość to schodzenie w niziny. Jest dobrze, jeśli możesz zejść o własnych siłach. Na nieszczęście nie wszyscy mogą i wtedy żadna modlitwa nie pomoże. Albo cię zniosą na noszach, albo spadniesz w przepaść. Niemniej, jakakolwiek by to była wersja z tych trzech i tak kończy się jednym – dojdziesz, doniosą cię, spadniesz – do kresu życia. Tu przypomina mi się fraszka Sztaudyngera:
"Dotąd spędzamy czas
Aż on w końcu spędzi nas
."

  Dodałbym od siebie, bo już mam uprawnienia do filozofowania z racji wieku, że i tak wszystko zależy od szczęścia. Albo będziesz miał szczęście i w zdrowiu dożyjesz stu lat, albo tego szczęścia mieć nie będziesz. Czasami temu szczęściu możesz pomóc, i może Cię zdziwię mój czytelniku, jeśli uważasz, że temu pomoże modlitwa, nie będę ci tego mieć za złe, o ile nie modlisz się o nieszczęście bliźniego, lub nie odczyniasz jakichś czarów...




sobota, 30 czerwca 2018

Wirtualna rzeczywistość arcybiskupa

  Uprzedzam już na wstępie. Notka będzie o homilii, a kto takich nie lubi, może spokojnie sobie ją darować. Druga sprawa dotyczy pytania: dlaczego się czepiam arcybiskupa Stanisława Gądeckiego? Odnioszę się tylko do tej części jego homilii1, wygłoszonej w Poznaniu, która dotyczy przemian społeczno-kulturowych, nie tylko w naszym kraju, a która mnie po prostu bulwersuje.

  Zacznę z wysokiego „C”: „(...) totalitaryzm komunistyczny ustąpił miejsca ponowoczesności, gdzie w miejsce ustępującego komunizmu weszło społeczeństwo konsumpcyjne. Łatwo zauważyć, że obie te formy posiadają podobny do siebie materialistyczny charakter; obie eliminują sferę duchową człowieka”. Nie wiem do koga ta mowa, ale nie rozumiem jak można porównywać peerlowski komunizm do demokracji  po 1989 roku? W PRL-u Kościół spotykał się z prześladowaniami, po jego upadku mógł się w pełni odrodzić i rozwijać, co Mu się udało z nawiązką, zarówno poprzez odzyskanie dóbr materialnych, jak i wpływu katechetycznego na całe rzesze katolików, wreszcie na profitach wynikających z klerykalizmu kończąc. Jeśli już coś złego się stało, to tylko na życzenie samego Kościoła, który okazał się bezradny wobec rosnącego poczucia wolności obywateli (w tym wiernych). Nie potrafił znaleźć lekarstwa przeciw prawu do decydowania o sobie. Kolejny kwiatek: „(...) poprzez dyktaturę materii, przez umasowienie i pozbawianie osoby jej tożsamości i odpowiedzialności, prowadzi do podobnego celu”. Aż zapytam: jaki cel niesie w sobie dyktatura chrześcijańskiej duchowości, za którą optuje Kościół, zaś Kościół katolicki w szczególności? W mojej ocenie to nie jest tak, że materializm ma silniejsze podstawy niż wiara, choć różne – są takie same, problem jest taki, że Kościół nie ma już nic atrakcyjnego do zaofiarowania i wbrew słowom arcybiskupa, to On dobiera człowiekowi zarówno tożsamość jak i poczucie odpowiedzialność za siebie. W religii chrześcijańskiej człowiek to nie uniklana osobowość – człowiek to dzieło boże i Jemu przynależne.

  Dalej jest tak: „Idee, obyczaje i normy kulturowe zdają się dzisiaj być zaprzeczeniem tego, co obowiązywało jeszcze pół wieku temu”. I tu już wyraźnie widać jak bardzo arcybiskup nie rozumie pojęcie ewolucyjnego rozwoju społeczeństw. To nie jest zaprzeczenie przeszłości, szczególnie tej sprzed pół wieku, to jest rozwój. I choć trudno powiedzieć, że we wszystkich aspektach jest pozytywny, on się nie wziął z niczego, jeszcze inaczej, wbrew pozorom wcale nie wywrócił naszego życia do góry nogami, on pozwala ludziom mocniej na własnych nogach stanąć. Pół wieku temu w Polsce kwitł komunistyczny zamordyzm, którego doświadczył sam Kościół w całej Wschodniej Europie i nie chce mi się wierzyć, że arcybiskup tęskni za tymi czasami. A może jednak? Dyskryminowany i prześladowany Kościół cieszył się zdecydowanie większym poparciem niż dziś, kiedy nikt i nic nie przeszkadza Mu działać w obrębie obowiązującego prawa.

  Jeszcze jedno: „Rewolucja europejska rozpoczęła się od zmiany kultury, z której uczyniono narzędzie ideologii. Cała energia tej nowej ideologii jest przeznaczona na zniszczenie tradycyjnych struktur, które mają – rzekomo – zniewalać i alienować człowieka. (...) Religię np. pragnie się  zredukować do sfery prywatnej, czyli zmienić ją w zespół poglądów znaczących tyle co np. wegetarianizm”. I tu rodzą się się dwa pytania: Czy kultura chrześcijańska nie była narzędziem ideologii, podobno jedynie słusznej? I kiedy ta rewolucja nastąpiła, bo tego arcybiskup nie uściśla? Nasuwa się data: rok 1968,  kiedy to na gruncie sprzeciwu wobec wojnom i buntu przeciw konserwatywnym ideom ubezwłasnowolnienia jednostki, uzewnętrzniło się pokolenie dzieci kwiatów. Po zrzuceniu jarzma komunizmu, również za namową Jana Pawła II, chcieliśmy ku ideałom wolnej i zjednoczonej Europy. Przypomnę, już po dokonaniu się tej rewolucji obyczajowej. Tak to prawda, nauki Kościoła katolickiego przypominają dziś namowę na wegetarianizm, czyli do ascezy, tak jakby owa asceza miał nas w jakiś cudowny sposób uczynić szczęśliwszymi.

  Teraz coś mocnego, jakby na potwierdzenie ostatniego zdania poprzedniego akapitu: „Kulturę wyrzeczenia oraz ideały ma zastąpić kultura natychmiastowego spełnienia i przyjemności. Wolność ma odtąd oznaczać wyłącznie oswobodzenie się od nakazów i norm, skutkiem czego ma nastąpić zdanie się człowieka na władzę jego popędów, które będą nim rządzić, redukując go do stanu zwierzęcego”. Podobną frazę opisałem już w innej notce na tym blogu, ale tam została wypowiedziana przez jakiegoś nawiedzonego fanatyka religijnego. Usłyszeć takie słowa z ust arcybiskupa graniczy, nomen omen, z cudem. To jest po prostu odlot, świadczący o tym jak bardzo arcybiskup opiera się na wirtualnym świecie pobożnych życzeń, przy czym nie mam tu na myśli netu. I znów zapytam: czy Kościół uchronił się przed zezwierzęceniem, skoro szarpią nim do dziś skandale pedofilskie, homoseksualne i finansowe? Czym się Kościół różni od współczesnego społeczeństwa w pazerności na dobra doczesne? Chyba tylko w tym, że ta pazerność jest co najmniej dwójnasób większa...

  Już na koniec: „Tym razem narzędziem do osiągnięcia tego celu nie jest już tradycyjny terror, ale jego miękki odpowiednik, czyli coraz szczelniejszy system prawny stojący na straży ideologii oraz przemoc symboliczna, uprawiana przez media i ośrodki opiniotwórcze. Europa staje się miejscem miękkiej wersji totalitaryzmu”. Zaczynam rozumieć, choć ta narracja jest wręcz nie do pojęcia, więc z konieczności daję upust swojej fantazji. Arcybiskup ma żal, że w obliczu prawa stanowionego, nie ma już miejsca na tradycyjny terror – którym mógłby się posłużyć, mając w pamięci praktyki mienionych wieków. Tęskni też za przemocą symboliczną, kiedy to Kościół miał monopol na media (ambony) i Indeks Ksiąg Zakazanych, i co najważniejsze – za miękkim terrorem ideologii chrześcijańskiej, który tak nawiasem mówiąc stosuje bez kozery..



Przypisy:
1 - https://archpoznan.pl/pl/web/homilia/view/id/polonia-coepit-habere-episcopum - wszystkie cytaty pochodzą też z tej strony.



środa, 27 czerwca 2018

Wolność to krok w przepaść


  Muszę ze smutkiem przyznać, że coś mi się kompletnie pomieszało. To za sprawą dyskusji o wolności, ściślej, o tym czym jest wolność w rozumieniu liberalnym, widzianą od strony ideologii chrześcijańskiej. Nie wypada to dobrze, powiedziałbym, że wręcz fatalnie. W łeb sobie nie strzelę, ale kto wie czy od niepamiętnych czasów nie pójdę grzesznie się upić wysokoprocentowym alkoholem. W ramach erzacu tego strzelenie sobie w łeb – tak totalnie w trupa...

  Okazuje się, że moje rozumienie wolności to fetysz, który służy do bluźnierstw, kłamstw i szpetoty, które można zaliczyć do karygodnych ekscesów. Człowiek liberalny uznaje możliwość wyboru zła za przejaw wolności, co jest wypaczonym korzystaniem z rozumu i wolnej woli. Taki jak ja liberał, przypomina raczej narkomana, który aplikuje sobie kolejną dawkę narkotyku by ulec zezwierzęceniu. To zezwierzęcenie skutkuje syrenim śpiewem własnych namiętności (sic!). Wiadomo bowiem wszem i wobec, że zarówno sprawiedliwość jak i prawo (naturalne) sprzeciwia się istnieniu państwa bez Boga. KRS to niedawno potwierdziła: „RP to nie jest demokratyczne państwo prawno-liberalne. To jest państwo osadzone w kulturze chrześcijańskiej. Prawa stanowione muszą odpowiadać naszej chrześcijańskiej kulturze. Stanowimy prawo w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem”. Mało kto wie, że w sentencji „Cesarzowi, co cesarskie, Bogu, co boskie” jest ukryta głęboka myśl, z której wynika, że nawet ten cesarz powinien oddać Bogu, co Jego (gdyż wszystko, nawet władza pochodzi od Boga), a przecież Ewangelie nie dały cesarzowi żadnej dyspensy. Ponieważ wszyscy jesteśmy dziś cesarzami, co wynika z zasad demokracji katolickiej (?), nawet nasza wolność należy się Bogu. Wspólnota społeczna, jako dzieło Boże, pozostaje zależna od Stwórcy i powinno się tę zależność bezwzględnie szanować.

  Równie niedobrze jest z moim rozumieniem wolności słowa, kolejnym bożkiem liberalizmu. Otóż, publiczna władza jest od tego, aby kłamliwe opinie, które są skierowane przeciw duchowi (świętemu) i obyczajności chrześcijańskiej, pilnie stłumić, aby nie zdążyły się rozpowszechnić. Wprawdzie „wolność słowa” ładnie wygląda na papierze, ale trzeba zejść z wyżyn abstrakcji liberalnej, bo przeciw słowom ledwie słyszalnego kaznodziei występuje olbrzymia, medialna i liberalna zaraza. Nie sposób nie dostrzec, że przejawem największego rozpasania jest Internet, gdzie ta zaraza rozprzestrzenia się najbardziej. W takiej sytuacji niezbędne wydaje się roztropne i umiarkowane ograniczenie wolności słowa, gdyż w sporze Ewangelii z liberalizmem największą siłą jest argument materialnej przewagi pieniądza środowisk przeciwnych chrześcijaństwu. W tej wolnej amerykance wolności słowa zwyciężają przede wszystkim rozwiązania łatwe i przyjemne, w zdecydowanej przewadze zaś niemoralne.

  Nie inaczej jest z wolnością nauczania. Liberalna wolność przywłaszcza sobie swobodę nauczania czegokolwiek, ścierając się z rozumem i zrodziła się z zamiarem przewrotu w umysłach ludzi prawych. Władza publiczna, oparta na niezbywalnych wartościach chrześcijaństwa, przez swój obowiązek nie może dopuścić do takiej swawoli. Swoboda akademicka już dawno przestała być aktualna i twórcza. Nie można dopuścić, aby pod jej przykrywką dochodziło do manipulacji, czy ideologicznego prania mózgów. Nie można traktować wolności słowa czy nauczania jako ideał. Wprawdzie Kościół nie jest wrogiem wolności, ale broni ludzkość przed tyranią liberalnego grzechu, dekadencji i przed hedonizmem, który prowadzi do nihilizmu egzystencjalnego. Bo też taka liberalna tyrania nie ubiera się w czarny habit, lecz przywdziewa tęczową szatę i niewinny uśmiech bezbożności.

  Chciałoby się powiedzieć: Uf!!!, wreszcie wiem czym jest wolność. Chciałoby się, ale jakoś tak chyba zrobił mi się jeszcze większy mętlik. Nie tylko z powodu zaćmy, mam teraz obraz wolności rozmazany, pomieszany i poplątany. Z tych słów powyżej wynika, że wolność jest, ale tylko na tyle, na ile pozwala religia i państwo jej całkowicie podporządkowane. Ponieważ religia właściwie nie pozwala na nic, nasza wolność ogranicza się do wyboru konkretnej modlitwy (czasami do krytyki liberalnych poglądów), w której będziemy głosić absolutne poddanie Panu i Jego ziemskim przedstawicielom w koloratkach. Aby nie było, że sam te brednie wymyśliłem, targany liberalną wolnością i uczciwością wspomnę, że praktycznie całość notki jest oparta na artykule wskazanym w przypisach. Sam zaś artykuł opiera się na słowach papieża Leona XIII, który w drugiej połowie XIX wieku już przewidział jak groźna będzie ta liberalna wolność człowieka.
Prorok, czy cóś?!





wtorek, 19 czerwca 2018

Rodzina strasznie zagrożona


  Jak twierdzą konserwatywno-prawicowo-katolickie środowiska, nasza narodowa tożsamość opiera się na tradycyjnie pojmowanej rodzinie, a to pojmowanie wynika z chrześcijańskich fundamentów i korzeni Europy (sic!) Ta z pozoru mądra definicja budzi we mnie niekłamane zdumienie, gdyż jest w niej odniesienie do Świętej Rodziny – przypomnę niezorientowanym: Józef wdowiec z gromadką dzieci, Maryja dziewica i do końca życia czysta, oraz Jezus, którego przyjście na świat trudno racjonalnie wytłumaczyć jeśli się nie uzna, że był Bogiem. Pozostawmy jednak ten rodzinny niuans samemu sobie. Mnie do niczego niepotrzebny.

  Czytam: „Rodzina jest grupą podstawową, co oznacza, że stanowi środowisko socjalizacji, wychowania i kulturalizacji, tworząc grupę. Osobowość rodziców, ich ideały, postawy życiowe — wszystko, co kochają, ich zaangażowanie się w określony rodzaj życia — są dla dziecka filtrem, przez który przechodzą jego myśli, ideały, zachowania i działania. Reprezentowane przez rodziców systemy wartości stanowią dla dziecka swoisty kodeks norm określających co dobre, a co złe, co wolno, a czego nie wolno czynić1. Właściwie trudno byłoby się z tą opinią nie zgodzić, ja jednak mam poważne wątpliwości i to w dwóch kwestiach. Po pierwsze, tak pojmowana rodzina skutkuje wartościowaniem jej członków, inaczej, już w założeniu firmuje pewne zależności i na przekór wszelkiej logice, czyni najważniejszymi... dzieci (dla siebie będziemy mieli czas na starość, pesymistyczne: nad grobową deską). Niby decyzje należą do rodziców, ale bardziej na zasadzie obowiązku i odpowiedzialności względem potomstwa. Jesteś dziećmi, równie krótko młodzieżą, ale z chwilą ożenku wszystko podporządkowane ma być kolejnemu pokoleniu dzieci, nawet tych nienarodzonych. Druga kwestia wynika po części z tej pierwszej. Ja już pominę własne doświadczenia, ale niejednokrotnie słyszę i czytam, ileż to te dzieci muszą włożyć wysiłku by... wyzbyć się ideałów i postaw życiowych rodziców. Jest to o tyle zastanawiające, że im większy wysiłek wkładają rodzice w przekazywanie swoich moralitetów, tym większy bunt ich dzieci, gdy osiągają dojrzałość. Nie wnikam w to, czy ów bunt jest zasadny i korzystny, stwierdzam fakt jego istnienia i to praktycznie w każdym pokoleniu. Oczywiście są wyjątki, kiedy to dzieci wręcz idealnie powielają zachowania i poglądy swoich rodziców, ale to i tak są tylko wyjątki, w moim odczuciu, albo dokładnie zindoktrynowane, albo pozbawione chęci tworzenia własnej, niepowtarzalnej indywidualności.

  Jednak największe zdumienie budzi we mnie narracja, z której ma wynikać, że zagrożeniem dla rodziny mają być idee zgniłego Zachodu, a w tym wręcz absurdalny zarzut, usankcjonowanie innych związków (partnerskich i homoseksualnych). Bez względu na argumenty, które mnie nie przekonują, wydaje mi się, że ma to związek z utratą monopolu na decydowanie o tym, jaki układ można nazwać małżeństwem i rodziną, tak jakby to była sprawa być albo nie być gatunku ludzkiego. Sytuacja jest na tyle kuriozalna, że dwoje ludzi bez formalnego papierka (konkubinat), a mających własne dzieci, już na miano prawdziwej rodziny nie zasługuje. Aż zapytam, co to w takim układzie jest? Skoro katolicyzm w Polsce niemal krzyczy o potrzebie wolności, dlaczego taką wolność formy związku piętnuje?

  Wreszcie dotykam sedna problemu. Konserwatyści chętnie uznaliby konwencję antyprzemocową za nieważną, a przed jej formalnym odrzuceniem powstrzymują ich tylko profity z Unii Europejskiej. Pani Beta Szydło jawnie cieszy się z faktu, że góral spod samiuśkich Tater też jest przeciw, bo przecież nikt mu nie będzie dyktował jak postępować po katolicku ze swoją babą i dzieckami. Nieco innym tropem poszło Ordo Iuris przedstawiając swój projekt Konwencji Praw Rodziny2. Tu uwaga!, ta organizacja ma nadzieję, że ten projekt przyjmie nie tylko polski parlament ale i cały cywilizowany świat (sic!) Się poświęciłem na dokładną lekturę tego dokumentu. Wszystko w zasadzie jest ok, poza kilkoma kontrowersyjnymi definicjami:
- „„małżeństwo” to dobrowolny i trwały związek kobiety i mężczyzny, który podlega szczególnej ochronie prawa krajowego” (pojedynczy człowiek już na szczególną ochronę nie zasługuje?);
- „„płeć” to zespół cech biologicznych, w tym genetycznych, pozwalających na obiektywne rozróżnienie między kobietą a mężczyzną” (możemy udawać, ze pojęcie płciowości jest tak proste jak w tej definicji, ale ono a priori i wbrew faktom wyklucza osoby transpłciowe);
- „„dobro dziecka” to ogół warunków niezbędnych dla jego prawidłowego rozwoju osobowego, duchowego i intelektualnego” (a co to znaczy prawidłowego i kto o tej prawidłowości ma decydować?);
- „„przemoc domowa” to jednorazowe lub powtarzające się umyślne działanie naruszające prawa innej osoby, stanowiące czyn zabroniony przez prawo Państwa, skierowane przeciwko życiu, zdrowiu, nietykalności cielesnej, wolności lub mieniu, do którego dochodzi w rodzinie lub gospodarstwie domowym, między byłymi małżonkami lub osobami pozostającymi we wspólnym pożyciu, niezależnie od tego, czy sprawca i ofiara dzielą miejsce zamieszkania, czy nie” (pojawia się ukryte pojęcie konkubinatu, ale tylko w odniesieniu do przemocy domowej, i mimo wszystko górale też będą stawiać opór).
 

  Największy problem budzi owa trwałości w definicji małżeństwa. Konia z rzędem temu, kto potrafi ją zagwarantować i określić  Najprościej mi się jest w tej materii odnieść do głośnych przykładów z ostatnich miesięcy. Jeden z posłów, uważający się za autorytet moralny w sprawach świętości rodziny, okazuje się mieć kochankę, inicjując nowy rodzaj zdrady małżeńskiej: na asystentkę, oraz drugi, równie święty, choć już tylko w randze radnego, traktujący małżonkę jak przedmiot spełniania erotycznych i sadystycznych wynaturzeń. W tym miejscu pozwolę sobie na parafrazę pewnej kabaretowej piosenki:
Rodzina, rodzina, rodzina, ach rodzina
rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest
za to szczęśliwy jesteś jak sielska wieś..
.”
Aby nie było, że taki ze mnie egoista–oryginał: