poniedziałek, 17 września 2018

Nominacja do książki roku. Ku chwale profesury.


  Tekst notki jest przedrukiem mojego artykułu, opublikowanego na portalu Seniorzy24.pl

  Zawsze miałem sceptyczny stosunek do amerykańskich uczonych, to znaczy takich, co to udowadniają coś, co jest nie do udowodnienia. Często się zastanawiałem, dlaczego u nas takich nie ma? Na szczęście okazało się, że są, więc tym samym dorównaliśmy czołówce światowej. Wszystko za sprawą książki prof. Tomasza Rudowskiego z Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW, zatytułowanej „Resocjalizacja przez sztukę sakralną w kontekście fizyki kwantowej”1. Uff...

  Tytuł książki wydaje się mądry, bo i ta resocjalizacja przez sztukę sakralną może się wydawać możliwa, a fizyka kwantowa czyni olbrzymie postępy. Choć z drugiej strony, nie bardzo rozumiem, co ma jedno do drugiego? Na moje nieszczęście nie znam się na resocjalizacji, ani tym bardziej na fizyce kwantowej. Totalny laik jestem, więc te moje poniższe dywagacje opierają się na tak zwanym chłopskim rozumie. W końcu mieszkam od jakiegoś czasu na wsi. Tu wyjaśnię, piszę o polskich uczonych, gdyż tę książkę zaopiniowało dwóch innych profesorów tej samej uczelni. Zaopiniowało pozytywnie...

  Uspokoję też, nie będę tych dwóch tematów przewodnich rozwijał, więc nie zanudzę tą resocjalizacją ani, tym bardziej, fizyką kwantową. Książkę onegdaj dorwałem w czytelni mojej ulubionej biblioteki i po dwóch godzinach wertowania, odłożyłem na półkę z mieszanymi uczuciami. Teraz trafiłem  na  tekst o tej książce, dziwnie podobny z moimi wrażeniami. Tu odniosę się tylko do podobno naukowych wniosków w niej zawartych, bo jak długo żyję i jak długo czytam, z takimi bredniami spod pióra profesora nie miałem do czynienia. Jakem naukowe beztalencie, będę się czasami podpierał opiniami innych2. Na początek o samym tytule. Pewien znany krytyk bredni naukowych, Tomasz Witkowski, pisze o nim tak: „Albo mamy do czynienia z przełomowym odkryciem naukowym XXI wieku, starannie skrywanym przed światem, albo z marnotrawieniem publicznych pieniędzy”. I jest w tym sporo racji, bo ja nigdzie nie znalazłem informacji o tym, by fizyka kwantowa zajmowała się psychologią lub socjologią.

  Warto posłużyć się kilkoma „rodzynkami” umieszczonymi w pseudonaukowej papce. Na początek coś takiego: „Na dzień dzisiejszy zweryfikowana naukowo teoria kwantowa, w tym zasada nieoznaczoności Heisenberga, wskazuje na niemożliwość poznania wiary względem jej wielkości”(sic!). Ktoś coś z tego zrozumiał? Spokojnie, ja też nie, ba!, nawet nie próbuję zgadnąć, co to jest ta zasada nieoznaczoności kogoś tam. Inny fragment jest już bardziej zrozumiały, choć tylko pozornie: „(...) zatem wszystko to, co znamy jako nasz świat, w ostatecznym rozrachunku składa się z tej samej substancji, maleńkich porcji światła (kwantów) wibrujących z różną prędkością. Część światła wibruje tak wolno, że wydaje się skałami i minerałami”. A mnie do tej pory wydawało się, że materia jest zbudowana z atomów a nie z światła, ale co ja tam wiem. Nasuwa mi się tylko pytanie, co decyduje o tej prędkości wibracji, że to nienamacalne światło staje sie skałą? A teraz to: „Pole mające charakter kwantowy stanowi bezkresną sieć połączeń między istotami ożywionymi a ich środowiskiem. W świecie połączeń ogromne znaczenie ma ludzka świadomość będąca emisją fotonów”. Nawet jeśli by to uznać za prawdę, niech mi ktoś wytłumaczy, co było przed istotami ożywionymi skoro kiedyś ludzkiej świadomości nie było? Nawet uwzględniając dinozaury i pierwotniaki a nawet jednokomórkowce, przed istnieniem człowieka świat nie istniał? Bo tu jest mowa o ludzkiej świadomości. Jeszcze coś lepszego. Polski uczony twierdzi, że: „jedna cząstka może się jednocześnie znajdować w 3000 miejsc”. To jakby udowadnia możliwość bilokacji. Pomyśleć, że mogę być w trzech tysiącach miejsc naraz, a biura podróży i komunikacja zdzierają ze mnie tyle kasy na wojaże nie tylko zagraniczne.

  Ten profesor obala też jeden z elementów teorii ewolucji. Sorry, nie, nie on, a fizycy kwantowi, na których się powołuje. Pisze tak: „Fizycy kwantowi udowodnili, że rozwój świadomości odbywa się nie tyle na drodze ewolucji Darwina, co reinkarnacji myślenia [podkreślenie moje] w polu kwantowej świadomości, wraz z wiarą i nadzieją. (...) Zgodnie z fizyką kwantową… daje się wykreślić hipotetyczne krzywe będące falami odpowiadającymi wierze i nadziei w przestrzeni…”. Tu już nawet mnie ręce opadły, choć jestem niespotykanie spokojnym czytelnikiem. Kiedyś czytałem książkę Michała Hellera „Sens życia i sens wszechświata”3, w której autor próbuje przystosować fizykę kwantową do zagadnień wiary, ale robi to w sposób subtelny i w kategoriach luźnych skojarzeń i przypuszczeń, przy czym nie wciska owych fizyków kwantowych do grona poszukujących Boga. W książce Rudowskiego mamy ewidentnie do czynienia z manipulacją i dezinformacją. Panie profesorze, fizyka kwantowa nie zajmuje się wiarą, miłością i nadzieją. Tym bardziej reinkarnacją!

  Liczba podobnych bzdur do tych zaprezentowanych powyżej jest zdecydowanie większa i równie kontrowersyjna. I powinienem zakończyć, ale nie mogę się oprzeć pokusie zacytowania jeszcze jednej, którą umieściłbym w kategorii wisienki na torcie: „Zdolność jasnowidzenia też jest wyjaśniona w pełni na gruncie mechaniki kwantowej: Dysponenci tych zdolności za pośrednictwem przedmiotów mających związek np. z poszukiwaną ofiarą, w świetle zasady nieoznaczoności i splątania kwantowego Heisenberga mają dostęp do ich właściciela” (sic!) Musiałem się uszczypnąć i spojrzeć na kalendarz, choć nie po to, by sprawdzić, jaki mamy dziś dzień. Chciałem sprawdzić, w którym wieku my żyjemy. Na moje nieszczęście wszystko się zgadzało. Jest XXI i profesor Rudowski właśnie uwierzytelnił Krzysztofa Jackowskiego – polskiego jasnowidza, hochsztaplera i szarlatana.

  Gdyby to ode mnie zależało, nominowałbym tę książkę do nagrody za największą bzdurę naukową roku 2017. Gdybym jeszcze potrafił się rozdzielić na te trzy tysiące sobowtórów jednocześnie – ta nominacja otrzymałaby główną nagrodę.


Przypisy:
1 – „Resocjalizacja przez sztukę sakralną w kontekście fizyki kwantowej”, Tomasz Rudowski, Wydawnictwo Dyfin, Warszawa 2017;
2
Całość oparta na, a cytaty zaczerpnięte z  http://pauza.krakow.pl/435_2018.pdf
3 – „Sens życia i sens wszechświata”, Michał Heller, Wydawnictwo Kraków, 2014 rok;


sobota, 15 września 2018

Nie wybielam katolicyzmu


  Od niepamiętnych czasów „prawie że się wkurzyłem”. Krytykuję pewne poczynania Kościoła katolickiego tyko dlatego, że w naszym kraju katolicyzm jest bezsprzecznie religią wiodącą, a katolików jest około 90 procent. Siłą rzeczy inne Kościoły stanowią li tylko margines chrześcijaństwa. „Wkurza” mnie to, że ktoś tę moją krytykę traktuje opacznie i wykorzystuje jako oręż przeciw katolicyzmowi dla swoich religijnych celów. Jestem niesłychanie spokojny człowiek, więc grzecznie swoje stanowisko wyjaśnię.

  Nietzsche pisząc, że Bóg umarł, miał na myśli Boga i bogów wszystkich religii. Jeśli dziś się mówi, że religie nie chronią przed wynaturzeniami, to mowa jest o wszystkich religiach, również protestanckich. Szczerze mówiąc w tych ostatnich się totalnie gubię, bo różnic w obrębie protestantyzmu nie sposób ogarnąć. Trzeba chyba posiadać przynajmniej tytu magistra religioznawstwa, by się w tym wszystkim połapać. I już jest pierwszy feler protestantyzmu – niespójność doktrynalna, która dowodzi jednego: Pismo Święte jest tak niejednoznaczne, że wystarczy jeden nawiedzony i... mamy nowy odłam chrześcijaństwa. Tu trzeba dodać, że każdy z odłamów rości sobie niezaprzeczalne prawo do własnej, nieomylnej interpretacji Biblii. Klasycznym przykładem protestanta, zielonoświątkowca, była barwna postać posła Johna Godsona. Facet, który miotał się między Zachodnimi odłamami protestantyzmu a... katolicyzmem. Był zagorzałym zwolennikiem zaostrzenia aborcji, a jednocześnie nie bardzo mógł się zdecydować, co myśleć o homoseksualistach w jego Kościele. Nie uznawał Kultu Maryjnego, ale też mu w niesmak było, że kobiety mogą być pastorami czy biskupami.

  Polskie, protestanckie Kościoły wręcz prześcigają się w wytykaniu katolickiemu Kościołowi pazerności na kasę, ale jednocześnie ostro sprzeciwiają się likwidacji Funduszu Kościelnego, który zapewnia im stały dopływ gotówki, zwolnione są też z konieczności płacenia różnorakich podatków. Mają te same przywileje jak KK, który bezpardonowo atakują. Z innymi zagadnieniami nie jest lepiej, i nie mam tu na myśli tylko wojny religijnej". Czytałem wypowiedź pewnego redaktora „Miesięcznika ewangelickiego” o pedofilii w Kościele katolickim w dość niecodziennym kontekście. Otóż ten redaktor zastanawia się jak, wobec doświadczeń KK, zabezpieczyć finansowo Kościoły protestanckie przed żądaniami odszkodowań za szkody moralne ofiar pedofilii w obrębie tychże Kościołów (sic!) Chyba nie powinienem tłumaczyć, co owe dywagacje znaczą, ale bez wątpienia ów redaktor wie, że to zjawisko również istnieje w protestantyzmie. Okazuje się, że również tam pedofilia jest starannie ukrywane, a jej rozmiary są zastrasające. W Polsce w ogóle nie ma danych na ten temat, stąd muszę się uciec do danych ze Stanów Zjednoczonych, gdzie oficjalnie mówi się o około stu sprawach wykorzystywania nieletnich – rocznie przez ostatnich dziesięć lat. To chyba dużo więcej niż w KK w tym samym kraju. Z małą poprawką, te dane są w wykazie tylko jednej firmy ubezpieczeniowej Church Mutual. A to nie jest jedyna firma działająca w obrębie Kościołów protestanckich. Stany Zjednoczone to specyficzny kraj, ale nie trudno dowieść, że protestantyzm w innych krajach wcale nie jest lepszy. W takich Niemczech trwa aktualnie śledztwo w sprawie molestowania wychowanków Domu Dziecka w Westfalii. Aby była jasność, prowadzonego przez protestantów. Nie będę tu robił wyliczanki, bo przecież nie o wskazanie tego haniebnego prymatu mi chodzi.

  Wrócę na koniec do posła Godsona. To on kiedyś powiedział: „Jestem ewangelicznym wierzącym zielonoświątkowcem charyzmatycznym. My uważamy, że każdy [podkreślenie moje] wierzący człowiek jest święty. Ja jestem święty John Godson1. Aż mi się chce zapytać, z pełną świadomością, że to nieukrywany sarkazm: czy wierzący pedofil Kościoła zielonoświątkowego też robi za świętego?





czwartek, 13 września 2018

Asmo! Bój się Boga!


  Ten okrzyk towarzyszył mi niemal przez całe dzieciństwo i lata młodzieńcze, później już jakby mniej, choć nigdy nie zniknął. Wystarczyło, że zrobiłem coś nie pomyśli innych. Nie wiem dlaczego, ale nigdy we mnie nie wywoływał bojaźni Bożej, jeśli już, to strach przed tymi, którzy na mnie krzyczeli. Boga się bałem tylko wtedy, gdy sam uznałem swój czyn za niemoralny, choć to też nie do końca tak, bardziej bałem się piekła, na które On mógł mnie skazać.

  Dziś uważam ów krzyk już tylko za metaforę, tekstowe określenie pewnych emocji. Sam w stosunku do swoich „grzeszków” stosuję okrzyk: bój się sumienia! Bo może to dziwne, ale wbrew obiegowej opinii, ateiści też mają sumienie i poczucie winy. Ja się nie lubię licytować, ale maja nawet gorzej, gdyż nie mogą iść do spowiedzi, aby tam to sumienie ceremonialnymi formułkami skutecznie zagłuszyć. Piszę o tym nie bez przyczyny. Wiadomo wszem i wobec, że interesuję się życiem Kościoła, Kościoła katolickiego zaś w szczególności, co większość ma mi za złe. Skoro wziąłem cywilny rozwód z Bogiem, tenże Kościół powinien być poza moim zainteresowaniem. W prawie stanowionym, jeśli rozwiedziony mąż śledzi byłą żonę, podlega to pod paragraf nękania i jest karalne. Rzecz w tym, że zanim ja zacząłem „nękać” tę Instytucję, ona interesowała się mną wcześniej (by nie pisać - nękała), nawet bardziej intensywnie. Tak jakby moja była już żona nadal żądała ode mnie spełnienia obowiązków małżeńskich. Zasłonię się prawem kościelnym. Skoro nie mam kościelnego rozwodu z Kościołem, moje zainteresowanie nie spełnia znamion przestępstwa. Może, co najwyżej, podchodzić pod paragraf grzesznej ciekawości, a to jest grzech mniejszy, z którego, jak mniemam, nawet ortodoksi się nie spowiadają. O tyle to zaskakujące, bo taki Adam i Ewa za ciekawość dostali..., wyrok śmierci, bez zawiasów, choć lekko odłożony w czasie. 

  Tak patrzę sobie na ten Kościół katolicki i dochodzę do wniosku, że dopadł go poważny kryzys. Nomen omen zaczęło się od rozwodników, by przejść na płaszczyznę homoseksualizmu. Papież i Stolica Apostolska byli gotowi pójść na pewne ustępstwa z powodu rozprzestrzeniającej się sekularyzacji i ubytku prawdziwie wiernych Kościołowi. Oficjalnie narybek wiernych rośnie, ale nikt nie ma wątpliwości, że to zjawisko ma charakter ilościowy, a nie jakościowy. Ludzie chrzczą te niemowlęta nie tyle z przekonania, co z powodu wszechobecnej, nie zawsze zasadnej tradycji. Katoliccy ortodoksi stanowczo się sprzeciwili i nadal sprzeciwiają takim papieskim nowinkom. Nie może tak być, że jakiś rozwodnik czy homoniewiadomo dostąpi takiego samego zbawienia jak oni. Prędzej gotowi się zgodzić na towarzystwo ludobójcy, który przed śmiercią uzna swoje winy, wyrazi szczerą skruchę i oznajmi niedowiarkom, że Bóg jest! W końcu kogoś przed śmiercią się przestraszył (patrz tytuł). Okazało się jednak, że szatan jest jeszcze bardziej sprytny. Kiedy już, tuż, tuż, ortodoksi zaczęli przeważać, wybuchła afera w Chile i kilka miesięcy później w Pensylwanii. Kwiat katolicyzmu, czyli część kleru na różnych szczeblach, i nie mam tu na myśli pedofilów, zgrzeszył ukrywaniem swych wyrodnych pasterzy, pozwalając, aby haniebny proceder trwał w najlepsze. A skoro oni Boga się nie bali, to kogo się tu bać?

  Wychodzi na to, że patrząc z kolei na nasz Kościół, polski, katolicki, tym bardziej nie trzeba bać się Boga, bójmy się tego Kościoła. Ja mam wrażenie, że gdyby u nas wybuchła taka afera jak w Chile czy Pensylwanii, nic tego Kościoła nie zmieni. Kto pamięta czasy komunizmu ten wie, że w nim można było znaleźć nadzieję nie tylko na samo zbawienie. Obecnie Kościół ma się u nas tak dobrze, jak nigdy od stuleci, a jego jedynym dziś dążeniem stała się... teokracja. Ja tu jednak pewnie wszystkich zdziwię. Nie ma o co obwiniać Kościoła, ani za co się gniewać. Taka jest jego święta natura – rządzić światem. Przecież nie będę się gniewał na wilka za to, że poluje na owce na halach. Nie będę się gniewał na lisa za to, że podkrada mi kury w  kurniku, skoro preferuje takie menu. Gniewać się nie mogę, ale bać już jak najbardziej. Taka natura Kościoła, że jest w stanie rozgrzeszyć nawet kanalię i uczynić ją świętą, pod warunkiem, że podda się tej teokracji, ba!, będzie ją gloryfikować. Nie sposób tak z dnia na dzień zmienić wrytej przez dwa tysiąclecia natury rzeczy.

  Mało kto zauważył, że Kościół ma bardzo długą listę świętych, ale praktycznie nie mamy listy oficjalnie skazanych na piekło. Pomijając czasy średniowiecza już w ogóle takiego zesłania się nie stosuje. Owszem, wskazuje się na kilka osób, o których mówi się, że smażą się w piekle, ale to nie jest tak usankcjonowane jak bycie świętym. Aby nie było, to nie moje spostrzeżenie. O tym wspomina w swoich esejach sam Kołakowski. Każdy katolik, podkreślam to „każdy”, choć nie zawsze wierzy w piekło, jest przekonany, że na piekło nie zasługuje, naromiast zasługują inni. To nie omija również hierarchów polskiego Kościoła, a może tam uwypukla się najbardziej, jak chociażby w słynnej groźbie ekskomuniki w stosunku do posłów. Tenże Kołakowski pisał: „Przeciwne chrześcijaństwu jest powodowanie się nienawiścią, mściwością, chciwością i żądzą władzy”. Ja niczego nie sugeruję, ja tylko zapytam: czy polski Kościół jest na pewno jeszcze chrześcijański? Sprawa jest jednak bardziej smutna. Ostatnie afery pedofilskie najbardziej uderzyły w papieża Franciszka, który jest im najmniej winny. Paradoksalnie to jest dobra nowina dla narodowego, polskiego Kościoła, który papieża nienawidzi, choć skrycie. Kilkanaście artykułów, na takich portalach jak: Pch24.pl, Niezależna.pl, o Frondzie.pl nie wspomnę, wręcz prześciga się w publikowaniu tekstów, które domagają się śledztwa wobec papieża. Z powodu pomówienia go przez pewnego amerykańskiego hierarchę, broniącego kolegów, którzy kryli pedofilów (sic!). Motywacja wydaje się być jedna: papież Franciszek wyraźnie przeciwstawia się teokracji. Tymczasem polski Kościół wynosi na ołtarze papieży, którzy nie tylko wiedzieli o pedofilii, ale i aktywnie ją tuszowali.

  Napiszę tak: walka z samym chrześcijaństwem jest daremna, bo nawet jeśli Bóg umrze, jak mu kazał Nietzsche, chrześcijaństwo, religijność i tak zostaną. W Polsce mamy właśnie odrodzenie religijności, tyle, że ona ma niewiele wspólnego z prawdziwą religią – to też są słowa Kołakowskiego. Kościół bez Boga sobie poradzi. Ten tytułowy okrzyk powinien brzmieć:
Asmo! Bój się Kościoła! – i ja ten strach wręcz czuję.




poniedziałek, 10 września 2018

Piękny jest ten świat (?)



  Po stronie zalet zapisuję sobie niepoprawny optymizm, który łączę ze specyficznym poczuciem humoru, nieodłączny mi realizm, będący niejako w opozycji do optymizmu i asertywny egoizm. Po stronie wad widzę upartość, nadmierny krytycyzm połączony ze sceptycyzmem, wstręt do hipokryzji, bez którego pewnie byłoby mi dużo łatwiej oraz umiejętność skrywania emocji pod płaszczykiem ironii. To ze zrozumiałych względów jest ocena w pełni subiektywna, ale mimo większej ilości wad, a pewnie i moje przymioty zostanę przez innych za takie uznane – bardzo siebie lubię.

  Nie bez kozery maluję ten portret, jako przykład obiektu wewnętrznie dość sprzecznego w samym sobie. Rzecz w tym, że nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak to pobieżnie widzimy. To jest dość charakterystyczne w sytuacji, gdy poznajemy kogoś do tej pory obcego, a w naszej świadomości, niemal machinalnie tworzymy sobie jego wizerunek – od skrajnej niechęci po zauroczenie – nie mając ku temu żadnych przesłanek. Napiszę tak, mając świadomość prawdopodobnej fałszywości takiej pierwszej oceny i tak z reguły jej ulegamy. Jest dobrze, jeśli pozostawiamy sobie margines na zmianę tej opinii, wszak nie wygląd zewnętrzny świadczy o wnętrzu człowieka. I choć zakładam, że mogę się mylić, przypuszczam, że większość ludzi tak ma, to znaczy, nie potrafi uciec od pierwszego wrażenia i jest w stanie je zweryfikować pod wpływem bliższego poznania. Dobrze, jeśli to działa w obie strony, to znaczy, potrafimy zmienić zarówno negatywne ale i pozytywne wrażenie. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że paradoksalnie znacznie trudniej zweryfikować to drugie, o czym świadczy dość powszechna cecha jaką jest naiwność. Po prostu konsekwencje fałszywego zauroczenia, pozytywnej oceny bliźniego, bywają zdecydowanie tragiczniejsze, choć to być może za dużo powiedziane.
  
  Wreszcie mogę przejść do sedna. Skoro wyłuszczyłem dlaczego pierwsze wrażenie nie jest tym, na czym powinniśmy opierać opinię o drugim człowieku, warto zadać pytanie: a jak oceniać pierwsze wrażenie wszystkiego innego poza człowiekiem? W ciągu kilku ostatnich dni dopadł mnie kilka razy „argument z piękna” w kontekście mojego sceptycznego stosunku do wiary i religii. Nie sądzę, aby był użyty celowo po to, aby mnie do wiary przekonać, ot, taki argumencik na tezę, że wszystko co nas otacza jest tak piękne, że aż niemożliwe, aby stało się przez przypadek. Trzeba być prawdziwym artystą (Bogiem), aby nadać temu wszystkiemu harmonię i piękno. Przez przypadek (huragan) na złomowisku (chaosie) nie powstanie piękny i sprawny do lotu samolot (skomplikowany i żywy organizm). To prawda. Na pewno nie na złomowisku i nie z przyczyny nawet kilkudniowego huraganu. Ale wystarczy odrobina wyobraźni zarówno co do materii i właściwości wszechświata, jak i do czasu jego trwania, oraz powolności procesów tworzenia – a wtedy wszystko jest możliwe, nawet powstanie samoświadomości. Problem tylko w tym, że nie potrafimy sobie tych wielkości i mechanizmów przypadku wyobrazić. Paradoksalnie nie stanowi dla nas żadnego problemu wyobrazić sobie niematerialnego a sprawczego Boga.

  Wróćmy jednak do tego piękna jakie nas otacza. Napiszę tak: trzeba być zupełnie bezkrytycznym, nie mieć w sobie szczypty sceptycyzmu, trzeba być hura-optymistą, a dodatkowo na wpół ślepym, aby w otaczającej nas rzeczywistości widzieć samo piękno i harmonię. Tym bardziej, że pojęcie piękna jest daleko płynne i różnorodne. Wprawdzie nie skłamię, jeśli powiem, że moja najbliższa okolica jest piękna – lasy, łąki, zagajniki, leniwie płynąc Warta – a jednak tylko w tedy, jeśli patrzę na to piękno z pewnej perspektywy. Spróbujcie je dotknąć. Te piękne trawy to również pokrzywy, oset i inne zielone paskudztwo przylepiające się do spodni. Trzeba też uważać, aby nie wdepnąć w krowie łajno. A jeśli do tego dodać pajęczyny, gąsienica wszelkiej maści i małego potwora, zwanego kleszczem… Wejdź w zagajnik a dostaniesz gałązkami krzewów po pysku i dobrze jak ci oka nie wybije. Usiądź nad Wartą rozmarzony, a dopadną cię komary i inne gryzące muszyska. Sama Warta jest piękna, ale spróbuj się w niej wykąpać. Krokodyli tam wprawdzie nie ma, ale i tak wizyta u dermatologa cię nie ominie. Lepiej jest w lesie. Mało co gryzie ale będziesz oblepiony pajęczynami, a za kołnierzem będziesz transportował kilogramy igliwia... A przecież to tylko piękno w skali mikro.

  W sakli makro jest jeszcze gorzej. Mówi się, że ta nasza planeta jest najpiękniejsza ze znanych. Jako sceptyk określiłbym ją jako najmniej niebezpieczną dla życia i zdrowia. Na innych natychmiast cię zabije, na Ziemi, przez przypadek masz szanse uniknąć skutków trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów, powodzi na skutek ulewnych deszczów, albo wycieńczenia z powodu suszy. Przy odrobinie szczęścia (przypadku) nie zabije cię huragan czy trąba powietrzna, nie padniesz ofiarą chorób zakaźnych, nie ukąsi cię jadowity wąż lub pająk, nie rozszarpią wilki, nie pogryzie wściekły pies, itd., itp. Ba!, jak będziesz miał szczęście, nie zabije cię terrorysta, pijany kierowca czy inny żądny krwi i pieniędzy bandyta. Masz szczęście, że przez przypadek za twojego życia nie wybuchła wojna, choć możesz się ciągle przerażony zastanawiać, czy przypadkiem jakiś populistyczny wariat nie naciśnie guzik, który to sprowadzi totalną zagładę. A wybuch tej bombki ma w sobie niewypowiedziane i urzekające piękno. Patrzysz i podziwiasz:  jaki piękny grzyb...

  Stop Asmo! Stop, bo twoi Czytelnicy popadną w masową depresję. Jakby na to nie patrzeć, na swój sposób ten świat jest rzeczywiście piękny, ale pod warunkiem, że nikt ci nie będzie wmawiał, że jest cudowny dziełem stworzenia. Ukształtował się tak, jak się ukształtował, ze straszliwymi felerami, ale masz szansę w nim na chwilę zaistnieć, bo życie ma to do siebie, że kończy się śmiercią. To człowiecze życie dało nam marzenia, dla niektórych są to marzenia o szczęśliwej wieczności i nie wolno ich nikomu odbierać. Choć z drugiej strony rodzi się pytanie: czy wolno je innym wciskać na siłę?