czwartek, 9 kwietnia 2020

Fatima, Akita i inne


  Tak w związku z pandemią mnie naszło. Kościół, przynajmniej ten zdroworozsądkowy stanowczo sprzeciwia się micie o karze za grzechy, ale bądźmy szczerzy, wersja kary wciąż ma się dobrze, nawet jeśli próbuje się ją złagodzić do wizji Boga nie tyle wywołującego zarazy, ale chcącego na mam coś przekazać, abyśmy się nawrócili. Niemniej zwolennicy kary mają argumenty. Jednym z nich jest objawienie w Akicie.

  Przypomnę. W 1973 roku w Akicie, niesłysząca s. Agnieszka Sasagawa zobaczyła potężne białe światło, które biło z tabernakulum kaplicy klasztornej. Po jakimś czasie objawił się jej Anioł Stróż, a jeszcze później przemówiła do niej figurka Matki Boskiej: „Ojciec niebieski przygotowuje wielką karę dla całej ludzkości, by świat mógł poznać Jego gniew. Będzie to kara większa niż potop, taka, której nikt nigdy nie widział. Ogień spadnie na ziemię i zmiecie z powierzchni ziemi wielką część ludzkości”. Istotnym jest tu fakt, że s. Agnieszka na czas tych objawień odzyskała słuch. Było też zapewnienie, że „Wielokrotnie interweniowałam z Synem u Ojca i zapobiegłam nieszczęściom. Mój Syn i Ja wiele razy powstrzymywaliśmy gniew Ojca”. Udzieliła też porady: „Szatan przeniknie do Kościoła w taki sposób, że kardynałowie wystąpią przeciw kardynałom, biskupi przeciw biskupom. Kapłani, którzy mnie czczą będą pogardzani i wystąpią przeciwko nim współbracia. Jedyna broń, która wam pozostanie to Różaniec i Znak, który pozostawił Mój Syn”. Aby sprawę uwiarygodnić, niemal wszystkie polskie portale katolickie1 piszą, że prawdziwość tych objawień potwierdził sam kard. Joseph Ratzinger, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary.

  Teraz kilka słów wyjaśnienia. W 1999 roku nuncjusz apostolski w Japonii Ambrose de Paoli opublikował list w czasopiśmie „Christian Order” stwierdzając, że Stolica Apostolska nigdy nie zaakceptowała ani wydarzeń, ani treści objawień z Akita. Kardynał Ratzinger nie wydał żadnej opinii, jedynie przyjął materiały od biskupa Ito. Wróćmy do treści objawień, do zdania: „Będzie to kara większa niż potop”, tymczasem w Biblii, Bóg po potopie miał powiedzieć: „Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości. Przeto już nigdy nie zgładzę wszystkiego, co żyje, jak to uczyniłem” [Rdz 8, 21]. Więc, albo ten Bóg wtedy kłamał, albo kłamie Matka Boża. Nie jestem sędzią, ale i tak uznałbym, że jeśli ktoś kłamie to tylko... niesłysząca s. Agnieszka i wszyscy, którzy te objawienia powielają lub propagują. Przedziwna jest tu rola Matki Bożej, łagodząca spór między Jezusem a okrutnym Bogiem, owo: „Mój Syn i Ja wiele razy powstrzymywaliśmy gniew Ojca” (sic!) Jezus w Trójcy Jedyny, ma inne zdanie niż Bóg Ojciec!. Tu świadomie i z pełną ironią: sprawdza się stare powiedzenie – gdzie diabeł nie może, tam kobietę pośle. Nawet między Boga Ojca a Syna.

  W tym miejscu właściwie można by sprawę zamknąć, ale sądzę, że warto przyjrzeć się objawieniom w Fatimie. Tym już zatwierdzonym przez Watykan jako prawdziwe. W gruncie rzeczy, w swym przekazie niewiele się różni od tego w Akicie. Jednym z zastrzeżeń do tych drugich jest plagiat z objawień fatimskich. W drugiej tajemnicy fatimskiej jest coś takiego: „Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca Świętego2. Czyli to samo: Bóg karze (tu wojną) mimo zapewnień, że nie będzie karał wszystkich jak leci, winnych i niewinnych. Kto kłamie? Bóg Ojciec, czy Matka Boża? Ja znów nie mam wątpliwości – kłamie św. Łucja! Jeszcze gorzej jest w trzeciej tajemnicy: „(...) zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej Pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku3. Jeśli bowiem uznać owego Anioła za wysłannika Boga, okazuje się, że moc Matki Bożej jest większa od mocy samego Boga. Dalej jest o rzezi biskupów i kapłanów, co przypomina z kolei objawienie z Garabandal, gdzie jest mowa o grzesznym klerze: „Liczni kapłani, biskupi i kardynałowie idą drogą potępienia i pociągają za sobą wiele dusz4. Tak już na marginesie, mój antyklerykalizm przy tym objawieniu wydaje się być przysłowiowym – pikuś.

  Wygląda więc na to, że w przedziwny sposób sprawdzają się słowa Jezusa: „Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą; a ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu” [Mt 24, 11-12]. Działania fałszywych proroków to właśnie rzekome objawienia, które mamią ludzi i straszą, ponieważ brzmią bardzo pobożnie. Dodam, że bez wyjątków wszystkie objawienia właśnie takie są.


  PS. Gdyby się komuś wydawało, że się wymądrzam przez swoją rzekomą nienawiść do wierzących, polecam tekst Dariusza Piórkowskiego SJ „Jezuita ostrzega przed kolejnymi objawieniami: to demoniczna karykatura Boga”, skąd pochodzą cytaty objawień w Akicie.



Przypisy:
1 - Krótka, niepełna lista portali katolickich w Polsce, które potwierdzają autentyczność objawień w Akicie: alteista.org; pch24.pl; wiara.pl; zaufaj.com; gość.pl; religijna.pl i jeszcze wiele innych
2 - https://pl.wikipedia.org/wiki/Tajemnice_fatimskie
3 - ibidem;
4 - https://pl.wikipedia.org/wiki/Objawienia_Maryi_i_Micha%C5%82a_Archanio%C5%82a_w_Garabandal#Opinie_biskup%C3%B3w

niedziela, 5 kwietnia 2020

Profesor z YouTube


  Nie mam zamiaru dyskredytować profesorów, bo na ten tytuł trzeba sobie naprawdę zasłużyć, choć i tu są wyjątki. Np. w Polsce coraz częściej wykrywa się plagiaty w pracach naukowych, dzięki którym zdobywa się tytuły naukowe w..., np. Słowacji, gdzie nikt tych prac rzetelnie nie sprawdza. Ale ja nie o takich „naukowcach” chcę pisać. Na blogu Erinti1 pojawiła się notka gloryfikująca profesora Jordana Petersona, kanadyjskiego konserwatysty,  adiunkta Wydziału Psychologii Uniwersytetu Harwarda. Mocne podstawy, aby uznać go za autorytet naukowy. Ponieważ polemikę z notką Erinti trudno byłoby „zmieścić” w komentarzach, a ponadto grasuje tam troll, a z takim sam miałem problem, zdecydowałem się na nią we własnej notce. Nie mam zamiaru obrażać Autorki tej notki, myślę że nie będzie mi miała za złe tej formy.

  Dorobek naukowy prof. Petersona, którego nie zamierzam podważać, sugeruje, że mamy do czynienia z człowiekiem, który nie tyle rozsiewa własne, prywatne opinie, ile opiera się na naukowych podstawach. Jest z tym jednak pewien dość istotny problem. Kilka zdań wyjaśnienia. Poszło o ustawę C-16, która reguluje w Kandzie prawne kwestie osób transpłciowych. Wystarczy odnieść to do polskiego podwórka. Rzecz o pani Grodzkiej. Można mieć zastrzeżenia, co do jej płci (sam je mam), pozostaje  kwestia tego, czy można ją za to w niewybredny sposób obrażać, jak to czyniła np. pani Pawłowicz, czy pan Korwin-Mikke. W Kanadzie ustawę przyjęto i tego zaczął się czepiać prof. Peterson. Rzecz w tym, że nie czynił to w sposób, który przystoi naukowcom, na zasadzie rzetelnej dyskusji, a wykorzystał portal YouTube, narzędzie pseudonaukowych oszołomów. Można by rzec, że sam się do nich zakwalifikował. Znów odniosę się do polskiej rzeczywistości, to jest tak samo jak z pseudoteologicznymi wywodami ks. prof. Guza o konsekrowanych dłoniach kapłanów, których wirus się nie ima, głoszonych na antenie Telewizji Trwam. Kwintesencją youtubowych „wykładów” prof. Petersona było stwierdzenie, że wszystkie  antydyskryminacyjne zapisy ustawy C-16 – to zamach na wolność wypowiedzi. Innymi słowy sugeruje, że dyskryminacja wszelkich mniejszości powinna być zalegalizowana. Nic dziwnego, że na jednym z jego wykładów młodzi ludzie hajlowali, a jemu to w ogóle nie przeszkadzało, w końcu hajlowanie to też wyraz wolności wypowiedzi.

  Tak naprawdę profesor Peterson budzi kontrowersje z innego powodu. Jest orędownikiem tak zwanej stuprocentowej męskości. Jego „wykłady” w tym temacie sięgają rekordów oglądalności na YouTube, zaś książka „12 życiowych zasad. Antidotum na chaos” długi czas utrzymywała się na drugim miejscu listy bestsellerów w Stanach Zjednoczonych. Tej książce nie można nic zarzucić, to zbiór ogólnie słusznych porad, które trudno podważyć. Niemniej ta książka ma dwa „felery”, których jakby nikt nie chce zauważyć. Po pierwsze, to nie jest praca naukowa, choć pisana przez naukowca, to jest najzwyklejszy poradnik dla sfrustrowanych facetów. Po drugie, co wynika z pierwszego, te porady czasami mogą się przydać, ale najczęściej są psu na budę. Jeśli bowiem męski czytelnik nie ma predyspozycji do bycia macho, tym macho za sprawą poradnika się nie stanie. Nawet jeśli ma te predyspozycja, sprawa wcale nie jest oczywista. A wszystko dlatego, że podstawy tych porad oparte są na fałszywych przesłankach. Dla prof. Petersona przyczyną zniewieścienia facetów jest coraz bardziej ekspansywny feminizm, a każdy facet, który opowiada się za feminizmem to po prostu dupek i trzeba go „wyprostować”. Tymczasem owo zniewieścienie wynika z zupełnie innych przyczyn, czego prof. Peterson w ogóle nie dostrzega, zaślepiony patriarchalną psychologią. Gdyby ktoś nie wiedział, owo zniewieścienie wynika przede wszystkim z sytuacji ekonomicznej i gospodarczej, kiedy hollywoodzki mit od pucybuta do milionera nie jest możliwy do zrealizowania poza sferą baśni, marzeń i mitów, oraz z pogłębiającej się nierówności między bogatymi a biednymi facetami. Tych oczywistych faktów żaden podręcznikowy bestseller nie zmieni.

  Aby zobrazować filozofię prof. Petersona, a przypomnę – jest psychologiem – posłużę się jego metaforą: „Jeśli jesteś nieszkodliwy, to nie znaczy, że jesteś dobry. Jesteś po prostu nieszkodliwy. Jesteś jak królik. Króliki nie są »dobre«. Po prostu nie mogą nic zrobić... poza byciem zjedzonym2. Wszystko pięknie, tylko że to ani przez chwilę nie stało przy naukowej argumentacji. Takich argumentów nasłuchałem się bez liku z ust Korwina-Mikkiego. Też posłużę się metaforą, choć nie mam tytułu naukowego. Jakby na to nie patrzeć, pseudonauka zawsze trafia na żyzną glebę. Wystarczy odpowiednie grono, odpowiednio nastawianych słuchaczy, a ziarno pseudonaukowego bełkotu wykiełkuje i bujnie się rozrośnie.

  Pod moim jedynym komentarzem na blogu Erinti pojawił się dość charakterystyczny zarzut: „Właśnie tak się uśmierca cywilnie osoby o niepopularnych wśród lewactwa poglądach - albo się robi z nich wariatów (...), albo gania po sądach (...). Stare bolszewickie metody”. Cóż, ani ja z tego prof. Petersona nie robię wariata (dla mnie to cwaniak), ani nie mam zamiaru gonić po sądach. Zaś poddawanie kogoś krytyce uznać za bolszewickie metody? To właśnie zarzut o bolszewizm spełnia kryteria bolszewizmu.




piątek, 3 kwietnia 2020

Sklep vis a vis kościoła


  No to nam się porobiło! Mimo apeli części hierarchów o rozsądek, ortodoksja katolicka nie może przeboleć obostrzeń, które dotknęły wiernych w związku z pandemią. I ta grupa ortodoksów wcale nie jest mała, o czym świadczy propozycja poluzowania zakazów na czas Świąt Wielkanocnych. Rząd nie może sobie pozwolić na utratę tego elektoratu.

  Jednak nie o politycznych aspektach tego stanu rzeczy chcę pisać. Na portalu Pawła Lisickiego opublikowano list pewnego wiernego, który pozwolę sobie zacytować we fragmentach: „Nigdy bym nie pomyślał, że usłyszę, iż jestem skończonym egoistą, który ma się za lepszego, mądrzejszego od księży biskupów (...). Do tego jestem egoistą, bezmyślnie narażającym bliskich, w tym dzieci, przyjmując Hostię od faceta, który nie wiadomo kogo i czego dotykał rękami. Gdy próbowałem wyjaśnić, dlaczego tak ważne jest dla mnie przyjmowanie Komunii św. i dlaczego nie wyobrażam sobie jej na rękę, usłyszałem, że to jakieś religijno-fundamentalistyczne fanaberie. Dowiedziałem się też, że – niestety – przystępowanie do Komunii, a nawet bezpośredni udział w Eucharystii nie jest dla moich bliskich niczym szczególnie ważnym. Do tego powiedziano mi, że skoro bliscy są dla mnie mniej ważni niż jakieś niezrozumiałe „widzi mi się”, to mogę się wynosić. A jeśli przyjmę Komunię do ust lub będę miał taki zamiar, to najbliżsi natychmiast się wyprowadzają, żeby nie mieszkać z kimś tak nieodpowiedzialnym i żeby móc się przede mną chronić”. 

  Teraz nie jestem pewien, czy powinienem współczuć autorowi tego listu? Ma straszliwy dylemat: strawa duchowa, czy zdrowie, a może i życie najbliższych. Pomijając wiarę, której w sobie nie mam, pomijając ów egoizm, który dla odmiany mam w nadmiarze, pozwolę sobie na opinię, że facet odleciał niczym na haju. Jeśli nawet dla niego udział w Eucharystii jest tak ważny, to na dobrą sprawę nie ma problemu. Niech stanie w kolejce przed kościołem i doczeka się momentu, kiedy przyjdzie czas na jego piątkę. Pozostaje kwestia Komunii świętej. Jeśli wręcz hamletowskie pytanie: na rękę czy do ust, jest dla niego sprawą życia i śmierci, to śmiem twierdzić, że po prostu ześwirował, pomijając fakt, że każdy z tych sposobów jest równie niebezpieczny. Warunkiem zbawienie według doktryny katolickiej nie jest Komunia święta, a wiara w Boga (patrz: Dekalog). To samo mówi Jezus: to czyńcie na moją pamiątkę”. Na pamiątkę, a nie dla zbawienia.

  Paweł Lisicki stwierdził, że ludziom wierzącym odbiera się prawo do udziału w praktykach religijnych, ponieważ jedynym kryterium, doprowadzonym do szaleństwa, jest pełne i absolutne bezpieczeństwo naszego doczesnego funkcjonowania. Tymczasem, jeśli ktoś tu oszalał, to na pewno Lisicki i jemu podobni. Obojętnie jak obrazoburczo i szyderczo to zabrzmi, można śmiało stwierdzić, że wiara tym ludziom odebrała rozum. To się niestety dość często ortodoksom i fundamentalistom, nie tylko religii katolickiej zdarza. Weźmy dla przykładu islamskich zamachowców samobójców. Właściwie ten przykład jest w pełni kompatybilny z postawą Lisickiego i jemu podobnych. Tu wprawdzie nie ma materiałów wybuchowych, ale skutki są dokładnie takie same, jeśli nie większe. Zasięg bomby jest ograniczony, zarażenie wirusem przyjmuje postać postępu geometrycznego. W tej postawie ortodoksów katolickich uwypukla się jeszcze jedno – totalna pogarda dla innych, nawet współwyznawców. Ich fałszywe, faryzeuszowskie podejście do religijności (nie mylić z wiarą) przeczy samej wierze, a najgorsze jest to, że oni nie są tego świadomi.

  Jednym z argumentów tych oszołomów jest możliwość robienia zakupów w dużych sklepach, choć i tu już mamy do czynienia wręcz z drakońskimi obostrzeniami. Przecież to kompletne pomieszanie z poplątaniem. Aby wierzyć, trzeba żyć. Aby żyć, trzeba jeść. Aby jeść, trzeba to jedzenie kupić. Bez względu na zagrożenie, jakie w tym sklepie istnieje (a istnieje), innej możliwości nie ma. Nawet zakupy on line tego zagrożenie nie eliminują. Czy ograniczenia związane z Eucharystią czymś wiernemu szkodzą? Mogą stanowić najwyżej jakiś rodzaj niedogodności, ale nic poza tym. Jeśli wpadają w panikę i rozpacz z powodu tej niegodności, i tylko niedogodności, to znaczy, że ich wiara nie jest warta funta kłaków.

  Mam dla tych ortodoksów świadomie drwiącą propozycję: weźcie pod rękę jakiegoś księdza z zapasem Komunii świętej, idźcie do szpitala zakaźnego jako wolontariusze bez kombinezonów, masek i rękawiczek (jak w czasie Eucharystii). Tam na pewno jest kaplica, gdzie będzie można odprawić Mszę świętą. Skoro życie doczesne nic dla was nie znaczy, albo jest na drugim miejscu, poddajcie się zakazowi opuszczania szpitala do czasu wygaśnięcia pandemii. Jeśli przeżyjecie to dobrze, ktoś tam w niebie zapisze wam to na plus. Jeśli nie przeżyjecie, będziecie mieli szansę być wyniesieni na ołtarze...





wtorek, 31 marca 2020

Religijny farmazon


  No to chrześcijanie, katolicy zaś w szczególności, mają nie lada zgryz. Bo to teraz nie wiadomo, czy ten koronawirus to kara, czy nie kara z grzechy współczesności ze wskazaniem na seks, gender i aborcję. Problem w tym, że rozstrzygnięcie tego dylematu kary i tak nie rozwiązuje prawdziwych problemów wiary, przed jakimi stanęła religia wobec tej pandemii. Teologia chrześcijańska ma taką zagadkę, że jej nie zazdroszczę.

  Liczne głosy ortodoksów o karze dość ostro zostały skrytykowane przez hierarchów z Prymasem Polski na czele. Bóg nie może karać, ale to niejako przeczy drugiej prawdzie wiary: Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, za zło karze. Teraźniejszość, to nie wieki przeszłe, kiedy w czasie zarazy nikt nie pytał o sens takiej kary, choć jednocześnie nikt nie słyszał o tęczowej zarazie, ani aborcja nie była zjawiskiem powszechnym, płeć była tylko biologiczna, a antykoncepcja praktycznie nieosiągalna. Może się to wydać dziwne, ale od niepamiętnych czasów przyznam hierarchom rację i ich pochwalę, bo ten wątek o karze mógłby skutkować eksplozja katolickiej ortodoksji. Tyle, że wypadałoby teraz usunąć z katechizmu tę drugą prawdę wiary. Znamienny jest tu przykład papieża Franciszka, który w swoim „Urbi et Orbi” zwraca się do Boga słowami ewangelisty, w lekko skarżącym tonie za apostołem ewangelistą: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” [Mk 4, 38]. To nie jest prośba o anulowanie kary. Gdybym był wierzącym, pewnie do tej skargi bym się przyłączył. Na szczęście nie muszę. Mogę za to nad tymi słowami się zastanowić.

  Niejaki Paweł Lisicki, publicysta DoRzeczy ostro skrytykował Prymasa Polski: „Jeśli epidemia koronawirusa nie jest karą, to można się zastanawiać, czym jest?1. I wyłuszczył trzy logiczne ewentualności, mające dać odpowiedź na to pytanie:
1 - Pan Bóg nie wie, co się dzieje na ziemi, wtedy oczywiście nie jest to karą;
2 - Bóg wie, co się dzieje na ziemi, ale z jakichś powodów nie może temu przeciwdziałać, co by oznaczało, że nie jest wszechmocny;
3 - Bóg wie, co się dzieje na ziemi i chce tego co się dzieje.
Żadna z tych ewentualności nie wchodzi w rachubę z przyczyn czysto teologicznych i Lisicki zdaje się tego kompletnie nie rozumieć, ale jednocześnie tak postawione pytania podważają sens słów papieża. Można słowa papieża warunkowo odnieść do pierwszego wariantu. Tylko, że w takim układzie papież postawił Boga w dość niezręcznej sytuacji. Tak jak apostołowie obudzili Jezusa, tak on obudził Boga i oczekuje jakieś reakcji. Najlepiej natychmiastowej, na co się raczej nie zanosi. Trudno się bowiem nie lękać. Nie ma co liczyć na odpowiedź: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?» Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: «Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?»” [Mk 4, 40-41]. Pandemia nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Hipotetycznie Bóg może wywołać jakieś groźna zjawisko, ale nie potrafi go w żadnym razie zatrzymać, o cofnięciu nie wspomnę.

  Tu już mogę się odnieść do głównego bohatera tej notki, ks. prof. Tadeusza Guza. Niby profesor teologii, a palnął religijnym idiotyzmem roku. Kilka wybranych fragmentów jego wypowiedzi: „Pan Bóg żadnych wirusów nie rozprzestrzenia, bo jest święty. Podobnie każdy akt w czasie mszy świętej, bo niektórzy się obawiali, że kapłan, który celebruje, i jest komunia święta do ust, może zakażać. Kapłan ma po pierwsze konsekrowane dłonie. Po drugie kapłan jako jedyna osoba w zgromadzeniu liturgicznym ma umywane dłonie przy Lavabo, czyli przy ofiarowaniu darów dla Boga przez naród wierzący. Więc kapłan ma nie tylko umyte ręce w sensie takim, jakiego oczekuje pan minister zdrowia w Rzeczpospolitej Polskiej, lecz także kapłan ma umyte ręce w sensie nadprzyrodzonym, czyli łaski. A zatem żadne udzielanie komunii świętej do ust nie zagraża ani jednemu Polakowi roznoszeniem jakichkolwiek wirusów, bo to jest akt święty2. Coś mi się zdaje, że ten facet jest całodobowo na haju. Tak namieszał, że prawie cały polski Kościół katolicki z wrażenia oniemiał. Co niektórzy, gdy się ocknęli zażądali sprostowania, ale jak to zwykle z filozofami bywa, szczególnie zaś w randze profesora, to nie taka prosta sprawa. Już raz kiedyś w innym temacie stricte religijnym chciał zwołać konferencję naukową. Tak – naukową. Pobożne argumenty księdza profesora nijak się mają do rzeczywistości. Proboszcz z okolic Nowego Sącza zaraził się koronawirusem. Teraz w necie krążą dramatyczne apele, aby wszyscy, którzy mieli z nim kontakt, zgłosili się do..., Sanepidu, a nie kościoła.

  Właściwie można by się tylko uśmiechnąć na te ekscesy. Ale takich jest niestety na pęczki. Oto ks. Perz, korzystając z dobrodziejstw internetu, wznosi modły: „Módlmy się za nasz rząd z panem prezydentem na czele, z panem ministrem, z panem Kaczyńskim, których pan Bóg dał nam na te czasy jako wyjątkowy dar. Aby Bóg ich błogosławił i pomagał im zwyciężać te trudy, które są przed nimi. Módlmy się za nawrócenie błądzących i żyjących w grzechu. Niech politycy Platformy Obywatelskiej odzyskają czystość serca, rozum i chwałę Boga w duchu i prawdzie3 (sic!) Tu na szczęście ktoś w porę zareagował i film, jako relacja mszy w necie, na dobre zniknął, niczym Duch Święty z heretyckiej głowy. Kto, jak kto, ale ksiądz powinien wiedzieć, że jego Bóg, takich próśb nie spełnia. Mógłbym przytoczyć jeszcze kilka „głębszych” myśli światłych kaznodziei, ale aż tak bardzo nie będę ich wyśmiewał. Kompromitują się na potęgę sami. Całe problem w tym, że spora część wierzących bardziej wierzy im niż logice, nawet tej wynikającej z pobożności.