wtorek, 20 lutego 2018

Radość



  Ostatnio strasznie się naraziłem, tylko za to, że ośmieliłem się skrytykować pewne kazanie oraz postawy związane z Wielkim Postem. Doszło do tego, że jeden z moich adwersarzy zarzucił mi, że jestem tym, który sieje zamęt wśród wierzących, że nienawidzę Kościoła i kleru. Po części ma rację, bo i chcę siać zamęt i nie rozumiem tego kleru, który czyni z Kościoła miejsce zabobonów (wiara w moc diabła), taniego blichtru, bezmyślnych formułek, czy wreszcie nienawiści do wszystkiego, co nie ortodoksyjno-katolickie. Postaram się to wyjaśnić w kilku notkach.

  Zapytano św. Jana Chrzciciela kim jest. Na wszystkie propozycje odpowiadał nie, by w końcu wyjaśnić, że jest posłanym, aby świadczyć o światłości [J 1, 8]. I tu warto się zastanowić, kim powinien być wierny? Czy nie przypadkiem tym, który ma świadczyć o światłości? Rodzi się pytanie, czym jest wobec tego owa światłość? Od tej chwili będę pisał tak, jakbym był wierzącym. Otóż ową światłością jest oblicze Pana, Boga w Trójcy Świętej jedynego, który nas stworzył na swoje podobieństwo. Czy wobec tego mamy być ortodoksyjnymi, ponurymi i pruderyjnymi katolikami, którym przeszkadza wszystko, co nie myśli tak jak my? W ten sposób malujemy obraz Boga strasznego, okrutnego i zawistnego, który dał nam wolną wolę tylko po to, aby miał na kim wylewać swoją żółć. Taki obraz malujemy swoim purytanizmem, choć nie mamy tego świadomości. Tęsknimy za cierpieniem, szczególnie innych, pragniemy surowości obyczajów, piętnowania niewiernych i za chwałą dla naszej „świętości” . Bo tylko my wiemy, na czym ta świętość polega.

  Wstępnym zdaniem liturgii (Laetare) na czwartą niedzielę Wielkiego Postu są słowa: „Wesel się, Jeruzalem! A wszyscy, którzy ją miłujecie, śpieszcie tu gromadnie. Cieszcie się i weselcie, którzyście się smucili, radujcie się i nasyćcie się z piersi pociechy waszej. Uradowałem się, gdy mi powiedziano : Pójdziemy do domu Pańskiego wszyscy”. Ale czy można nakazać radość, cieszyć się na rozkaz? Wróćmy na chwilę do postaci św. Jana. Był człowiekiem pustyni, nikomu nie schlebiał, bywał wręcz nieprzyjemny: „Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem” [Mt, 3, 7] – to do Saduceuszy i Faryzeuszy, którzy chcą przyjąć chrzest. Jak po takich słowach mogli się radować? Jakże inaczej postępuje Jezus: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” [Mt, 21, 31] Jezus nie mówi tu o grożącym sądzie i karze, Królestwo jest według Niego przyjaznym domem Ojca, z otwartymi na oścież drzwiami, nawet dla błądzących. Wszyscy są zapraszani na ucztę, poczynając od grzeszników. Tak jak w przypowieści o synu marnotrawnym, Ojciec  wita go otwartymi ramionami nie każąc nawet mu się tłumaczyć. Teraz przypatrzmy się drugiemu, starszemu synowi ojca, posłusznemu i trwającemu stale przy nim. Bał się wolności, nie stać go było na chwilę radości z powrotu brata. Jeśli w naszych myślach nie otworzymy się najpierw na przestrzeń dla radości i wolności, cokolwiek to znaczy, wówczas całe gadanie o etyce katolickiej bardzo szybko staje się czymś ponurym i nieprzekonywującym. Bliżej temu do faryzeizmu i formalizmu, czyli do tego, od czego Jezus chciał nas uwolnić. Jeśli utracimy poczucie radości i wolności, wtedy z chrześcijaństwa zostaje jedynie odpychająca innych niewolnicza moralność i nienawiść do życia.

  Radość jest umiejętnością spojrzenia z oddali, z dystansem na wiele spraw. Trzeba posiąść umiejętność dostrzegania rzeczy z pozbyciem się wielu ozdobników w życiu religijnym. Piękna jest przyroda obserwowana z lekkiego oddalenia, ale gdy zaczniesz się skupiać na szczegółach, dostrzeżesz robactwo, obumieranie i zgniliznę, a to w końcu stanie się Twoim udziałem. Nie będziesz wolny i nigdy nie będziesz mógł się radować. Jak myślisz, kto chichocze na widok bałwochwalstwa, ludzkiej, również religijnej pychy, na widok pozłacanej, fałszywej aury? Kogo raduje napiętnowanie niewiernych, albo tych niedoskonałych w stosunku do ortodoksji? Kogo cieszy fałszywy blichtr bezmyślnych rytuałów i religijności na pokaz? Wreszcie, kto ma ubaw z bigoterii? Prawdziwa radość nigdy nie jest zbyt powierzchowna, ale też nie opiera się na nic nieznaczących szczegółach. Nie opiera się na nieszczęściu innych, szczególnie zaś tych, którym nadgorliwi kaznodzieje gotują wieczne męki w piekle. Życie nie jest białym domem z widokiem na ogród wiecznej szczęśliwości. Życiu nic nie dadzą pobożne frazesy czy wyklepane formułki. Powinieneś je przeżyć we wszystkich aspektach, nie tylko w cierpieniu i ascezie. Masz też doznać prawdziwej radości, ta zaś nie rodzi się tylko z bólu. Ją poznasz jeśli żyjesz prawdziwie. Bez prawdziwego życia uśmiech będzie tylko pustym grymasem na twarzy, sterowany podkładem śmiechu jak w serialowych komediach, mówiącym kiedy, jak głośno, i jak długo masz się śmiać.

  Czy ktoś zna opowieść św. Franciszka o prawdziwej radości? Otóż, według Niego nie jest nią nawrócenie wszystkich pogan na wiarę za sprawą kazania, które wygłosił. Nie jest nią uzdrowienie wszystkich chorych, czy wskrzeszenie umarłych. To moment, kiedy doznasz upokorzenia a i tak potrafisz się cieszyć, że żyjesz. Taka prawdziwa radość to umiejętność przyjmowania tego, co trudne i przykre bez zgrzytania zębami, nie z myślą o odwecie. Trzeba umieć powiedzieć „tak” wobec całej rzeczywistości. Jeśli w ten sposób do niej podejdziemy, tylko wtedy możemy powiedzieć, że naprawdę wierzymy, bo tę rzeczywistość, ze wszystkimi jej felerami, stworzył Bóg. 

(Od teraz, do następnej notki znów jestem ateistą. Ciąg dalszy nastąpi)


Na podstawie książki Tomàša Halika „Zacheuszu! 44 kazania o sensie życia”, Wydawnictwo WAM, 2015 rok. Całość, z wyjątkiem fragmentów pisanych kursywą, ubrana we własne słowa.



niedziela, 18 lutego 2018

Czy to już tylko farsa?



  Przyznam, że ze zdumienia przecierałem oczy. Jeden portal katolicki krytykuje... drugi portal katolicki, i to w dość dziwnej sprawie, przy czym dodam, że ja w tym palców nie maczałem. Jakem ateista, jestem niewinny. Sprawa poszła o ślub sakramentalny, ściślej o to nieszczęsne współżycie seksualne, które niczym rybia ość stoi w gardle Kościoła katolickiego.

  Najpierw o winowajcy, czyli portalu Deon.pl, który sobie cenię wyżej niż pomawiający portal Pch24.pl. Niejaki ks. Wojciech Żmudziński popełnił dość kontrowersyjny artykuł zatytułowany „Kościół powinien się zgodzić na seks przedmałżeński”1 (sic!). Otóż, ów ksiądz proponuje dwustopniowy ślub sakramentalny. Sam o tym pisze tak: „uroczysty ślub w Kościele połączony z weselem nie koniecznie musiałby być sakramentem. Można byłoby przystąpić do niego dużo wcześniej, w zakrystii, w obecności świadków, bez hucznej ceremonii. Natomiast uroczystość zaślubin, zorganizowaliby małżonkowie w parafialnym kościele w dowolnym czasie, gdy stać ich będzie na suknię ślubną i wesele. Taki ślub można byłoby nazwać – uroczystym rozpoczęciem pożycia małżeńskiego”. Przyznam szczerze, nie rozumiem tej propozycji w odniesieniu do tytułu artykułu. Z treści wynika, że ów pierwszy ślub byłby sakramentem, czyli rodziłby te same skutki, co dziś. Więc jaki to seks przed ślubem?! Ta propozycja jest raczej uwolnieniem rodziców młodych od organizacji wesela. Weźcie cichy ślub, a gdy zarobicie, urządzicie sobie huczne widowisko w kościele i na weselu. Po co ta nazwa „uroczyste rozpoczęcie pożycia małżeńskiego”, skoro oni już są w trakcie usankcjonowanego sakramentem pożycia? Tyle tylko, że ten drugi ślub, z pompą, faktycznie byłby już tylko farsą. Bo czy w tym akcie sakramentalnym na pewno chodzi o blichtr? Mówiąc szczerze, choć mi to już nie grozi, jestem zwolennikiem jak najbardziej skromnej ceremonii. Licho nie śpi, za rok może dojść do rozwodu, a tu ludzie wciąż mają w pamięci huczne weselisko i jakże piękny ślub w kościele.

  Natomiast bliżej nieznany autor artykułu (to jest nagminne na PCh24) „Deon szokuje (...)”2 stawia sprawę na głowie. Używa podobnych argumentów jak moje ale insynuuje, że ks. Żmudziński ma tylko seks w głowie. Tak jakby było coś dziwnego w tym, że młodzi chcą seksu podobnie jak Beduini wody na pustyni. A tu masz babo placek, albo za mało kasy na księdza, organistę, oświetlenie, obrączki, fotografa itd., itd., albo najbliższe terminy pozajmowane, a to jeszcze te nauki przedślubne, więc to spełnienie seksu odwleka się w nieskończoność. Kto był młody przed ślubem..., ten wie jaka to udręka. Portal Pch24.pl dochodzi do wniosku, że „to kolejna propozycja rozwodnienia nauczania Kościoła o małżeństwie i jego wartości w chrześcijańskim życiu” (sic!) A propos tych chrześcijańskich wartości małżeństwa, aż mnie ręce świerzbią, by napisać jakiś paszkwil, ale się powstrzymam, bo prawdziwemu ateiście nie wypada szkalować wiary.

  Tak a propos owego a propos, czyli Beduinów na pustyni, Aisab wstawił wideoklip pewnego kazania (rekolekcyjnego?) księdza kapelana w randze pułkownika. On też wspomina o tych Beduinach i wodzie, ale jak pragnę szczęścia (czytaj: Nirvany) mojej nieżyjącej babci, większych bredni nie słyszałem. On każe wiernym iść śladem tradycji muzułmańskich Beduinów, by za odstępstwo od wiary karać śmiercią. Biedny ten ks. Żmudziński, gdyby wcielić idee kapelana, pewnie groziłoby mu ukamieniowanie. Jeszcze jedno a propos, tym razem samej Aisab. Nie mnie oceniać, więc nie oceniam (to w końcu jej sprawa), a tylko nadmieniam, gdyż mi potrzebne do końcowej konkluzji. Przed Postem (14 luty) oznajmiła, że „zakłada kłódkę na komputer”, pewnie z powodu tego Wielkiego Postu. To nie do końca tak wyszło, bo założyła kłódkę tylko na komentarze. Zastanawiam się, po co coś przyrzekać, skoro wiadomo, że przyrzeczenia się nie dotrzyma, a samo przyrzeczenie właściwie niczemu nie służy? To ma kapitalne znaczenie dla próby zrozumienia sensu przysięgi małżeńskiej. Oni mówią sobie przed ołtarzem „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, a diabeł w zakrystii wije się ze śmiechu po podłodze...




wtorek, 13 lutego 2018

Czas na szubienicę



  Jeśli rządzi Wami ktoś inny niż Bóg, to jest to forma ucisku. Należy usunąć wszystkie opresyjne, niekatolickie reżymy, w tym również w Polsce. Jeśli się je usunie, ludzie będą naprawdę szczęśliwi. Mamy dziś dwie sprzeczne ze sobą cywilizacje. Jedną z nich jest laicyzm, opierający się paradoksalnie na biblijnej zasadzie „co cesarskie cesarzowi, co boskie Bogu”, a wystarczy przyjąć że Bóg jest naszym Panem (i cesarzem, bo królem to jakby za mało), a wszystko stanie się... boskie. Jezus mówił coś o nadstawianiu drugiego policzka, ale powiedział też: „jeżeli nie uwierzycie, że Ja Jestem, pomrzecie w grzechach swoich" [J 8, 24]. Wynika z tego, że za obrazę uczuć religijnych i odstępstwa od wiary, należy się najsurowsza kara. Świętym obowiązkiem wiernych jest nawracać i jak wykazała historia i tradycja – wszystkie metody powinny być dozwolone.

  Ten wstęp to parafraza... religii islamskiego dżihadu, ale założę się, że bez tej informacji większość moich Czytelników przyjęłaby ją jako oczywistość. No, może zbyt przesadzoną, o co łatwo mnie, ateistę posądzić. Gdyby się tak jednak zastanowić, okazałoby się, że podstawy teoretyczne chrześcijańskiego dżihadu niczym specjalnie nie różnią się od islamskiego. Przynajmniej na naszym rodzimym podwórku. Może jeszcze nie jest tak impulsywny i drastyczny, może jeszcze ja mogę sobie spokojnie być tym ateistą i nikt mi za to głowy nie zetnie, ale trzeba przyznać, że robi się „ciekawie”. Mamy już od ośmiu lat dziesiętnicę smoleńską, teraz nastał czas nowej, którą opisuje Greta na swoim blogu, grozi nam całkowity zakaz aborcji, klauzula sumienia w aptekach, tak jakby ta u lekarzy nie wystarczała, rośnie potrzeba wprowadzania kolejnych świąt katolicko-państwowych, księża obejmują funkcje świeckie, przedszkola przechodzą na własność zakonów, w szkołach wymagają paciorka przed jedzeniem, rośnie imperium Rydzyka, każda uroczystość państwowa wymaga obecności arcybiskupów i biskupów, wprowadza się już cenzurę treści kulturalnych i historycznych, mnożą się publiczne różańce itd., itp. Ostatnio wyczytałem jako promocję (reklamę) pewnego wydarzenia, jeszcze na szczęście nie u nas, ale z podtekstem, że i u nas by się przydało. Wszystkim parlamentarzystom powinna grozić ekskomunika za głosowanie w sprzeczności do nauk Jezusa.

  Jestem przekonany, że w pewnych aspektach naszego życia, taki katolicki dżihad byłby wręcz wskazany. Jezus mówił: „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne...”, co sugeruje, że lepiej być biednym niż bogatym. Mędrcy też nie mają w Ewangelii dobrej prasy, a o nasze zdrowie zdecydowanie bardziej skutecznie zabiegać poprzez modlitwę. Ileż to oszczędności dla kasy państwowej i pewniejsza droga do stania się katolickim mocarstwem na arenie międzynarodowej. W wymiarze osobistym – prosta droga do Zbawienia. Ostatnio jest też głośny lament z powodu rosnącej liczby rozwodów i malejącej dzietności. Może warto wprowadzić całkowity zakaz tych rozwodów i konieczność posiadania minimum trójki potomstwa? Jest jeszcze sprawa przywrócenia kary śmierci, za którą optuje większość wierzących w tym kraju.  W tym układzie wydaje się ze wszech miar koniecznością. Może jeszcze nie kamieniowanie, bo to źle się kojarzy, ale szubienica jak najbardziej. W majestacie boskiego prawa naturalnego powiesi się niewiernych, ze mną włącznie. Nawet nie będę miał pretensji, swoje już przeżyłem i użyłem. Gorące uczucie z młodą kochanką mi już raczej nie grozi. Religijni teolodzy zapewniają nas na każdym kroku, że prawdziwa wolność jest w wierze, i choć mam się za zwolennika wolności, nijak nie mogę pogodzić jej z tą wiarą. Chyba czas na mnie...

  Mam świadomość, że ten felieton jest mocno przerysowany, choć wystarczy trochę więcej niż pobieżnie przejrzeć katolickie portale. Niech mnie jednak ktoś przekona, że my dziś powolutku, tak krok po kroku, nie idziemy w stronę chrześcijańskiego dżihadu. Może będę spał spokojnie, bez sennych koszmarów.



wtorek, 6 lutego 2018

Amerykańscy uczeni



  Nie da się zaprzeczyć, że amerykańscy uczeni mają najwyższe IQ w świecie. Oni to podobno naukowo udowodnili. Mnie się jednak wydaje, że jest pewna grupa na tym ziemskim padole, która swoim IQ przebija te amerykańskie. I nie zgadniecie jaka i gdzie! Sorry, nie doceniam IQ moich Czytelników, moi Czytelnicy na pewno się domyślają, że chodzi o autorów Frondy.pl i tych, którzy to czytają. Mogę się pochwalić, ja do czytelników tego portalu należę...

  Wczoraj, dzięki temu IQ, Fronda odkryła pewne ważne badania amerykańskich uczonych i nie omieszkała się tym pochwalić, również przedmiotem tych badań i rewelacyjnymi wnioskami. Amerykanie bowiem odkryli, że komórki abortowanych dzieci mogą nadal żyć w ciele kobiety, one potrafią migrować po poszczególnych organach, by w konsekwencji umiejscowić się w mózgu kobiety, która poddała się aborcji (sic!). W pierwszej chwili pomyślałem o jakimś syndromie poaborcyjnym, ale ja nie jestem amerykańskim uczonym. Oni stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że działania tych komórek mogą mieć pozytywny jak i negatywny skutek (sic!) Do pozytywnych należy polepszenie odporności np... przed zachorowalnością na raka. To chyba koresponduje z wieściami o chińskich naukowcach, którzy podobno z ciał nienarodzonych produkują suplementy diety. O tym też czytałem na Frondzie.

  Niestety, te wędrujące do mózgu kobiety komórki abortowanych mogą też wywoływać szkodliwe skutki. Do nich zalicza się problemy immunologiczne i łatwość zachorowania na Alzheimera. Szczególnie ta druga ewentualność to szczególnie rewolucyjne odkrycie. Im więcej aborcji, tym więcej komórek nienarodzonych w mózgu matki. Proste jak amen w pacierzu. No nie do końca. Gdzieś czytałem, że na tę chorobę zapada więcej mężczyzn niż kobiet, mogę się mylić, może to jest pół na pół, ale jak tych facetów powiązać z aborcją? Tu już włączam swoje IQ. Może być tak, że już w pierwszym stosunku płciowym po aborcji, te komórki przeskakują na faceta i wędrują po jego organach. Jak już dotrą do mózgu, to nie ma się co dziwić, że taki jeden z drugim idzie na K2 w najgorszych z możliwych warunkach.

  Nie mogę się oprzeć, by coś w końcu zacytować: „To niesamowite, jak komórki z oddzielnego organizmu mogą zintegrować się z obcymi tkankami należącymi do innej osoby. To zupełnie zmienia spojrzenie na człowieka. Do tej pory wydawało się oczywistym, że każdy z nas jest zupełnie oddzielną jednostką. Teraz nie jest to już takie oczywiste" - komentują autorzy badań. Zacytowałem tę wypowiedź, bo więcej właściwie nie ma, ale ten cytat ma też pewną zakamuflowaną informację, tylko dla tych z wysokim IQ. Wszyscy, a szczególnie lekarze i psycholodzy nas przekonują, że dzieci, szczególnie zaś te jeszcze w łonie matki, to cząstka nas samych. Tzw. „więzy krwi” w końcu nie wzięły się z niczego, a w tym cytacie dowiadujemy się, że płód to „obce” tkanki. Pozornie nas uspakajają , stwierdzając, że to nie jest takie oczywiste, tylko jak to rozumieć w odniesieniu do Alzheimera? Bo ten Alzheimer ma związek z obecnością w mózgu obcych komórek abortowanego nienarodzonego.

  Oczywistym przekazem tego artykuliku, dla tych z najwyższym IQ, jest propaganda ruchów przeciwaborcyjnych, mająca ich uzbroić w kolejny, potwierdzony przez amerykańskich naukowców argument. Nic więc dziwnego, że opublikowany jest na poświęconym, katolickim portalu. Potwierdza się moje najgorsze podejrzenie, że jedni katolicy, innych katolików traktują jako tych, z najniższym z możliwych IQ. Teraz tylko czekam, aż ci amerykańscy naukowcy udowodnią, że aby przenieś się w przyszłość – wystarczy tylko trochę poczekać, najlepiej nie ryzykując macierzyństwem.





czwartek, 1 lutego 2018

Od pasa w dół



  Nie wiem jak komu, ale mnie się wydaje, że ostatnimi laty moralność chrześcijańska mocno się ogniskuje. Nie miałbym nic przeciw, gdyby chodziło o takie centrum jak etyka każdego z nas, ta w głowie, tu mamy jednak do czynienia z koncentrowaniem się na częściach ciała... od pasa w dół. Tak jakoś dziwnie, ale raczej nie słyszę i nie czytam w homiliach nic o takich przywarach jak kradzieże, pobicia, oszustwa, braku szacunku do najbliższych, pijaństwo itp. Natomiast nader często o zgniliźnie moralnej i cudzołożeniu. Tak jakby z Dekalogu pozostały już tylko dwa przykazania – szóste i dziewiąte.

  Nie chcę być gołosłowny, więc jak zwykle cytat: „Zbyt długo Kościół zajmował się nie etyką, lecz moralnością, która zbyt często odnosiła się do określonych części ciała, tych od pasa w dół, by postawić kropkę nad i” – to słowa arcybiskupa Belonii Matteo Zuppo, które, tu uwaga, znalazłem po wystukaniu w google hasła „od pasa w dół”, przyznam szczerze, wcale nie po to, aby trafić na treści z religią związane. Chodziło mi o części garderoby na te obszary ludzkiego ciała. Jakby na zamówienie, znajduję na pewnym portalu pierwszy artykuł1 w tym roku dotyczący... walentynek. I co czytam? Było do przewidzenia, że to krytyka: „Zbliżają się walentynki. „Święto” zakochanych to czas, gdy ręce zacierają nie tylko sklepikarze. Dodatkową okazję do działania mają także zawodowi gorszyciele. W tym roku swoją aktywność rewolucja seksualna przejawi w kinach za sprawą kolejnej odsłony lubieżnych „50 twarzy Greya””.  W zasadzie nie dziwi, gdyż autor uważa, że ten film, ze stricte pornograficznymi i plugawymi scenami, powinien trafić do rynsztoku. Trudno mi ocenić trafność tego spostrzeżenia, ja jako ateista, pornograficznych filmów nie oglądam i takich książek nie czytam. Czasami żałuję, ale jeszcze bardziej żałowałbym straconego czasu. Na szczęście dla mnie istnieją religijni cenzorzy, którzy za mnie sprawdzą, co zacz i mnie w porę uświadomią.

  Całego artykułu nie czytałem, bo wydawało mi się, że bez czytania i tak wiem o czym, ale zatrzymałem wzrok na akapicie zaczynającym się od słów: „Tak więc zagrożone zgorszeniem, a nawet trwałym spaczeniem postrzegania ludzkiej cielesności, jest niewinne dziecko, które niczego nieświadome zmierza do szkoły!”. I wiecie co mi przyszło w pierwszej chwili na myśl?  Pomyślałem, że autor ma na uwadze plakaty tych zrzeszeń pro life, które pokazują rozerwane strzępki nienarodzonych. O naiwności! Chodzi rzeczywiście o plakaty, ale te propagujące ów gorszący film, na których to plakatach przecież zero golizny. Zastanawiam się czy takie „naiwne dziecko” zostałoby na tę projekcję wpuszczone, ale kto ich tam wie, może w towarzystwie bogobojnych rodziców bileterka uda, że nie widzi? Za to końcowa uwaga recenzenta wydaje mi się prawie słuszna: „Mówiąc „tak” plugawym produkcjom, mówią również „tak” rozkładowi rodzin, rozpadowi małżeństw, cierpieniu dzieci, a także (w dalszej konsekwencji seksualizacji społeczeństwa) przedmiotowemu traktowaniu kobiet, a w konsekwencji również gwałtom i pedofili”. W kontekście pedofilii wynika, że i księża (choć pewnie nie wszyscy) też takie filmy oglądają. Naprawdę podziwiam tych recenzentów, bo faktycznie na straszne rzeczy się narażają. Ileż to trzeba samozaparcia, aby w takich razach nie poddać się strasznej i grzesznej seksualizacji.

  Zamiast szybko opuścić ten portal, jakiś diabeł, w którego nie wierzę, podkusił mnie zajrzeć do jeszcze jednego artykułu. Tytuł był intrygujący i jakby w temacie: „Korzenie buntu. Historia walki z katolicką etyką seksualności”2 (sic!). Dziś mam wątpliwości, czy istnieje jakakolwiek inna etyka katolicka niż seksualna, gdyż nawet aborcję da się z nią powiązać, ale w szczegóły nie wnikam. Czego ja się dowiaduję? Ano tego, że za dzisiejsze rozpasanie seksualne odpowiedzialna jest reformacja i rewolucja francuska. Wnet bym się z tym zgodził, tylko tak jakoś przychodzi mi na myśl, że od czasów św. Pawła, poprzez następców Tronu piotrowego, cały ten czas Kościół walczył z seksualnością, nawet wtedy, gdy rządził właściwie całą Europą. Taki Giovvanii Boccaccio pisał sprośne historyjki nim w ogóle ktoś pomyślał o Reformacji. Doszło do takiego nasilenia tej katolickiej etyki seksualnej, że dziś nawet radni PO wespół z PiS mówią „nie” edukacji seksualnej w Słupsku. I za co ja mam „kochać” PO w te walentynki?

  Na zakończenie proponuję żarcik w tym temacie.
Jeszcze w czasach wiadomych, kiedy istniała żelazna kurtyna, kobieta prosi księdza o przeszmuglowanie przez granicę damskiej maszynki do depilacji i ten życzliwie ją chowa do kieszeni spodni.
Podczas kontroli spytano księdza, czy ma przy sobie coś zabronionego. Po chwili zastanowienia ksiądz odpowiada spokojnie:
- Od głowy do pasa nie mam przy sobie nic niebezpiecznego.
- A od pasa w dół? - spytał zdziwiony urzędnik celny.
- A tam, mam faktycznie coś specjalnego. Ale tylko dla pań. Przyznam się panu, że urządzenie jeszcze nieużywane...