niedziela, 13 stycznia 2019

Grzech pierworodny


  Rozdział trzeci Księgi Rodzaju opisuje dość dokładnie, jak to człowiek spaprał sobie papiery prawie na całą wieczność. Ziemską wieczność, bo ta podobno będzie skończona, chyba  że człowiek znajdzie sposób, by przenieść się w inny układ słoneczny z nową ziemią. Na dziś to czysta futurologia, więc w zasadzie nie ma się czym zajmować. Jedyny szkopuł takiej wizji to fakt, że nasi potomkowie zostawią na tej ginącej planecie szczątki swoich przodków, w tym nas. Jak wierzą wyznawcy Boga jedynego, żaden problem, wszak wszyscy zmartwychwstaną, nic to, że w innej rzeczywistości, czy może w innym wymiarze czasoprzestrzeni.

  Ale ja nie o tym, nie za bardzo mi się ta koncepcja podoba, nawet jeśli obiecują, że ani cierpienia, ani żadnych innych problemów nie będzie. A może właśnie dlatego? Ostatnio natrafiłem na kilka artykułów, z których wynika, że niepostrzeżenie wiara zaczyna mieć i z tym problem. Wszystko przez tę ewolucję, którą obmyślił i przekazał światu niejaki Darwin. On i jego następcy odebrali wierze jedną z najpiękniejszy, ale i najbardziej dramatycznych baśni, jaką jest stworzenie pierwszych ludzi. Wraz z nimi zatraca się pojęcie grzechu pierworodnego. Nie było raju, nie było drzewa z zakazanym owocem, nie było szatana, który skusił Ewę i nikt nikogo nie pokarał śmiercią, ta istniała od momentu zaistnienia życia. Co żyje to umiera, i człowiek nie był tu nigdy żadnym wyjątkiem. Jeszcze niewielu zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje ta oczywista prawda niesie, ale też już nikt rozsądny, nie zaprzeczy faktom istnienia ewolucji, choć wciąż obarcza się ją pierwiastkiem boskim. Ale nawet ten pierwiastek, z którym i tak trzeba będzie się kiedyś rozstać, bo nauka nie jest sentymentalna, nie zmienia jednego – grzech pierworodny nie istnieje. Człowiek nie miał okazji go popełnić. To wręcz przewraca do góry nogami pewne aspekty wiary, szczególnie zaś religii katolickiej.

  Chrzest niewiniątek, sorry,  chodzi oczywiście o nowonarodzonych, zatraca swój obecny sens. Staje się tylko i wyłącznie aktem przypisania do katolicyzmu na zasadzie – nie chcę, ale muszę, bo nie mam prawa głosu. Tyrania rodziców i kapłanów nakłada, na niczego nieświadomego obywatela świata,  przynależność do Kościoła na wieki wieków. Możesz robić obywatelu, co chcesz, nikt nigdy naprawdę z tej organizacji cię nie wypisze. Najwyżej w księdze parafialnej, przy twoim nazwisku, pojawi się adnotacja o dokonanej apostazji, co też niczego właściwie nie zmieni, po za tym, że w majestacie prawa boskiego, odmówią ci katolickiego pochówku. Na zasadzie niezrozumiałego dogmatu, przez całe życie będziesz naznaczony stemplem, który miał cię uwolnić od grzechu – grzechu, którego nigdy nie miałeś. Przy okazji, jeśli się nie odgrodzisz, będą ci wmawiać, że jesteś niegodnym stołu pańskiego, złym z natury, i tylko bezgraniczna pokora może ci pomóc, choć nie musi. Bo tej pokorze musi towarzyszyć jeszcze bardziej bezgraniczna miłość do niewidzialnej Istoty, która podobno na trzydzieści lat z niewielkim hakiem, przybrała postać ludzką, by ci przynieść wiadomość, że jak nie będziesz kochał tak jak On tego wymaga, czekają cię męki piekielne, też na wieki wieków.

  Teolodzy próbują coś z tym brakiem grzechu pierworodnego zrobić, bo przecież nie może być tak, aby dobrowolnie pozbyli się jednego z najważniejszych argumentów za tak wczesnym aktem przypisania do Kościoła, a który zapewnia miano najliczniejszej religii świata. Z kolei ta wielkość ma dowodzić, że tylko ta religia jest słuszna. Inaczej mówiąc, tworzy się wielkość za pomocą rytuału, który odbiera człowiekowi prawo samostanowienia, i tą wielkością tłumaczy się konieczność tego rytuału. Proste jak amen w pacierzu. I właśnie taką próbę zastąpienia czymś grzech pierworodnego podejmuje ks. Włodzimierz Zatorski OSB. Dowodzi, że człowiek jest już z natury grzeszny i to nim uświadamia sobie swoje „ja”. To może mieć swoje logiczne uzasadnienie, wystarczy że zrobisz coś, co drugiemu człowiekowi nie będzie się podobać. Wystarczy, że ten drugi będzie zaprogramowany na jakąś wiarę i już masz pojęcie grzechu w danym systemie moralnym. Ks. Zatorski wyjaśnia to prosto i dobitnie: „(...) musimy pamiętać jednocześnie o prawdzie naszego upadku, o tajemnicy nieprawości w nas istniejącej. Konieczna jest konfrontacja z własnym grzechem, z bardzo przykrą prawdą o swojej głupocie, małości i nieprawości1. Ja mam jednak z tym problem, o którym poniżej, bo aby to była prawda, trzeba by zdefiniować, czym jest ta tajemnica nieprawości. Mamy tu bowiem do czynienia z tak popularnym w chrześcijaństwie uciekaniem się do jakieś niesprecyzowanej tajemnicy. Jeszcze jeden fragment zdania tego autora: „Jednak kiedy już poznamy swój grzech (...)2. Zadam w tym miejscu proste pytanie: a co to jest grzech? Od razu też dodam, że nie satysfakcjonuje mnie odpowiedź, że co jest grzechem objawił nam Bóg. Skoro cała Biblia jest zbiorem pism autorstwa ludzi, żadna opinia Boga nie ma tu znaczenia, bo my jej nie znamy. Z tej Księgi dowiemy się li tylko tego, jak z wieloma, i jak z wielkimi problemami moralności musiał zmierzyć się człowiek.

  Aby moje wątpliwości wyjaśnić, odniosę się do kilku przykładów. Czy w świecie przed Mojżeszem, mając wzgląd na historię Abrahama, morderstwo było grzechem? Dodajmy morderstwo na własnym dziecku? Kłamstwo też, bo Bóg oszukał Abrahama. Czy łupienie innych (czytaj: kradzież) zawsze było grzechem?  Cały Stary Testament jest pełny takich przykładów w sensie pozytywnym. Czy cudzołóstwo zawsze było grzechem? Ten sam Abraham spółkuje z niewolnicą i to podoba się Bogu. A może odbieranie godności innym (patrz: niewolnictwo i poddaństwo)? A może czynienie zła bliźniemu (patrz: przypowieść o Hiobie)? A może rozwód lub wielożeństwo? Zabijanie dzieci (patrz: plagi egipskie)? A weźmy inne kultury. Pedofilia ma się dobrze w islamie, prostytucja była praktykowana w świątyniach, kazirodztwo było przywilejem władców, kupowanie żon, niemal we wszystkich kulturach, nawracanie na siłę, nierzadko ogniem i mieczem, itp., itd. A wszystko pod płaszczykiem różnych religii, gdyż innej moralności, jak religijna nie było, o co zresztą do nikogo nie można mieć pretensji. Rzecz w tym, ze pojęcie grzechu jest pojęciem enigmatycznym, niemożliwym do określenia, a już tym bardziej do sprecyzowania, w pełni zależnym od istniejącej, zarówno wiary, jak i kultury.

  Nie mam zamiaru gloryfikować, tym bardziej usprawiedliwiać tych elementów naszej moralności, które dziś uznajemy za amoralne. Moralność ewoluowała podobnie jak życie na tej ziemi, ale wbrew temu, co pisze ks. Zatorski, człowiek nie jest naznaczony żadną grzesznością, wręcz przeciwnie, decyduje w nas pierwiastek, który zbliża nas do dobra, choć pewnie jego absolutu nigdy nie uda się osiągnąć. Żadna religia nam w tym nie pomoże bardziej..., niż własne zrozumienie etyki.






czwartek, 10 stycznia 2019

Jestem przeciw, a nawet za


  Znany jestem przede wszystkim jako krytyk Kościoła i klerykalizmu. Nie za bardzo mi zależy na tym, aby tę opinię zmieniać, niemniej dziś o temacie na topie, czyli o religii w szkole. Pojawiają się głosy o jej wyrugowaniu z murów szkolnych, a nawet o rewizji, czy wypowiedzeniu konkordatu. W mojej ocenie żądania zbyt radykalne, choć nie pozbawione sensu. Jestem też przekonany, że nic z tych postulatów .Nowoczesnej nie wyniknie, ale istnieje szansa na debatę i pewne korzystne dla wszystkich zmiany.

  Jak w tytule najpierw przeciw religii w szkołach. Ale, aby być dobrze rozumianym, takiej nauce religii, jaka jest powszechnie stosowana w naszym katolickim kraju. Tu wyjaśnię, nie mam pełnego przekroju, jak te lekcje wyglądają, sam w nich nie uczestniczę i mogę się tylko odnieść do doniesień medialnych. A ponieważ zdecydowanie przeważają krytyczne, trudno nie mieć krytycznego poglądu. Aby jednak uniknąć krytykanctwa odniosę się do problemu tylko na podstawie  tych informacji, które serwują sami katecheci. Z jednym małym wyjątkiem. Na portalu NaTemat.pl pewna nauczycielka napisała, że na lekcjach religii „Fanatycy straszą dzieci grzechem1. Mnie się w tym miejscu przypomniało wydarzenie z moich lat szkolnych, kiedy to nasza wychowawczyni nakazał rodzicom, aby wszystkim chłopcom zaszyć kieszenie w spodniach, gdyż „za długo w nich trzymamy dłonie”. Tak, tak, nawet w wśród komunistek, dewotek nie brakowało. Owo straszenie nie jest wyssane z palca, bo ta narracja straszenia grzechem ma się wręcz doskonale, nawet w stosunku do dorosłych.

  Z kolei na portalu Deon.pl czytam: „Przyczyny niepopularności katechezy muszą mieć zatem charakter wewnętrzny, związany z samymi treściami oraz formą ich przekazu2, i to wydaje mi się jedną z najbardziej słusznych ocen zjawiska jakim jest malejąca liczba uczniów uczęszczających na lekcje religii. To też budzi sprzeciw wielu rodziców, choć oczywiście nie wszystkich. Jeszcze jeden cytat, który właściwie wyjaśnia, jak wiele błędów popełnia szkolna katecheza: „Młodzi ludzie mają najczęściej otwarte umysły i naturalnie poszukują przekonywujących wyjaśnień i my jako katecheci oraz duszpasterze jesteśmy im te wyjaśnienia winni. Jeśli w zamian za to posłyszą na przykład od katechety, że ewolucja to wymysł diabła albo że ewolucja jest niemożliwa, bo nie godzi się, aby Matka Boża pochodziła od małpy, to trudno się dziwić, że następnym razem Kościół i katechezę ominą szerokim łukiem3. Chyba teraz jest zrozumiałe, że to nie są wymysły wrogów religii i wiary, o tych przykładach treści jakie serwuje się młodym mówią sami katecheci, choć z nielicznej grupy tych, którzy wydają się racjonalni. Jak ma się zachować chłonny umysł młodego człowieka, który na lekcjach biologii, fizyki czy chemii słyszy jedno, a na lekcji religii każe mu się wierzyć w bajki? Posłużę się parafrazą myśli św. Augustyna sprzed 1500 lat: „Jeśli owego ucznia bombarduje się niedorzecznościami z Pisma Świętego, od których całe niebo pęka ze śmiechu, pośmiewiskiem staje się ów katecheta, który zdaje się w to wierzyć4. A takie zdaje się być dziś nauczanie religii w szkołach.

  Nie tylko w mojej ocenie nauczanie religii w szkołach powinno być poddane głębokiej reformie. Zarówno pod względem organizacyjnym jak i treści nauczania. Po pierwsze, powinno się umożliwić dyrektorowi szkoły decydować o tym, czy katecheta nadaje się na pedagoga, czy nie, co w efekcie ograniczy przypadkowość i miałkość tych katechetów. Po drugie, program nauczania też powinien podlegać kontroli innych gremiów niż tylko przez kościelne. I tu znów pozwolę sobie przytoczyć opinię pewnego biskupa, choć protestanckiego: „Według mnie państwo jest zobligowane do tego, by nie tylko kształcić, ale także kształtować młodzież. Albo będzie to prowadzone w formie lekcji religii różnych wyznań i różnych religii, albo w formie nauczania etyki. Musimy przekazywać również taką wiedzę, wskazywać na obowiązujące w życiu zasady, co jest dobre a co złe5. I ja się pod tym podpisuję, choć przecież daleko mi do akceptacji tego, co uczą religie.

  Innymi słowy, jestem za tym, aby lekcje religii były w szkołach, a katecheci opłacani byli tak samo jak inni nauczyciele, choć na tym ich przywileje powinny się kończyć. Skoro chcą być traktowanie równorzędnie, powinni podlegać tym samym regułom, co reszta. Pójdę dalej. Jeśli byłaby w tych lekcjach zawarta etyka oraz religioznawstwo we właściwym tego słowa rozumieniu, te lekcje powinny być obowiązkowe, a wtedy ocena na świadectwie miałaby pełną rację bytu, o ile nie wpływałaby na nią religijność, a wiedza. Traktowanie lekcji religii w obecnym kształcie, budzi mój sprzeciw.





niedziela, 6 stycznia 2019

Dno, a od spodu puka... egzorcysta!


  Mój szacunek do wiernych i ich wiary, który bierze się z faktu, ża sam długie lata byłem wierzącym, jest czasami poddawany straszliwym próbom. To za sprawą egzorcystów i samych egzorcyzmów. Gdy tylko trafię na taki tekst, naprawdę nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Proszę o wybaczenie wierzących Czytelników, ale jeśli ktoś wierzy w sens tych w gruncie rzeczy pogańskich i zabobonnych praktyk, stwierdzę bez skrupułów, że szkaluje ludzki rozum, podobno dany nam przez Boga.

  Na taki właśnie tekst trafiłem na portalu Okopress.pl1. Jest on ewidentnie krytyczny wobec tych praktyk i zainteresowanym go szczerze polecam (jest i o smsach od diabła). Aby się jednak nie powtarzać odniosę się do innych treści.  Jednym z najbardziej znanych polskich egzorcystów jest ks. Piotr Glas, który z nieznanych mi bliżej powodów nie może egzorcyzmować w Polsce, więc praktyce oddaje się w W. Brytanii. W wywiadzie udzielonym T. P. Terlikowskiemu mówi: „Opętani to często ludzie grzeczni, wspaniali, uprzejmi. Często nawet bliscy nie mają pojęcia o ich zaangażowaniu. Sam egzorcyzmowałem księdza opętanego demonem intelektualizmu. Wydawał się niezwykły, inteligentny. Diabeł był u niego zakonspirowany2. Można by sparafrazować ks. Natanka: jeśli masz się za grzecznego, uprzejmego a przy okazji za inteligentnego, wiedz, że coś się dzieje... Jeśli taki egzorcysta, jak ks. Glas cię dopadnie, jesteś na straconej pozycji. Każdy, nawet najdrobniejszy przejaw logiki uzna u ciebie za przejaw opętania przez demona intelektu. To jest dokładnie tak samo jak z ateizmem. Jeśli nie wierzysz w Boga, a tym bardziej w diabła, znaczy się – diabeł cię opętał. Chrześcijaństwo tak ma, szczytem rozumu jest wiara w to, co napisali w Biblii prości ludzie sprzed dwóch i więcej tysięcy lat, ale inteligencja jest na cenzurowanym. Mnie to już przestaje dziwić, najwyżej rozbawia, choć tak naprawdę robi mi się naprawdę smutno.

  Mówi się, że kapłan nawet nie jest pośrednikiem między ludźmi a Bogiem i ja w to nie chcę wnikać. Ale rosnąca liczba egzorcystów świadczy raczej o tym, że kapłani stają się pośrednikami między ludźmi a diabłami. Niczym szamani u ludów pierwotnych, mają czelność wmawiać wiernym, że panują nad złymi duchami, że mają moc nad szatanem. Tu przypomina mi się znaleziony fragment artykułu: „Dlaczego Pan Bóg, widząc, że całe stworzenie wije się̨, jęczy i męczy, nie usunie czarta jednym pstryknięciem swego wszechmocnego palca? Bo go stworzył z miłości - wszak diabeł jest Jego stworzeniem3. Rodzi się wręcz sakramentalne pytanie: kto tu kogo robi w balona, i po co? Ja na to pytanie nie odpowiem, powinni sobie odpowiedzieć sami wierni, choć grozi im świadomość, że opęta ich diabeł. Myślenie w kategoriach „dlaczego?” jest wysoce niewskazane. Tymczasem, jak na ironię  czytam jeszcze bardziej bulwersujący tekst ks. Glasa, który pozwolę sobie w przedstawić w koniecznym skrócie. Akapit nosi tytuł: „Droga w kierunku wolności” i jest wskazówką jak tę rzekomą wolność osiągnąć:
- oddaj swoje życie Jezusowi;
- wyrzeknij się złych rzeczy;
- módl się do Jezusa o swoje zbawienie;
- módl się o Ducha Świętego;
- podejmuj regularne życie z sakramentami;
- zadbaj o dobre relacje z ludźmi;
- musisz być cierpliwy.
Wszystko to byłoby w należytym porządku, choć to niewiele ma wspólnego z wolnością, gdyby nie jeszcze jeden, ostatni punkt, który wytłuszczę:
- jeśli czujesz niepokój, zgłoś się do egzorcysty (sic!)
Tymczasem praktyka współczesnych egzorcyzmów to prawdziwe tortury z przyduszaniem, wciskaniem krucyfiksu do gardła, siłowe pojenie święconą wodą, sypanie solę egzorcystyczną, itp. Rzekłbym ironicznie, prawdziwe symptomy wolności.

  W Niemczech egzorcyzmy są zakazane prawem, i tak już dawno powinno być w naszym kraju, biorąc pod uwagę fakt, że poddaje się im również dzieci na żądanie ogłupiałych do reszty rodziców. Przypomnę, to się nie dzieje w średniowieczu, to są praktyki dnia dzisiejszego w naszym religijnym, katolickim kraju.






czwartek, 3 stycznia 2019

Autorytet - jak to się je?

  W poprzedniej notce, w komentarzach, na krótko pojawił się problem autorytetu. Pozwoliłem sobie napisać, że nie ma nic gorszego, jak autorytety, głoszące co jest dobre, a co złe. Mam zamiar to rozwinąć z powodu artykułu prof. Magdaleny Środy, zaczynający się tak: „Tam gdzie znika autorytet, tam pojawia się siła, a tam gdzie i siła znika, rządzi rozpaczliwy nakaz1. Ze zrozumiałych względów nie będę udawał, że jestem mądrzejszy od profesor nadzwyczajnej Uniwersytetu Warszawskiego takich kierunków jak etyka i filozofia. Niemniej wyjątkowo nie potrafię się z tą myślą zgodzić.

  Słowo „autorytet” ma kilka znaczeń, ja zwrócę uwagę na dwa istotne w kontekście społecznym. Po pierwsze, to osoba lub instytucja ciesząca się uznaniem, mająca kredyt zaufania, co do profesjonalizmu, prawdomówności i bezstronności. Po drugie, obdarzona posiadaniem roli przywódczej o charakterze moralnym. W tym miejscu napiszę zupełnie szczerze, w tych definicjach jest zawarta stricte teoretyczna prawda. Mamy tu do czynienia z absolutem, nieosiągalnym w ludzkim życiu społecznym. Bo ja chciałbym zapytać, a raczej prosić: wskażcie mi w historii ludzkości choć jeden osobowy lub instytucjonalny autorytet, który byłby uznawany przez wszystkich. Oczywiście, narzuca się osoba Jezusa Chrystusa, który uczył moralnego życia, bardziej moralnego niż nakazywał to Bóg ojciec. Ja mam jednak dwa zastrzeżenia. Pierwsze dotyczy konsekwencji nietolerowania tych, którym nie po drodze było z uznaniem Go za mesjasza. Otóż te konsekwencje spełniają wszystkie znamiona przymusu pod groźbą kary wiecznego potępienia, co z definicji jest amoralne. Jeśli bowiem coś ma być moralnie słuszne, powinno to wynikać z naszych, osobistych przemyśleń bez czynników nakazowych i bez straszenia. Drugie zastrzeżenie dotyczy sposobu propagowania tej podobno jedynie słusznej moralności. Jezus posługiwał się w swych naukach (jeśli wierzyć apostołom) prostymi przykładami, z gatunku zero-jedynkowych. Konia z rzędem temu, kto nie zetknął się z moralnymi dylematami daleko bardziej złożonymi, niż ta zero-jedynkowa konstrukcja. Jeśli dodać do tego rzekome cuda, które nic wspólnego z moralnością nie mają, a jedynie służyły wzmocnieniu samego autorytetu, ów autorytet staje się, co najmniej wątpliwy, o czym zresztą świadczą dzieje chrześcijaństwa.

  O tym jak groźne może być uznanie kogoś za autorytet w kwestiach moralno-społecznych niech świadczą takie postaci jak: Hitler, Lenin, Stalin, Mao, a obecnie przykład Korei Pn. Czy wobec tego twierdzenie pani prof. M. Środy, że brak autorytetu generuje siłę ma rację bytu? Owszem, może wywoływać anarchię, ale po to tworzy się prawo i władzę różnych szczebli, aby tej anarchii uniknąć, przy czym ani prawo, ani władza nie jest z założenia autorytetem. Trudno mi się też zgodzić z twierdzeniem, że brak siły generuje rozpaczliwy nakaz. Wręcz przeciwnie, to świadomość własnej siły tworzy nakazy i zakazy. Możemy najwyżej mamić się chciejstwem, gdy nie będąc autorytetem, zupełnie bezsilni, wymagamy od innych określonych postaw i postępowań. Prof. M. Środa odnosi konkretnie swoją tezę do ogłoszonego nakazu uczestnictwa we Mszy św. w Nowy Rok, jaki ogłosił Episkopat Polski. Niby ten Episkopat przestał być autorytetem, niby nie ma siły egzekwować rytuałów religijnych, dlatego posługuje się rozpaczliwymi nakazami. Pani profesor zdaje się jednak zapominać, że ów nakaz istnieje niemal od zawsze, brak siły jest iluzoryczny, a autorytet Episkopatu ma się dobrze biorąc pod uwagę fakt, że wciąż w tym kraju blisko połowa wiernych za autorytet go uznaje. Ów „nakaz” nie był skierowany do niewiernych lub wiernych zsekuleryzowanych, był li tylko przypomnieniem o tym obowiązku. A przypomnienie w takiej formie ma pełną rację bytu.

  Za to zdecydowanie bardziej kontrowersyjne wydają się naciski (nakazy) tegoż Episkopatu w kwestii zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, gdzie mamy do czynienia z prawdziwym, wręcz klasycznym pomieszaniem zgubnego autorytetu i rzekomej siły. Rzecz w tym, że moralność jakieś grupy społecznej, nawet będącej w większości (a w tym przypadku nawet takiej większości nie ma) nie może w żaden sposób być nakazana innym, o innych zapatrywaniach na to zagadnienie. Choć jednocześnie nie wolno odbierać Kościołowi (tu: Episkopat) prawa wymagania i spełniania określonych postaw moralnych, ale tylko w stosunku do tych, którzy uznają nad sobą władzę Kościoła.






czwartek, 27 grudnia 2018

Najdłuższa wojna nowożytnej Europy


  Prawdę mówiąc ja bym o tej wojnie nawet nie wiedział, gdyby nie stronniczy przegląd mediów w okresie przedświątecznym i świątecznym. Nie słychać wystrzałów karabinów, wybuchów bomb, choć pewnie, jak na ironię, w najbliższy poniedziałek usłyszymy eksplozje fajerwerków na Nowy Rok. Okazuje się, że od drugiej połowy XX wieku, a nawet i wcześniej, do teraz, trwa prawdziwa wojna, choć bez okopów, frontów i bez udziału prawdziwego wojska.

  Śmierć za to kosi niby łan dzieci nienarodzone, a teraz i starców, którzy nie chcą w cierpieniu czekać na śmierć naturalną. Do tego trzeba dodać cierpienie uciśnionych chrześcijan, przede wszystkim zaś katolików, których odwodzi się od prawdziwej wiary laicko-ateistyczną propagandą z rzekomą pogardą. Którym burzy się kościoły lub stawia przy nich burdele. Bardziej niż smog dusi wiernych komercja, a nawet zdobycze nauki. Najgorzej mają się zaś kapłani, których niesłusznie oskarża się o klerykalizm, pazerność na bogactwo, o homoseksualizm i pedofilię, odbierając tym samym Kościołowi blask, chwałę i świętość. Rozwój przemysłowy i infrastruktury, wspomagany przez gender i sekularyzację, odciąga wiernych od Kościoła, a już najbardziej niweczy owoce nauki religii w umysłach młodzieży. Nawet piosenki estradowe, pseudo-świąteczne, zagłuszają prawdziwe, tradycyjne kolędy bożonarodzeniowe. I wreszcie najgorsze: wierni zamiast szukać osobistej relacji z Bogiem wolą szukać miłosnych kontaktów z partnerami płci odmiennej, nie zawsze z zamiarem wejścia w sakramentalny związek małżeński. Człowiek, jak bożek, stał się ważniejszy od Boga. Święci, których liczy się tysiącach, w grobach się przewracają.

  Abp. Jędraszewski martwi się poważnie, jaka to też będzie ta Europa bez korzeni i świadomości chrześcijańskiej: „To byłaby przestrzeń zamieszkiwana przez ludzi żyjących inną kulturą, mających inną tożsamość, inny świat wartości. Trudno mi sobie taką Europę wyobrazić, chociaż jej symptomy są widoczne na Zachodzie”, więc ja mu autentycznie współczuję. Sobie też, bo obaj mamy marne szanse dożyć Europy wolnej od nachalnej religii, szczególnie tak agresywnej, jak obecnie w naszym kraju. Gdyby tak arcybiskup wychylił się poza swoje katolickie postrzeganie, dostrzegłby że ludzie potrafią być szczęśliwi bez Kościoła, a przez to wolni od nienawiści. Wolni od magii hokus-pokus, za to otwarcie na nieszczęścia innych, gotowi nieszczęśnikom nieść nie tylko „duchową” pomoc, ale również taką realną, ludzką. Dostrzegłby też, że dążenie do szczęścia osobistego tu i teraz, jeśli nie szkodzi innym, ma dużo więcej z człowieczeństwa, niż cierpienie i umartwianie się dla iluzji szczęścia wiecznego. Dostrzegłby też, że wolność do wiary nie jest w niczym lepsza od wolności od wiary.

  Tak mnie w związku z tym naszło, choć alkoholu nie nadużywałem, że całe to gender, laicyzm, zgnilizna moralna, to dokładnie to samo, co korzenie, tradycja, narodowość, tylko tym drugim nadano inny, wznioślejszy charakter, aby móc wymusić określone zachowania i poglądy. W tym wszystkim chodzi tylko o sterownie ludzkimi umysłami. To wręcz maniakalne straszenie Zachodem ma wybielić wcale nie tak oczywiste korzenie chrześcijaństwa, wybiórczą tradycję i chory z założenia nacjonalizm, a do tego wcale nieświęty Kościół. Ostatnimi czasy furorę robi stwierdzenie, że Kościół to zbór ludzi grzesznych, co sugeruje, że właściwie jest wszystko w należytym porządku i nie ma się czego czepiać. Zapominają, że w liście do Efezjan św. Paweł pisał: „(...) Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, nie mający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” [Ef 5, 25-27]. Aż zapytam: apologeci Kościoła, czy tu jest miejsce na jakiekolwiek „ale” i usprawiedliwienie? Czy można mówić komuś, jak należy żyć, lub co jest złe, skoro samemu nie jest się w porządku? Można udawać przed sobą, że jest się bez skazy, że nie widzi się pazerności, znieczulicy, pedofilii i homoseksualizmu we własnym gronie, ale choćby zaklinać rzeczywistość, inni i tak to dostrzegą, czego dowodzi narastająca sekularyzacja. Tę najdłuższą wojnę nowożytnej Europy – Kościół wypowiedział sobie sam.