Zanim przejdę do sedna, opiszę kilka
spraw, które tłumaczą tezę o powstaniu Biblii. Bo to sprawa godna najwyższej
uwagi i wyjaśnienia. By jednak nie być tak ponurym i nudnym jak tekst tej Świętej Księgi, postaram się
nie tyle śmiesznie, co intrygująco. Jak mówi stare porzekadło – po sznurowadłach do
kłębka – sznurowadła poplątane przez mojego
kota o imieniu Zaczepny. Młody jeszcze jest i nie zawsze działa sensownie nawet
jak na kota, dzięki czemu nie mam okazji się nudzić, szczególnie wtedy, gdy zakładam buty.
Znacie taką sentencję: prawdą jest, że
kiedy tekst zderza się z rzeczywistością, ta rzeczywistość, czasami nader
często, musi ustąpić? Teoretycznie ten tekst opisujący rzeczywistość powinien
być na tyle dokładny, aby na jego podstawie można było podjąć w przyszłości
mądre decyzje. Dba o to rzesza urzędowych pisarczyków i jest z tego dumna.
Niestety, praktyka płata im figle, inaczej – ci biurokratyczni opisywacze
uodporniają się na własne błędy, bo tych przecież nie sposób uniknąć. Czasami
ponosi ich też wręcz ułańska fantazja, w efekcie czego, często zderzamy się w urzędach
ze ścianą absurdów. Gorzej, my w końcu te absurdy przyjmujemy za rzeczywistość.
Drobnych przykładów nie będzie, od razu przejdę do tych ciężkiego kalibru.
Pod koniec XIX wieku do terytorium
Afryki zgłosiło pretensje kilka mocarstw europejskich. Było o co kruszyć kopie,
choć niewolnictwo chyliło się ku upadkowi. Dużo wiedzieli o terytorium tego
kontynentu, ale to subiektywna ocena. Białe plamy na mapie Afryki były większe
niż te opisane przez kartografów, o etnografach nawet nie wspomnę. Czarnoskóry wciąż uchodził za małpę z bananem. A mimo to, za pomocą linijki i tuszu
podzielono ten kontynent na kawałki tak, jak się dzieli tort, prostymi liniami. Problem w tym, że
te granice nie tylko nie uwzględniały biegu rzek, położenia jezior, gór,
sawanny czy buszu, w ogóle nie uwzględniono czegoś takiego jak rzeczywistość
etniczna ludności tubylczej. Nikt jednak nie myślał zmieniać tych granic, gdy się okazało, że ten podział tortu nijak ma się do rzeczywistości. Jest
jednak śmieszniej. Państwa kolonialne upadły, kolonie odzyskały niepodległość,
a te wymyślone linie granic pozostały, w efekcie czego, od początki epoki
postkolonialnej, do dziś tym kontynentem szarpią krwawe i wyniszczające wojny.
Tak więc przez fantazje europejskich biurokratów, rzeczywistość została
zmuszona do kapitulacji.
Współczesne systemy oświaty dostarczają
kolejnych dowodów na to, że rzeczywistość zostaje zmuszona do odwrotu. Mało kto
zdaje sobie sprawę z faktu, że precyzyjna ocena uczniów i nauczycieli (to wcale
nie jest starożytny wynalazek), zmieniła świat edukacji w dość radykalny
sposób. Praktykant u szewca nie dostawał papierka stwierdzającego, że za sznurowadła
ów zasłużył na piątkę i ledwie słabą trójczynę za zelówki. Student z czasów
Szekspira opuszczał Oksford z jednym z dwóch możliwych wariantów – z tytułem albo
bez. To znów urzędnicy wpadli na pomysł, aby precyzyjnie określać wiedzę nabytą
i zdolności nauczycieli, straszliwie komplikując życie jednym i drugim. Doszło
do paradoksu, nie tyle liczy się wiedza nabyta uczniów, ile średnia ocena
wyników wszystkich uczniów, tak jakby to miało jakiekolwiek odniesienie do
rzeczywistej edukacji Jasia z klasy III c. Za tę średnią rozliczana jest szkoła. Aż
się chce zapytać: czy te oceny mają coś wspólnego z obiektywnym postrzeganie
wiedzy nabytej? Jeden nauczyciel da
celujący za bezbłędnie wyrecytowaną modlitwę, drugi wstawi pałę, kiedy uczeń
nie potrafi wydukać, co autor wiersza miał na myśli. Rzeczywistość edukacyjna
uczniów musiała oddać pole magii oceny ogólnej dla kształtowania metod edukacji. Urzędnicy
Ministerstw Edukacji tak nagięli rzeczywistość, że liczy się tylko papierek
zwany świadectwem z wykazem ocen nawet za zdolności wokalistyczne. Możesz wiedzieć więcej niż świeżo upieczony
inżynier (co wcale nie jest rzadkim zjawiskiem), ale bez tego papierka niewiele
znaczysz.
Apogeum potęgi słowa pisanego nad rzeczywistością, właśnie pisanego
przez religijnych urzędników (kapłanów) uwypukla historia powstania Świętych Ksiąg. W
starożytności używano pisma do określania podatków na podstawie posiadanych pół
uprawnych, zebranych plonów i zasobności spichlerzy. W miarę uzyskiwania wpływów tej warstwy społecznej, ich
pisma też zyskiwały autorytet. Kapłani już nie tylko obliczali jaki podatek
jest należny bogom, lecz dodawali do tych sprawozdań opisy boskich czynów,
przykazań i tajemnic, aby konieczność płacenia tych ciągle rosnących podatków uzasadnić. Fantazje owych skrybów stały się dla następnych pokoleń przepisywaczy świętych tekstów źródłem poszukiwania... niezbywalnej prawdy. W teorii te fantazje dałoby się szybko
oddzielić od tego, co rzeczywiste (wielkość zbiorów, podatków, ceny towarów, czas
klęski suszy itp.). Żaden analityk treści pisanych nie miałby z tym problemu. W praktyce siła owego pomieszania prawdy i fikcji
zniekształciła rzeczywistość do niespotykanych rozmiarów i tego już się nie da w żaden sposób odkręcić. Choć jednocześnie nie
da się ukryć, że masy ludzkie czasami potrzebują i mitów, i fikcji. Będę
szczery, życie bez domieszki owych nierzeczywistych aspektów nie znajdzie
wielu naśladowców, czego dowodzi stosunkowo niewielka liczba ateistów.
Gdyby tak wysłać jakiegoś
ateistę-naukowca w czasy faraonów, aby uświadomił pospólstwu, że te mity
działają przeciw nim, nie sądzę, aby odniósł jakikolwiek sukces. Już ja widzę
jak próbuje ich przekonać twierdzeniem, że energia podzielona przez masę jest
równa kwadratowi prędkości światła, co tłumaczy dlaczego jakiś bóg z głową
krokodyla nie może istnieć. Tylko jakie licho wysyłać takiego teoretyka do starożytności, skoro dziś można ten
eksperyment przeprowadzić na wsi afgańskiej lub syryjskiej. Na niektórych z
polskich wsi również..., niczym mieszkańcom tych wsi nie ubliżając. Na chłopski rozum (przesiąkłem nim przez ostatnie dwadzieścia lat), po co zwykłemu
śmiertelnikowi ten kwadrat prędkości światła?
Swój tekst oparłem na fragmentach książki
„Homo deus. Krótka historia jutra”, Yuvala Noaha Harari, w przekładzie Michała
Romanka, Wydawnictwo Literackie, 2018 rok, str. 549