Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fikcja i rzeczywistość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fikcja i rzeczywistość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Kwadrat prędkości światła, czyli skąd się wzięła Biblia?


  Zanim przejdę do sedna, opiszę kilka spraw, które tłumaczą tezę o powstaniu Biblii. Bo to sprawa godna najwyższej uwagi i wyjaśnienia. By jednak nie być tak ponurym i nudnym jak tekst tej Świętej Księgi, postaram się nie tyle śmiesznie, co intrygująco. Jak mówi stare porzekadło – po sznurowadłach do kłębka sznurowadła poplątane przez mojego kota o imieniu Zaczepny. Młody jeszcze jest i nie zawsze działa sensownie nawet jak na kota, dzięki czemu nie mam okazji się nudzić, szczególnie wtedy, gdy zakładam buty.

  Znacie taką sentencję: prawdą jest, że kiedy tekst zderza się z rzeczywistością, ta rzeczywistość, czasami nader często, musi ustąpić? Teoretycznie ten tekst opisujący rzeczywistość powinien być na tyle dokładny, aby na jego podstawie można było podjąć w przyszłości mądre decyzje. Dba o to rzesza urzędowych pisarczyków i jest z tego dumna. Niestety, praktyka płata im figle, inaczej – ci biurokratyczni opisywacze uodporniają się na własne błędy, bo tych przecież nie sposób uniknąć. Czasami ponosi ich też wręcz ułańska fantazja, w efekcie czego, często zderzamy się w urzędach ze ścianą absurdów. Gorzej, my w końcu te absurdy przyjmujemy za rzeczywistość. Drobnych przykładów nie będzie, od razu przejdę do tych ciężkiego kalibru.

  Pod koniec XIX wieku do terytorium Afryki zgłosiło pretensje kilka mocarstw europejskich. Było o co kruszyć kopie, choć niewolnictwo chyliło się ku upadkowi. Dużo wiedzieli o terytorium tego kontynentu, ale to subiektywna ocena. Białe plamy na mapie Afryki były większe niż te opisane przez kartografów, o etnografach nawet nie wspomnę. Czarnoskóry wciąż uchodził za małpę z bananem. A mimo to, za pomocą linijki i tuszu podzielono ten kontynent na kawałki tak, jak się dzieli tort, prostymi liniami. Problem w tym, że te granice nie tylko nie uwzględniały biegu rzek, położenia jezior, gór, sawanny czy buszu, w ogóle nie uwzględniono czegoś takiego jak rzeczywistość etniczna ludności tubylczej. Nikt jednak nie myślał zmieniać tych granic, gdy się okazało, że ten podział tortu nijak ma się do rzeczywistości. Jest jednak śmieszniej. Państwa kolonialne upadły, kolonie odzyskały niepodległość, a te wymyślone linie granic pozostały, w efekcie czego, od początki epoki postkolonialnej, do dziś tym kontynentem szarpią krwawe i wyniszczające wojny. Tak więc przez fantazje europejskich biurokratów, rzeczywistość została zmuszona do kapitulacji.

  Współczesne systemy oświaty dostarczają kolejnych dowodów na to, że rzeczywistość zostaje zmuszona do odwrotu. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że precyzyjna ocena uczniów i nauczycieli (to wcale nie jest starożytny wynalazek), zmieniła świat edukacji w dość radykalny sposób. Praktykant u szewca nie dostawał papierka stwierdzającego, że za sznurowadła ów zasłużył na piątkę i ledwie słabą trójczynę za zelówki. Student z czasów Szekspira opuszczał Oksford z jednym z dwóch możliwych wariantów – z tytułem albo bez. To znów urzędnicy wpadli na pomysł, aby precyzyjnie określać wiedzę nabytą i zdolności nauczycieli, straszliwie komplikując życie jednym i drugim. Doszło do paradoksu, nie tyle liczy się wiedza nabyta uczniów, ile średnia ocena wyników wszystkich uczniów, tak jakby to miało jakiekolwiek odniesienie do rzeczywistej edukacji Jasia z klasy III c. Za tę średnią rozliczana jest szkoła. Aż się chce zapytać: czy te oceny mają coś wspólnego z obiektywnym postrzeganie wiedzy nabytej? Jeden nauczyciel da celujący za bezbłędnie wyrecytowaną modlitwę, drugi wstawi pałę, kiedy uczeń nie potrafi wydukać, co autor wiersza miał na myśli. Rzeczywistość edukacyjna uczniów musiała oddać pole magii oceny ogólnej dla kształtowania metod edukacji. Urzędnicy Ministerstw Edukacji tak nagięli rzeczywistość, że liczy się tylko papierek zwany świadectwem z wykazem ocen nawet za zdolności wokalistyczne. Możesz wiedzieć więcej niż świeżo upieczony inżynier (co wcale nie jest rzadkim zjawiskiem), ale bez tego papierka niewiele znaczysz.

  Apogeum potęgi słowa pisanego nad rzeczywistością, właśnie pisanego przez religijnych urzędników (kapłanów) uwypukla historia powstania Świętych Ksiąg. W starożytności używano pisma do określania podatków na podstawie posiadanych pół uprawnych, zebranych plonów i zasobności spichlerzy. W miarę uzyskiwania wpływów tej warstwy społecznej, ich pisma też zyskiwały autorytet. Kapłani już nie tylko obliczali jaki podatek jest należny bogom, lecz dodawali do tych sprawozdań opisy boskich czynów, przykazań i tajemnic, aby konieczność płacenia tych ciągle rosnących podatków uzasadnić. Fantazje owych skrybów stały się dla następnych pokoleń przepisywaczy świętych tekstów źródłem poszukiwania... niezbywalnej prawdy. W teorii te fantazje dałoby się szybko oddzielić od tego, co rzeczywiste (wielkość zbiorów, podatków, ceny towarów, czas klęski suszy itp.). Żaden analityk treści pisanych nie miałby z tym problemu. W praktyce siła owego pomieszania prawdy i fikcji zniekształciła rzeczywistość do niespotykanych rozmiarów i tego już się nie da w żaden sposób odkręcić. Choć jednocześnie nie da się ukryć, że masy ludzkie czasami potrzebują i mitów, i fikcji. Będę szczery, życie bez domieszki owych nierzeczywistych aspektów nie znajdzie wielu naśladowców, czego dowodzi stosunkowo niewielka liczba ateistów.

  Gdyby tak wysłać jakiegoś ateistę-naukowca w czasy faraonów, aby uświadomił pospólstwu, że te mity działają przeciw nim, nie sądzę, aby odniósł jakikolwiek sukces. Już ja widzę jak próbuje ich przekonać twierdzeniem, że energia podzielona przez masę jest równa kwadratowi prędkości światła, co tłumaczy dlaczego jakiś bóg z głową krokodyla nie może istnieć. Tylko jakie licho wysyłać takiego teoretyka do starożytności, skoro dziś można ten eksperyment przeprowadzić na wsi afgańskiej lub syryjskiej. Na niektórych z polskich wsi również..., niczym mieszkańcom tych wsi nie ubliżając. Na chłopski rozum (przesiąkłem nim przez ostatnie dwadzieścia lat), po co zwykłemu śmiertelnikowi ten kwadrat prędkości światła?


Swój tekst oparłem na fragmentach książki „Homo deus. Krótka historia jutra”, Yuvala Noaha Harari, w przekładzie Michała Romanka, Wydawnictwo Literackie, 2018 rok, str. 549