W ramach
współpracy z pewnym portalem, otrzymałem do zrecenzowania książkę Theresy
Cheung zatytułowaną „Rozmowy z niebem.” Ów portal ma wyłączność na tą recenzję,
więc tu pozwolę sobie tylko na kilka osobistych refleksji dotyczących treści
tej książki, których, ze względu na ograniczoną formę nie byłem w stanie
poruszyć w tejże recenzji. Ich jest sporo, bo temat dla mnie mocno kontrowersyjny z uwagi na
mój sceptycyzm i braku wiary w życie po życiu.
Niewiele
można się dowiedzieć na temat samej Autorki. Wychowana w rodzinie spirytystów,
co wydaje się być nie bez znaczenia dla jej pisarstwa, ukończyła teologię i
filologię angielską na uniwersytecie w Cambridge. Matka dwojga dorosłych już
dzieci, poczytna pisarka w temacie duchowości i kontaktów ze zmarłymi
przodkami, wydała już sporo książek.
Przyznam
szczerze, pomyślałem, że taka książka to dla mnie bomba! Może mnie ktoś
wreszcie przekona. Nie zawiodłem się lekturą, choć i tak mnie Theresy Cheung
nie przekonała, wręcz przeciwnie, podała mi jak na tacy, kilka nowych
argumentów, że wiara w świat duchów i możliwość z nimi kontaktów jest możliwa,
ale tylko w sferze... pobożnych życzeń. Zacznę od pewnego przykładu, zdarzenia,
które przytrafiło się samej Theresie Cheung, i który eksponuje niemal w każdej
swej książce.
Jakiś czas
przed owym zdarzeniem zmarła jej matka i choć Theresy Cheung nie trwa w
wiecznej żałobie, ciągle o niej myśli. Pewnego dnia, jadąc samochodem utkwiła w
korku za dwiema ciężarówkami, tirami. Ani w tył, ani w przód. Na szczęście, w
którymś momencie drobnymi skokami dociera do skrzyżowania i choć nie ma żadnego
powodu, dla którego miała by skręcić z głównego szlaku, jednak skręca i jedzie
nie bardzo wiadomo gdzie. Tego samego wieczoru, dowiaduje się z wiadomości, że
na tej drodze doszło do poważnego wypadku dwóch ciężarówek, tirów i kilkunastu
samochodów osobowych, jadących za nimi. Dla Theresy Cheung, jest to ewidentny
przykład działania na naszą podświadomość duchów naszych zmarłych bliskich. Bo
przecież nie było żadnego sensu, żadnej racjonalności w tym, że skręciła na tym
skrzyżowaniu.
No cóż,
można i tak interpretować to zdarzenie, jeśli się chce. A Theresy
Cheung naprawdę w tym czasie szukała kontaktu ze swoją zmarłą matką. Właśnie! W
tym opisie wydarzeń jest więcej chciejstwa niż racjonalności. I mnie bowiem nie
raz zdarzyło się utkwić w korku nawet na kilka godzin, gdy nie było gdzie z
niego uciec. Ale gdy taka okazja się zdarza, uciekam, nawet jeśli to nie ma
sensu, bo do wyznaczonego celu i tak muszę się dostać. Tyle, że zamiast posuwać
się samochodem po kilka metrów na kwadrans, wolę ten korek przeczekać w jakieś
przytulnej knajpce, przy aromatycznej kawie. Czas i tak traci na znaczeniu a ja
oszczędzam nerwów i unikam zmęczenia. Być może Theresy Cheung nie myślała tymi
samymi kategoriami, ale jej ucieczka z korku na pewno miała podobne podłoże. No
dobrze, ale co z tym wypadkiem i dwoma tirami? I tu jest właśnie przysłowiowy
pies pogrzebany. Theresy Cheung nie ma żadnej pewności, że to były te same dwa
tiry, za którymi jechała. Nigdzie o tym zresztą nie wspomina. Po pierwsze, na
głównych szlakach nigdy tirów nie brakuje, ba!, kierowcy samochodów osobowych
często narzekają na ich nadmiar. Po drugie i chyba najbardziej zaskakujące, ów
korek, w którym ona się znalazła, najprawdopodobniej był konsekwencją tego
wypadku, o którym dowiedziała się z wiadomości, gdyż korki najczęściej tworzą
się z powodu wypadków. Nie, nie twierdzę, że moja interpretacja jest prawdziwa,
ale bardziej prawdopodobna niż ta z oddziaływaniem zmarłej matki na
podświadomość jej córki. Na domiar wszystkiego, można mieć w tym miejscu
pretensje do wszystkich zmarłych, że nie ostrzegli (obojętnie jak) kierowców
tirów, którzy... spowodowali wypadek.
Napiszę z
pełnym przekonaniem, wszystkie opisane przypadki „kontaktów” ze światem
zmarłych da się zinterpretować w zdecydowanie bardziej racjonalny sposób. A te przypadki to przede wszystkim prorocze
sny, jakiś splot nieprzewidzianych zdarzeń, dziwne zjawiska, na wpół mistyczne
przeżycia czy wreszcie „znaki”. Szczególnie te ostatnie budzą kontrowersje. Dla
Theresy Cheung może to być nawet spadające nie wiadomo skąd ptasie piórko, co
omal nie przyprawiło mnie o szyderczy śmiech. Dalibóg, jeśli ktoś chce, za taki
„znak” może uznać nawet wypadający z ręki widelec!!! Niektóre z opisywanych
przypadków niemal trącą o śmieszność. Oto jakiś czytelnik, miłośnik książek Theresy
Cheung przypomniał sobie, że gdy był dzieckiem i skakał z bratem na łóżku,
zobaczył kątem oka przez ułamek sekundy „anielską dłoń”. Przestali skakać i
dzięki temu uniknęli wypadku(sic!)
Omal nie wylałem na siebie gorącej kawę, którą popijałem z filiżanki. To też
pewnie był jakiś „znak” – ostrzeżenie: nie pij kawy gdy czytasz książkę Theresy
Cheung! Skąd ten facet wie, że to była „anielska dłoń” (czyżby wcześniej już
taką widział?), a nie jakiś refleks świetlny. I skąd to przekonanie, że gdyby
skakał dalej, na pewno uległby wypadkowi?! Tego już niestety nie tłumaczy. A
szkoda...
No dobrze,
nie będę się już więcej naśmiewał z tych opisanych wydarzeń mających dowieść pragnienia kontaktu zmarłych z nami. Nie chcę odbierać
przyjemności potencjalnym czytelnikom. Już na koniec, pewna ogólna refleksja po
lekturze. Theresy Cheung przez niemal całką książkę namawia czytelnika do
otwarcia się na zjawiska paranormalne, otwarcie serca dla wiadomości z nieba. Te
określenia są nam właściwie znane, trudno je jednak sprecyzować, jeszcze
trudniej objaśnić, a już niemożliwym dowieść. A tym argumentem posługuje się nie
tylko Theresy Cheung, ale niemal wszyscy wierzący w niebo i sprawczą moc duchów
zmarłych czy Aniołów stróżów. A takie argumenty – w moim mniemaniu – są
namawianiem do zadania gwałtu własnemu rozumowi, własnej wiedzy i własnemu
rozsądkowi. Duchowość to określenie wewnętrznego stanu w odbiorze otaczających
nas zjawisk, ale w żadnej mierze nie wiara w duchy. Theresy Cheung kompletnie
pomieszało się to pojęcie duchowości z wiarą w zabobony i tylko problem w tym, że ona tym
pomieszaniem chce zarazić swoich czytelników. Niestety, jej się to udaje, i nie
tylko jej, z niemałym sukcesem. Świat wciąż kocha irracjonalność.