„Cierpiętnicy”, taki tytuł nadałbym operze
mydlanej, której scenariusz napisało życie, a której treść przekazały media, ze
wskazaniem na net, co właściwie nie powinno dziwić, choć ten rodzaj „sztuki”
prezentują przede wszystkim telewizje. To żaden fake news, żadna zmyślona
historia, to się działo naprawdę. Tylko pozornie nastąpił jej koniec, bo jak
każda opera mydlana i ta historia, choć już nie tak dramatyczna, pewnie jeszcze
długo nie będzie mieć końca.
W tym miejscu zaczyna się moja przekora, sarkazm, ironia, a nawet złość
i być może dziwne dla innych – wartości moralno-etyczne. Wszystko za sprawą Charliego
Gard, o którym było głośno ostatnimi miesiącami, z tym, że tytuł odnosi się tylko do jego rodziców. Od razu uprzedzę, wszystkie
dywagacje poruszone w poniższym tekście, wynikają z moich osobistych przemyśleń
i w żadnym przypadku nie pretendują do kształtowania czyjejkolwiek opinii lub wpływania
na nią. Ot, mam poważne wątpliwości natury moralnej, gdyż z jednej strony
ogarnia mnie oburzenie graniczące z obrzydzeniem na ten cyrk, z drugiej, nie
potrafię powiedzieć na sto procent, jak ja bym się zachował w takiej sytuacji,
choć na pewno nie tak, jak rodzice tego dziecka. Trzeba bowiem sobie
uzmysłowić, że cierpienie tego chłopca niemowlaka, któremu nie dane było
przeżyć roku, na pewno nie było przez niego zawinione. W sensie religijnym,
który wynika z uwypuklenia kontekstu całej historii, nie miał kiedy „zasłużyć”
na taki wyrok, na taką karę za grzechy(?), chyba że uznać, że winnymi jego
cierpienia byli sami rodzice, co wcale nie jest takie niemożliwe, skoro umarł
na rzadką chorobę genetyczną. W myśl dawnych, może nawet wciąż w niektórych
tkwiących religijnych poglądów na temat cierpienia, można by napisać, że mieliśmy
do czynienia z karą międzypokoleniową. „Ja
Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze winę ojców na synach do
trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą” [2Moj 20:4-5;
5Moj 5:7-9]. Tak, to są słowa natchnionych autorów Biblii, zawierającej podobno
tylko Słowa Prawdy. Aby nie było, że się czepiam, wszystkie chrześcijańskie (i nie
tylko) portale zachwycają się postawą rodziców Charliego, ich religijnością i
upartą sądową walką ze szpitalami o... bezsensowne przedłużenie życia
śmiertelnie chorego, cierpiącego potworne męki, nieświadomego niczego chłopca. W
imię czego? Przecież nie na chwałę Boga, ale dla najhaniebniejszego biznesu
jaki można sobie wymyślić, medialnego biznesu opartego na cierpieniu i śmierci własnego
dziecka.
I niech nikt mi nie próbuje wmówić, że mamy tu przykład
heroicznej miłości rodzicielskiej. Przy okazji walki Kościoła z metodą in vitro, wysuwano jeden ważny argument
(nota bene – mnie nie przekonał), dziecko
nawet rodzonych rodziców nie jest rzeczą, którą można chcieć na zasadzie
zachcianki. Diagnoza choroby, choć w swej wymowie okrutna, była jednoznaczna i
nie dawała Charliemu żadnych szans. Umierało w nim wszystko, a cokolwiek myśleć
o medycynie, ta była bezradna, o czym rodziców Charliego poinformowano dość
szczegółowo. Nie chodzi mi o to, że trzeba było poddać go eutanazji – trzeba
było pozwolić mu umrzeć w naturalny sposób,
sposób wręcz deklarowany przez wszystkie chrześcijańskie religie. Wiem, jestem w
pełni świadomy, że taka decyzja boli, że jest trudna, żaden rodzic spokojnie
nie będzie się godził na śmierć własnego dziecka, lecz tu nie wchodzi w rachubę żadna zgoda, wobec śmierci wszyscy jesteśmy bezsilni i całkowicie bezradni. Nasz sprzeciw wobec
naturalnej konsekwencji życia nie ma najmniejszego sensu. A moi „bohaterowie”, rodzice Charliego?
Widziałem kilka „rodzinnych” fotek. Wyglądają na szczęśliwych (w każdym razie rozpaczy w ich oczach na żadnej z oglądanych przeze mnie fotografii nie widać), przeważnie uśmiechnięci,
pochyleni nad sztucznie podtrzymywanym życiem. Tymi
fotkami zdobywają w necie pochlebców i sponsorów, sławę i medialny szum, bo
podobno ich walka z bezradną medycyną jest... szlachetna (sic!)
Tyle, że przy okazji rośnie stan konta
bankowego. W niespełna rok, blisko półtora miliona dolarów! Taaak, podobno to
będzie na inny szlachetny cel,
wspieranie takich jak oni, którzy dla zaistnienia w świecie netu, poświęcą wszystko z wyjątkiem siebie. Wszak coraz częściej można przeczytać o
naciągaczach na chore dzieci, bo choroba dziecka, szczególnie śmiertelna, jest tematem chwytliwym. Powstaje Fundacja, którą będą zasilać naiwni,
ckliwi widzowie mydlanych oper. Teraz rodzice Charliego, głosząc pogadanki w
czasie egzotycznych podróży po kraju i świecie będą udawać, tylko nie bardzo wiem co –
nieszczęśliwych z powodu utraty dziecka, czy szczęśliwych, że skazali go na
kilka miesięcy cierpień? Bo to nie do końca jest jasne. Urządzeni do końca
życia, bo fundacja wprawdzie charytatywna ale za coś żyć trzeba. Będą żyć
dobrze w glorii i chwale, gdyż odważyli się przeciwstawić podobno bezdusznej,
szpitalnej klice, która nie chciała użyczyć aparatury podtrzymującej życie do
ich prywatnego domu. Zbyt szybko chciano pozbawić ich show... tę aparaturę odłączając.
Kuriozum sprawie dodaje pewien mało istotny, ale znamienny
fakt. Tuż przed śmiercią Charliego ochrzczono i dano mu medalik św. Judy
Tadeusza, tego od spraw beznadziejnych. Niech mnie ktoś sprostuje jeśli się
mylę. Bo z tego co mi wiadomo, wg. Międzynarodowej Komisji Teologicznej, dzieci
nieochrzczone i tak idą do nieba. Jest jeszcze w zanadrzu ceremonia pokropku,
równorzędna chrztowi. Zaś ten medalik ma taką moc działania jak łyk wody z kałuży
w leczeniu ostatniego stadium raka złośliwego z przerzutami. Nie, nie mam nic przeciw ceremonii chrztu,
ani nawet temu medalikowi. Mój skrajny niesmak wynika z chucpy, jaka
towarzyszyła temu wydarzeniu, ewidentnie ku uciesze fanów tej melodramatycznej, choć w gruncie rzeczy ohydnej historii.
Za puentę posłużę się cytatem: „zespół szpitala GOSH był
zmuszony poprosić o dodatkowe wsparcie policji [w okresie batalii sądowych – dopisek mój], ponieważ lekarze i
pielęgniarki otrzymywali listy z groźbami śmierci”. Tu komentarz jest już zbyteczny.
