Brzmi
pięknie? Według mnie tak, choć nie do końca i gdyby nie pewne „ale”. Wyjaśnijmy
więc najpierw na czym ma polegać duchowa adopcja. Jak wynika z nazwy nie jest
to adopcja prawna dziecka poczętego. To przyjęcie obowiązku duchowej opieki na
dzieckiem mającym być zagrożonym aborcją (dlaczego też nie naturalnym
poronieniem?). Istotą tej adopcji jest modlitwa wstawiennicza do Jezusa Chrystusa
o pomoc w ratowaniu życia, nieznanego, lecz wybranego przez Boga-Dawcę życia.
Trwa dziewięć miesięcy. Tyle objaśnienie ze strony http://www.duchowa-adopcja.pl/
I od tego
miejscu zaczynają się już moje wątpliwości. Czymże jest owa duchowa opieka? Ano
tylko modlitwą i tylko przez dziewięć miesięcy. Już tu narzuca się pierwsze krytyczne
spostrzeżenie. Jak się narodzisz, radź sobie sam. Twój adoptujący Cię duchowo
ma Cię głęboko w..., niepamięci, i to jest najbardziej delikatne słowo jakie
przychodzi mi na myśl. Kuriozalne jest to, że ten adoptujący nawet nie zna tego
kogo adoptuje. Tak dla niego, adoptującego, jest bezpieczniej, a nóż-widelec by się
okazało, że urodzisz się potworkiem bez mózgu i musiałby wtedy ten adoptujący mieć
wyrzuty sumienia, o kogo się modlił. Podobnie by się rzecz miała, gdyby ten
adoptowany spowodował śmierć matki. A tak, ma czyste sumienie, on
odpowiedzialności nie bierze za skutek, on spełnił swój boży obowiązek.
Tu rodzi
się pewna odrobinę bardziej zagmatwana wątpliwość. Bo ja całą tą Duchową
Adopcję odbieram tak: patrz Boże, jaki jestem wspaniały, modlę się o życie
jeszcze nienarodzonego, zagrożonego zagładą. Nie zapomnij o mnie i o tych moich
adopcjach, gdy będę na Sądzie Ostatecznym. Jakoś tak mi się w tym miejscu
kojarzy, że to ten nienarodzony bierze w adopcję tego, kto chce go adoptować
duchowo. Ściślej ma być dowodem rzeczowym pobożności. Tu się można lekko
zapętlić, ale tak to już jest z taką argumentacją. Mam na myśli argumentację
tych adoptujących duchowo.
I wreszcie
ostatnia wątpliwość. Ta adopcja modlitewna jest kierowana do Jezusa Chrystusa.
Tego samego, który przygląda się aborcjom od momentu pierwszego takiego
zabiegu. I co? I nic, no może poza tym, że tych aborcji stale przybywa i
przybywa, mimo coraz ostrzejszych zakazów prawnych, wprowadzanych przez ludzi.
Przecież swoją boską mocą mógłby temu zaradzić.
A taaak, zapomniałem, nie może, bo to by przeczyło istnieniu wolnej woli. Tylko po co wtedy te modlitwy, skoro Jego jakakolwiek interwencja na skutek naszych błagalnych próśb, też musiałaby skutkować zaprzeczeniem tej wolnej woli? On mógłby w ten sposób poczuć się postawiony w sytuacji bez wyjścia, ściślej – pod ścianą. Bo prośby pewnie chciałby spełnić, ale nie może z powodu tej cholernej wolnej woli, którą ma matka chcąca się poddać aborcji.
A taaak, zapomniałem, nie może, bo to by przeczyło istnieniu wolnej woli. Tylko po co wtedy te modlitwy, skoro Jego jakakolwiek interwencja na skutek naszych błagalnych próśb, też musiałaby skutkować zaprzeczeniem tej wolnej woli? On mógłby w ten sposób poczuć się postawiony w sytuacji bez wyjścia, ściślej – pod ścianą. Bo prośby pewnie chciałby spełnić, ale nie może z powodu tej cholernej wolnej woli, którą ma matka chcąca się poddać aborcji.
Irracjonalność
tej Duchowej Adopcji Dziecka Zagrożonego Zagładą to Himalaje hipokryzji, ale to
jej twórcom w niczym nie przeszkadza. Ona jest prosta, nie wymaga wysiłku, a nawet jest relaksująca, jak każda modlitwa, i bez względu na brak
skutków (bo nie może być żadnych), czyni tych adoptujących nad wyraz szczęśliwymi.
I tylko ich. Chyba czas ich z tego szczęśliwego błogostanu (letargu i umysłowego lenistwa) wyrwać i nakazać, aby
wstali z kolan, bo im się porobią odciski. By poszli między te matki, które mają
zamiar poddać się aborcji. Próbowali je przekonać uczciwymi argumentami i
realnym wsparciem. I nie mam tu na myśli stresowanie ich groźbami, pokazywaniem plakatów
rozerwanych płodów czy straszenie mękami piekielnymi...