Za wyprowadzeniem religii ze szkół agituje dziś nie kto
inny jak Jan Hartman1, i to w swoim dość ostrym stylu. Lubię
jego teksty, ale zawsze staram się mieć do nich właściwy dystans, bez żadnej hurra akceptacji. Jest podobny w swych opiniach do katolickich ortodoksów, choć z oczywistych względów, w drugą
stronę. Nie inaczej jest i tym razem, w temacie religii w szkołach, i muszę przyznać,
że mnie w jakimś zakresie przekonuje. A przecież do niedawna byłem przeciwnikiem tego
pomysłu. Doszedł bowiem nowy argument. Jeśli dziś w Polsce, i to według własnych badań Kościoła,
praktykujących jak Bozia przykazała katolików jest mniej niż czterdzieści
procent, co wcale nie jest moją zasługą, to znaczy, że w tym kraju
od jakiegoś czasu mamy dyktat mniejszości nad większością.
Może najpierw o tych argumentach
Hartmana, z którymi mam pewien problem. Na pierwszy ogień pedofilia. Bądźmy
szczerzy, jej przejawy w samych szkoła są marginalne i zazwyczaj nie mają charakteru
stricte pedofilskiego. To najczęściej
coś na podobieństwo rozsyłania pornograficznych fotek, zjawisko istniejące i
bez katechetów. Jeśli kościelna pedofila się gdzieś dzieje, dotyczy ministrantury i
przykościelnych organizacji dla młodzieży młodszej. Nie widzę też problemu z opłacaniem
katechetów z kasy państwowej. Prowadzenie lekcji religii nie musi być
działalnością charytatywną. Nie przekonuje mnie argument, że to Kościół
powinien opłacać katechetów, bo równie dobrze można by optować za tym, że
Towarzystwo Geograficzne powinno opłacać nauczycieli geografii, Związek
Literatów lekcje języka polskiego, a Instytut Fizyki nauczycieli fizyki i
matematyki.
Reszta zastrzeżeń Hartmana ma już bardziej
racjonalny charakter. Weźmy na początek przypadek wpajania dzieciom i młodzieży w
publicznej, świeckiej szkole przekonań, bajek i mitów o tym, że po śmierci
wstaną z grobów. A jeśli do tego są ochrzczone i praktykujące, to mogą liczyć
na liczne profity po śmierci. Równocześnie przekonuje się te nieochrzczone i
niepraktykujące, że czaka je wieczne potępienie i smażenie się w piekle. I to w
szkole, gdzie wszystkim dzieciom należy się jednakowy szacunek, gdzie mają zagwarantowane
jednakowo równe prawa. Jak można wciskać kit młodzieży, że tylko
religia chrześcijańska jest tą jedynie słuszną, górującą nad innymi? Jak
słusznie zauważa Hartman – jest to swego rodzaju totalitaryzm – od siebie dodam: z przejawami
czystej wody rasizmu. Postawa kompletnie nie przystająca do edukacji w szkole
publicznej. Ale skoro chrześcijaństwo opiera się na takich a nie innych dogmatach, i trudno
oczekiwać by je zmieniło, już chociażby z tego powodu lekcje religii powinny
być natychmiast ze szkoły wycofane. Tymczasem dziś biskupi dążą dokładnie do
czegoś przeciwnego: lekcje religii mają być obowiązkowe, w wyjątkowych
wypadkach zastąpione też obowiązkową etyką (sic!)
Dodajmy, etyką opartą na wartościach chrześcijańskich, gdyż innej owi biskupi nie uznają.
Innym powodem wyprowadzenia religii ze
szkół publicznych jest konflikt między tym, czego uczy świecka nauka a tym, co
propaguje Kościół. W efekcie w młodych mózgach powstaje mało logiczna sieczka. Na lekcji biologii dowiaduje się o ewolucji, a na lekcji religii, w tej samej
szkole, że ewolucja to wymysł szatana. Gdy na lekcjach fizyki mówi
się o prawach rządzących materialnym światem, na lekcjach religii omawia się
cuda, przeczące tym prawom, nota bene
prawom ustanowionym przez rzekomego Boga stwórcę. Na
lekcjach religii demonizuje się seksualność i antykoncepcję, wypierając dość
skutecznie racjonalne podejście do tych zagadnień. Z jednej strony wmawia się uczniom, że
papież Jan Paweł II był największym świętym współczesności, gdy jednocześnie
wychodzą na jaw jego związki ze świadomą ochroną pedofilii w Kościele. Tu nie ma miejsca na kompromis, tu
trzeba z czegoś zrezygnować i, albo szkolnictwo powszechne będzie się opierać
na religijnych mitach i cudach, albo na weryfikowalnej nauce.
Wreszcie ostatnia sprawa, z którą w wersji Hartmana już w pełni i bez zastrzeżeń się zgodzę. Pozwolę sobie na cytat: „Kościołowi
udało się upowszechnić przekonanie, iż doktryna o zakorzenieniu norm
moralnych w woli Boga chrześcijańskiego jest najlepszym wyjaśnieniem
moralności, a ludzie religijni mają szczególne predylekcje do moralnie
dobrego postępowania. (...) Jest wręcz odwrotnie –
nauka religii katolickiej demoralizuje (choćby dlatego, iż uczy o wyższej
moralności wierzących)”. Tymczasem z tą religijną moralnością bywa co
najmniej kontrowersyjnie, i nie jest w niczym lepsza od świeckiej. Przy czym owo w „w niczym lepsza” jest wariantem optymistycznym.
Oczywistym jest, że konfliktu między
nauczaniem religii, nawet poza szkołą, a edukacją przedmiotów ścisłych w
szkole powszechnej nie da się wyeliminować, ale to pozostanie już tylko
zmartwieniem tych, którzy na te lekcje religii będą posyłani, i tych, którzy na te
lekcje posyłają. A konflikt jeszcze bardziej się zaostrzy, gdy wyeliminuje się ortodoksyjnych
katolików jako twórców programów edukacyjnych. Tymczasem, skoro mamy „przyjazny” i rzekomo
konstytucyjny rozdział państwa od Kościoła, przynajmniej na papierze... raczej się na to nie znosi.
Ta dystyngowana, starsza pani ujęła to dość dosadnie, ale wyjątkowo trafnie...
Ta dystyngowana, starsza pani ujęła to dość dosadnie, ale wyjątkowo trafnie...
Przypisy:
1 - https://hartman.blog.polityka.pl/2020/01/09/usunac-religie-ze-szkoly-raz-na-zawsze/?nocheck=1
