A tak, znów się będę chwalił tym, że na przedstawieniu
operowym byłem. Tym razem „Moc przeznaczenia” Giuseppe Verdiego. Dla odmiany
nie pod krawatem, a pod muchą, trochę jakby dostojniej, bo też ten spektakl
jest zdecydowanie bardziej poważny i tragiczny. Trup ścieli się gęsto,
począwszy od pierwszego aktu, choć zaczyna się nietypową uwerturą, połączoną z
solowym, pięknym układem baletowym w wykonaniu Aleksandry Piotrowskiej-Zaręby.
A to był dopiero przedsmak muzycznej uczty.
Bo też arie, duety i pieśni chóralne muszą głęboko utkwić w duszy melomana (chyba już dostałem bzika na punkcie opery), po prostu nie da się inaczej, skoro to sam mistrz
Verdi. Aż żal, że muzyki nie da się opisać. Określenia: wspaniała, cudowna,
przejmująca, czy wzruszająca de facto
nie mówiąc nic poza wrażeniami. Opisać można jedynie treść, ale będę szczery,
tu jest jakby zbyteczna. Gdyby nie program, gdzie jest opis libretta, gdyby nie
napisy z polskim tłumaczeniem partii wokalnych i tak wyszedłbym w pełni
usatysfakcjonowany. A tak mam lekki zgryz. Głównym wątkiem libretta jest oczywiście
miłość, dramatyczna i tragiczna. Niestety, pobocznymi wątkami są: gloryfikacja wojny,
ślepej i krwawej zemsty, oraz nadzieja, że Bóg i tak wszystkim bohaterom tragedii, w tym i negatywnym wybaczy, a żaden z tych wątków nie budzi mojego zachwytu. Na szczęście
nie żyję w takich czasach, bym musiał się stykać z morderczymi postawami na co dzień. Przy tak
pięknej muzyce, nawet to libretto specjalnie nie razi.
Bezapelacyjnie na czoło wysuwają się arie Anny
Wiśniewskiej-Schope (Eleonora), Macieja Komandera (Don Alvaro - tenor), Adama
Woźniaka (Don Carlos – takiego barytonu nie da się zapomnieć) oraz mojej
faworytki, Anny Boruckiej (w podwójnej roli Curra/Preziosilli). Trudno też nie
wspomnieć Aleksandra Teligi (Markiz Calatrawa – bas), zaś orkiestra pod batutą
Jakuba Kontza, nomen omen – boska. I na
koniec ciekawostka. Nie mogłem tym razem wejść za kulisy, ale poprosiłem panią Annę
Borucką o solową fotkę specjalnie dla mnie. Dostałem trzy i jedną z nich
prezentuję. Jeden z bukietów róż był ode mnie i znów muszę się pochwalić – jej wyjątkowo do
twarzy z tymi kwiatami...

