Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opera. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Tonący brzytwy się chwyta


  A ja naiwnie myślałem, że mnie już nic nie zdziwi na tym świecie. Naprawdę tak myślałem. Ale zanim przejdę do sedna podzielę się weekendowymi przeżyciami. W sobotę wypad do krakowskiej Opery na spektakl oratorium „Joanna D’Arc na stosie” Artura Honeggera i znów wpadka. Jeśli bym napisał coś pozytywnego na temat tego spektaklu, można by mi zarzucić kłamstwo. Może momentami dało się strawić muzykę i chór, reszta zupełnie nie dla mnie.

  Za Niebiesko-czarnymi (1965): Ale za to niedziela!, choć mnie osobiście ta piosenka odrzucała. Jej tytuł mi tylko pasuje. Piękny Cieszyn i jeszcze piękniejsza Traviata w Teatrze im. Adama Mickiewicza. Tak tylko napomknę, to już trzeci raz w tym roku byłem na tej operze. Mam zaproszenie na czwartą, w styczniu i Bóg mi świadkiem – nie odmówię. Powiecie, że zgłupiałem? Moja przyjaciółka była trzynasty raz i to na pewno nie koniec. Wróćmy do Traviaty. Napiszę tak: jeśli są bogowie, to bez wątpienia w tej operze ucieleśnili się w osobach Marceliny Beucher, Andrzeja Lamperta i Stanisława Kuflyuka. Ja, stary zrzęda i malkontent omal się nie popłakałem ze wzruszenia, w każdym razie przez większą część spektaklu miałem załzawione oczy i to wcale nie z powodu przypadłości wynikających ze starości. Moja dusza wędrowała po niebiańsko-muzycznych wyżynach i nie chciało się stamtąd wracać. Nawet nie wiem kiedy minęły te blisko trzy godziny.
Nie było szans, musieliśmy zajrzeć za kulisy i pani Marcelina po prostu mnie wyściskała jak starego znajomego, przy czym
starego odnosi się do mojego wieku, a nie do stażu naszej znajomości. Ba, zostaliśmy zaproszeni przez nią na poczęstunek do pizzerii. Szczęśliwcy mogli pić wino, mnie musiała wystarczyć herbatka, na szczęście nie ta, którą mam dla niechcianych gości. Na dodatek pani Marcelina pozwoliła się zawieść do Bytomia moim osobistym samochodem! Wyobrażacie sobie? Wiozłem światowej sławy sopranistkę i to nieprzeciętnie piękną. Że ona się nie bała..., ale spokojnie, miałem dwoje nawigatorów. Przyjaciel prowadził mnie nawigacją w swoim smartfonie, pani Marcelina swoją nawigacją sprawdzała, czy przyjaciel kieruje mnie dobrze, a i tak raz pomyliliśmy się w ciemnościach deszczowej nocy. W marzeniach już ją zapraszałem na kawę w jakieś kawiarence, niestety, wcześnie rano wyjeżdżała do Toronto. Byłem niestety trzeźwy, co powstrzymało mnie przed pomysłem podróży razem z nią...
Poniżej fragment z duetem Marceliny Beucher i Andrzeja Lamperta (choć z przedstawiania w Szczecinie). W Cieszynie było tak samo, a z pewnych względów lepiej
osobiście i na żywo słuchałem...



  Za to dziś  nieopatrznie zajrzałem na portal katolicki, który skutecznie cenzuruje moje komentarze i nie jest to Fronda. Na Frondzie komentować może każdy, a im głupszy tym lepszy, i mam tu na myśli zarówno obrońców Kościoła, jak i Jego wrogów. Deon.pl, bo o nim tu chcę powiedzieć, promuje teledysk1 ministrantów parafii, której byłem swego czasu owieczką. Tytuł „Ona by tak chciała służyć ze mną” i jak twierdzą ci ministranci, jest to cover przeboju disco-polo ostatnich wakacji: „Ona by tak chciała” niejakiego Ronniego Ferrari. W TVP-isowskim „Pytaniu na Śniadanie” puszczono oryginalną wersję Frrrariego i posypały się głowy za emisję tego teledysku. Na blogu tej wersji nie pokażę, jest wulgarna, więc nie będę jej robił reklamy. Kto chce może posłuchać pod tytułem, ale robi to na własną odpowiedzialność. Wróćmy do wersji ministrantów, tę już pokażę jako przykład pomieszania totalnej głupoty z religijnością. Jeśli bowiem słucham parodię, jakkolwiek nie byłaby święta, i tak zechciałbym posłuchać wersji pierwotnej. A to dowodzi, że tym ministrantom, ta wersja oryginalna wyjątkowo przypadła do gustu... Nie pomogą nawet słowa zapewnienia, że „ta modlitwa jest potężna i ma potencjał” (sic!)

 
  Uczciwie przyznaję, ja mam bzika na punkcie Traviaty, ale jak nazwać to, co mają promotorzy i propagatorzy tych ministrantów i sami ministranci? Ja nie znajduję właściwego określenia, nawet jeśli moja tolerancja akceptuje wszystkie gusta i guściki. Tonący Kościół, brzytwy się chwyta, by mu młodzież nie uciekała?



wtorek, 5 listopada 2019

Chwalipięta


  A tak, znów się będę chwalił tym, że na przedstawieniu operowym byłem. Tym razem „Moc przeznaczenia” Giuseppe Verdiego. Dla odmiany nie pod krawatem, a pod muchą, trochę jakby dostojniej, bo też ten spektakl jest zdecydowanie bardziej poważny i tragiczny. Trup ścieli się gęsto, począwszy od pierwszego aktu, choć zaczyna się nietypową uwerturą, połączoną z solowym, pięknym układem baletowym w wykonaniu Aleksandry Piotrowskiej-Zaręby. A to był dopiero przedsmak muzycznej uczty.

  Bo też arie, duety i pieśni chóralne muszą głęboko utkwić w duszy melomana (chyba już dostałem bzika na punkcie opery), po prostu nie da się inaczej, skoro to sam mistrz Verdi. Aż żal, że muzyki nie da się opisać. Określenia: wspaniała, cudowna, przejmująca, czy wzruszająca de facto nie mówiąc nic poza wrażeniami. Opisać można jedynie treść, ale będę szczery, tu jest jakby zbyteczna. Gdyby nie program, gdzie jest opis libretta, gdyby nie napisy z polskim tłumaczeniem partii wokalnych i tak wyszedłbym w pełni usatysfakcjonowany. A tak mam lekki zgryz. Głównym wątkiem libretta jest oczywiście miłość, dramatyczna i tragiczna. Niestety, pobocznymi wątkami są: gloryfikacja wojny, ślepej i krwawej zemsty, oraz nadzieja, że Bóg i tak wszystkim bohaterom tragedii, w tym i negatywnym wybaczy, a żaden z tych wątków nie budzi mojego zachwytu. Na szczęście nie żyję w takich czasach, bym musiał się stykać z morderczymi postawami na co dzień. Przy tak pięknej muzyce, nawet to libretto specjalnie nie razi.

  Bezapelacyjnie na czoło wysuwają się arie Anny Wiśniewskiej-Schope (Eleonora), Macieja Komandera (Don Alvaro - tenor), Adama Woźniaka (Don Carlos – takiego barytonu nie da się zapomnieć) oraz mojej faworytki, Anny Boruckiej (w podwójnej roli Curra/Preziosilli). Trudno też nie wspomnieć Aleksandra Teligi (Markiz Calatrawa – bas), zaś orkiestra pod batutą Jakuba Kontza, nomen omen – boska. I na koniec ciekawostka. Nie mogłem tym razem wejść za kulisy, ale poprosiłem panią Annę Borucką o solową fotkę specjalnie dla mnie. Dostałem trzy i jedną z nich prezentuję. Jeden z bukietów róż był ode mnie i znów muszę się pochwalić – jej wyjątkowo do twarzy z tymi kwiatami...