Nie tak dawno
powiedziano mi, że jako ateiście nie wolno mi się odnosić się do Słowa Bożego, ani
cytować, ani tym bardziej nim się posługiwać. Na przekór napiszę jeszcze raz, i
pewnie nie ostatni: „Smutno mi Boże!” To nie mój Bóg, bo dla mnie nie istnieje,
ale podobno wszyscy wokoło są nie tylko przekonani o Jego istnieniu, ale całkowicie
tego pewni. Mają do tego prawo, nie mam najmniejszego zamiaru ich przekonywać,
że się mylą. Zwracam się do tego Boga, którego tak są pewni, a którego nauki
tak perfidnie wykoślawili. Wiem, gdyż kiedyś dano mi tych nauk zakosztować.
W
Ewangelii św. Jana jest napisane: „teraz wam mówię - dokąd Ja idę, wy pójść nie
możecie. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie
miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się
wzajemnie miłowali”1 [J 13, 33-35]. Treść wydaje się prosta i
jasna, nie wymagająca żadnych wyjaśnień. Ileż razy słyszę, że Słowo Boże jest święte,
bo natchnione, a to co mówi to Słowo, jest dla chrześcijanina drogą, z której
nie wolno zboczyć. Smutno mi Boże, bo te Twoje owieczki, choć ciągle beczą te Twoje Słowa, wręcz je tratują jak w
jakimś amoku i z tej drogi zbaczają, a to w chaszcze, a to w bagno, czasami
nawet w przepaść. Owieczki i pasterze mający ich
strzec, za nic mają Twoje słowa. Gdy wszystkie na raz, ale bez składu beczą „My chcemy Boga!”, wychodzi z tego „śmierć wrogom ojczyzny!”,
czasami „Polska katolicka, nie laicka”. Bywa gorzej, wręcz obrazoburczo, gdy
taki pasterz woła „Ave Jezus Rex”, owieczki zamiast Chwała Tobie Panie odpowiadają
„wypierdalać, bo cię zabiję”.
Smutno
mi Boże, bo mówiłeś im: „Idźcie i nauczajcie”. Nie sprecyzowałeś chyba
dokładnie, albo Cię nie zrozumieli, bo oni nauczają, że „wszyscy równi, wszyscy
biali”. Doszło do tego, że nauczają, ale i wymagają, wręcz wymuszają od innych
posłuszeństwa, sami czyniąc zło lub za tym złem optują, jeśli to zło z ich
stada wychodzi. Gorzej, bo tym własnym złem obrzucają innych. Na zło własne, wzruszają
ramionami, bo to podobno normalne, że w każdym stadzie jest kilka „czarnych owiec”.
Chętnie idą ślepo śladem tych czarnych, wystarczy, że jest zawołanie „My chcemy Boga!”.
Jeszcze wczoraj dziwiłem się skąd to zawołanie, przecież mają Cię Boże pod
dostatkiem, dziś jestem niemal pewny, że to zawołanie ma sens, choć oni go nie
znają. Zatracili Cię Boże, zgubili, jak gubi się parasolkę, której teraz nie
potrafią odnaleźć. I to wszyscy, nie tylko te czarne owce. Ciebie Boże, który
wzgardziłeś ziemskim bogactwem i zaszczytami, chcą dziś przyodziać w złote
szaty, dać Ci do ręki złote berło, a na głowę nasunąć złotą koronę z
diamentami, która będzie Cię bardziej uwierać niżli ta cierniowa. Uczynią Cię
jak błazna, bo błaznom hołdują. Uczynią z Ciebie złotego cielca, bo od
starożytnych czasów zawsze chcieli czcić bożków, którym się kłaniają, a których
się nie boją. Im niepotrzebne są Twoje nauki, im wystarczy to, że mogą Cię
chwalić. Nie potrzebują Twojego przekazu miłości bliźniego, milsze są im słowa
nienawiści do bliźniego. Zamiast składać dłonie do modlitwy, wolą palcami
wskazywać tych, których chcieliby Panie, abyś ukarał już teraz, natychmiast i
przykładnie, w myśl słów Arnauda Amaury: „Zabij wszystkich Panie, Ty poznasz
swoich przed bramą do nieba”2.
Smutno mi
Boże, bo ich słowa są przepełnione straszną nienawiścią. We wszystkim widzą
szatana i pragną go zmiażdżyć, pragną widzieć jego upadek, więc każą, ba!,
rozkazują Ci Panie, abyś tylko dał przyzwolenie, najszybciej jak to możliwe, by
mogli wreszcie zaspokoić swoje rządze unicestwienia wszystkiego, co nie jest po
ich myśli. Chyba tylko po to, aby im nie psuć własnego samouwielbienia. Mają
się za prawych, sprawiedliwych i miłosiernych, ale nie tak jak Ty Panie
nauczałeś, ale jak sami to chcą widzieć. Jestem grzeszny Panie, bo się Ciebie
wyparłem, nie tak jak Piotr – trzy razy, tylko raz, ale ostatecznie. Bo ja nie
chcę być w stadzie owieczek, którym pycha pomieszała w głowach, których
oślepiła nie wiara w Ciebie, a we własne bałwochwalstwo, którym wydaje się, że
są bardziej boscy od Ciebie, którym wydaje się, że różaniec to miecz, a
modlitwa jest zaklęciem, którym można razić bliźniego. Ma też wynieść ich samych
do Królestwa, razem z ich własnymi grzechami.
Smutno mi
Boże...
PS. Ten alegoryczny tekst oparłem na
wydarzeniach z 11 listopada i zapowiedzianego odnowienia uznania Chrystusa
królem Polski.
Przypisy:
1 – za Biblią Tysiąclecia;
2 – to parafraza. W oryginale: „Zabij wszystkich, Bóg pozna swoich”
1 – za Biblią Tysiąclecia;
2 – to parafraza. W oryginale: „Zabij wszystkich, Bóg pozna swoich”