Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarna msza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarna msza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2019

Horror, jak opowieść świąteczna...


  Zwykło się uważać, że prawdziwe rozpasanie przyszło wraz z rewolucją obyczajową końca lat sześćdziesiątych XX wieku. Początków tego rozpasania próbuje się również doszukiwać w Rewolucji Francuskiej, kiedy to lud Paryża obrócił się przeciw Kościołowi i monarchii. Właściwie wszystko się zgadza, poza jednym – szalone okrucieństwo i rozpasanie seksualne istniało wieki przed tymi wydarzeniami. Skądś ten żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku Markiz de Sade w końcu czerpał wzorce. I choć w to trudno uwierzyć, prekursorami tych podłych praktyk byli... francuscy katoliccy kapłani, bynajmniej nie tylko z powodu inkwizycji.

  Trzeba uczciwie przyznać, że chrześcijaństwo od samego początku było przeciwne magii, choć się do niej uciekało i ucieka się nadal, gloryfikowało pokój na ziemi i w niebie, choć błogosławiło liczne wojny i prześladowania. Było przeciwne śmierci, choć chętnie skazywano na śmierć heretyków, odszczepieńców i innowierców, a dzięki inkwizycji popularne stało się palenie na stosie. Było też przeciwne seksualności, choć od niej nie stroniło, nawet tej wyuzdanej i grzesznej. A już najbardziej sprzeciwiało się trucicielstwu, czarnym mszom i aborcji, ale..., ale o tym będzie poniższa notka.

  Mało kto wie, że czarne msze wymyślili w XV wieku dwaj katoliccy dominikanie: Heinrich Kramer i Jakob Sprenger. Wymyślili, aby mieć o co oskarżać czarownice, które miały latać na miotłach, by oddawać się cieleśnie bezcielesnym, upadłym aniołom. Spisali to w księdze Malleus Maleficarum (Młot na czarownice), która de facto stała się podręcznikiem dla satanistów, i to na długo przed ową Rewolucją Francuską. Niedługo później, w XVII wieku prekursorami już praktycznego wykorzystania czarnych mszy byli katoliccy księża francuscy w liczbie ponad pięćdziesięciu, przy czym najbardziej zasłynął w tym procederze ks. Etienne Guibourg. I co może najbardziej ciekawe, zapotrzebowanie na te msze w szeregach bogobojnej arystokracji francuskiej było olbrzymie. Chodziło o szybkie bogacenie się, o względy króla Ludwika XIV, oraz o pozbywanie się kochanek lub mężów – w zależności od potrzeb. Pięknie już było, teraz czas na makabreskę. Owe czarne msze charakteryzowało kilka elementów, ale do najważniejszych należały dwa: ołtarz z nagiej, żywej i chętnej kobiety, oraz płód abortowanego dziecka, a z barku takowego, mogło go zastąpić martwe niechciane niemowlę. Jak się szacuje na podstawie sprawy Chambre Ardente, tylko w przypadku tej sprawy chodziło o około tysiąc ofiar aborcji. Przyznacie sami, że stosunkowo rzadkie, współczesne czarne msze satanistów, wobec tamtej tradycji to przysłowiowy mały pikuś.

  W sprawę Chambre Ardente było zamieszanych blisko czterysta osób z czego 37 skazano na śmierć, kilku na dożywotnie więzienie, kilkunastu na wygnanie. Ze względu na udział w tym procederze wybitnych osobistości, król Ludwik XIV kazał zamknąć śledztwo, a akta utajnić. Coś jak obecna sprawa pana Banasia z kamienicą z pokojami na godzinę, choć na dużo większą skalę. To okazało się akurat łatwe, wszak internetu, radia i telewizji wtedy nie było, a inne media w powijakach, no może poza plotkami. Główną bohaterką tej sprawy była nad wyraz pobożna Catherine Voisin, uboga położna, później wzięta trucicielka i aborterka, która chętnie swoim ciałem służyła za ów satanistyczny ołtarz. Wszystkim, którzy nabywali u niej kawałki zwłok płodów i niemowląt, radziła, aby często pościli i chodzili na prawdziwą mszę świętą. Dorobiła się na tych aborcjach i czarnych mszach (przypomnę – celebrowanych przez prawdziwych księży), sławy i fortuny. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zgubiła ją pazerność. Nie podołała rosnącemu zapotrzebowaniu i musiała nająć inne kobiety do pomocy w zdobywaniu abortownych płodów i leżeniu nago na ołtarzu. Te pomocnice, choć chętne, okazały się mało dyskretne. La Voisin spłonęła na stosie (1680 r.), ale tylko dlatego, że mogła szantażować możnowładców. Banaś to ma szczęście, że dziś już stosów się nie pali. Wspomniany ks. Etienne Guibourg zmarł śmiercią naturalną, choć w więzieniu. Nigdy go od powinności kapłańskich nie odsunięto.

  Już tak zupełnie na marginesie nachodzi mnie pytanie: skoro to wcale nie był odosobniony przypadek, czy czarne msze też można zaliczyć do tradycji chrześcijańskiej Europy? My się dziś na pewno nie dowiemy jaka była skala aborcji, ale coś mi wydaje, że wcale niemała i nie obwarowana żadnymi ograniczeniami, gdyż o etapach rozwoju płodu nie wiedziano nic do początków XX wieku. Wiem, wiem, jest tradycja i tradycja. Jedną się wynosi pod niebiosa, o innej należy natychmiast i na zawsze zapomnieć, albo..., albo przypisać niewierzącym.