Rozdział
trzeci Księgi Rodzaju opisuje dość dokładnie, jak to człowiek spaprał sobie papiery prawie na całą
wieczność. Ziemską wieczność, bo ta podobno będzie skończona, chyba że człowiek znajdzie sposób, by przenieść się
w inny układ słoneczny z nową ziemią. Na dziś to czysta futurologia, więc w
zasadzie nie ma się czym zajmować. Jedyny szkopuł takiej wizji to fakt, że nasi
potomkowie zostawią na tej ginącej planecie szczątki swoich przodków, w tym
nas. Jak wierzą wyznawcy Boga jedynego, żaden problem, wszak wszyscy zmartwychwstaną,
nic to, że w innej rzeczywistości, czy może w innym wymiarze czasoprzestrzeni.
Ale
ja nie o tym, nie za bardzo mi się ta koncepcja podoba, nawet jeśli obiecują,
że ani cierpienia, ani żadnych innych problemów nie będzie. A może właśnie
dlatego? Ostatnio natrafiłem na kilka artykułów, z których wynika, że niepostrzeżenie
wiara zaczyna mieć i z tym problem. Wszystko przez tę ewolucję, którą obmyślił
i przekazał światu niejaki Darwin. On i jego następcy odebrali wierze jedną z
najpiękniejszy, ale i najbardziej dramatycznych baśni, jaką jest stworzenie
pierwszych ludzi. Wraz z nimi zatraca się pojęcie grzechu pierworodnego. Nie
było raju, nie było drzewa z zakazanym owocem, nie było szatana, który skusił
Ewę i nikt nikogo nie pokarał śmiercią, ta istniała od momentu zaistnienia
życia. Co żyje to umiera, i człowiek nie był tu nigdy żadnym wyjątkiem. Jeszcze
niewielu zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje ta oczywista prawda niesie, ale też już
nikt rozsądny, nie zaprzeczy faktom istnienia ewolucji, choć wciąż obarcza się
ją pierwiastkiem boskim. Ale nawet ten pierwiastek, z którym i tak trzeba
będzie się kiedyś rozstać, bo nauka nie jest sentymentalna, nie zmienia jednego
– grzech pierworodny nie istnieje. Człowiek nie miał okazji go popełnić. To
wręcz przewraca do góry nogami pewne aspekty wiary, szczególnie zaś religii
katolickiej.
Chrzest
niewiniątek, sorry, chodzi oczywiście o nowonarodzonych,
zatraca swój obecny sens. Staje się tylko i wyłącznie aktem przypisania do katolicyzmu
na zasadzie – nie chcę, ale muszę, bo nie mam prawa głosu. Tyrania rodziców i
kapłanów nakłada, na niczego nieświadomego obywatela świata, przynależność do Kościoła na wieki wieków.
Możesz robić obywatelu, co chcesz, nikt nigdy naprawdę z tej organizacji cię
nie wypisze. Najwyżej w księdze parafialnej, przy twoim nazwisku, pojawi się
adnotacja o dokonanej apostazji, co też niczego właściwie nie zmieni, po za
tym, że w majestacie prawa boskiego, odmówią ci katolickiego pochówku. Na
zasadzie niezrozumiałego dogmatu, przez całe życie będziesz naznaczony
stemplem, który miał cię uwolnić od grzechu – grzechu, którego nigdy nie miałeś.
Przy okazji, jeśli się nie odgrodzisz, będą ci wmawiać, że jesteś niegodnym stołu pańskiego, złym z natury, i tylko
bezgraniczna pokora może ci pomóc, choć nie musi. Bo tej pokorze musi towarzyszyć
jeszcze bardziej bezgraniczna miłość do niewidzialnej Istoty, która podobno na
trzydzieści lat z niewielkim hakiem, przybrała postać ludzką, by ci przynieść
wiadomość, że jak nie będziesz kochał tak jak On tego wymaga, czekają cię męki
piekielne, też na wieki wieków.
Teolodzy
próbują coś z tym brakiem grzechu pierworodnego zrobić, bo przecież nie może
być tak, aby dobrowolnie pozbyli się jednego z najważniejszych argumentów za
tak wczesnym aktem przypisania do Kościoła, a który zapewnia miano
najliczniejszej religii świata. Z kolei ta wielkość ma dowodzić, że tylko ta
religia jest słuszna. Inaczej mówiąc, tworzy się wielkość za pomocą rytuału,
który odbiera człowiekowi prawo samostanowienia, i tą wielkością tłumaczy się konieczność
tego rytuału. Proste jak amen w pacierzu. I właśnie taką próbę zastąpienia czymś
grzech pierworodnego podejmuje ks. Włodzimierz Zatorski OSB. Dowodzi, że
człowiek jest już z natury grzeszny i to nim uświadamia sobie swoje „ja”. To
może mieć swoje logiczne uzasadnienie, wystarczy że zrobisz coś, co drugiemu
człowiekowi nie będzie się podobać. Wystarczy, że ten drugi będzie
zaprogramowany na jakąś wiarę i już masz pojęcie grzechu w danym systemie
moralnym. Ks. Zatorski wyjaśnia to prosto i dobitnie: „(...) musimy pamiętać jednocześnie o prawdzie naszego upadku, o tajemnicy
nieprawości w nas istniejącej. Konieczna jest konfrontacja z własnym grzechem,
z bardzo przykrą prawdą o swojej głupocie, małości i nieprawości”1. Ja mam jednak z tym problem, o którym poniżej, bo aby to
była prawda, trzeba by zdefiniować, czym jest ta tajemnica nieprawości. Mamy tu bowiem do czynienia z tak popularnym
w chrześcijaństwie uciekaniem się do jakieś niesprecyzowanej tajemnicy. Jeszcze jeden fragment zdania
tego autora: „Jednak kiedy już poznamy
swój grzech (...)”2. Zadam w tym miejscu proste pytanie: a co to
jest grzech? Od razu też dodam, że nie satysfakcjonuje mnie odpowiedź, że co
jest grzechem objawił nam Bóg. Skoro cała Biblia jest zbiorem pism autorstwa
ludzi, żadna opinia Boga nie ma tu
znaczenia, bo my jej nie znamy. Z tej Księgi dowiemy się li tylko tego, jak z
wieloma, i jak z wielkimi problemami moralności musiał zmierzyć się człowiek.
Aby moje wątpliwości wyjaśnić, odniosę
się do kilku przykładów. Czy w świecie przed Mojżeszem, mając wzgląd na
historię Abrahama, morderstwo było grzechem? Dodajmy morderstwo na własnym
dziecku? Kłamstwo też, bo Bóg oszukał Abrahama. Czy łupienie innych (czytaj:
kradzież) zawsze było grzechem? Cały
Stary Testament jest pełny takich przykładów w sensie pozytywnym. Czy
cudzołóstwo zawsze było grzechem? Ten sam Abraham spółkuje z niewolnicą i to podoba się Bogu. A może odbieranie godności innym (patrz:
niewolnictwo i poddaństwo)? A może czynienie zła bliźniemu (patrz: przypowieść
o Hiobie)? A może rozwód lub wielożeństwo? Zabijanie dzieci (patrz: plagi
egipskie)? A weźmy inne kultury. Pedofilia ma się dobrze w islamie, prostytucja
była praktykowana w świątyniach, kazirodztwo było przywilejem władców, kupowanie
żon, niemal we wszystkich kulturach, nawracanie na siłę, nierzadko ogniem i
mieczem, itp., itd. A wszystko pod płaszczykiem różnych religii, gdyż innej
moralności, jak religijna nie było, o co zresztą do nikogo nie można mieć
pretensji. Rzecz w tym, ze pojęcie grzechu jest pojęciem enigmatycznym,
niemożliwym do określenia, a już tym bardziej do sprecyzowania, w pełni
zależnym od istniejącej, zarówno wiary, jak i kultury.
Nie mam zamiaru gloryfikować, tym
bardziej usprawiedliwiać tych elementów naszej moralności, które dziś uznajemy
za amoralne. Moralność ewoluowała podobnie jak życie na tej ziemi, ale wbrew
temu, co pisze ks. Zatorski, człowiek nie jest naznaczony żadną grzesznością,
wręcz przeciwnie, decyduje w nas pierwiastek, który zbliża nas do dobra, choć
pewnie jego absolutu nigdy nie uda się osiągnąć. Żadna religia nam w tym nie
pomoże bardziej..., niż własne zrozumienie etyki.
Przypisy:
1 - http://www.fronda.pl/a/wlodzimierz-zatorski-osb-tajemnica-nieprawosci-w-czlowieku,120721.html
2 – ibidem
1 - http://www.fronda.pl/a/wlodzimierz-zatorski-osb-tajemnica-nieprawosci-w-czlowieku,120721.html
2 – ibidem