Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kler. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 sierpnia 2017

Oklepany temat



  W dniu 17 bieżącego miesiąca w „Wyborczej” znalazłem artykuł zatytułowany „Zakonnik z Częstochowy oskarżony o 11 czynów seksualnych z nieletnimi chłopcami”1. Ściślej, chodzi o dyrektora placówki – salezjańskiego domu dziecka w jednej z dzielnic Częstochowy. Przeczytałem bez egzaltacji, choć przecież mógłby to być dla mnie temat marzenie, tym bardziej, że inne portale tematu raczej nie podchwyciły, nawet tak antyklerykalny jak Newsweek.

  Za to ja temat podchwyciłem, choć w innym kontekście, innym niż można się spodziewać. Kilka dni wcześniej na portalu katolickim deon.pl znalazł się wywód na temat „Wszystkich win Watykanu”, w którym autorka ubolewa, że media wyolbrzymiają wszystkie niegodziwości katolickiego kleru, a o innych grupach, gdzie dochodzi do podobnych przypadków, już jakby ciszej i bez skandalu. Kuriozum polega na tym, że autorka już w pierwszym akapicie przeczy sobie sama: „Jakiś czas temu na łamach „Corriere della Sera” została odtworzona z pewnym rozgłosem [podkreślenie moje] historia człowieka, który opowiadał, że na początku lat osiemdziesiątych w koszarach rzymskich doznał przemocy i gwałtów. (...) przełożeni wojskowi zobowiązali ofiarę do milczenia, aby nie kalać dobrego imienia wojska”2.  Pozostaje nieodgadnionym pytanie, skąd w takim razie „Corriere della Sera” o sprawie się dowiedział? Autorka żali się również na to, że ta sprawa nie wywołała „zbiorowego oburzenia”, tak jak w przypadku kleru. A przecież wystarczy zachować pewne proporcje. Jednostkowy przypadek w wojsku, w stosunku do wcale nie rzadkich przypadków np. w sierocińcach, którymi opiekuje się Kościół. W dodatku, ów żołnierz był de facto człowiekiem dorosłym i w końcu zareagował – poskarżył się przełożonym. Dzieci w sierocińcach mają zdecydowanie gorzej, właśnie dlatego, że są dziećmi i do ich oskarżeń podchodzi się z pewną dozą niedowierzania. Tragiczniej, komu miały się poskarżyć, skoro ich przełożonym był sam gnębiciel?! Aby było śmieszniej, jeśli o śmieszności może tu być mowa, autorka ma pretensje, że sprawa wykorzystywania seksualnego i maltretowania chórzystów z Ratyzbony była manipulacją. Bo media mówiły o ponad pięciuset ofiarach, a udowodniono tylko 67 przypadków seksualnego wykorzystania członków chóru (sic!) Cóż, sześćdziesiąt siedem to w końcu faktycznie znikoma liczba jak na jeden przykościelny, dziecięcy chór. Ją przeraża „skrajna surowość względem instytucji kościelnej”..., kiedy w takim rzymskim wojsku maltretuje się i gwałci jednego, dorosłego rekruta.

  Bulwersują mnie dwie sprawy po za tą najważniejszą – krzywda wyrządzona najsłabszym. Po pierwsze owa kontrargumentacja, która próbuje nam wmówić, że nagłośnienie przypadków pedofilii wśród kleru jest atakiem na Kościół i religię. Innymi słowy, jeśli nie można się obronić przed oskarżeniami, trzeba samemu oskarżać w myśl zasady: najlepszą obroną jest atak. Atak na tych, którzy zwracają uwagę na padalców, dodajmy: tych, którym ewidentnie winę udowodniono. Po drugie, niezrozumiała pobłażliwość obrońców dobrego imienia Kościoła w takich przypadkach jak w Ratyzbony czy w Częstochowie. Kościół wiele i głośno mówi o tym, że dziś wobec zwyrodnialców podejmuje zdecydowane kroki i to nam, szaraczkom powinno wystarczyć. Tylko ja mam wątpliwości, bo wobec zakonnika z Częstochowy, który nieoficjalnie miał się przyznać do niektórych stawianych mu zarzutów, zastosowano bardzo ostre sankcje – zawieszono go w pełnieniu funkcji dyrektora placówki (został za kaucją zwolniony z aresztu). To już chyba nie wymaga komentarza.