Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koronawirus. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 marca 2020

Wstrząsające świadectwo


  Kocham takie wstrząsające tytuły i jeszcze bardziej takie świadectwa. Będzie o dwóch, choć wiem, że znów zostanę posądzony o próbę ośmieszania wiary katolickiej. Od razu uprzedzę takie insynuacje: to nie ja ośmieszam, to ta wiara sama się ośmiesza. Ja tylko o tym informuję, oczywiście na swój specyficzny sposób. Ale tego nie da się skomentować inaczej.

  Na początek fragment „Dzienniczka” św. siostry Faustyny: „Kiedy weszłam na chwilę do kaplicy, powiedział mi Pan: Córko moja, pomóż mi zbawić pewnego grzesznika konającego; odmów za niego tę koronkę, której cię nauczyłem. Kiedy zaczęłam odmawiać tę koronkę, ujrzałam tego konającego w strasznych mękach i walkach. Bronił go Anioł Stróż, ale był jakby bezsilny wobec wielkości nędzy tej duszy; całe mnóstwo szatanów czekało na tę duszę. Jednak podczas odmawiania tej koronki ujrzałam Jezusa w takiej postaci, jak jest namalowany na tym obrazie. Te promienie, które wyszły z Serca Jezusa ogarnęły chorego, a moce ciemności uciekły w popłochu. Chory oddał ostatnie tchnienie spokojnie”1 [Dz. 1565]. W tym krótkim tekście same herezje, choć mnie się kojarzą ze światem fantasy. Jezus, Bóg nad bogami, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, który wskrzeszał umarłych i chodził po wodzie, prosi zwykłą zakonnicę o moc, aby mógł odpędzić moce ciemności (sic!) No przecież bez wsparcia modlitewnego tej siostruni nie dałby rady. Nawet z Aniołem Stróżem do spółki...

  Nie będę taki, ja tej Faustynie wybaczam, wszak cierpiała na jakieś zaburzenia psychiczne. Niemniej czytałem wczoraj na podobno poważnym portalu katolickim, że ruszyła akcja „Adoptuj konającego”. Normalnie mnie zatkało. To bardzo łatwe. Wystarczy do zakonu siostrzyczek Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie wysłać sms z dowolnym imieniem umierającego z powodu zarazy, a one tę koronkę odmówią. Wtedy Jezus konającego uwolni od mocy ciemności i..., i pozwoli mu oddać ostatnie tchnienie. On czeka tylko na sygnał, by przystąpić do akcji ratowania grzesznej duszy, oczywiście tylko takiej duszy, za którą ktoś odmówił koronkę, autorstwa siostruni Faustyny. Myślałem, że śnię, ale to się dzieje naprawdę...

  Jeszcze bardzie wstrząsające świadectwo dał podobno pewien włoski lekarz, który od dłuższego czasu nie wychodzi w ogóle ze szpitala w zawiązku z koronawirusem. Chyba niepotrzebnie dali mu dzień wolnego, powinni dać dwa. Jeden by przyszedł do siebie, odpoczął, a w drugim by się odrobinę zastanowił, aby nie pleść, co ślina na język przyniesie. Tymczasem zamiast się położyć i zregenerować siły, od razu usiadł przy laptopie, by przez Facebook oznajmić światu, że on i jego koledzy zrywają z ateizmem (sic!) Przypuszczam, że ja też po siedmiodniowym dyżurze non-stop mógłby wygadywać podobne, albo i jeszcze większe głupoty. Tym bardziej, że lekarz wyjaśnia dalej: „Codziennie szukamy pokoju, prosząc Pana, by pomógł nam się na Nim oprzeć, byśmy mogli opiekować się chorymi”2. To zdanie dowodzi, że był już krańcowo wyczerpany, i fizycznie, i psychicznie. Jeszcze, gdyby pisał o pokoju światowym, takim między narodami, ale on prosi Pana o pomieszczenie, gdzie mógłby się na Nim oprzeć. Jego wcześniejszy ateizm budzi moje poważne wątpliwości. Prawdziwy ateista szukałby w takich chwilach piersi młodej lekarki, w najgorszym razie pielęgniarki, co bez wątpienia dodałoby mu energii do dalszej pracy. Można, nomen omen, bosko odpocząć na tych piersiach, nawet jeśli tylko przez chwilę. Ok, odrobinę przesadziłem, ale tylko odrobinę. Jeszcze lepiej odpoczywałoby się na łonie tych lekarek.  

  Tych nawróconych ateistów podobno do wiary przekonał widok kapłana, hospitalizowanego z powodu koronawirusa, który choć sam umierający, pomagał innym konającym oddać ostatnie tchnienie. Mam lekko mieszane odczucia, gdyż z jednej strony rozumiem tego księdza – takie ma powołanie – a pewnie konający czeka na jakieś pocieszenie. Wszystko gra do momentu stuprocentowej kompatybilności księdza i umierającego. Ale jeśli tego brak? Już o tym kiedyś pisałem, więc tym razem sobie daruję.

  Jeszcze tylko jeden krótki cytat z tego lekarza, już nie ateisty: „Nigdy w najmroczniejszych koszmarach nie wyobrażałem sobie, że mogę zobaczyć i doświadczyć tego, co dzieje się tutaj w naszym szpitalu od trzech tygodni. Koszmar płynie (...)”3. Widać z tych słów, że facet młody i niedoświadczony. Nie takie kataklizmy spadały na ludzkość i nie na takie cierpienia lekarze musieli patrzeć. Ledwie kilka dni temu oglądałem film, gdzie była scena ze szpitala w czasie nalotu na Pearl Harbour, tak realistyczna, że cała reszta fabuły przestała się liczyć. Mnie w takich momentach zawsze nachodzi pytanie: gdzie jest ten Bóg? Czyżby czekał na koronkę od św. Faustyny?