Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ks. Dziewiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ks. Dziewiecki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 grudnia 2019

Miłość zarezerwowana dla wierzących


  „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – oznajmia na Twitterze ksiądz Tymoteusz Szydło. Omal się nie popłakałem ze wzruszenia. Miłujący Boga nie podołał i publicznie powiadamia świat katolicki o swojej porażce. No i coś ty narobił Bozi? Zawiodłeś Go na całej linii, a i wstydu Mu nie poskąpiłeś. Matce też, a jaka dumna była, gdy syna w ręce Kościoła oddawała. Albo wagarowałeś, albo nie czytałeś uważnie Ewangelii św. Łukasza: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” [Łk 14 - 26,27]. A ty zamiast tylko na Boga, postawiłeś też, jeśli nie przede wszystkim na mamusię...

  Ok, ok, nie będę się pastwił nad tym lalusiem od siedmiu boleści. Za to wyżyję się na innym kaznodziei, któremu wyjątkowo nie podoba się ateizm, choć, za przeproszeniem g... o nim wie. I żeby mu pasowało, po prostu bredzi. To ks. Marek Dziewiecki, zawsze z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Zacznę od końca jego wideoklipu1, w którym stwierdza, że nie wszystkim wolno wierzyć, nawet niektórym księżom i..., i trafia w punkt Tymoteuszka, choć jeszcze nie wie, czym dla tego drugiego skończy się wielka miłość do Boga i mamusi jednocześnie. Otóż sęk w tym (nie mylić z deską w tartaku), że ks. Dziewiecki autorytatywnie zabrania kochać ateistom. Ateista z definicji nie jest zdolny do miłości, do prawdziwej miłości jest zdolna tylko osoba wierząca. Aby była jasność, osoba wierząca w Boga Stwórcę wszystkiego, zaś stwórcę człowieka w szczególności. Tylko, co z tej miłości w wydaniu wierzącego, podpartej miłością do Boga Jedynego wynika? Pokazał nam ks. Tymoteusz...

  Twierdzenia ks. Dziewieckiego są logiczne tylko dla niego, a wynikają z mieszaniny półprawd i fałszów. Już pierwsze słowa są półprawdą. „Uświadamiamy sobie, że nie ma ludzi niewierzących”. Dla niego istnieje tylko wyznacznik w kogo lub w co wierzymy. Tymczasem różnica w zrozumieniu słowa wiara wynika z określeń: wierzę że, wierzę w. Jeśli powiem, że ateista wierzy w ewolucję, to popełniam kardynalny błąd. A tak się właśnie wydaje ks. Dziewieckiemu, stawiając problem wiary na głowie. Ateista wierzy, że teoria ewolucji jest do zaakceptowania, nawet jeśli nie wszystko wyjaśnia, co ewidentnie jest różne od wiary w ewolucję. Wierzyć można, np. w Boga, w siły nadprzyrodzone, we wszystko to, czego nie da się zweryfikować. W miłość, nawet tę od pierwszego wejrzenia też. Jak podaje Słownik Języka Polskiego wiara to:
- określona religia lub wyznanie; też: przekonanie o istnieniu Boga;
- przekonanie, że coś jest słuszne, prawdziwe, wartościowe lub że coś się spełni;
- przeświadczenie, że istnieją istoty lub zjawiska nadprzyrodzone.
 

  Nigdzie, poza Dziewieckim, nie spotkałem się ze stwierdzeniem, że można wierzyć w materię, a taką wiarę przypisuje on ateistom. W swej łaskawości, ten obłudnik w koloratce, pozwala ateistom mieć zwierzęcy instynkt. Konsekwencją tej obłudnej tezy ma być fakt, że tym samym ateista nie może kochać, bo materia nie ma uczuć. Jeśli jest w tym stwierdzeniu jakiś sens, jakikolwiek związek przyczynowo skutkowy, to ja bym go chętnie poznał. Prawdą jest, że ateista nie może kochać Boga, gdyż w Niego nie wierzy, ale czy nie może kochać drugiej, w pełni zmaterializowanej osoby? Pozwolę sobie na sarkazm: ateista może kochać i to nawet na ful, ale jeśli wierzy w miłość tak jak wierzący, jest tak samo głupi. I to się niestety zdarza. Wiem, co mówię, sam kiedyś wierzyłem w miłość.

  Czym jest miłość? W wersji najbardziej uproszczonej – to uczucie (niematerialne), które zespala dwoje ludzi. Konsekwencje tej niematerialnej miłości są już zazwyczaj materialne, i nie mam tu na myśli li tylko pieniędzy, choć dziwnym trafem, tych ubywa jakby więcej. Człowiek owładnięty miłością przestaje myśleć racjonalnie, i to jest na swój sposób bardzo fajne, tyle, że ironicznie mówiąc często słono kosztuje. I choćby ks. Dziewiecki zaklinał rzeczywistość, wierzących kosztuje, nie tylko w przeliczeniu na gotówkę, jakby odrobinę więcej. Czy zatem warto oddać się miłości? Jak najbardziej, natura nie dała nam niczego lepszego w sferze uczuć. Robi się jednak gorzej, jeśli tej miłości towarzyszy wyrachowanie, jakaś kalkulacja typu: kocham Go, by dostać się do Nieba. Tu ja powiem wprost, jakem ateista, to nie jest prawdziwa miłość, lecz miłość życzeniowa, by nie napisać interesowna. To tak jak wierzyć w to, że miłość zawsze zapewni nam szczęście. Tymczasem ona od samego początku przynosi niepokój. Nie wolno też wierzyć w mit, że miłość góry przenosi, że zmieni nas w świętych, a co na pewno dziś może potwierdzić nasz nowy tragiczny bohater, ks. Tymoteusz.



PS. Właśnie przed chwilą, z innego źródła (katolickiego) dowiedziałem się, że „wojujący ateista” to taki, dla którego niereligijność jest ważnym elementem tożsamości. Zapytam nieśmiało: jak nazwać tych wierzących, dla których religijność jest ważnym elementem tożsamości? Wiem, wiem, to: jedyni sprawiedliwi w imię Pańskie...