Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milczenie Boga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milczenie Boga. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 czerwca 2017

Dlaczego Bóg milczy?



  Uwielbiam Sławomira Zatwardnickiego. Ten absolwent wydziału teologii na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, publicysta, bloger, autor kilkuset artykułów oraz siedmiu książek, członek Towarzystwa Teologów Dogmatyków w Polsce oraz Stowarzyszenia Teologów Fundamentalnych w Polsce, zaangażowany w działalność ewangelizacyjną, formacyjną i apologetyczną sprawia, że mój ateizm jest mi coraz bardziej słodki...

  Trafiłem na jego obszerny esej „Czy bronić Boga, skoro On sam się nie broni?”1, zamieszczony na portalu katolik.pl, portalu, który uważam (bez żadnych podtekstów), za jeden z najwartościowszych w odniesieniu do wiary. Tam na pewno nie znajdzie nikt bredni jakie serwuje portal Fronda.pl czy malydzienniczek.pl (oba sygnowane nazwiskiem Terlikowskich). Nieraz pisałem, że mam szacunek do wierzących, przede wszystkim tych, którzy pewnie podpisaliby się pod wieloma artykułami na tym katolickim portalu. Oczywiście, i tam trafiają się „perełki”, ale jedno trzeba oddać, trudno większości artykułów coś zarzucić, gdyż argumentacja jest „mocna”, a już na pewno nie „głupia”. Ponieważ, jak wspomniałem, esej jest obszerny odniosą się tylko do wybranych fragmentów.

  Rozpocznę od cytatu: „Z jakiego powodu miałbym wierzyć w Boga, skoro nie da się dowieść Jego istnienia? Ktoś bardziej dowcipny wyraził ten poważny przecież zarzut w formie tyleż żartobliwej, co rzeczywiście dającej do myślenia: Za stary już jestem na to, żeby się z Bogiem bawić w chowanego”. Rzekłbym: to coś o mnie, choć ja te wątpliwości przeżywałem, nim jeszcze stałem się stary. Zatwardnicki  wysuwa dość kontrowersyjną tezę: „(...) wiara, dar Boży, choć nie opiera się na rozumie, nie może bynajmniej obyć się bez niego; jednocześnie rozum dostrzega, że musi oprzeć się na wierze, aby odkryć horyzonty, do których o własnych siłach nie mógłby dotrzeć” Pierwsza część tej tezy opiera się na fideizmie, który daje prymat wiary nad rozumem. Nie potrafiłbym w ten sposób funkcjonować, ale nie będę w to wnikał. Natomiast druga część tezy budzi już mój sprzeciw, bo o ile dobrze rozumiem wiara jest akceptacją niematerialnej postaci Boga. Ta koncepcja Boga nie jest mi do niczego potrzebna, o czym coraz mocniej przekonuje nas teraźniejszość. Prawdziwy horyzont rozszerza się tylko dzięki rozumowi, wiara raczej go ogranicza, opóźnia jego rozszerzanie, co odzwierciedlały epoki odkryć astronomicznych i medyczno-biologicznych. Dziś też mamy silny sprzeciw religii wobec zdobyczy nauki, szczególnie w tych kwestiach, gdzie w grę wchodzą zagadnienia etyczne i światopoglądowe.

  Jest pytanie, choć nie ja je postawiłem, które rzeczywiście może sprawić kłopot nie tylko ateistom: „Czy Boga rzeczywiście nie ma?” Naiwność tego pytania jest tylko pozorna. Bóg wydaje się dziś milczeć i niech nikogo nie zwodzą podobno liczne prywatne objawienia nawiedzonych mistyków i wizjonerów. Tak naprawdę one dotyczą drugoplanowych postaci religii (Maryja i święci), a nawet jeśli (jak w przypadku Faustyny Kowalskiej), są to wizje (wszystkie) mocno wątpliwe. Sam Zatwardnicki stwierdza wprost: „(...) relacji między osobami (w tym także w relacji Bóg - człowiek) w ogóle być nie może [podkreślenie moje]. Prawdziwe i dogłębne poznanie drugiej osoby zawsze wymaga naszego uczestnictwa i zaangażowania się w jej tajemnicę. Tutaj, podobnie jak gdziekolwiek indziej, prawdziwy obiektywizm uzyskuje się za pomocą zaangażowania”. Wracamy do początku – najpierw musisz uwierzyć, później się mocno zaangażować, a w końcu możesz liczyć na poznanie, które jest tylko projekcją wierzącego, ale i tak nikt na to gwarancji nie daje. Bóg dziś milczy, a ze słów Zatwardnickiego można wysnuć wniosek, że winien temu jest nowy (wojujący) ateizm, jako uosobienie biblijnej postaci Piłata (sic!) Pisze: „Na myśl przychodzi od razu milczenie Boga postawionego przed sceptykiem Piłatem. (...) być może Bóg nie tyle dziś milczy, ile jest niejako prowadzony na ukrzyżowanie”. Można i tak, ale panie Zatwardnicki, to jest szyte tak grubymi nićmi, że aż śmieszne. Pewnie dziś tych piłatów jest multum, ale to nie oni czekają na głos Boga. Czekają niezliczone rzesze wiernych. Pozwolę sobie na ironię: czyżby Bóg zabrał swoje zabawki, bo ateiści, będący w zdecydowanej mniejszości, nie chcą się z nim bawić? Procentowo Jezus w czasach swojej obecności na ziemi miał zdecydowanie więcej oponentów, a mimo to głosił Słowo Boże świadomy, że to się dla niego, jako człowieka, źle skończy.

  Jeszcze jedna teza Autora, która mnie zdumiewa do tego stopnia, że zaczynam wątpić. Nie w ateizm, ale w logikę Zatwardnickiego. Pisze: „(...) prawdziwy obiektywizm uzyskuje się za pomocą zaangażowania, a nie sztucznych prób zdystansowania się wobec rzeczywistości. I właśnie tego zaangażowania, ba, na ogół nawet śladu cienia pragnienia takiego uczestnictwa w tajemnicy Drugiego nie widać w przypadku reprezentantów dogmatycznego ateizmu. (...) taki udawany sceptyk, którego nie stać na dogłębne poszukiwania, a który zadowala się szybkim rozwiązaniem kwestii "hipotezy Boga", musiałby być przymuszony do spotkania Wszechmogącego, ale to z kolei, z natury relacji międzyosobowej, nie jest możliwe”. Wyjaśnijmy po kolei. Według Słownika Języka Polskiego obiektywizm to „w ontologii: pogląd, zgodnie z którym przedmiot poznania istnieje poza podmiotem poznającym i niezależnie od niego; w aksjologii: stanowisko, które przypisuje wartościom istnienie niezależne od świadomości”2, innymi słowy zaangażowany obiektywizm jest sprzeczny z definicją obiektywizmu, tym samym nie może istnieć, bo to jest logiczna sprzeczność. Jeśli nawet istnieje dogmatyczny ateizm, to tym bardziej trudno wymagać od niego zaangażowania do uczestnictwa w tajemnicy Drugiego. Jak można zgłębiać tajemnicę Kogoś, kto dla zgłębiającego nie istnieje? Proponuję, znów nie bez ironii, autorowi tego żądania zbadać... tajemnicę jednorożca. Pominę inwektywę udawany sceptyk, gdyż sceptyka, szczególnie w odniesieniu do dogmatów wiary, nie sposób udawać, ale skoro sam Zatwardnicki stwierdza, że spotkanie z Wszechmocnym nie jest możliwe, do czego w takim razie chce przymusić ateistę?

  Esej Zatwardnickiego na tym się nie kończy, być może pokuszę się o dalszą jego krytykę, bo aż mnie korci. Powtórzę za wstępem: takie argumenty, jakie przedstawił Zatwardnicki utwierdzają mnie w przekonaniu, że wiara nie ma w sobie nic z racjonalności, a już tym bardziej nie powinna się podpierać rozumem, co w niczym jej nie umniejsza. Jednak w odróżnieniu od Zatwardnickiego, z samej wiary nie mam zamiaru szydzić, tak jak on próbuje zdewaluować ateizm.  W końcu wiara to wybór, choć nie zawsze do końca świadomy, dlatego że jesteśmy nią najczęściej indoktrynowani w czasie, kiedy nie stać nas jeszcze na jej zrozumienie. Bo czy tak naprawdę wiara potrzebuje zrozumienia? Może, ale na pewno tylko nielicznym.