Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narodowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narodowość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 listopada 2016

Rozprawić się z mitem



  Naszło mnie jak przeziębienie po spacerze w listopadową, deszczową pogodę. Ściślej, po lekturze różnych, choć przede wszystkim górnolotnych słów na temat narodu w kontekście Święta Niepodległości. Im dłużej ta lektura trwała, tym gorzej, a oderwać się nie mogłem, choć nie mam w sobie nic z masochisty.

  W Wikipedii czytam: „Naród – wspólnota o podłożu etnicznym, gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzona w procesie dziejowym, przejawiająca się w świadomości swych członków.” I tu od razu nachodzą mnie wątpliwości. Jakaż z nas wspólnota polityczna, gospodarcza i kulturowa? Na to pytanie pewnie nikt mi sensownie nie odpowie. Bo takie byty jak lud i naród to czysta abstrakcja, pojęcia wymyślone na użytek polityczny i religijny w obszarze umownych granic. Tak naprawdę istnieje tylko jednostka, która charakteryzuje się jakimiś wspólnymi cechami z innymi jednostkami, charakterystycznymi dla danej zbiorowości jak na przykład język, ale nigdy nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Gdy się zbierze grupa jednostek, sama jednostka właściwie nic nie zyskuje, poza pewnymi udogodnieniami natury bytowej. W grupie raźniej, bo człowiek to istota stadna. Jednak jeśli jest się stadem trzeba się godzić też na pewne ograniczenia. W efekcie, pewne zyski niwelują się przez pewne ograniczenia. Jest gorzej, bo tym bardziej zaradnym jest lepiej, tym mniej, zdecydowanie gorzej, gdyż rodzi się kastowość lub tzw. wielowarstwowość. A to grupę zaczyna dzielić na lepszych i gorszych. Mało tego, ta grupa nie tworzy jakieś dodatkowej świadomości, dodatkowych uczuć czy sumienia. Te cechy tworzą konglomerat indywidualistycznych cech jednostek, i co warto zaznaczyć, ten konglomerat nigdy nie jest na tyle spójny, aby wszystkich przysposobić do jednorodności.

  Owe górnolotne słowa o wspólnocie mają dodać nam blichtru, samozadowolenia i dumy. Bo być Polakiem brzmi dumnie. Czy aby na pewno? Czym jest lepszy Polak od Rosjanina, Francuza czy Anglika. Nawet od Murzyna czy Araba? Nie brak wśród nas morderców, złodziei, lekkoduchów, pijaków, rozwodników, sadystów, a przede wszystkim pieniaczy. Niemal w każdym Polaku znajdziesz jakąś wadę, a niemal tyle samo powie, że jest dumnym z przynależności. Można od biedy być dumny z kultury i z historii, ale po pierwsze, nie wszyscy tę kulturę tworzą, rzekłabym jakiś niewielki promil, a z tą historią, tak na dobrą sprawę, bywało bardzo różnie. Nawet bardziej niż różnie, bo momenty chwały przeplatały się z porutą, a chwałę tworzyły jednostki. A tak, są jeszcze korzenie, ale z tym też jest problematycznie. Oficjalnie Polacy to najpierw Słowianie, aby nie było, poganie, a dopiero później chrześcijanie. Na domiar złego to chrześcijaństwo zostało narzucone siłą, spychając dawną kulturę w niebyt, stanowiąc poddaństwo wobec całkowicie obcych władców. Ale i z tego poddaństwa jesteśmy dumni, tym bardziej, że przetrwało w dzisiejszej Europie na niespotykaną nigdzie indziej skalę.

  Najbardziej dziwi mnie duma z kultury i nauki, bo tę pchało indywidualne zacięcie jej twórców, ba!, nie przyłożyliśmy przysłowiowego palca do tego, że na przykład polscy nobliści tę nagrodę otrzymali, a taki Matejko namalował „Bitwę pod Grunwaldem”. Oni to zawdzięczają indywidualnemu talentowi i własnemu wysiłkowi w kształtowaniu swojej wiedzy i zdolności. Tak samo możemy być dumni (co nie znaczy, że musimy) z noblowskich nagród Tadeusza Reichsteina, Andrea V. Schally, Alberta Michelsona, Isydora Isaaca Rabi, Menachema Begina, Isaaca Singera, Roalda Hoffmana czy Leonida Hurwicza. Ciekaw jestem, kto z moich Czytelników wie, bez zaglądania do netu, co ich łączy poza samą nagrodą Nobla? Ale bez obciachu, ja też nie wiedziałem dopóki nie sprawdziłem na potrzeby tego eseju. I tak mnie korci pytanie, co my jako naród mamy wspólnego ze wszystkim noblistami, jaki był nasz osobisty wkład w ich sukces?

  Byłbym jednak niesprawiedliwy, bo były dwa aspekty polskości, który da się wytłumaczyć istnienie takich pojęć jak naród czy wspólnota. Za pierwszy uważam wojnę polsko-bolszewicką, choć ta bardziej była oporem przeciw bolszewizacji niż przed wynarodowieniem. Za drugi, opór przeciw hitlerowskiemu najeźdźcy, choć był kompletnie nieprzygotowany i nieudolny, właśnie z powodu zbytniej dumy i pychy. Owe sławetne słowa Becka „Nie oddamy nawet guzika”. Kampania wrześniowa to pasmo klęsk, z których też jesteśmy dumni. A w latach okupacji trudno mówić o jednolitym froncie oporu. Na domiar wszystkiego, wyzwolenie kraju dokonało się przy ewidentnej pomocy sojuszników, którzy i tak oddali nas pod nową okupację. Dziś czujemy się dumni z bohaterów, ale i tu rodzi się pytanie, jaki mieliśmy udział w ich bohaterstwie? Jakie mamy moralne prawo szczycić się ich poświęceniem? A tak, byli Polakami, ale tu musiałbym wymienić jeszcze dłuższą listę tych, którzy mając jakiś związek z tym krajem, też oddali życie w szczytnym dla nich celu. Napiszę szczerze, byłem zdumiony dumą z faktu, że Karol Wojtyła stał się papieżem i to wcale nie dlatego, że dziś jestem ateistą, wtedy byłem jeszcze katolikiem. Bo ja się przyznaję bez bicia, nie zrobiłem w swoim życiu nic, co miałoby jakikolwiek wpływ na to wydarzenie. Do dumy może mieli prawo jego rodzice i mentorzy, ale reszta? Ale jeśli dziś bym napisał, że jego pontyfikat nie był wcale taki święty, pewnie okrzyknięto by mnie zdrajcą i gnojkiem.

  My wciąż tkwimy w epoce romantyzmu, epoce, która przyniosła całemu światu tylko śmierć i cierpienie. Ba! w dzisiejszych czasach wraca do nas upiorna wyższość ideowej śmierci nad zwykłym życiem, a cierpienie zdaje się mieć większą wartość niż szczęście. Zamiast (s)pokoju marzy nam się równie upiorna walka o wartości i korzenie, pojęcia tak samo abstrakcyjne jak naród i państwowa wspólnota.  W tym narodzie większy niepokój budzi spadek popularności jakieś partii, odchodzenie wiernych od Kościoła, czy możliwość ingerencji w nasze życie innych nacji, niż pojedynczy, niejednokrotnie kompletnie zagubiony człowiek, który ten naród, tę społeczność tworzy. Człowiek staje się z podmiotu przedmiotem, a to jest już pomieszanie z poplątaniem.