Już ten temat kiedyś poruszałem,
bazując przede wszystkim na własnych doświadczeniach, ale jest okazja do niego
wrócić, za sprawą wywiadu z ks. dr. Radosławem Kacprzakiem, kapelanem
szpitalnym1. W zasadzie nie lubię wywiadów, szczególnie z księżmi,
gdyż tak podświadomie czuję, że przeprowadzający wywiad nie chce swoimi
pytaniami zrobić krzywdy pytanemu. Tak jak w TVP przy wywiadach z J. Kaczyńskim
lub prezydentem A. Dudą. To moje przekonanie wynika z wywiadu jaki udzielił mi
kiedyś prof. Szaflik, czyli z autopsji. De facto byłem tylko po to, aby
znany profesor okulistyki mógł się wygadać...
Tu jest podobnie, i pewnie zrezygnowałbym już na wstępie
z lektury, gdybym na początku nie trafił na znamienne zdanie: „Minione dwie dekady XXI wieku to także czas
widocznej zmiany podejścia do religii w Polsce, kroczącej ateizacji i
odstępowania od zasad Kościoła”2. Jak już pewnie wiecie, jestem wyjątkowo czuły
na słowo „ateizacja” na katolickim portalu. Już uprzedzę, nie będę streszczał tego
wywiadu, kto chce, samo może przeczytać całość we wskazanym linku. Ja tylko
odniosę się do, co bardziej ciekawych fragmentów. A zacznę z „grubej rury”: „ (...) świat chce uczynić
Boga wielkim nieobecnym. Tutaj, na ziemi, widzimy, że jesteśmy „świętym Kościołem grzesznych ludzi”.
Popełniamy błędy, ulegamy złym wpływom i gubimy się, ale wiemy, że Bóg jest
miłosierny i zawsze na nas czeka, jak ojciec na powrót syna marnotrawnego”. Uwielbiam to sformułowanie o świętym Kościele ludzi
grzesznych. Skoro bowiem grzeszność może być święta – hulaj dusza, piekła nie
ma. To znaczy piekło jest, dla takich samych grzeszników, jak tych zrzeszonych
w Kościele, ale którzy nie wyrażają chęci akcesu do tego Kościoła. Dodajmy, do
właściwego Kościoła, a każdy z Kościołów ma się za ten najprawdziwszy.
Ks. Kacprzak ubolewa: „Niestety, czasy gdy ksiądz wchodzący na salę spotykał się z gronem
ludzi zawsze pragnących modlitwy i sakramentów, należą do przeszłości”. Tu
już mogę się odnieść do własnych doświadczeń. Leży sobie człowiek półnagi na
łóżku, a ciepłota jest niemiłosierna, bo klimatyzacji brak, zaś na zewnątrz
gorączka jeszcze większa, więc i okna w dzień nie sposób otworzyć. Nagle, bez
pukania, ładuje się do sali kapelan w ornacie z ozdobną puszką na piersi i
oznajmia, że najświętszy sakrament przynosi. I nie wiedzieć dlaczego, groźnym
spojrzeniem omiata łóżka z pacjentami, lub pacjentów na łóżkach, jak kto woli. Jest nas sześciu i jeden podnosi rękę,
ten najbardziej sprawny z nasz wszystkich, który co drugie popołudnie bez
problemu może zejść do szpitalnej kaplicy, by tam sakrament w godnym miejscu
przyjąć. Przecież i tak, co godzinę idzie na zewnątrz szpitalnego budynku, na fajkę. Robi się ciekawie, bo
wzrok księdza wciąż groźny, jakby niemo żądał, abyśmy na czas spowiedzi i
przyjmowania sakramentu opuścili łóżka i wyszli na korytarz. A takiego wała,
nie chce mi się ubierać, ani łazić bez celu po korytarzu. Tym sposobem jestem
mimowolnym słuchaczem spowiedzi, bo facet przygłuchy i głośno mamrocze o tych
swoich grzechach. Obowiązuje tajemnica spowiedzi, więc nie zdradzę, choć nie
mogę się nadziwić, jak przez dwa dni można tyle grzechów popełnić. Na
szpitalnym łóżku (sic!)
Inny fragment spowiedzi księdza: „Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jak różnie nastawiani są ludzie do
księży, a jednocześnie do religii. Naszym zadaniem jako ludzi wierzących,
zarówno kapłanów, jak i też osób świeckich jest dzielenie się świadectwem
miłosierdzia i próba proponowania drogi powrotu do Boga i Kościoła, dla tych,
którzy pogubili się w życiu”. Znów muszę przyznać, że takie stwierdzenia
mnie rozbawiają i rozbrajają. Swój rozdział życia z Bogiem i Kościołem zamknąłem raz na
zawsze wiele lat temu i wcale nie czuję się pogubiony. Wręcz przeciwnie, jest
mi z tym wyjątkowo dobrze, ba!, wydaje mi się, że jeśli kiedyś byłem pogubiony,
to tylko w czasach, gdy byłem wierzący. Ale, aby nie było, gdybym ja dziś
widział to świadectwo miłosierdzia wśród wierzących, pewnie darzyłbym ich
większym szacunkiem, choć na dziś ich nie potępiam. Potępienie innych jest
zarezerwowane dla wierzących w stosunku do niewierzących, czego świadectwo dają
nam od kilkunastu lat kościelni hierarchowie i ich owieczki.
Dalej czytam: „Wobec
osób niechętnych Kościołowi staram się być uprzejmy, ale zarazem
stanowczy. Często proszę o to, by nie używać uogólnień, które są krzywdzące,
tłumaczę, czym jest wspólnota Kościoła powszechnego i zachęcam, by bez emocji
sami podjęli wysiłek na rzecz zrozumienia, czym jest wiara i co nam daje
miłosierdzie Boga”. Nie będę negował tej uprzejmości księdza, w końcu go
nie znam, a u mnie obowiązuje zasada domniemania niewinności. Czym jest wiara
to ja wiem, czym jest miłosierdzie Boże tego nie wiem, natomiast jestem
przekonany, że jeśli chodzi o uogólnienie to i ks. Kasprzak od tego nie stroni,
deprecjonując niewierzących w dodatku a
priori, a czego daje wyraz w tym wywiadzie. Jakim prawem zachęca mnie bym „podjął próbę powrotu do Pana Boga”,
skoro wcześniej mówi o świętym Kościele
ludzi grzesznych? Do jakiego grona śmie mnie zapraszać? Do świata
hipokrytów? Bo wprawdzie sam jestem grzesznym, ale przynajmniej nie udaję, że świętym.
Już na koniec ostatni cytat. Pytanie: „Jak
do nich dotrzeć, by zajrzeli w swoją duszę i zrozumieli czym jest dążenie do
zbawienia?”. Odpowiedź: „To zadanie całego Kościoła, nie tylko
księży, ale też osób świeckich. Wszyscy jesteśmy zaproszeni do tego, by
wspierać się w głoszeniu Dobrej Nowiny, tam gdzie jesteśmy i pracujemy, i każdy
w Kościele może odkryć swoje miejsce”. I tu rodzi się moje największe
zastrzeżenie: czy szpital to dobre miejsce na tworzenie Kościoła? Ja rozumiem,
chory wierzący potrzebuje takiego wsparcia jakie daje ksiądz. Ale co ma zrobić
niewierzący? Jest chory, chce się wyleczyć, a tu go chcą wręcz na siłę nawrócić.
Ja bym odwrócił sytuację. W szpitalnej sali leżą sami wierzący. I oto przychodzi odświętnie ubrany gość i tako rzecze: „Słuchajcie. Niewiele wam zostało, ale mam dla was radosną nowinę na ostatnie dni. To wszystko, co wiecie o Bogu to tylko bajka dla niegrzecznych dzieci. Radujecie się w tych ostatnich chwilach, nikt was już zbawieniem na wieczność straszyć nie będzie”...
Ja bym odwrócił sytuację. W szpitalnej sali leżą sami wierzący. I oto przychodzi odświętnie ubrany gość i tako rzecze: „Słuchajcie. Niewiele wam zostało, ale mam dla was radosną nowinę na ostatnie dni. To wszystko, co wiecie o Bogu to tylko bajka dla niegrzecznych dzieci. Radujecie się w tych ostatnich chwilach, nikt was już zbawieniem na wieczność straszyć nie będzie”...
Przypisy:
1 - https://www.pch24.pl/spotkac-pana-boga-na-szpitalnej-sali--rozmowa-z-ks--dr--radoslawem-kacprzakiem--kapelanem-szpitalnym,73919,i.html
2 - Wszystkie cytaty zaznaczone kursywą pochodzą z tego samego wywiadu.
1 - https://www.pch24.pl/spotkac-pana-boga-na-szpitalnej-sali--rozmowa-z-ks--dr--radoslawem-kacprzakiem--kapelanem-szpitalnym,73919,i.html
2 - Wszystkie cytaty zaznaczone kursywą pochodzą z tego samego wywiadu.