Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obraza uczuć religijnych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obraza uczuć religijnych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 listopada 2018

Facjata z penisem na czole


  Nie żebym przeżywał, albo tym bardziej obgryzał paznokcie ze zdenerwowania, ale skoro to wyszło, a na domiar wszystkie, niemal jak „cudowny znak” od Boga, pojawia się akurat odpowiedni artykuł w tym samym temacie, trudno się nie odnieść do niby już przebrzmiałego problemu „obrazy uczuć religijnych”. Nie tak dawno w Irlandii zlikwidowano paragraf, który penalizował tych, którzy odważyli się bluźnić. Świat idzie z postępem. Świat – nie Polska katolicka.

  U nas zdaje się być trend w drugą stronę. Gdy mój blogowy znajomy napisał, że za bluźnierstwo należy stosować przemoc fizyczną, nie mogłem wyjść ze zdumienia, bo to przecież gorliwy katolik. Tłumaczył to obroną wiary, ale mnie wcale, ale to wcale nie przekonał. Jakem ateista, za dobrze znam Pismo Święte, aby znaleźć w Nim usprawiedliwienie dla takich pomysłów. Jezus mówi wyraźnie i jednoznacznie: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” [Mt 5, 10]. Polski Kościół takich słów nie uznaje, dla tego Kościoła – Jezus się ewidentnie pomylił. Więc mamy absurdalny zapis prawny o obrazie uczuć religijnych. Absurdalny dlatego, że bluźnierstwa nie da się zmierzyć, a nawet dokładnie zdefiniować. Według Słownika Języka Polskiego: „znieważanie (słowem lub czynem) czegoś powszechnie szanowanego, szczególnie tego, co religia uznaje za święte (sacrum)”. Powszechnie szanuje się również przyrodę, dla niektórych jest wręcz święta. Czy drwal ścinający dzrewo, mając zezwolenie bluźni? A tak, jest owo religijne sacrum. Teraz fragment tylko dla dorosłych. Gdy moja dziewczyna w czasie orgazmu krzyczała: „O Boże! Jak mi dooobrzeee!”, to czy ona bluźniła, czy wyrażała podziękę Bogu za ten orgazm? A należała się mnie. Powinienem zawiadomić prokuraturę, czy uklęknąć do modlitwy? Ok, to żart bez sensu, nie popadajmy w paranoję.

  Napisałem, całkiem świadomie i z premedytacją, że wiara jest irracjonalna, i choć nie obraziłem sacrum i tak większość dała mi delikatnie do zrozumienia, że bluźnię. Gdyby nie to, że ja tak w odniesieniu do słów pewnego kaznodziei, może by i jakiś donosik się znalazł. Problem w tym, że ja czasami podważam nawet Absolut tego sacrum, i właściwie nic, choć mi się w komentarzach za to oberwie w inny sposób. Tak naprawdę trudno wyznaczyć granicę tego, co jest już bluźnierstwem, a co jeszcze dopuszczalną krytyką, którą i tak często określa się mianem krytykanctwa. Właściwie nie powinno być żadnych wątpliwości – niech w przypadku obrazy uczuć religijnych spór rozstrzygnie prokurator i sędzia. I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Nawet najlepszy prokurator, nawet najsprawiedliwszy sędzia  nie są szkoleni w umiejętności „ważenia” uczuć, nawet tych religijnych. Ich oskarżenia i wyroki odnośnie tego „ważenia uczuć” należy też traktować w kategorii pełnej i osobistej subiektywności. Najśmieszniejsze jest to, że w imię chrześcijańskich wartości wszyscy zapominają jaki jest stosunek ich Boga do bluźnierstw. Owszem, tenże Bóg zapowiada najsurowszą karę, ale sam sobie przypisuje wyłączność oceny tego czynu, jak i możliwość wymierzenia kary. Wiernym nakazuje stoicki spokój i ignorowanie bluźnierstw. Tymczasem powszechną reakcją wszystkich na bluźnierstwo czy obelgę, tu dodam, że nie tylko wiernych (nawet ja siebie w to grono wpiszę) jest natychmiastowa reakcja obronno-zaczepna, najlepiej taka, aby obrażającemu „w pięty poszło”.

  Mnie osobiście taka reakcja wydaje się w pełni naturalna, dlatego twierdzę, że mnie trudno obrazić, gdyż owa reakcja obronno-zaczepna (celna riposta, nawet jeśli tylko w mojej ocenie) jest jak miód na zbolałe serce. Oczywiście do pewnych granic, bo jeśli ktoś bluzga tylko po to, aby bluzgać bezsensownym jadem, ja już na tak „wysoką” półkę intelektu nie sięgam. Nie pamiętam już gdzie, czytałem wypowiedź pewnej siostry zakonnej, która w sytuacji bluźnierczej napaści zaleca cnotę cierpliwości i zmilczenie. Nawet jestem gotów przyznać jej rację. To też jest metoda, nawet dobra, choć mam wrażenie, że tylko dla tych, którzy złożyli śluby zakonne. W zakonach gdzie istnieje obowiązek milczenia. Krew nie woda, lubi się burzyć, adrenaliny tez nam natura, sorry, Bóg nie poskąpił. Tłumienie uczuć źle wpływa na nasze zdrowie i to nie tylko te psychiczne. Popędy trzeba zaspakajać, oczywiście w ramach rozsądku, którego nie wolno mylić z nakazami religijnymi. A skoro jestem przy nakazach, religie chrześcijańskie nakazują postawę pełnej pokory, co nijak ma się do paragrafu o obrazie uczuć religijnych. Inaczej mówiąc, nauki Kościoła mocno się w tym temacie zagmatwały. Popularny slogan o obronie wiary jest dziś opacznie rozumiany. Słowo „obrona” nie jest równoznaczne słowu „atak”, tymczasem Kościół atakuje wszystko, co nie chrześcijańskie, nawet jeśli ta niechrześcijański=ość w żaden sposób do tej religii się nie odnosi. Klasycznymi przykładami z naszego podwórka to atak na małżeństwa świeckie i związki partnerskie, stosunek do in vitro, antykoncepcji a nawet do aborcji. To nie są elementy życia społecznego, które ktoś katolikom narzuca, tym bardziej zmusza do stosowania. Podobnie jest z kulturą i sztuką, szczególnie tą, która jest rzekomo bluźniercza. Nie ma żadnego przymusu jej oglądania w odróżnieniu od symboli religijnych w przestrzeni publicznej.

  Mnie mierzi widok zwłok rozciągniętych na krzyżu. Choćbym chciał, nie widzę w tym nic pięknego, ani tym bardziej wzniosłego. W znaczeniu moralnym mam wręcz drastyczne skojarzenia. Na tej samej zasadzie nie będę się zachwycał bohomazem, który przedstawia jakąś facjatę z penisem na czole. Różnica jest jednak ogromna. Ten bohomaz to ja mam szansę zobaczyć najwyżej na jakimś wernisażu (dlatego chodzę z wielką ostrożnością), natomiast krzyż to ja muszę oglądać niemal już wszędzie i nie wolno mi złego słowa powiedzieć.