Nie, nie piszę tego ze względu na mój mocno
zestarzały pesel i pewne oczywiste plusy starości, takie jak: darmowe przejazdy
środkami komunikacji miejskiej po całej aglomeracji śląskiej, czy dlatego, że
za niedługo łapię się na darmowe leki. Nie dlatego, że już nie muszę ciężko
pracować by dostawać emeryturę z ZUS. Nie dlatego, że nie muszę się uganiać za
spódniczkami, których właścicielki i tak patrzą na mnie pogardliwym wzrokiem.
Po prostu tak mnie oświecił pewien kaznodzieja i od razu mi się humor poprawił.
Otóż autorytatywnie stwierdził, że
porzekadło: „Co jak co, ale starość wybitnie się Bogu nie udała” nie ma racji
bytu, bo Panu Bogu wszystko się doskonale udaje, starości nie wyłączając. Bo
starość z punktu widzenia Bożej ekonomii jest po prostu genialna. Gdybyśmy cały
czas byli młodzi i piękni, czy zatroszczylibyśmy się o własne zbawienie? W młodości
nie za bardzo jest na to czas. Ale za to
ludzie na starość się nawracają, częściej przychodzą do kościoła, częściej
sięgają po różaniec, myślą co ich czeka po śmierci i pragną się do tego jak najlepiej
przygotować. I tu uwaga: sprzyja temu gorszy słuch, słabszy wzrok, trudność poruszania się,
choroby i cierpienie. Dzięki temu otrzymujemy nowe i świeże spojrzenia na
wieczność. Powinniśmy za to dziękować Panu Bogu, przyjmować w pokorze i z
wdzięcznością to nasze starzenie się w cierpieniu i stopniowe obumieranie. Tyle z pamięci, bo ten krzepki i silny wiekiem ks. Roman Kneblewski
produkuje się już tylko wideoklipami. Kto chce niech sobie obejrzy1.
Jak Bozię nie kocham, dla mnie taka pochwała starości graniczy z absurdem masochizmu.
Mnie z tym Bogiem, który obdarzył nas
doskonałą, cierpiętniczą starością, skojarzył się ciekawy, by nie napisać sensacyjny, artykuł w Dużym Formacie „Wyborczej”.
Pewna niewierząca pani często odwoziła kolegę z pracy do domu, bo i człowiek niewierzący, wbrew
pozorom miewa ludzkie odruchy. I ten jej kolega wręczył jej kiedyś kopertę.
Nie, nie taką, w której trefna kasa, czy nawet zwrot kosztów przejazdu. Tam
były święte obrazki i karteczka: „Codziennie odprawiamy 7 Mszy Świętych w
intencji [imię i nazwisko niewierzącej] prosząc o obfitość łask Bożych, dary
Ducha Świętego, łaskę zdrowia i opiekę Matki Najświętszej”2.
Wyjaśnię, ta Msza ma charakter wieczysty, parafrazując Owsiaka: odprawia się tę Mszę
świętą do końca świata i jeden dzień dłużej, czyli nawet po śmierci
niewierzącej. A wszystko za jednorazowe i marne 25 złotych polskich. Toż chyba miejsce
na cmentarzu kosztuje co łaska więcej. Codziennie w intencjach jest wymieniane
jej nazwisko i imię. To tak, jak ta starość w cierpieniu i bólu doskonała, której
już nie sposób cofnąć. Najśmieszniejsze, ha, ha, ha, jest to, że ta niewierząca
nie może tego odkręcić, ha, ha, ha. Ten jej wierzący kolega kasę wydał, i w przekonaniu świętości swojej intencji nie ma zamiaru zmienić raz powziętej decyzji.
Jak dla mnie to coś jest jak przemoc duchowa
wobec kogoś, kto tego sobie nie życzy, ale co ja, ateista, mogę na ten temat
wiedzieć...
Przypisy: