Ostatnio strasznie się naraziłem, tylko za
to, że ośmieliłem się skrytykować pewne kazanie oraz postawy związane z Wielkim
Postem. Doszło do tego, że jeden z moich adwersarzy zarzucił mi, że jestem tym,
który sieje zamęt wśród wierzących, że nienawidzę Kościoła i kleru. Po części ma
rację, bo i chcę siać zamęt i nie rozumiem tego kleru, który czyni z Kościoła
miejsce zabobonów (wiara w moc diabła), taniego blichtru, bezmyślnych formułek, czy wreszcie nienawiści
do wszystkiego, co nie ortodoksyjno-katolickie. Postaram się to wyjaśnić w kilku notkach.
Zapytano św. Jana Chrzciciela kim jest. Na
wszystkie propozycje odpowiadał „nie”, by w końcu wyjaśnić, że jest posłanym, aby
świadczyć o światłości [J 1, 8]. I tu warto się zastanowić, kim powinien być
wierny? Czy nie przypadkiem tym, który ma świadczyć o światłości? Rodzi się
pytanie, czym jest wobec tego owa światłość? Od tej chwili będę pisał tak,
jakbym był wierzącym. Otóż ową światłością jest oblicze Pana, Boga w Trójcy
Świętej jedynego, który nas stworzył na swoje podobieństwo. Czy wobec tego mamy
być ortodoksyjnymi, ponurymi i pruderyjnymi katolikami, którym przeszkadza
wszystko, co nie myśli tak jak my? W ten sposób malujemy obraz Boga strasznego,
okrutnego i zawistnego, który dał nam wolną wolę tylko po to, aby miał na kim
wylewać swoją żółć. Taki obraz malujemy swoim purytanizmem, choć nie mamy tego
świadomości. Tęsknimy za cierpieniem, szczególnie innych, pragniemy surowości
obyczajów, piętnowania niewiernych i za chwałą dla naszej „świętości” . Bo tylko
my wiemy, na czym ta świętość polega.
Wstępnym zdaniem liturgii (Laetare) na czwartą niedzielę Wielkiego
Postu są słowa: „Wesel
się, Jeruzalem! A wszyscy, którzy ją miłujecie, śpieszcie tu gromadnie.
Cieszcie się i weselcie, którzyście się smucili, radujcie się i nasyćcie się z
piersi pociechy waszej. Uradowałem się, gdy mi powiedziano : Pójdziemy do domu
Pańskiego wszyscy”. Ale czy można nakazać radość, cieszyć się na
rozkaz? Wróćmy na chwilę do postaci św. Jana. Był człowiekiem pustyni, nikomu
nie schlebiał, bywał wręcz nieprzyjemny: „Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem”
[Mt, 3, 7] – to do Saduceuszy i Faryzeuszy, którzy chcą przyjąć chrzest. Jak po
takich słowach mogli się radować? Jakże inaczej postępuje Jezus: „Zaprawdę,
powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa
niebieskiego” [Mt, 21, 31] Jezus nie mówi tu o grożącym sądzie i karze,
Królestwo jest według Niego przyjaznym domem Ojca, z otwartymi na oścież drzwiami,
nawet dla błądzących. Wszyscy są zapraszani na ucztę, poczynając od
grzeszników. Tak jak w przypowieści o synu marnotrawnym, Ojciec wita go otwartymi ramionami nie każąc nawet
mu się tłumaczyć. Teraz przypatrzmy się drugiemu, starszemu synowi ojca,
posłusznemu i trwającemu stale przy nim. Bał się wolności, nie stać go było na chwilę
radości z powrotu brata. Jeśli w naszych myślach nie otworzymy się najpierw na
przestrzeń dla radości i wolności, cokolwiek to znaczy, wówczas całe gadanie o
etyce katolickiej bardzo szybko staje się czymś ponurym i nieprzekonywującym. Bliżej
temu do faryzeizmu i formalizmu, czyli do tego, od czego Jezus chciał nas
uwolnić. Jeśli utracimy poczucie radości i wolności, wtedy z chrześcijaństwa
zostaje jedynie odpychająca innych niewolnicza moralność i
nienawiść do życia.
Radość jest umiejętnością spojrzenia z
oddali, z dystansem na wiele spraw. Trzeba posiąść umiejętność dostrzegania
rzeczy z pozbyciem się wielu ozdobników w życiu religijnym. Piękna jest
przyroda obserwowana z lekkiego oddalenia, ale gdy zaczniesz się skupiać na
szczegółach, dostrzeżesz robactwo, obumieranie i zgniliznę, a to w końcu stanie
się Twoim udziałem. Nie będziesz wolny i nigdy nie będziesz mógł się radować.
Jak myślisz, kto chichocze na widok bałwochwalstwa, ludzkiej, również
religijnej pychy, na widok pozłacanej, fałszywej aury? Kogo raduje
napiętnowanie niewiernych, albo tych niedoskonałych w stosunku do ortodoksji?
Kogo cieszy fałszywy blichtr bezmyślnych rytuałów i religijności na pokaz?
Wreszcie, kto ma ubaw z bigoterii? Prawdziwa radość nigdy nie jest
zbyt powierzchowna, ale też nie opiera się na nic nieznaczących szczegółach. Nie opiera się na nieszczęściu innych, szczególnie zaś tych,
którym nadgorliwi kaznodzieje gotują wieczne męki w piekle. Życie nie jest białym
domem z widokiem na ogród wiecznej szczęśliwości. Życiu nic nie dadzą pobożne
frazesy czy wyklepane formułki. Powinieneś je przeżyć we wszystkich aspektach, nie tylko w cierpieniu i ascezie. Masz też doznać prawdziwej radości, ta zaś nie rodzi się tylko z bólu. Ją poznasz jeśli żyjesz prawdziwie. Bez prawdziwego życia uśmiech będzie
tylko pustym grymasem na twarzy, sterowany podkładem śmiechu jak w serialowych komediach, mówiącym kiedy, jak głośno, i jak długo masz się śmiać.
Czy ktoś zna opowieść św. Franciszka o
prawdziwej radości? Otóż, według Niego nie jest nią nawrócenie wszystkich pogan
na wiarę za sprawą kazania, które wygłosił. Nie jest nią uzdrowienie wszystkich
chorych, czy wskrzeszenie umarłych. To moment, kiedy doznasz upokorzenia a i tak potrafisz się cieszyć, że
żyjesz. Taka prawdziwa radość to umiejętność przyjmowania tego, co trudne i przykre
bez zgrzytania zębami, nie z myślą o odwecie. Trzeba umieć powiedzieć „tak”
wobec całej rzeczywistości. Jeśli w ten sposób do niej podejdziemy, tylko wtedy
możemy powiedzieć, że naprawdę wierzymy, bo tę rzeczywistość, ze wszystkimi jej
felerami, stworzył Bóg.
(Od teraz, do następnej notki znów jestem ateistą. Ciąg dalszy nastąpi)
Na podstawie książki Tomàša Halika „Zacheuszu! 44
kazania o sensie życia”, Wydawnictwo WAM, 2015 rok. Całość, z wyjątkiem fragmentów
pisanych kursywą, ubrana we własne słowa.