Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radość. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 lutego 2018

Radość



  Ostatnio strasznie się naraziłem, tylko za to, że ośmieliłem się skrytykować pewne kazanie oraz postawy związane z Wielkim Postem. Doszło do tego, że jeden z moich adwersarzy zarzucił mi, że jestem tym, który sieje zamęt wśród wierzących, że nienawidzę Kościoła i kleru. Po części ma rację, bo i chcę siać zamęt i nie rozumiem tego kleru, który czyni z Kościoła miejsce zabobonów (wiara w moc diabła), taniego blichtru, bezmyślnych formułek, czy wreszcie nienawiści do wszystkiego, co nie ortodoksyjno-katolickie. Postaram się to wyjaśnić w kilku notkach.

  Zapytano św. Jana Chrzciciela kim jest. Na wszystkie propozycje odpowiadał „nie”, by w końcu wyjaśnić, że jest posłanym, aby świadczyć o światłości [J 1, 8]. I tu warto się zastanowić, kim powinien być wierny? Czy nie przypadkiem tym, który ma świadczyć o światłości? Rodzi się pytanie, czym jest wobec tego owa światłość? Od tej chwili będę pisał tak, jakbym był wierzącym. Otóż ową światłością jest oblicze Pana, Boga w Trójcy Świętej jedynego, który nas stworzył na swoje podobieństwo. Czy wobec tego mamy być ortodoksyjnymi, ponurymi i pruderyjnymi katolikami, którym przeszkadza wszystko, co nie myśli tak jak my? W ten sposób malujemy obraz Boga strasznego, okrutnego i zawistnego, który dał nam wolną wolę tylko po to, aby miał na kim wylewać swoją żółć. Taki obraz malujemy swoim purytanizmem, choć nie mamy tego świadomości. Tęsknimy za cierpieniem, szczególnie innych, pragniemy surowości obyczajów, piętnowania niewiernych i za chwałą dla naszej „świętości” . Bo tylko my wiemy, na czym ta świętość polega.

  Wstępnym zdaniem liturgii (Laetare) na czwartą niedzielę Wielkiego Postu są słowa: „Wesel się, Jeruzalem! A wszyscy, którzy ją miłujecie, śpieszcie tu gromadnie. Cieszcie się i weselcie, którzyście się smucili, radujcie się i nasyćcie się z piersi pociechy waszej. Uradowałem się, gdy mi powiedziano : Pójdziemy do domu Pańskiego wszyscy”. Ale czy można nakazać radość, cieszyć się na rozkaz? Wróćmy na chwilę do postaci św. Jana. Był człowiekiem pustyni, nikomu nie schlebiał, bywał wręcz nieprzyjemny: „Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem” [Mt, 3, 7] – to do Saduceuszy i Faryzeuszy, którzy chcą przyjąć chrzest. Jak po takich słowach mogli się radować? Jakże inaczej postępuje Jezus: „Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” [Mt, 21, 31] Jezus nie mówi tu o grożącym sądzie i karze, Królestwo jest według Niego przyjaznym domem Ojca, z otwartymi na oścież drzwiami, nawet dla błądzących. Wszyscy są zapraszani na ucztę, poczynając od grzeszników. Tak jak w przypowieści o synu marnotrawnym, Ojciec  wita go otwartymi ramionami nie każąc nawet mu się tłumaczyć. Teraz przypatrzmy się drugiemu, starszemu synowi ojca, posłusznemu i trwającemu stale przy nim. Bał się wolności, nie stać go było na chwilę radości z powrotu brata. Jeśli w naszych myślach nie otworzymy się najpierw na przestrzeń dla radości i wolności, cokolwiek to znaczy, wówczas całe gadanie o etyce katolickiej bardzo szybko staje się czymś ponurym i nieprzekonywującym. Bliżej temu do faryzeizmu i formalizmu, czyli do tego, od czego Jezus chciał nas uwolnić. Jeśli utracimy poczucie radości i wolności, wtedy z chrześcijaństwa zostaje jedynie odpychająca innych niewolnicza moralność i nienawiść do życia.

  Radość jest umiejętnością spojrzenia z oddali, z dystansem na wiele spraw. Trzeba posiąść umiejętność dostrzegania rzeczy z pozbyciem się wielu ozdobników w życiu religijnym. Piękna jest przyroda obserwowana z lekkiego oddalenia, ale gdy zaczniesz się skupiać na szczegółach, dostrzeżesz robactwo, obumieranie i zgniliznę, a to w końcu stanie się Twoim udziałem. Nie będziesz wolny i nigdy nie będziesz mógł się radować. Jak myślisz, kto chichocze na widok bałwochwalstwa, ludzkiej, również religijnej pychy, na widok pozłacanej, fałszywej aury? Kogo raduje napiętnowanie niewiernych, albo tych niedoskonałych w stosunku do ortodoksji? Kogo cieszy fałszywy blichtr bezmyślnych rytuałów i religijności na pokaz? Wreszcie, kto ma ubaw z bigoterii? Prawdziwa radość nigdy nie jest zbyt powierzchowna, ale też nie opiera się na nic nieznaczących szczegółach. Nie opiera się na nieszczęściu innych, szczególnie zaś tych, którym nadgorliwi kaznodzieje gotują wieczne męki w piekle. Życie nie jest białym domem z widokiem na ogród wiecznej szczęśliwości. Życiu nic nie dadzą pobożne frazesy czy wyklepane formułki. Powinieneś je przeżyć we wszystkich aspektach, nie tylko w cierpieniu i ascezie. Masz też doznać prawdziwej radości, ta zaś nie rodzi się tylko z bólu. Ją poznasz jeśli żyjesz prawdziwie. Bez prawdziwego życia uśmiech będzie tylko pustym grymasem na twarzy, sterowany podkładem śmiechu jak w serialowych komediach, mówiącym kiedy, jak głośno, i jak długo masz się śmiać.

  Czy ktoś zna opowieść św. Franciszka o prawdziwej radości? Otóż, według Niego nie jest nią nawrócenie wszystkich pogan na wiarę za sprawą kazania, które wygłosił. Nie jest nią uzdrowienie wszystkich chorych, czy wskrzeszenie umarłych. To moment, kiedy doznasz upokorzenia a i tak potrafisz się cieszyć, że żyjesz. Taka prawdziwa radość to umiejętność przyjmowania tego, co trudne i przykre bez zgrzytania zębami, nie z myślą o odwecie. Trzeba umieć powiedzieć „tak” wobec całej rzeczywistości. Jeśli w ten sposób do niej podejdziemy, tylko wtedy możemy powiedzieć, że naprawdę wierzymy, bo tę rzeczywistość, ze wszystkimi jej felerami, stworzył Bóg. 

(Od teraz, do następnej notki znów jestem ateistą. Ciąg dalszy nastąpi)


Na podstawie książki Tomàša Halika „Zacheuszu! 44 kazania o sensie życia”, Wydawnictwo WAM, 2015 rok. Całość, z wyjątkiem fragmentów pisanych kursywą, ubrana we własne słowa.