Ledwie
napisałem felieton przeciw potępianiu rozwodów, niemal jak na zawołanie pojawia
się temat ściśle z nim związany. Jest nim potępienie par żyjących na tak zwaną
„kocią łapę”, konkretnie bez sakramentalnego związku małżeńskiego, gdyż w myśl
nauk katechizmu, nawet małżeństwo zawarte tylko w Urzędzie Stanu Cywilnego,
jest związkiem grzesznym, ściślej – cudzołóstwem. Tu od razu wyjaśnię. Nie mnie
decydować o tym, jaka jest opinia Kościoła na temat wszystkich niesakramentalnych związków
partnerskich (mam na myśli związki heteroseksualne). Jeśli już, mam pretensje o
nasilanie ostracyzmu wobec takich związków.
Z własnego
doświadczenia wiem jak komunizm optował tylko za ślubami cywilnymi. To
przybrało wręcz karykaturalne formy propagandy, kiedy to w zastępstwie
uroczystej, kościelnej oprawy, proponowano młodym, za przykładem Związku
Radzieckiego, po ceremonii ślubnej przejazd pod pomnik Lenina, gdzie pani młoda
składała swoją ślubną wiązankę kwiatów. Naród polski był jednak zawsze
przekorny, poza nieliczną grupą dygnitarzy i komunistycznych ideologów, wszyscy
i tak brali śluby kościelne. Czy to na pewno było z przekory? Mam wątpliwości,
ale fakt pozostaje faktem. Niemniej od jakiegoś czasu, ściślej od czasów upadku komunizmu, mimo braku nacisków,
młodzi coraz częściej rezygnują z sakramentalnego związku. I tu wysunę śmiałą
tezę – winnym tego stanu rzeczy wydaje się być sam Kościół, choć nie sposób pominąć wpływu idei
sekularyzacji (nie mylić z liberalizmem, bo prawdziwemu liberalizmowi nic do
tego, kto w jaki sposób chce żyć w parach).
Za
inspirację do tej notki posłużył mi artykuł na portalu pch24.pl, zatytułowany
„Związek na kocią łapę? Nigdy!”1. Bogobojna babcia, podczas kolędy
wyznaje księdzu: „A cóż w tym złego,
skoro dziś tak wszyscy robią”. Argumentacja babci jest ze wszech miar
naiwną, i nie bójmy się słów – głupią – ale jej można to wybaczyć. Niemniej daje
księdzu oręż, z którego chętnie korzysta. Też naiwnie. Od niego można
wymagać już zdecydowanie bardziej szczegółowego rozeznania problemu. Takie
związki to nie jest „moda”, to prozaiczna praktyczność. Tymczasem ksiądz, Adam
Martyna, wytacza ciężkie działa już nie tylko wobec tych, którzy żyją w
niesakramentalnym związku, ale przede wszystkim wobec tych, którzy takie
związki tolerują (sic!): „Otóż, Kościół uczy, że
nie wystarczy tylko siebie pilnować, o sobie myśleć, tylko swoje zbawienie mieć
na względzie. Dlatego każdy, kto m.in. doradza popełnienie grzechu, nakazuje go
popełnić, milczy [podkreślenia moje],
gdy ktoś bliski popełnia grzech, nie
chce ukarać grzechu, kiedy może i powinien to zrobić, a nawet chwali grzech
bliźniego, dopuszcza się współudziału w grzechu innych, tym samym popełnia
grzech”. Tę tezę opiera na katechetycznych dziewięciu
grzechach cudzych2. Ja nie zamierzam negować tych grzechów, choć w
moim mniemaniu pozwalają na szereg manipulacji, mnie taka argumentacja po
prostu nie przekonuje. To prosta droga do krucjat i wspomnianego we wstępie
ostracyzmu. Zapytam z przekorą, co komu do tego jak ktoś żyje, jeśli nie
popełnia zbrodni?
Wspomniałem wyżej, że za taki stan rzeczy odpowiedzialny
jest również (a może przede wszystkim) sam Kościół. Niejednokrotnie
podkreślałem w swoich notkach, że moralność ewoluuje. Jedną z form owej
ewolucji jest stosunek do związków sakramentalnych. Nastały takie czasy, że owe
związki nie zawsze zdają egzamin. Nie dają też żadnej gwarancji, że związek
będzie przez cały czas swojego istnienia szczęśliwym, a jednocześnie strasznie
komplikuje sytuację, gdy ten się rozpada. Czy więc może dziwić, że pary
(młode i stare) uciekają od takiej formy związku? Szczególnie dlatego, że Kościół na nic innego nie pozwala. Jest po prostu niepraktyczny,
pachnie czasami dulszczyzną – dbaniem wyłącznie o pozory. A że tak właśnie się
dzieje, świadczy o tym skala rozwodów, w Polsce na dziś przekraczająca czterdzieści
procent zawieranych małżeństw. To faktycznie niezbyt chlubny wskaźnik, niemniej mówi on o tym, że małżeństwo, już nie tylko sakramentalne, ale jako związek
formalny, staje się przeżytkiem. Nie, nie wieszczę upadku małżeństwa, ani tym
bardziej sakramentalnego, choć śmiem twierdzić, że samo małżeństwo, jako
formalność, traci na znaczeniu. I nie pomoże tu straszenie wiecznym potępieniem
w piekle, czy mękami w czyśćcu nawet rodziców, krewnych i przyjaciół tych, co
żyją na kocią łapę, ba! paradoksalnie poszerza to grupę tak zwanych letnich
katolików, nieutożsamiających się z oficjalnym Kościołem. Nie widać sposobu na to, by owe czterdzieści procent rozwodników
miało rychło się zmniejszyć. Zamiast straszyć, lepiej byłoby wykazywać
plusy życia w związkach sakramentalnych, choć tych plusów jakby coraz mniej.
Niestety, Kościół na własne życzenie, nie ma innej alternatywy.
Może zamiast potępiać życie na kocią łapę, potęgować
ostracyzm, po prostu uznać je za istniejące, nadać im jakieś luźne formy prawne, bo
przecież de facto chodzi w tym
wszystkim o wspieranie się w życiu i o posiadanie potomstwa – kolejny problem, już
nie tylko z punktu widzenia chrześcijaństwa. Ale ten wymagałby innego, jeszcze
szerszego omówienia.
Przypisy:
1 - http://www.pch24.pl/zwiazek-na-kocia-lape--nigdy-,2188,i.html
2 - http://www.apostol.pl/wiara/maly-katechizm/grzechy-cudze
1 - http://www.pch24.pl/zwiazek-na-kocia-lape--nigdy-,2188,i.html
2 - http://www.apostol.pl/wiara/maly-katechizm/grzechy-cudze