Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki partnerskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą związki partnerskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 maja 2017

Na kocią łapę





  Ledwie napisałem felieton przeciw potępianiu rozwodów, niemal jak na zawołanie pojawia się temat ściśle z nim związany. Jest nim potępienie par żyjących na tak zwaną „kocią łapę”, konkretnie bez sakramentalnego związku małżeńskiego, gdyż w myśl nauk katechizmu, nawet małżeństwo zawarte tylko w Urzędzie Stanu Cywilnego, jest związkiem grzesznym, ściślej – cudzołóstwem. Tu od razu wyjaśnię. Nie mnie decydować o tym, jaka jest opinia Kościoła na temat wszystkich niesakramentalnych związków partnerskich (mam na myśli związki heteroseksualne). Jeśli już, mam pretensje o nasilanie ostracyzmu wobec takich związków.

  Z własnego doświadczenia wiem jak komunizm optował tylko za ślubami cywilnymi. To przybrało wręcz karykaturalne formy propagandy, kiedy to w zastępstwie uroczystej, kościelnej oprawy, proponowano młodym, za przykładem Związku Radzieckiego, po ceremonii ślubnej przejazd pod pomnik Lenina, gdzie pani młoda składała swoją ślubną wiązankę kwiatów. Naród polski był jednak zawsze przekorny, poza nieliczną grupą dygnitarzy i komunistycznych ideologów, wszyscy i tak brali śluby kościelne. Czy to na pewno było z przekory? Mam wątpliwości, ale fakt pozostaje faktem. Niemniej od jakiegoś czasu, ściślej od czasów upadku komunizmu, mimo braku nacisków, młodzi coraz częściej rezygnują z sakramentalnego związku. I tu wysunę śmiałą tezę – winnym tego stanu rzeczy wydaje się być sam Kościół, choć nie sposób pominąć wpływu idei sekularyzacji (nie mylić z liberalizmem, bo prawdziwemu liberalizmowi nic do tego, kto w jaki sposób chce żyć w parach).

  Za inspirację do tej notki posłużył mi artykuł na portalu pch24.pl, zatytułowany „Związek na kocią łapę? Nigdy!1. Bogobojna babcia, podczas kolędy wyznaje księdzu: „A cóż w tym złego, skoro dziś tak wszyscy robią”. Argumentacja babci jest ze wszech miar naiwną, i nie bójmy się słów – głupią – ale jej można to wybaczyć. Niemniej daje księdzu oręż, z którego chętnie korzysta. Też naiwnie. Od niego można wymagać już zdecydowanie bardziej szczegółowego rozeznania problemu. Takie związki to nie jest „moda”, to prozaiczna praktyczność. Tymczasem ksiądz, Adam Martyna, wytacza ciężkie działa już nie tylko wobec tych, którzy żyją w niesakramentalnym związku, ale przede wszystkim wobec tych, którzy takie związki tolerują (sic!): „Otóż, Kościół uczy, że nie wystarczy tylko siebie pilnować, o sobie myśleć, tylko swoje zbawienie mieć na względzie. Dlatego każdy, kto m.in. doradza popełnienie grzechu, nakazuje go popełnić, milczy [podkreślenia moje], gdy ktoś bliski popełnia grzech, nie chce ukarać grzechu, kiedy może i powinien to zrobić, a nawet chwali grzech bliźniego, dopuszcza się współudziału w grzechu innych, tym samym popełnia grzech”. Tę tezę opiera na katechetycznych dziewięciu grzechach cudzych2. Ja nie zamierzam negować tych grzechów, choć w moim mniemaniu pozwalają na szereg manipulacji, mnie taka argumentacja po prostu nie przekonuje. To prosta droga do krucjat i wspomnianego we wstępie ostracyzmu. Zapytam z przekorą, co komu do tego jak ktoś żyje, jeśli nie popełnia zbrodni?

  Wspomniałem wyżej, że za taki stan rzeczy odpowiedzialny jest również (a może przede wszystkim) sam Kościół. Niejednokrotnie podkreślałem w swoich notkach, że moralność ewoluuje. Jedną z form owej ewolucji jest stosunek do związków sakramentalnych. Nastały takie czasy, że owe związki nie zawsze zdają egzamin. Nie dają też żadnej gwarancji, że związek będzie przez cały czas swojego istnienia szczęśliwym, a jednocześnie strasznie komplikuje sytuację, gdy ten się rozpada. Czy więc może dziwić, że pary (młode i stare) uciekają od takiej formy związku? Szczególnie dlatego, że Kościół na nic innego nie pozwala. Jest po prostu niepraktyczny, pachnie czasami dulszczyzną – dbaniem wyłącznie o pozory. A że tak właśnie się dzieje, świadczy o tym skala rozwodów, w Polsce na dziś przekraczająca czterdzieści procent zawieranych małżeństw. To faktycznie niezbyt chlubny wskaźnik, niemniej mówi on o tym, że małżeństwo, już nie tylko sakramentalne, ale jako związek formalny, staje się przeżytkiem. Nie, nie wieszczę upadku małżeństwa, ani tym bardziej sakramentalnego, choć śmiem twierdzić, że samo małżeństwo, jako formalność, traci na znaczeniu. I nie pomoże tu straszenie wiecznym potępieniem w piekle, czy mękami w czyśćcu nawet rodziców, krewnych i przyjaciół tych, co żyją na kocią łapę, ba! paradoksalnie poszerza to grupę tak zwanych letnich katolików, nieutożsamiających się z oficjalnym Kościołem. Nie widać sposobu na to, by owe czterdzieści procent rozwodników miało rychło się zmniejszyć. Zamiast straszyć, lepiej byłoby wykazywać plusy życia w związkach sakramentalnych, choć tych plusów jakby coraz mniej. Niestety, Kościół na własne życzenie, nie ma innej alternatywy.

  Może zamiast potępiać życie na kocią łapę, potęgować ostracyzm, po prostu uznać je za istniejące, nadać im jakieś luźne formy prawne, bo przecież de facto chodzi w tym wszystkim o wspieranie się w życiu i o posiadanie potomstwa kolejny problem, już nie tylko z punktu widzenia chrześcijaństwa. Ale ten wymagałby innego, jeszcze szerszego omówienia.