niedziela, 17 grudnia 2017

Nienawidzę Kościoła




  Uspokoję, osobiście nie ma we mnie nienawiści, ba, uważam że ta Instytucja jest ze wszech miar potrzebna. Tylko, skoro to jest Instytucja, podlega jak każda inna krytyce, a ponieważ jest co krytykować, nie będę się krępował. W dodatku na zasadzie wet za wet, bo tenże Kościół krytykuje wszystkich innych, którzy do tego Kościoła nie należą. Czy krytyka jest objawem nienawiści? Gdyby tak było, to można by powiedzieć, że Kościół nienawidziłby również swoich wiernych, bo stale krytykuje poczynania swoich owieczek, jeśli tylko nie są zgodne z Jego zaleceniami.

  Okazuje się jednak, że Kościół nie może się obejść bez nienawiści... skierowanej na Niego (sic!) i tak naprawdę ta nienawiść jest Mu potrzebna. Powód jest o tyle prozaiczny, co kuriozalny: „Szukaj Kościoła, który jest znienawidzony przez świat, podobnie jak Chrystus był nienawidzony przez świat1. Ale do rzeczy. Na mojej ulubionej Frondzie, a dawno o niej nie pisałem, znalazł się artykuł zatytułowany: „Dlaczego świat nienawidzi Kościoła”2 a ja sarkastycznie odpowiem, że w myśl powyższego cytatu – ktoś musi(!), aby Kościół mógł istnieć i być potężny. Nieznany autor przedstawił sześć powodów, dla których Kościoła się nienawidzi. Przybliżę Czytelnikowi te powody, bo według mnie ciekawe.

1. Jest niezależny finansowo, ma masę pieniędzy i nie potrzebuje łaski państwa
Przyznam szczerze, że nie bardzo znam się na ekonomii, ale skoro Kościół nie jest instytucją-przedsiębiorstwem wytwarzającym materialne dobra, trudno zrozumieć tę samowystarczalność i niezależność finansową. Oficjalne dochody Kościoła to pewnie lekcje nauki religii w szkołach, kapelani we wszystkich organizacjach, a cała reszta to datki nie tylko na cele kościelne ile nawet sakramentalne „co łaska”, za posługi dla wiernych. Prawdę mówiąc ani mnie to ziębi, ani parzy, skąd Kościół ma pieniądze, ale jeśli ktoś pisze, że „nie potrzebuje łaski państwa” to mi się nóż w kieszeni otwiera. Przecież praktycznie całe imperium Kościoła (Rydzykowego zaś w szczególności), przynajmniej w Polsce, opiera się na dotacjach (aż chciałoby się napisać – daninach) państwowych, datki wiernych to tylko znikomy procent dochodów.

2. Trzyma się zasad wiary nie dając sobie narzucić przekonań
Autorowi chodzi o odporność Kościoła na ewolucję moralności i zasad wiary. Posłużę się kuriozalnym wręcz argumentem z tego punktu: „Kościół łączy obie te cechy [wiara i miłość – dopisek mój], przez co jest najgorszym wrogiem komunizmu, nazizmu, islamu, ateizmu, masonerii i w zasadzie każdego systemu opartego o wyzysk, nienawiść czy darwinizm społeczny”. Że sam jest wrogiem owych wymienionych systemów to prawda. Święta prawda, choć Kościół powinien miłować wszystkich. Oczywiście, w tym stwierdzeniu jest błąd redakcyjny, powinno być dodana przyimek „dla” po słowie „wrogiem”, ale widać autorowi to nie przeszkadza, że Kościół jest wrogiem wszystkich, którzy nie z nim. Oczywistym jest też, że Kościół powinien bronić swoich zasad, szczególnie tych moralnych. Mam jednak spore wątpliwości, ale to rzecz do przedyskutowania.

3. Integruje wierną ludność
Jest tu zabawny wręcz fragmnet: „Trudno jest uratować dziecko, które przez całe życie trzyma się złego towarzystwa, ponieważ wzorce jakie przejmuje, system przekonań ugruntowany przez lata powtarzania przez innych są na tyle silne, że konieczne jest przeprogramowanie właściwie każdego elementu w sposobie myślenia takiej osoby”. Innymi słowy temu przeprogramowaniu ma służyć religia, nawiasem mówiąc, silne narzędzie manipulacji i indoktrynacji młodego człowieka. I bądźmy szczerzy, wcale nie wolnej od zła, bo szerzącej strach przed rzekomym piekłem i poczucie wiecznej winy. W efekcie wiara zamiast integrować, skutkuje coraz większą skalą zjawiska zwanego sekularyzacją.

4. Jest cenzorem władzy
Tu już by się koń uśmiał. Owszem cenzoruje władzę świecką ale przy okazji stara mu się narzucić swoją moralność, niejednokrotnie bardzo wątpliwą. Szczególnie to widoczne w naszym kraju. Oto PiS, który dzięki Kościołowi dorwał się wreszcie do władzy, który hojnie sypie kasą Kościołowi Rydzykowemu  i nie tylko, jest dziś na cenzurowanym, bo nie wypełnia nadziei Kościoła na całkowity i bezwzględny zakaz aborcji oraz nie chce całkowicie zabronić antykoncepcji i metody in vitro. Aby było zabawniej, znów posłużę się cytatem, który mnie powalił: „(...) kierowaniu się niezłomnymi zasadami wiary i etyki chrześcijańskiej, która jest cudownie wypolerowanym brylantem światowej moralności, tak nieosiągalnym dla świeckiej filozofii”. Nie wiem dlaczego od razu mi się to kojarzy z pedofilią, homoseksualizmem czy brutalnymi metodami wychowawczymi, szczególnie w ośrodkach dla sierot. Jeśli do tego dodać krucjaty, inkwizycję, wojny religijne, koniunkturalizm – trudno o bardziej nieskazitelny brylant.

5. Ma własny aparat propagandy (ambonę)
Faktycznie, wszyscy wrogowie Kościoła mogą tej ambony pozazdrościć. Raczej mogli, bo ambona powoli odchodzi do lamusa. Nie pomnę gdzie, ale czytałem, że jakiś proboszcz wpadł na pomysł, aby na ambonie ustawić telebim (sic!)  Idzie nowe! Wprawdzie siła ambony jest wciąż wielka, ale mam wrażenie, że gdy w końcu wymrze pokolenie antyinterentowe, ambona przestanie być głównym aparatem propagandy. Kościół jest też tego świadomy, bo jak grzyby po deszczu wyrastają wciąż nowe witryny katolickie, ale tu już nie ma takiej siły rażenia.

6. Jest sterowany hierarchicznie
Przyznam uczciwie, to naprawdę jest solą w oku przeciwników Kościoła. W Kościele nie ma demokracji, która, też szczerze, nie zawsze zdaje egzamin. W każdej chwili może dopuścić do władzy między innymi systemy autorytarne, które cechuje hierarchiczność. Jest z tym jednak pewien dość znamienny szkopuł. Wprawdzie Jezus optował za nadrzędną władzą Boga, ale w gruncie rzeczy, optując za miłością, był demokratą. Inaczej, w sferze duchowej i wiary opowiadał się za monarchią, ale w życiu doczesnym wskazywał na główną zasadą demokracji  - wszyscy są sobie równi, Wprawdzie mówił: „Sługa nie jest większy od swego pana”, ale nie mówił, że jest mniejszy. Ba!, mówił też, że „Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie niewolnikiem waszymi” [Mt 20, 25-27].

  Mógłbym w tym miejscu posłużyć się fragmentem z jednego z komentarzy pod tym artykułem: „Kościół jest towarzystwem wzajemnej adoracji i organizacją mającą na celu kontrolę społeczeństwa, bo żeruje na ludzkiej naiwności”. Ale to nie do końca moja opinia. Bardziej jestem za tym, że dziś Kościół odszedł od prawdziwej wiary na rzec tragifarsy proponowanej przez kler, odklepywanych tekstów biblijnych, kładzenia nacisku na cuda i objawienia oraz strasznie apokalipsą. Przeciwstawienie niechęci do doktryny dziś propagowanej wiary, jako nienawiści do Kościoła – jest nieporozumieniem. Krytyka nie jest przejawem nienawiści.

środa, 13 grudnia 2017

Cenzura kobiecości



  „Jestem człowiekiem, nic, co ludzkie, nie jest mi obce” tak podobno pisał Terencjusz, choć jak się przypuszcza, użył tych słów w formie ironicznej. Mimo wszystko słowa stały się dość powszechne, a dziś niewielu pamięta kto i po co je powiedział, więc nabrały nowego, bardziej użytkowego sensu. Jest jedn szkopuł, religie, szczególnie te chrześcijańskie, mają z tym stwierdzeniem poważny problem. Niby jest ok, niby można mówić o wszystkim, a jednak są sfery, gdzie nie jest to tak klarowne.

  Katolicki portal Deon.pl opublikował artykuł „Maryja to kobieta. Jaka była naprawdę?”1, będący przedrukiem z jakiegoś amerykańskiego pisma, autorstwa Michael S. Neubeck, nauczyciela jezuickiego liceum Uniwersytetu Marquette w Milwaukee. Rzecz dotyczy niepokalanego poczęcia Matki boskiej i bezgrzeszności w jej doczesnym życiu. W końcu powiła syna jako panna i nikt z wierzących nie ma wątpliwości, że to poczęcie odbyło się bez grzechu związanego z seksualnością. Brzemienną była za sprawą Ducha Świętego. Ale ja nie o wyjątkowym, jak na rodzaj ludzki, dzieworództwie.  Ani mnie to parzy, ani ziębi, jeśli ktoś chce wierzyć w ten jedyny przypadek narodzin człowieka bez udziału mężczyzny w akcie miłosnego zespolenia. Bardziej zdumiewa mnie to przekonanie, że święta Rodzina, jest uznawana za świętą, dlatego, że do miłosnych igraszek między małżonkami nigdy podobno nie dochodziło. Nawet to, że Józef był stary, choć według mnie nie aż tak stary, aby był obojętny na wdzięki Maryi. A że Maryja była piękną i powabną kobietą, nie ulega wątpliwości. Tak ja wszyscy malują i tak ją chcą widzieć.

  Właśnie o to malowanie poszło, choć nie o te, z którymi mamy do czynienia na jarmarkach i odpustach, a i tam bywa przedstawiana jako piękna, i z pięknym biustem. Katolicki portal Deon.pl przedstawił trzy obrazy Maryi. Ja przedstawię tylko dwa, trzeciego nie będzie, gdyż wspomniany portal go usunął, o czym poniżej:

Alice Havers, 'A Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu' (Fot. Wikimedia Commons)

Dante Gabriel Rossetti "Zwiastowanie"


  Prawda, że piękne, szczególnie ten pierwszy, choć gusta bywają różne? Zapytam prowokacyjnie męską część moich Czytelników, choć odpowiedzi nie oczekuję, czy Ona nie jest powabna? Był też piękny obraz E. Muncha „Madonna”2, ale za sprawą zgorszonych katolików został z artykułu usunięty (sic!). Okazało się bowiem, że choć Matka boska była człowiekiem, nie ma prawa do człowieczeństwa ani kobiecości, przynajmniej w Polsce, przynajmniej w sztuce przez duże „S”, bo ważniejsza od kobiecości staje się obraza uczuć religijnych. Ja to wieszczyłem od początku powstania tego kuriozum, teraz mamy tego przykład. Matka boska nie ma prawa do bycia kobietą, jedynym jej prawem jest bycie matką z jednoznacznym wyzbyciem się prawa do bycia babcią. Ja wyznam, że mam pełen szacunek do pojęcia „świętej rodziny”, ale bądźmy szczerzy, ta dziwna świętość a priori wyklucza zwykłą ludzką rodzinę. Ani św. Józef nie pretenduje do miana ojca rodziny, ani Matka boska do roli prawdziwej żony, więc mierzi mnie, gdy daję się taką Rodzinę za przykład do naśladowania. Dodam też, że nie roszczę sobie żadnych pretensji do przedstawiania Matki bożej, nazwijmy to w intymnej sytuacji, ale jeśli się ktoś na to zdobył i ma taką artystyczną wizję, nie widzę żadnego problemu.

  Jeszcze bardziej niż E. Munch naraziła się pewna zakonnica ze zgromadzenia dominikanek, Lucia Caram, która zasugerowała, że Maryja po narodzinach Jezusa uprawiała seks z Józefem, gdyż odmawianie sobie czegoś, co zasługuje na błogosławieństwo jest nienormalne3. Księża nie chcą mówić o tajemnicach alkowy Matki boskiej, ale nie mają żadnych skrupułów żądać jej opisów w stosunku do normalnych rodzin, ba! stawiają małżonkom wymagania w temacie współżycia.
W Radiu Maryja padło dziwne pytanie: „Czy małżeński seks bez wchodzenia w kobietę jest grzechem?”. Okazało się, że i owszem, to grzech, i to ciężki (sic!) Jeśli Kościół uznaje, że Maryja była zawsze dziewicą, na temat czego nie powinno się polemizować, to mamy tutaj klasyczny przykład, że świętość wyklucza człowieczeństwo, więc nie rozumiem dlaczego ją się propaguje. Jeśli Święta Rodzina ma być świętą, nich sobie jest, tylko nie stawiajmy jej jako przykładu do naśladowania, bo ludzkość prędzej wymrze niż przez stosowanie wszelkiej dostępnej (i zakazanej) antykoncepcji i aborcji na życzenie razem wziętych.




piątek, 1 grudnia 2017

Doskonałość (z dedykacją dla Mirka)



  Wierzę w przypadki, choć nie wierzę w cuda. Tak się złożyło, że czytam dość interesującą książkę i jednocześnie na jednym z zaprzyjaźnionych blogów pojawia się w tym samym czasie notka, po części związana z treścią książki. Cudu jednak nie ma, bo moje zainteresowania literaturą pokrywają się z treścią zaprzyjaźnionego bloga. Prędzej, czy później, do takiej zbieżności musiało dojść.

  Pojawił się bowiem problem miłości i sprawiedliwości bożej oraz wolnej woli w kontekście dochodzenia do doskonałości. Tylko nikt mi nie chce wytłumaczyć czym ma być i na czym ma polegać ta doskonałość. Mój oponent twierdzi, że ma polegać na zbliżeniu się do doskonałości Boga, paradoksalnie takiej, której nikt nie ogarnia, której nikt nie może sprecyzować, ani nawet sobie jej wyobrazić. Jak w takim przypadku odnieść naszą doskonałość do tej niewiadomej? Nie znajdziemy jej nawet w Biblii, bo trzeba by wybierać między doskonałością Boga, który skazuje naród egipski na cierpienie z powodu zatwardziałości serca Faraona, które celowo czyni zatwardziałym tenże Bóg, a między Jezusem, synem tego Boga w Trójcy jednym, który umiera za nasze grzechy i obiecuje nam zbawienie, jeśli w taką wersję Jego śmierci uwierzymy. Jeśli nie, czeka nas wieczne potępienie.

  Darujmy sobie opowieści sprzed dwóch i więcej tysięcy lat, przyjrzyjmy się historii sprzed bez mała osiemdziesięciu, kiedy to w Auschwitz gnie w okrutny sposób kilka milionów niczemu niewinnych ludzi, dzieci nie wyłączając. Zazwyczaj odpowiada się, że Auschwitz było funkcją wolnej woli i lepiej, że Bóg nie stworzył nas marionetkami. Jest z tą wolną wolą pewien istotny szkopuł, trudno bowiem zrozumieć, dlaczego wolna wola Hitlera, Himmlera czy Goebbelsa była ważniejsza niż wolna wola niczemu niewinnych małych dzieci? Tego nie da się pogodzić z rzekomą sprawiedliwością i miłością Boga do ludzi. Czy na takiej doskonałości mamy wzorować naszą, ludzką? Ironicznie: kocham cię moja miła, ale nie zrobię nic, jeśli ktoś będzie chciał cię skrzywdzić. Masz wolną wolę i broń się sama, bo napastnicy też mają wolną wolę cię zgwałcić. Wiedz, że ja i tak będę cię kochał.
 
  Było kilka prób „usprawiedliwienia milczenia” Boga na tę straszną zbrodnię. Zacznijmy od tej wolnej woli, bo skoro ją nam dał, nie mógł się „wtrącać”. To jednak dowodzi, że ta wolna wola, w takim kontekście okazała się marnym wynalazkiem, przysparzając ludziom straszliwych cierpień. Jedną z najbardziej kuriozalnych prób wytłumaczenia braku reakcji Boga wymyślił niejaki William Craig (1949): „Jeśli wierzymy, jak ja wierzę, że łaska boska spływa także na tych, którzy umierają w wieku niemowlęcym lub jako małe dzieci, śmierć tych dzieci jest w gruncie rzeczy zbawieniem. Bóg nie wyrządza tym dzieciom zła, zabierając im życie1 (sic!) Cała niedorzeczność tego argumentu skutkuje tym, że my również nie popełnialibyśmy zła, mordując kogo popadnie. Śmierć naszych ofiar byłaby dla nich zbawieniem. Podobnie kuriozalne wytłumaczenie znalazł Alvin Planting „nieważne jak wiele zła, nieważne jak wiele grzechu i cierpienia zawiera nasz świat, całościowa ilość zła zawsze będzie mniejsza niż dobro wcielone i odkupione, i w ten sposób świat jest bardzo dobry2 (sic!) Jak to ujął św. Tomasz z Akwinu: „Bóg więc nie chce, by zło się działo, ani nie chce aby zło się nie działo, chce jednak dopuścić, by zło się działo, a to jest dobrem3. Cóż, należy żałować, że Planting i Craig nie mieli okazji tego pocieszenia przekazać prosto w oczy tym wszystkim, którzy byli gnani do komór gazowych.

  Bądźmy jednak sprawiedliwi, nie tylko chrześcijaństwo ma problem z Auschwitz. Richard Rubinstein, żydowski teolog, rabin, w książce „Po Oświęcimiu” pisze: „Jedynym wnioskiem, jaki bez pogwałcenia poczucia sprawiedliwości można wyciągnąć, jest ten, że teologią judaizmu pooświęcimskiego powinien być ateizm4. Bóg w Kabale jest przedstawiony jako nieskończone nic. Owa nicość ma dla człowieka ważne konsekwencje. Oznacza, że powinien sam kształtować swój los, nadawać światu sens i brać odpowiedzialność za własne czyny. Inny judaistyczny filozof, Emil Fackenheim uważa, że „na narodzie żydowskim po Auschwitz pozostaje obowiązek przetrwania. Boski system wartości jest podstawą protestu przeciw Bogu, właśnie dlatego, że pozwolił na to, co się stało5.

  Tylko w kontekście tego jednego tragicznego wydarzenia połowy XX wieku, problem doskonałości, już nie tyle boskiej, ile ludzkiej na ziemi, jest pojęciem kontrowersyjnym w odniesieniu do tej, zupełnie niepoznawalnej u Boga. Chyb, że uznamy, że to wydarzenie należy traktować w kategoriach realnych: „ludzie, ludziom zgotowali ten los”. Ale wtedy ta boska nieodgadniona doskonałość, nie jest nam do niczego potrzebna.


Przypisy:
1 – „Ateizm. Co każdy wiedzieć powinien”, Michael Ruse, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2016, str. 191;
2 – ibidem str. 192;
3 – ibidem str. 192
4 – za „Żydzi, wiara i życie”, Allan Unterman, Książka i Wiedza, Warszawa 2002, str. 92;
5 – ibidem str. 93