wtorek, 15 maja 2018

Czarująca bajka dla dorosłych



  Ja to mam szczęście. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cud, ale ja tam w cuda nie wierzę. Trafiłem bowiem na dwa artykuły, pozornie ze sobą nie powiązane i oba wprawiły mnie w zdumienie połączone z rozbawieniem, które dokładnie opisuje tytuł notki. Już wyjaśniam. Pierwszy dotyczy UFO, drugi cudów, i aby było śmiesznie, oba udowadniają mi, zresztą całkiem słusznie, że chyba jestem niespełna pobożnego rozumu. Jeszcze ciekawszym jest fakt, że nawet ten o UFO, jest opublikowany na portalu katolickim.

  Zacznę jednak od cudów. W artykule „Wiara w cuda – znak staroświeckości czy pobożności rozumnej”1. Jak się okazuje „aby posłuszeństwo naszej wiary pozostawało w zgodzie z rozumem, dla poparcia swego Objawienia Bóg raczył połączyć z wewnętrznymi pomocami Ducha Świętego zewnętrzne argumenty, którymi są dzieła Boże, przede wszystkim cuda i proroctwa”2, co swym autorytetem stwierdził Sobór Watykański I. Specjalnie uwypukliłem fragmenty tego zdania, bo mowa w nim o posłuszeństwie, z czego wynika fakt, że nie ważna jest autentyczność cudu, liczy się tylko uznanie go przez autorytet Kościoła. Lud wierny ma posłusznie przyjąć go za pewnik. To specjalnie nie dziwi, bo na tym Soborze przyjęto dogmat o nieomylności papieża w kwestiach wiary. Na tym też Soborze uchwalono jeszcze jeden kanon wiary: „Gdyby ktoś mówił, że cuda są niemożliwe, albo że na ich podstawie nie można w należyty sposób wykazać Bożego pochodzenia chrześcijańskiej religii – niech będzie wyklęty [podkreślenie moje]”3(sic!) Tylko to jakiś archaizm, bo o ile wiem, dziś wiara w cuda nie jest obowiązkowa. Dlaczego anonimowy autor powołuje się na ten Sobór, to pozostanie jego tajemnicą. Jedno ten artykuł wyjaśnia ponad wszelką wątpliwość: rozumna pobożność to nie to samo, co rozumne postrzeganie rzeczywistości.

  Drugi artykuł „Znaki z niebios – UFO po chrześcijańsku”4, jest z jednej strony ciekawszy, z drugiej, stanowczo za długi. Już sam tytuł sugeruje, że UFO to chrześcijańskie znaki, co wydawało mi się z początku li tylko alegorią, ale autor O. Serafin Rose, jest przekonany, że w takim rozumowaniu coś jest na rzeczy (sic!), i jak zwykle w takich przypadkach bywa, podpiera się badaniami amerykańskich uczonych... Przedstawia szczegółową historię zjawisk zwanych spotkaniami z UFO i to właśnie nudzi, bo tak naprawdę nikomu jeszcze nie udało się udowodnić pochodzenia ani prawdziwości tych obiektów sterowanych przez kosmitów. Na szczęście ten elaborat zawiera perełki, którymi warto się podzielić: „Bogactwo wiedzy zawartej w Biblii oraz w pismach Ojców Kościoła, a odnoszącej się właśnie do tej drugiej rzeczywistości [duchów - dopisek mój], daje chrześcijaninowi uprzywilejowaną pozycję i wyjątkową możliwość, by móc ocenić te nowe hipotezy oraz samo zjawisko UFO w ogóle”5. Jak pragnę zdrowia – na to bym nie wpadł! Ja już kiedyś pisałem, że przez naukę, w ścisłym tego słowa znaczeniu, Bóg musi oddawać swoje pole, uciekać w coraz bardziej zakryte zakamarki, ale żeby uciekać na latające talerze?! Ale uprzedzę, na szczęście nie o Boga tu chodzi. Wszystkiemu ma być winna literatura science fiction. Skoro bowiem w tej literaturze jest jakiś duch (twórczy autorów), jaki problem połączyć go z innymi duchami? Uczciwie muszę przyznać, że autor uznaje science fiction za najlepsze świadectwo zagubienia tradycyjnych wartości religijnych ze wskazaniem na chrześcijańskie. Ale do rzeczy. Po obszernej i nudnej analizie przypadków spotkań z UFO dowiadujemy się, że błędnie przypisuje się je kosmitom. „Czy stoi za nimi rzeczywisty kontakt z „gośćmi z kosmosu”, czy też jest to wymuszone przez „ducha czasów” objaśnienie kontaktów zupełnie innego rodzaju?”6. To całkiem na serio postawione pytanie zwaliło mnie z nóg. No, może nie z nóg, a z fotela.

  Powoli wyjaśnia się, że w tych UFO to nie kosmici a – demony! Rzekłbym: szatan idzie, nomen omen, z duchem czasów. Choć znów oddam O. S. Rose, te bliskie spotkania od pierwszego do trzeciego stopnia, nie dzieją się naprawdę w realnym świecie, to tylko trzystopniowy rodzaj opętania... W tym miejscu, bo myślę, że wszyscy znają mój stosunek do takiej formy religijności, pominę milczeniem dalszą część artykułu. Kto chce niech sam przeczyta, niektórzy pewnie uwierzą, bo tam jest niezliczona ilość tych amerykańskich uczonych. Już tylko jedno nazwisko i opinia: niejaki Philip Klass przekonał się, że „idea cudownych statków kosmicznych z dalekich planet jest w gruncie rzeczy czarującą bajką dla dorosłych”7. Ja się pod tym stwierdzeniem podpisuję, ale dodałbym od siebie, że tym samym jest wiara w cuda i demony...





piątek, 11 maja 2018

Single i singielki wszystkich krajów – łączcie się!



  Tej mniej więcej treści komentarz palnąłem na blogu Królowej Karo, zadeklarowanej singielki, i wcale nie miałem na myśli łączenia się w związki małżeński. Rocznicę urodzin twórcy komunizmu mamy w maju (będę o tym pisał na blogu Zrzędy) i tak się to hasło w mojej łepetynie urodziło. Nie ma w tym poparciu instytucji singli, singielek zaś w szczególności, żadnych podtekstów. Za stary jestem by ten trend wykorzystać dla własnych i niecnych zachcianek. Żal tylko tyłek ściska, że to zjawisko nie przypadło na czasy mojej młodości. Uległy na niewieście wdzięki byłem strasznie, a pęd niewiast do zawierania związków małżeńskich – jeszcze straszniejszy. I tak, znając dziś swoje usposobienie na wylot, mogę napisać, że zostałem złowiony w sidła moralności, potępiającej stare panny i starych kawalerów. A szkoda...

  O narracji potępiającej zgniły Zachód i wieszczej upadek Europy, po oderwaniu się od chrześcijańskich korzeni, można pisać na wiele sposobów, dziś przeważa straszenie Armagedonem ze wskazaniem na unicestwienie rasy europejskiej i zalaniem Europy przez islam. Do tego upadek obyczajów i szerzenie się zarazy gender. A ja Wam powiem, ze to brednie na miarę tych o zastępach diabłów, które mają już czelność kusić i deprawować nawet najbardziej gorliwych wierzących, ich pasterzy nie wyłączając. Najprostszy przykład zakłamania takiej narracji o końcu Europy to... Mało kto wie, że w tej jeszcze katolickiej Polsce, co czwarte dziecko pochodzi z „nieprawego łoża”. Ten archaizm użyłem celowo, dla nadania suspensu, dziś powszechnie używa się określenie „nieślubne dziecko”, co też jest w jakiś sposób określeniem, jeśli nie obelżywym, to na pewno o zabarwienie pejoratywnym. A takie instytucje jak konserwatywny rząd, i jeszcze bardziej konserwatywny Kościół biją na alarm, że dzietność spada, więc dwoją się i troją, aby te małżeństwa do rodzenia dzieci zapędzić kijem i marchewką. Bądźmy szczerzy - bezskutecznie. Przecież gdyby nie te „nieślubne dzieci” sytuacja byłaby jeszcze bardziej tragiczna. Pomyśleć, w takiej Szwecji już pięćdziesiąt procent dzieci rodzi się w nieformalnych układach damsko-męskich. I może to dziwne, ale Szwecja jeszcze nie upadła! A tak, raz na jakiś czas, wielce rzadki, czytam o jakichś incydentach, z naszego, polskiego podwórka uważanych za amoralne – ale to są incydenty i wcale nie jest ich więcej niż w naszym, na wskroś prawidłowo moralnym kraju.  I o dziwo, rodzice niepełnosprawnych Szwedów nie okupują szwedzkiego parlamentu. Nie mają powodów.

  Ok, ta Szwecja to pewnie nie taki raj, jakby się mogło wydawać. Europa Zachodnia też, tylko jakoś nie widać na horyzoncie fali uchodźców (nie tylko muzułmańskich) szturmujących granice naszej ukochanej i moralnej Polski. Ale za to pojawia się grupa ludzi, warto zaznaczyć, że młodych, którzy chcą zerwać ze stereotypem rodziny, jako wartości nadrzędnej, która to wartość staje się wręcz narzędziem w rękach dzisiejszych ideologów do zdeprecjonowania jednostki. Bo samodzielną jednostką trudno jest „zarządzać” odgórnie, ona ma zdecydowanie mniej do stracenia niż gdyby była uzależniona od rodziny. Choć w innej formie, przeżywaliśmy taką rewolucję obyczajową ma przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wtedy też był bunt przeciw stereotypom, choć w jakiś sposób spaczony przez eksplozję seksu czy narkomanii. I ja chylę głowę przed dzisiejszymi singlowymi buntownikami. Są zdecydowanie bardziej odpowiedzialni, daleko mniej podatni na szał zbzikowanych idoli. Dbają nie tylko o w miarę wygodne życie, ile o własny status społeczny i materialny, któremu właściwie trudno cokolwiek zarzucić. Nie jest to łatwe, gdy inni wciąż kierują do nich pozornie niewinne pytania o to, czy jest już narzeczony/-a, kiedy ślub, kiedy potomek, czy najbardziej brutalne: kiedy się wreszcie ustatkujesz? Nie jest to łatwe, gdy większości nie mieści się w głowie, że można żyć na własny rachunek, że można decydować z kim i kiedy chce się iść do łóżka, a z kim tylko na kawę, czy do kina, i nie zawsze jest to jedna i ta sama osoba. Nie do pomyślenia jest fakt, że ktoś może kochać kota, a jednocześnie nie ma się ochoty tłoczyć  w przedpokoju z innym człowiekiem, dzielić sraczykiem lub łazienką. Jak to tak można poddawać się spokojowi przymilnego mruczenia Mruczka, a jednocześnie nie godzić się na gderanie, a nawet wrzaski partnera/-ki, gdy dopadają ich „muchy w nosie”. A już najbardziej niezrozumiałym jest, gdy singielka zarabia wystarczająco dużo na swoje utrzymanie i mieszkanie, choć jej zarobki i tak są mniejsze niżby osiągnął facet na tym samym stanowisku. U singla mniej to drażni, ale za to można mu zarzucić, że nie chce się dzielić. Jak amen w pacierzu, odbiło im na punkcie własnego „ego”, bo to „ego” to wciąż prawdziwy diabeł wcielony. W nas wciąż tkwi pragnienie poddaństwa graniczącego z niewolnictwem, zarówno w kwestii bycia panem jak i poddanym.

  Nie wyrokuję końca rodziny ani tym bardziej kresu dla takich wartości jak społeczność akceptowana na różnych płaszczyznach. Śmiem jednak twierdzić, że grupa ludzi, dla których te wartości nie stanowią sensu życia, które nie są potrzebami, za które warto cierpieć, ustabilizuje się na znacznym, niedającym się zbagatelizować poziomie. I choć jeszcze długo będzie im grozić pewien rodzaj społecznego ostracyzmu, trzeba się będzie z nimi nie tylko pogodzić, ale ich za ten ostracyzm przeprosić. W tym miejscu pewnie mogę się spodziewać argumentu o samotności na starość. Od razu odpowiem: dziś, mimo że żyjemy w kraju sakramentalnych małżeństw, ludzi samotnych, i to nie tylko z przyczyn losowych, jest na kopy. Nie brak ich nawet w podobno szczęśliwych rodzinach. Kolejki do psychiatrów i psychoterapeutów, ludzi z problemami depresji wynikłej z takiej samotności, są nie mniejsze niż do innych specjalistów, a terapia nie kończy się na jednej wizycie. Single mają w tej materii zdecydowaną przewagę, oni kochają niezależność, oni potrafią kochać sami siebie, czego w rodzinie nie da się tak łatwo nauczyć, a na starość jest już za późno na taką naukę.

  Jeszcze raz sobie napiszę: „single i singielki wszystkich krajów – łączcie się!”. Ja wam kibicuję...



wtorek, 8 maja 2018

Himalaje kontra Beskid Niski


  W ostatniej notce, w komentarzach wynikł problem miłości z uwypukleniem problemu z jej definicją. Niby wszyscy wiemy o co chodzi, ale gdyby przyszło do sprecyzowania tego uczucia każdy natknie się na poważne przeszkody. Spokojnie, nie będę tu pisał doktoratu na ten temat. Kiedyś sobie zapamiętałem cytat Tadeusza Konwickiego: „Miłość? Jeszcze jeden nałóg z młodości, ryzykowna gra, oszałamiające stany nieważkości”, i przyznam się w sekrecie, to jest to, do czego mi najbliżej. Uważam jednak, że nie ma żadnego powodu, aby jej, miłości znaczenie wyolbrzymiać. W filmie „Adwokat diabla” jest takie stwierdzenie: „Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady”, a ja też lubię czekoladę...

  Pewnie mało kto wie, że samo słowo miłość w języku słowiańskim pochodzi od słowa „litość”, co niejako uzasadnia twierdzenie, że zakochani tak naprawdę tylko na litość zasługują. Jakkolwiek ją opisywać, zawsze niesie ze sobą jakiś pierwiastek cierpienia psychicznego, a ci zakochani dobrowolnie się w to cierpienie pchają. Niepokój, obawy, nieprzespane noce (nie mam na myśli tylko seksu) a do tego ciągły stres, by obiektu miłości do siebie nie zrazić, by tenże obiekt nie uległ urokowi innych, o strasznych konsekwencjach tego uczucia nie wspomnę. Jednak wspomnę. Wiążą się teoretycznie na całe życie nie mając gwarancji, czy motyle w brzuchu nie przeminą (taka uroda motyli, że szybko przemijają) i najczęściej biorą na barki ciężki obowiązek wychowywania i utrzymania potomstwa, nie bez przyczyny nazwanymi owocami miłości. Owoce mają to do siebie, ze albo je ktoś w końcu zrywa, gdy dojrzeją, albo spadają, przy czym owo spadanie można kojarzyć z synonimowym „spieprzają”. Jak dobrze pójdzie, miłość zmieni się w przyzwyczajenie, które niewiele się będzie różnić od takich jak popołudniowa drzemka, czy poranna kawa przed obowiązkami dnia codziennego. Nawet sakramentalne „kocham cię” bardziej będzie miało charakter przyzwyczajenia niż wyrazem naszych uczuć. Może owe „myszko”, „zajączku”, „misiaczku”, „kwiatuszku”, „słoneczko” i wiele innych podobnych nie zniknie z naszej mowy, ale trudno będzie w nich znaleźć jakąkolwiek czułość. Ogólnie zwykło się to nazywać prozą życia i nie będzie miało charakteru prozy harlekinów, raczej chodzi o prozę nudnych dramatów, których zakończenie jest do przewidzenia, i raczej bez związku z oklepanym frazesem „i żyli długo i szczęśliwie”.

  Można by zapytać, po cholerę nam to uczucie? Dostałby człowiek żonę/męża z przydziału, efekt finalny może być ten sam- czyli owo przyzwyczajenie. Ba!, ale czym byłoby to prozaiczne życie bez tych chwil romantycznych uniesień, cudownych wzlotów i żałosnych upadków, bez tych motyli w brzuch? Po prostu poeci, literaci, scenarzyści nie mieliby o czym pisać a kompozytorzy tworzyć pięknych utworów. A mimo to są tacy, którzy w te krótkie, romantyczne chwile wpychają nam Boga, przez co, jeszcze bardziej nas dołują. Ów Bóg ma nam uświadomić, że nasza miłość jest cieniutka jak najcieńsza folia, zdolna tylko odbić tę absolutną miłość boską. Pozwolę sobie na ciekawy cytat: „Mamy kochać siebie nawzajem tak jak Syn Boga ukochał nas. A On ukochał nas tak jak Jego Ojciec. (...)  Czy możemy w miłości równać się z Bogiem? Przecież to są Himalaje, a my nieraz mamy kłopot z wejściem na szczyt Beskidów. Często nie potrafimy nawet pokochać człowieka na miarę ludzką, a cóż dopiero jak Bóg. (...) Z pewnością nigdy nie osiągniemy takie pułapu miłości. O to możemy być całkowicie spokojni”1. Tu się przyznam do pewnej manipulacji, kontekst tych zdań jest nieco inny. W gruncie rzeczy chodzi w tej wypowiedzi o to, aby nas uspokoić. Bóg podobno aż takiej miłości od nas nie wymaga (sic!) Ale na Boga!, czy my chcemy kochać wybrankę/wybranka jak Bóg ukochał swego Syna, jak On nas, czy jak zwykły mężczyzna zwykłą kobietę i na odwrót?! Coś się chyba komuś kompletnie pomieszało...

  Po lekturze artykułu, z którego pochodzi ów cytat, zastanawiam się czy człowiek bez Boga chrześcijańskiego, i nie mam na myśli tylko ateistów, jest w ogóle zdolny do miłości? Bo jak się dowiedziałem „(...) między miłością Boga a miłością do bliźniego istnieje taki przepływ, że jedna żyje i działa, i okazuje się skuteczna tylko poprzez tę drugą”2, przy czym owa partykuła „tylko” ma tu istotne znaczenie. Nawet jeśli przyjąć, jak to mi tłumaczyła moja blogowa przyjaciółka, Ania, że Bóg kocha nawet tych ateistów i niewiernych, to przecież oni już niekoniecznie kochają Boga. Jest też inny problem, kochając na maksa partnera/-kę, na pewno myślimy o miłości boskiej? Mnie się to akurat kojarzy ze zdradą. Są w tym artykule jeszcze dwa, znamienne zdania: „Przyjęte przez Boga okruchy ludzkiej miłości nie ujmują niczego z Jego potęgi i doskonałości. Przeciwnie, w ten sposób jeszcze bardziej je uwypuklają”3. Cały czas się zastanawiam, co ten człowiek złego zrobił teologom, że z takim uporem deprecjonują wszystko to, co ludzkie? Ok, w akapicie powyżej sam stroję sobie żarty z miłości, ale po pierwsze, nie jestem teologiem, po drugie, nikomu nie narzucam takiego widzenia miłości. Tymczasem oni, świadomi z jakim trudem przychodzi nam się wspinać na szczyty Beskidów w poszukiwaniu ludzkiej miłości, piętrzą nieustannie Himalaje boskiego absolutyzmu i mówią, że to tam powinniśmy się wspinać, mając za sprzęt tylko modlitwę. Jest gorzej, zdecydowanie gorzej, gdy czytam: „Nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”4. Tak tylko mimochodem dodam, że wraz ze śmiercią kończy się definitywnie przyjaźń (tak samo jak miłość). Nie grozi nam przecież zmartwychwstanie po trzech dniach, jak Jezusowi. On był w zdecydowanie uprzywilejowanej pozycji, należałoby się więc zastanowić, dlaczego stawiał ludziom takie wymagania?

  Na zakończenie, pozornie bez związku, o pewnym, w mojej ocenie śmiesznym wydarzeniu, choć z drugiej strony wręcz tragicznym. Podobno znany niemiecki zakonnik, Anselm Grün, nie bardzo wiadomo dlaczego nazwany ojcem, zawierzył Bogu i zagrał na giełdzie majątkiem opactwa benedyktynów. Przegrał, bagatelka, (do)słownie: dziesięć milionów euro (sic!)5. Już wobec tego przypadku, a praktyka pokazuje wiele innych, byłbym bardziej niż ostrożny w powierzeniu naszej, ludzkiej miłości opiece Stwórcy.