Kościół katolicki nie ma ostatnio dobrej
passy. Najbardziej wstrząsnęły Nim afery pedofilskie, homoseksualne oraz
biznesowe. I kiedy wydawało się, że papież Franciszek jest na najlepszej drodze
do poprawy tego wizerunku wychodzi na jawa prawdziwie kontrowersyjna postać
Marciala Maciela i jego Legionu Chrystusowego. Nie sposób było dłużej udawać,
że nic się nie stało, ot, taki sobie wypadek przy pracy... pracy duszpasterskiej.
Mnie jednak w papieżu Franciszku razi
zupełnie coś innego. Próbuje pudrować twarz Kościoła kanonizacjami na świętych.
Za jego pontyfikatu pobito rekord – 898 nowych świętych Kościoła katolickiego.
Nawet Jan Paweł II mu nie dorównuje z 482 świętymi (beatyfikował 1343 świeckich
i duchownych, w czym prym wciąż jednak dzierży). Właściwie trudno powiedzieć, czy to dużo, czy
mało, ze względu na ilość katolików w ogóle. Biorąc jednak pod uwagę warunki
jakie taki święty musi spełnić, dodajmy – koniecznie i tylko po śmierci, wychodzi na to, że
jednak dużo. To dwa udokumentowane cuda na jednego świętego. 1796 cudów (!) w
siedem lat, tego nawet sam Jezus za ziemskiego życia nie dokonał. Ok, bądźmy
sprawiedliwi, to nie święci cudów dokonują, to za ich wstawiennictwem te cuda
się dzieją, ale tym bardziej owo po śmierci, czyli w roli truposza i tak jest cudem
nad cudami, bo za życia tego nie potrafili (wyjątek to chyba słynny o. Pio i
ten, jak mu tam, Bashobora, czy jakoś tak, co to umarłych wskrzeszał, a chorym przywraca zdrowie).
I tu trudno nie oprzeć się wrażeniu, że owe cuda
produkuje się już taśmowo, a przy takiej produkcji trafiają się buble, jeśli
nie wszystkie są bublami. Coś jak produkcja pralek z krótkim okresem gwarancji,
po której wiadomo, że na pewno się zepsuje. Aby to zobrazować ja tylko o jednej świętej i jej dwóch cudach, za to nie byle kogo, bo
samej Matki Teresy z Kalkuty. W 2002 roku Watykan uznał za cud uzdrowienie „guza”
w brzuchu niejakiej Moniki Besry. Cud dokonał się za sprawą medalika z
wizerunkiem tej zakonnicy. Uzdrowiona wyznała, że z medalika wyszedł promień
światła i usunął tego guza. I święte oficjum od takich cudów uwierzyło, mimo
zapewnień lekarza miejscowego szpitala, że to wynik ich leczenia i lekarstw
jakie „cudownie uzdrowiona” brała. W roli „adwokata diabła” występował sam Christopher
Hitchens, ale jemu nie uwierzono, że Matka Teresa była po prostu oszustką i hochsztaplerką.
Potrzebny był cud, więc jest cud. Dziś Monika Besry wiesza przysłowiowe psy na siostrzyczkach z Misjonarek
Miłosierdzia, bo gdy tylko cud uznano, całkowicie o niej zapomniano, wiedzie
się jej strasznie i..., i żadnego cudu się już nie spodziewa. Drugi cud, ten
już kanonizacyjny za sprawą Matki Teresy, a raczej jej medalika, też jest
delikatnie mówiąc kontrowersyjny, bo rzecz w tym, że chorego wozi się tysiące kilometrów do katolickich szpitali mimo, że o krok są świeckie, nawet lepiej wyposażone. Żona wkłada mu pod poduszkę medalik i na drugi dzień pacjent nawet nie pamięta, że był chory. Aż się chce zapytać: a dla kogo ten kit?
Ja Kościoła z tarapatów nie wyleczę, nawet nie mam
pomysłów, niemniej wydaje mi się, że żadna z obranych do tej pory metod nie
będzie skuteczna. Ani agresja skierowana na innych, jako wrogów Kościoła, ani
fałszywe bicie się w piersi za pedofilię, ani tym bardziej lukrowato-cukierkowe
mnożenie świętych i cudów nie pomoże. I chyba również wynoszenia
Maryi, Matki Bożej do rangi czwartego Boga, co owocuje szerzeniem się kultu
maryjnego, na niewiele się zda. Cudów nie ma. Nie pomoże nawet coroczne liczenie wiernych przez wiernych. Ale to już jakby inny temat.
