Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cuda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cuda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2020

Przypudrowana twarz Kościoła


  Kościół katolicki nie ma ostatnio dobrej passy. Najbardziej wstrząsnęły Nim afery pedofilskie, homoseksualne oraz biznesowe. I kiedy wydawało się, że papież Franciszek jest na najlepszej drodze do poprawy tego wizerunku wychodzi na jawa prawdziwie kontrowersyjna postać Marciala Maciela i jego Legionu Chrystusowego. Nie sposób było dłużej udawać, że nic się nie stało, ot, taki sobie wypadek przy pracy... pracy duszpasterskiej.

  Mnie jednak w papieżu Franciszku razi zupełnie coś innego. Próbuje pudrować twarz Kościoła kanonizacjami na świętych. Za jego pontyfikatu pobito rekord – 898 nowych świętych Kościoła katolickiego. Nawet Jan Paweł II mu nie dorównuje z 482 świętymi (beatyfikował 1343 świeckich i duchownych, w czym prym wciąż jednak dzierży).  Właściwie trudno powiedzieć, czy to dużo, czy mało, ze względu na ilość katolików w ogóle. Biorąc jednak pod uwagę warunki jakie taki święty musi spełnić, dodajmy – koniecznie i tylko po śmierci, wychodzi na to, że jednak dużo. To dwa udokumentowane cuda na jednego świętego. 1796 cudów (!) w siedem lat, tego nawet sam Jezus za ziemskiego życia nie dokonał. Ok, bądźmy sprawiedliwi, to nie święci cudów dokonują, to za ich wstawiennictwem te cuda się dzieją, ale tym bardziej owo po śmierci, czyli w roli truposza i tak jest cudem nad cudami, bo za życia tego nie potrafili (wyjątek to chyba słynny o. Pio i ten, jak mu tam, Bashobora, czy jakoś tak, co to umarłych wskrzeszał, a chorym przywraca zdrowie).

  I tu trudno nie oprzeć się wrażeniu, że owe cuda produkuje się już taśmowo, a przy takiej produkcji trafiają się buble, jeśli nie wszystkie są bublami. Coś jak produkcja pralek z krótkim okresem gwarancji, po której wiadomo, że na pewno się zepsuje. Aby to zobrazować ja tylko  o jednej świętej i jej dwóch cudach, za to nie byle kogo, bo samej Matki Teresy z Kalkuty. W 2002 roku Watykan uznał za cud uzdrowienie „guza” w brzuchu niejakiej Moniki Besry. Cud dokonał się za sprawą medalika z wizerunkiem tej zakonnicy. Uzdrowiona wyznała, że z medalika wyszedł promień światła i usunął tego guza. I święte oficjum od takich cudów uwierzyło, mimo zapewnień lekarza miejscowego szpitala, że to wynik ich leczenia i lekarstw jakie „cudownie uzdrowiona” brała. W roli „adwokata diabła” występował sam Christopher Hitchens, ale jemu nie uwierzono, że Matka Teresa była po prostu oszustką i hochsztaplerką. Potrzebny był cud, więc jest cud. Dziś Monika Besry wiesza przysłowiowe psy na siostrzyczkach z Misjonarek Miłosierdzia, bo gdy tylko cud uznano, całkowicie o niej zapomniano, wiedzie się jej strasznie i..., i żadnego cudu się już nie spodziewa. Drugi cud, ten już kanonizacyjny za sprawą Matki Teresy, a raczej jej medalika, też jest delikatnie mówiąc kontrowersyjny, bo rzecz w tym, że chorego wozi się tysiące kilometrów do katolickich szpitali mimo, że o krok są świeckie, nawet lepiej wyposażone. Żona wkłada mu pod poduszkę medalik i na drugi dzień pacjent nawet nie pamięta, że był chory. Aż się chce zapytać: a dla kogo ten kit?

  Ja Kościoła z tarapatów nie wyleczę, nawet nie mam pomysłów, niemniej wydaje mi się, że żadna z obranych do tej pory metod nie będzie skuteczna. Ani agresja skierowana na innych, jako wrogów Kościoła, ani fałszywe bicie się w piersi za pedofilię, ani tym bardziej lukrowato-cukierkowe mnożenie świętych i cudów nie pomoże. I chyba również wynoszenia Maryi, Matki Bożej do rangi czwartego Boga, co owocuje szerzeniem się kultu maryjnego, na niewiele się zda. Cudów nie ma. Nie pomoże nawet coroczne liczenie wiernych przez wiernych. Ale to już jakby inny temat.



wtorek, 15 maja 2018

Czarująca bajka dla dorosłych



  Ja to mam szczęście. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cud, ale ja tam w cuda nie wierzę. Trafiłem bowiem na dwa artykuły, pozornie ze sobą nie powiązane i oba wprawiły mnie w zdumienie połączone z rozbawieniem, które dokładnie opisuje tytuł notki. Już wyjaśniam. Pierwszy dotyczy UFO, drugi cudów, i aby było śmiesznie, oba udowadniają mi, zresztą całkiem słusznie, że chyba jestem niespełna pobożnego rozumu. Jeszcze ciekawszym jest fakt, że nawet ten o UFO, jest opublikowany na portalu katolickim.

  Zacznę jednak od cudów. W artykule „Wiara w cuda – znak staroświeckości czy pobożności rozumnej”1. Jak się okazuje „aby posłuszeństwo naszej wiary pozostawało w zgodzie z rozumem, dla poparcia swego Objawienia Bóg raczył połączyć z wewnętrznymi pomocami Ducha Świętego zewnętrzne argumenty, którymi są dzieła Boże, przede wszystkim cuda i proroctwa2, co swym autorytetem stwierdził Sobór Watykański I. Specjalnie uwypukliłem fragmenty tego zdania, bo mowa w nim o posłuszeństwie, z czego wynika fakt, że nie ważna jest autentyczność cudu, liczy się tylko uznanie go przez autorytet Kościoła. Lud wierny ma posłusznie przyjąć go za pewnik. To specjalnie nie dziwi, bo na tym Soborze przyjęto dogmat o nieomylności papieża w kwestiach wiary. Na tym też Soborze uchwalono jeszcze jeden kanon wiary: „Gdyby ktoś mówił, że cuda są niemożliwe, albo że na ich podstawie nie można w należyty sposób wykazać Bożego pochodzenia chrześcijańskiej religii – niech będzie wyklęty [podkreślenie moje]3(sic!) Tylko to jakiś archaizm, bo o ile wiem, dziś wiara w cuda nie jest obowiązkowa. Dlaczego anonimowy autor powołuje się na ten Sobór, to pozostanie jego tajemnicą. Jedno ten artykuł wyjaśnia ponad wszelką wątpliwość: rozumna pobożność to nie to samo, co rozumne postrzeganie rzeczywistości.

  Drugi artykuł „Znaki z niebios – UFO po chrześcijańsku”4, jest z jednej strony ciekawszy, z drugiej, stanowczo za długi. Już sam tytuł sugeruje, że UFO to chrześcijańskie znaki, co wydawało mi się z początku li tylko alegorią, ale autor O. Serafin Rose, jest przekonany, że w takim rozumowaniu coś jest na rzeczy (sic!), i jak zwykle w takich przypadkach bywa, podpiera się badaniami amerykańskich uczonych... Przedstawia szczegółową historię zjawisk zwanych spotkaniami z UFO i to właśnie nudzi, bo tak naprawdę nikomu jeszcze nie udało się udowodnić pochodzenia ani prawdziwości tych obiektów sterowanych przez kosmitów. Na szczęście ten elaborat zawiera perełki, którymi warto się podzielić: „Bogactwo wiedzy zawartej w Biblii oraz w pismach Ojców Kościoła, a odnoszącej się właśnie do tej drugiej rzeczywistości [duchów - dopisek mój], daje chrześcijaninowi uprzywilejowaną pozycję i wyjątkową możliwość, by móc ocenić te nowe hipotezy oraz samo zjawisko UFO w ogóle5. Jak pragnę zdrowia – na to bym nie wpadł! Ja już kiedyś pisałem, że przez naukę, w ścisłym tego słowa znaczeniu, Bóg musi oddawać swoje pole, uciekać w coraz bardziej zakryte zakamarki, ale żeby uciekać na latające talerze?! Ale uprzedzę, na szczęście nie o Boga tu chodzi. Wszystkiemu ma być winna literatura science fiction. Skoro bowiem w tej literaturze jest jakiś duch (twórczy autorów), jaki problem połączyć go z innymi duchami? Uczciwie muszę przyznać, że autor uznaje science fiction za najlepsze świadectwo zagubienia tradycyjnych wartości religijnych ze wskazaniem na chrześcijańskie. Ale do rzeczy. Po obszernej i nudnej analizie przypadków spotkań z UFO dowiadujemy się, że błędnie przypisuje się je kosmitom. „Czy stoi za nimi rzeczywisty kontakt z „gośćmi z kosmosu”, czy też jest to wymuszone przez „ducha czasów” objaśnienie kontaktów zupełnie innego rodzaju?6. To całkiem na serio postawione pytanie zwaliło mnie z nóg. No, może nie z nóg, a z fotela.

  Powoli wyjaśnia się, że w tych UFO to nie kosmici a – demony! Rzekłbym: szatan idzie, nomen omen, z duchem czasów. Choć znów oddam O. S. Rose, te bliskie spotkania od pierwszego do trzeciego stopnia, nie dzieją się naprawdę w realnym świecie, to tylko trzystopniowy rodzaj opętania... W tym miejscu, bo myślę, że wszyscy znają mój stosunek do takiej formy religijności, pominę milczeniem dalszą część artykułu. Kto chce niech sam przeczyta, niektórzy pewnie uwierzą, bo tam jest niezliczona ilość tych amerykańskich uczonych. Już tylko jedno nazwisko i opinia: niejaki Philip Klass przekonał się, że „idea cudownych statków kosmicznych z dalekich planet jest w gruncie rzeczy czarującą bajką dla dorosłych7. Ja się pod tym stwierdzeniem podpisuję, ale dodałbym od siebie, że tym samym jest wiara w cuda i demony...





poniedziałek, 10 lipca 2017

Wartości religijne



  Wstęp lekko nie na temat, ale nie mogę się powstrzymać. Na nowym portalu Terlikowskich małydziennik.pl jest informacja o prawdziwym cudzie1 sprzed ledwie kilku dni. Wprawdzie dotyczy Donalda Trumpa, ale twierdzę, że on jednak bardziej pasuje do Andrzeja Dudy, którego częściej widzimy i słyszymy, jak powierza się Bogu, i co mnie już martwi, powierza Mu również mnie, jako obywatela tego kraju. Za dowód tego cudu niech posłuży zdjęcie chmur podczas przemówienia tego pierwszego z prezydentów na placu Krasińskich. Tego znaku nie sposób zbagatelizować...



  Dlaczego bardziej opowiadam się za tym, że ten znak dotyczy naszego Prezydenta? Trump ledwie nas opuścił, od razu udał się na dwugodzinną rozmowę z prawdziwym diabłem, który nazywa się równie szpetnie jak mój nick – Putin. Na domiar złego, w Hamburgu rozpętało się piekło na ziemi, a jak wszem i wobec wiadomo, to miejsce przebywania diabłów. Zresztą o czym tu dywagować, skoro dwa dni po cudzie Pan Prezydent wystosował do pielgrzymów Radia Maryja jakże święte orędzie: „Jestem przekonany, że Polacy potrzebują zjednoczenia wokół fundamentalnych wartości patriotycznych, etycznych, społecznych, religijnych2. Chodzi o wersję Radio-Maryjnego pojmowania patriotyzmu, etyki i społeczeństwa i tego właściwie nie trzeba tłumaczyć. Patriotyzm to walka z obcymi, etyka to walka z rozwodnikami (o tym była również homilia ks. Rydzyka), a to społeczeństwo jest święte tylko z moherowymi beretami na głowie. Jednak najbardziej kontrowersyjne są te wartości religijne. Te trudno sprecyzować w odniesieniu do ostatnich afer homoseksualnych w samym Watykanie i polskim Kościele. Dla chcącego nic trudnego, wystarczy poszukać.

  Znalazłem na stronie Prawdamaznaczenie.org3. Dowiedziałem się, że podstawową wartością religijną jest absencja od pożądliwości, co ma się w zdecydowanej sprzeczności do wspomnianych skandali obyczajowych. Jak można wnioskować z tekstu, Bóg specjalnie wydał nas na pastwę żądz, byśmy mogli wykazać się jedną z najważniejszych wartości religijnych, czyli pełną wstrzemięźliwością. Potwierdza to przypowieść o pierwszych rodzicach: „Widać ich głupotę po zgrzeszeniu, kiedy zaczęli chować się przed Panem Bogiem. Ich żądza ciała, (...) doprowadziła ich do grzechu, a w rezultacie do głupoty. (...) Zostali za karę nie tylko wygnani z raju, ale ponadto Pan Bóg zapowiedział Ewie rodzenie dzieci w bólach i podporządkowanie się Adamowi”.  Innymi słowy, gdyby nie ten grzech Adama i Ewy – ludzkość ograniczałaby się do ich dwojga. Żyliby długo i szczęśliwie, choć z tą szczęśliwością mam problem... Być z kobietą sam na sam i nic z tego, żadne tam bara-bara, figo-fago? Jest jednak gorzej, zdecydowanie gorzej. Św. Paweł w liście do Kolosan pisał: „Zadajcie więc śmierć temu, co przyziemne w członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, bo ona jest bałwochwalstwem” [Kol 3, 6]. Czy tu już mowa o kastracji?

  Inną wartością religijną jest drewno. Tak, tak, to nie pomyłka. „Drewno służy człowiekowi na opał, część z niego bierze na ogrzewanie, część, aby rozpalić ogień i upiec chleb, na koniec z reszty wykonuje boga [krzyż – dopisek mój], przed którym pada na twarz, tworzy rzeźbę, przed którą bije pokłony”. I tu powstaje problem, którego nie mogę rozwikłać. Bo trudno orzec, czy złe jest pieczenie chleba, czy robienie z drewna krzyży lub rzeźb świętych? W dalszym tekście jest mowa o bożkach (stąd bóg z małej litery), a to jest już naganne, ściślej, wszystkie rzeźby z drewna to zło straszliwe (sic!) Aby nie być gołosłownym: „Taki się nie zastanawia; nie ma wiedzy ani zrozumienia, żeby sobie powiedzieć: Jedną połowę spaliłem w ogniu, nawet chleb  upiekłem  na rozżarzonych węglach, i upiekłem mięso, które zjadam, a z reszty zrobię rzecz obrzydliwą” [Iza 44, 9-20]. A większość krzyży w kościołach jest z drewna... Prorok Izajasz miał również powiedzieć: „Wszyscy rzeźbiarze bożków są niczym, dzieła ich ulubione na nic się nie zdadzą; ich czciciele sami nie widzą, ani nie zdają sobie sprawy, że się okrywają hańbą”.

  Jeszcze jedna wartość religijna: „Pan Bóg przestrzegał wielokrotnie przed mieszaniem się ras i narodów”. I to jest już w pełni zgodne z linią obecnie nam panującej partii, oraz z tym, co propaguje nasz pan Prezydent. Choć i tu mam wątpliwości, bo jego żona, Agata, ma dwuczłonowe nazwisko, a jeden z tych członów brzmi dość dziwnie. Na domiar wszystkiego św. Paweł, na którego autor dość często się powołuje, był jak najbardziej za mieszaniem krwi, bez czego chrześcijaństwo nigdy by nie zaistniało.

  Kilka razy przestudiowałem ten tekst o wartościach religijnych i... będę szczery, nie pozbyłem się żadnych wątpliwości. Ale z tego tekstu wynika jasno, że Bóg pokarał mnie głupotą, jak wszystkich tych, którzy w Niego nie wierzą.


sobota, 1 kwietnia 2017

Bóg cię kocha (zawsze)



  Czasami nawet mnie przeraża mój sceptycyzm. Nawet nie wiem skąd się wziął, bo ani nie wypiłem go z mlekiem matki, ani ojciec nie przekazał mi go w genach – oboje byli wierzącymi. Mogłem przez pewien czas zwalać winę na indoktrynację komunizmu, ideologię ze wszech miar materialistyczną, problem w tym, że wtedy byłem wierzącym i długo jeszcze po czasach edukacji. Dziś tylko mogę przypuszczać, że to za sprawą opisów cudów, którymi karmiono mnie obficie. I jak to z takim karmieniem bywa, po prostu dostałem niestrawności.

  Jest gorzej, bo wciąż próbuje się mnie nimi karmić, już nawet pod przymusem, jak to ma miejsce z objawieniami fatimskimi, którymi musiał się zająć nasz parlament. Ale ja nie o tym cudzie, choć będzie miał związek. Ostatnio natrafiłem na opis kolejnego cudu, choć ten ma już siedemdziesiąt dwa lata, ale z tymi cudami jest jak z winem, im starsze tym lepsze. Opisuje go na portalu Fronda.pl1 niejaki Adam Górski, jako cudowne ocalenie księży po wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. Podobno znaleźli się ledwie kilometr od epicentrum wybuchu i według wszelkich znaków na niebie i ziemi – powinni wyparować. Mało, że nie wyparowali to jeszcze nie doznali żadnych, podkreślam, żadnych obrażeń, o chorobie popromiennej nie wspominając. Miało to potwierdzać ponad dwieście badań lekarskich (sic!), jakimi byli poddawani przez trzydzieści lat! Sceptyków i tak nie brakowało, ale autor ma na to wyjaśnienie – dla Boga wszystko jest możliwe.

  A. Górski próbuje nam wyjaśnić przyczyny tego cudu. Otóż, tych ośmiu księży było ściśle związanych ze wspólnotą, która była szczególnie oddana Matce Boskiej Fatimskiej. I wszystko jasne! Ten cud w Hiroszimie jest konsekwencją innego, cudu w Fatimie. Tylko mnie jakoś dziwnie się zrobiło, bo mniej więcej w tym samym czasie czytam o tragedii matki, która rodziła w świebodzińskim szpitalu przez czternaście godzin dziecko, które natychmiast zmarło. Bóg uratował ośmiu księży jezuitów, pozwalając umrzeć kilkudziesięciu tysiącom mieszkańców Hiroszimy, a nawet jednemu, jeszcze niczemu niewinnemu dziecku2. W tym miejscu przypomina mi się często powtarzana fraza z lekcji religii: „niezbadane są wyroki boskie”, lub inne: „wiara czyni cuda”. W kontekście pierwszego stwierdzenia, wszystko okazuje się możliwe. W kontekście drugiego, jasna jest śmierć niemowlaka. On jeszcze nie wierzył.
Przypomniała mi się wypowiedź Karla Poppera3, który wysunął tezę, że: „(...) demokracja miedzy nauką a nienauką polega na tym, że jedynie ta pierwsza jest autentycznie falsyfikowalna3. Weźmy dla przykładu: taki naukowiec zajmujący się medycyną przewiduje, że konkretny objaw choroby przynosi odpowiedni skutek. Jeśli nie przyniesie, znaczy, że się pomylił. Tymczasem mądry kaznodzieja, szczególnie ten, który głosi cuda, w ogóle w takie dywagacje nie wchodzi. Jeśli masz raka i wyzdrowiejesz to znaczy, ze Bóg cię kocha i cię oszczędził. Nic to, że rękoma lekarzy i za ich sprawą. Jeśli jednak mając tego samego raka nie wyzdrowiejesz i umrzesz – okazuje się, że Bóg cię kocha i..., wezwał cię do Siebie. W obu przypadkach Bóg wygrywa (sic!)

  Próbowałem sobie wyjaśnić jakoś ten cud z Hiroszimy. Znalazłem kilka opisów tego wydarzenia, na zupełnie innych portalach, najczęściej na blogach, które opisują tę historię jata w jotę, i co warto zauważyć, są to portale i blogi tylko katolickie. Już sam ten fakt powinien wzbudzić ostrożność, tym bardziej, że różnią się one... ilością ocalałych zakonników. Okazuje się, że ten ich kościół wcale nie ustrzegł się zniszczeń, a owi zakonnicy zostali przysypani gruzem, który ochronił ich przed promieniowaniem i efektem cieplnym wybuchu. I nie prawdą jest, że nic im się nie stało, wszyscy byli ranni (od walących się murów) a dwóch z nich jednak zapadło na chorobę popromienną. Nie byli też jedynymi ocalałymi, bo na terenie bliżej epicentrum przeżyło około czterystu pięćdziesięciu Japończyków. Pozwolę sobie zacytować jeden komentarz: „Właśnie jestem w Hiroszimie. Historia opisana na tej stronie to bajka. Zapraszam do muzeum bomby atomowej, kustosz wystawy a także osoby które przeżyły, byłyby zdziwione, gdyby usłyszały jakie bzdury są wypisywane [o tym cudzie – dopisek mój]4.

  Cóż, stać mnie tylko na jedną puentę – Bóg cię kocha, szczególnie wtedy, gdy uwierzysz w cuda, nawet jeśli mocno naciągane.