poniedziałek, 10 września 2018

Piękny jest ten świat (?)



  Po stronie zalet zapisuję sobie niepoprawny optymizm, który łączę ze specyficznym poczuciem humoru, nieodłączny mi realizm, będący niejako w opozycji do optymizmu i asertywny egoizm. Po stronie wad widzę upartość, nadmierny krytycyzm połączony ze sceptycyzmem, wstręt do hipokryzji, bez którego pewnie byłoby mi dużo łatwiej oraz umiejętność skrywania emocji pod płaszczykiem ironii. To ze zrozumiałych względów jest ocena w pełni subiektywna, ale mimo większej ilości wad, a pewnie i moje przymioty zostanę przez innych za takie uznane – bardzo siebie lubię.

  Nie bez kozery maluję ten portret, jako przykład obiektu wewnętrznie dość sprzecznego w samym sobie. Rzecz w tym, że nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak to pobieżnie widzimy. To jest dość charakterystyczne w sytuacji, gdy poznajemy kogoś do tej pory obcego, a w naszej świadomości, niemal machinalnie tworzymy sobie jego wizerunek – od skrajnej niechęci po zauroczenie – nie mając ku temu żadnych przesłanek. Napiszę tak, mając świadomość prawdopodobnej fałszywości takiej pierwszej oceny i tak z reguły jej ulegamy. Jest dobrze, jeśli pozostawiamy sobie margines na zmianę tej opinii, wszak nie wygląd zewnętrzny świadczy o wnętrzu człowieka. I choć zakładam, że mogę się mylić, przypuszczam, że większość ludzi tak ma, to znaczy, nie potrafi uciec od pierwszego wrażenia i jest w stanie je zweryfikować pod wpływem bliższego poznania. Dobrze, jeśli to działa w obie strony, to znaczy, potrafimy zmienić zarówno negatywne ale i pozytywne wrażenie. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że paradoksalnie znacznie trudniej zweryfikować to drugie, o czym świadczy dość powszechna cecha jaką jest naiwność. Po prostu konsekwencje fałszywego zauroczenia, pozytywnej oceny bliźniego, bywają zdecydowanie tragiczniejsze, choć to być może za dużo powiedziane.
  
  Wreszcie mogę przejść do sedna. Skoro wyłuszczyłem dlaczego pierwsze wrażenie nie jest tym, na czym powinniśmy opierać opinię o drugim człowieku, warto zadać pytanie: a jak oceniać pierwsze wrażenie wszystkiego innego poza człowiekiem? W ciągu kilku ostatnich dni dopadł mnie kilka razy „argument z piękna” w kontekście mojego sceptycznego stosunku do wiary i religii. Nie sądzę, aby był użyty celowo po to, aby mnie do wiary przekonać, ot, taki argumencik na tezę, że wszystko co nas otacza jest tak piękne, że aż niemożliwe, aby stało się przez przypadek. Trzeba być prawdziwym artystą (Bogiem), aby nadać temu wszystkiemu harmonię i piękno. Przez przypadek (huragan) na złomowisku (chaosie) nie powstanie piękny i sprawny do lotu samolot (skomplikowany i żywy organizm). To prawda. Na pewno nie na złomowisku i nie z przyczyny nawet kilkudniowego huraganu. Ale wystarczy odrobina wyobraźni zarówno co do materii i właściwości wszechświata, jak i do czasu jego trwania, oraz powolności procesów tworzenia – a wtedy wszystko jest możliwe, nawet powstanie samoświadomości. Problem tylko w tym, że nie potrafimy sobie tych wielkości i mechanizmów przypadku wyobrazić. Paradoksalnie nie stanowi dla nas żadnego problemu wyobrazić sobie niematerialnego a sprawczego Boga.

  Wróćmy jednak do tego piękna jakie nas otacza. Napiszę tak: trzeba być zupełnie bezkrytycznym, nie mieć w sobie szczypty sceptycyzmu, trzeba być hura-optymistą, a dodatkowo na wpół ślepym, aby w otaczającej nas rzeczywistości widzieć samo piękno i harmonię. Tym bardziej, że pojęcie piękna jest daleko płynne i różnorodne. Wprawdzie nie skłamię, jeśli powiem, że moja najbliższa okolica jest piękna – lasy, łąki, zagajniki, leniwie płynąc Warta – a jednak tylko w tedy, jeśli patrzę na to piękno z pewnej perspektywy. Spróbujcie je dotknąć. Te piękne trawy to również pokrzywy, oset i inne zielone paskudztwo przylepiające się do spodni. Trzeba też uważać, aby nie wdepnąć w krowie łajno. A jeśli do tego dodać pajęczyny, gąsienica wszelkiej maści i małego potwora, zwanego kleszczem… Wejdź w zagajnik a dostaniesz gałązkami krzewów po pysku i dobrze jak ci oka nie wybije. Usiądź nad Wartą rozmarzony, a dopadną cię komary i inne gryzące muszyska. Sama Warta jest piękna, ale spróbuj się w niej wykąpać. Krokodyli tam wprawdzie nie ma, ale i tak wizyta u dermatologa cię nie ominie. Lepiej jest w lesie. Mało co gryzie ale będziesz oblepiony pajęczynami, a za kołnierzem będziesz transportował kilogramy igliwia... A przecież to tylko piękno w skali mikro.

  W sakli makro jest jeszcze gorzej. Mówi się, że ta nasza planeta jest najpiękniejsza ze znanych. Jako sceptyk określiłbym ją jako najmniej niebezpieczną dla życia i zdrowia. Na innych natychmiast cię zabije, na Ziemi, przez przypadek masz szanse uniknąć skutków trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów, powodzi na skutek ulewnych deszczów, albo wycieńczenia z powodu suszy. Przy odrobinie szczęścia (przypadku) nie zabije cię huragan czy trąba powietrzna, nie padniesz ofiarą chorób zakaźnych, nie ukąsi cię jadowity wąż lub pająk, nie rozszarpią wilki, nie pogryzie wściekły pies, itd., itp. Ba!, jak będziesz miał szczęście, nie zabije cię terrorysta, pijany kierowca czy inny żądny krwi i pieniędzy bandyta. Masz szczęście, że przez przypadek za twojego życia nie wybuchła wojna, choć możesz się ciągle przerażony zastanawiać, czy przypadkiem jakiś populistyczny wariat nie naciśnie guzik, który to sprowadzi totalną zagładę. A wybuch tej bombki ma w sobie niewypowiedziane i urzekające piękno. Patrzysz i podziwiasz:  jaki piękny grzyb...

  Stop Asmo! Stop, bo twoi Czytelnicy popadną w masową depresję. Jakby na to nie patrzeć, na swój sposób ten świat jest rzeczywiście piękny, ale pod warunkiem, że nikt ci nie będzie wmawiał, że jest cudowny dziełem stworzenia. Ukształtował się tak, jak się ukształtował, ze straszliwymi felerami, ale masz szansę w nim na chwilę zaistnieć, bo życie ma to do siebie, że kończy się śmiercią. To człowiecze życie dało nam marzenia, dla niektórych są to marzenia o szczęśliwej wieczności i nie wolno ich nikomu odbierać. Choć z drugiej strony rodzi się pytanie: czy wolno je innym wciskać na siłę?


sobota, 8 września 2018

UFO-nici i panspermia


  Wreszcie dopadli ateistów. Może zabrzmi to sarkastycznie, ale pewna publicystka udowodniła, że ateiści nie są lepsi od wierzących. Ba!, można wysnuć niepodważalny wniosek (bez obrazy), że są tak samo głupi (sic!) Okazało się bowiem, że część ateistów jest UFO-nitami, co niekoniecznie wiąże się z wiarą w istnienie niezidentyfikowanych obiektów latających. Ta ostatnia opcja charakteryzuje UFO-nickich ortodoksów. By być określonym jako członek tej nowej religii, wystarczy wierzyć w istnienie życia poza naszą planetą. I tu już pierwsza dziwna kwestia, ilu katolików też w to wierzy?

  Do grupy zwykłych UFO-nitów zaliczono takie tuzy nauki jak: Stephen Hawking - astrofizyk, Richard Dawkins – biolog, sir Francis Crick – współodkrywca DNA oraz całe rzesze pomniejszych. Ich wiara opiera się na złożeniu, że gdzieś we Wszechświecie istnieje życie podobne do naszego i być może powstało w dziwny sposób, tak samo jak i nasze – przez panspermię – kosmiczną spermę, którą nie należy mylić ze spermą ludzi i zwierząt na ziemi. Coś jak sperma rafy koralowej, wydalanej bezładnie w bezkresny ocean. Przypadkowo trafi na odpowiednie jajeczko to je zapłodni. Więc jeśli ta kosmiczna sperma, niesiona pyłem gwiezdnym trafi na odpowiednią planetę, tam powstaje życie. Hipoteza dość śmiała, choć prawdopodobna, to jednak nieudowodniona. Tylko proszę nie zapominać, że póki co, to tylko hipoteza, czyli nawet nie teoria.

  Tę hipotezę, Maria Patynowska przyrównuje do wiary w Boga jako stwórcę życia na ziemi, strzelając sobie sama w stopę. Stwierdza bowiem zdziwiona, że UFO-nici nie mają problemu z tą panspermią, ale już w żadnym razie nie chcą uwierzyć w Boga jako inicjatora życia, czego, wg niej, nie da się udowodnić w obu przypadkach (sic!) I tu by trzeba wreszcie wyjaśnić jaka jest różnica między hipotezą a wiarą. Hipoteza to pomysł na wyjaśnienie czegoś, który wcale nie musi być prawdziwy, wiara to taki sam pomysł tyle, że uznany za niepodważalny dogmat Prawdy, któremu towarzyszy religia ze swą obrzędowością. To prawie tak samo jak z tym często spotykanym stwierdzeniem: „niewiara jest również wiarą”, które samo w sobie zawiera sprzeczność, gdyż niewiara jest antonimem wiary i z automatu zaprzecza drugiemu podmiotowi zdania. Tak na marginesie, gdyby ta panspermia miała prawo istnieć w naszej świadomości od zarania dziejów ludzkości, ileż problemów ta ludzkość by uniknęła... Ludzie nie szukaliby Boga stwórcy życia.

  Patynowska ewidentnie z UFO-nitami sobie nie radzi, skoro pisze tak: „(...) kiedy ludzie widzą niezidentyfikowany obiekt latający na niebie (...)” (sic!). Czyżby na pewno widzieli? Ale nawet gdyby, mieliby mocniejsze podstawy wierzyć w życie pozaziemskie niż wierni w Boga, którego nie widzą i nie zobaczą. Podobnie jest ze sprawą literatury science-fiction (w wolnym tłumaczeniu naukowo-fikcyjna), której autorka przypisuje takie samo oddziaływanie na ludzi, jak... Biblia. A w jej odczuciu jest to oddziaływanie pejoratywne. Tyle, że czytelnik biorący taką literaturę do ręki wie, że to fikcja, wierzący, takie same treści zwarte w Biblii, uznają za prawdziwe. Gdybym wszem i wobec głosił, że Biblia to tylko mity-fiction, pewnie musiałbym odpowiadać za obrazę uczuć religijnych. Za to z tym UFO jest trochę inaczej. Gdy jakiś nawiedzony wierny zobaczy aniołka, diabełka, świętego, a nawet i Matkę Bożą, wg Patynowskiej „trudno zaprzeczyć ich doświadczeniu, podawanemu nam w szczerze wyglądającej relacji” (sic!) I strzela po raz drugi w tę samą stopę: „A skąd się biorą owe UFO-ludki, zwane Elochim?”. Wprawdzie tylko sugeruje, że od Boga, ale ta sugestia wystarczy by uprawomocnić UFO-nitów na równi z chrześcijaństwem, judaizmem i islamem.

  Konkluzja jest rewelacyjna, wręcz prawdziwy odlot. „Literatura science-fiction jest odpowiedzialna za utratę chrześcijańskich wartości i chrześcijańskiego spojrzenia na świat (...) Stała się ona potężnym środkiem rozpowszechniania niechrześcijańskiej filozofii oraz poglądów na życie i na historię, pozostając w gruncie rzeczy pod nieskrywanym lub zamaskowanym wpływem okultyzmu i wschodnich religii”. I kiedy wydawało mi się, że już gorzej być nie może..., okazuje się, że „UFO-nici, ulegając podszeptom szatana otwierają oczy i tak jak Bóg będą znali, co to dobro i zło”. Nie mogę uwierzyć, jakem ateista, czyżby wszyscy wierni chrześcijanie ulegli podszeptom szatana, skoro też chcą widzieć dobro i zło oczami Boga? Bo przecież chcą, mimo strasznych doświadczeń z Edenu.

  A na koniec przypomnę, że panspermia jest ledwie hipotezą, dość naiwną, i aż dziw bierze. że Patynowska porównuje ją do chrześcijaństwa. A może to ono, chrześcijaństwo jest de facto takie samo? Rzecz w tym, że ci UFO-nici wiedzą, że opierają się na domysłach i tak też panspermię traktują. Chrześcijanie podobne przypuszczenia traktują jako Prawdę.





wtorek, 4 września 2018

A mógłbym być świętym


Dziś wyjątkowo krótko i relaksująco, aby odpocząć od trudnych tematów, a czeka mnie sporo innych i ciężkich treści. Nie zamierzam się dziś rozpisywać, skoro za mnie przemówi pewien ksiądz-kaznodzieja.
Polecam, szczególnie kobietom, ku przestrodze, to tylko dwie minuty kazania:



I pomyśleć, że mógłbym być świętym, gdy nie te kobiety, które swoim wyglądem narażają mnie na cudzołóstwo. Normalnie, aż mi siebie jest żal...
 

Tylko jedno pytanie mnie dręczy: czy strój tego księdza nie przypomina kiecki? Dla porównania, odmiennie niż to zwykle bywa, zamiast dziesięciu różnic proszę wskazać jeden element wspólny.



Jak to było w tym kazaniu: "Niech mężczyzna nie ubiera się w strój kobiety (...), bo jest to obrzydliwością w oczach Pana" ???



niedziela, 2 września 2018

Z inspiracji Ani


  W poprzedniej notce pisałem o pedofilii w Kościele, co zawsze wywołuje pewien opór, bo przecież tych pedofilów gdzie indziej jest więcej, a o tym już się specjalne nie pisze. W tym stwierdzeniu jest trochę racji, choć nie do końca. To prawda, poza klerem pedofilów jest więcej, ale nieprawdą jest, że się o pedofilii w innych środowiskach nie pisze. Właściwie notka miała być o rozmiarach pedofilii w tych innych środowiskach, ale po zapoznaniu się z materiałami, wyszło trochę inaczej. Sorry, Aniu.

  Zrobiłem eksperyment wykorzystując wujka google. Wpisałem: ojciec, (dziadek, wujek) molestował... Ja już pominę powtarzajace się artykuły dotyczące tych samych przypadków, co świadczy, że te sparwy są jednak nagłaśniane, i tak zabrakło mi cierpliwości oraz ochoty, aby przejrzeć wszystkie. Tu tylko kilka z ostatnich lat:
- Krzywdził własną córkę. Pedofil w areszcie1;
- Gwałcił i molestował własną córkę2;
- Głogów: ojciec oskarżony o molestowanie 15-letniej córki3;
- Dziadek molestował 13-letnią wnuczkę4;
Kto ma ochotę niech sam sprawdzi. Nie będę się licytował o to, jakiej pedofilii jest więcej opisanej: tej w Kościele, czy tej w rodzinach? Właśnie – tej w rodzinach. Pewnie znów posypią się na mnie gromy, że deprecjonuję wartość rodziny. Rzecz w tym, że artykuł5 wskazany mi przez Anię, tak naprawdę obala jeden z mitów o pedofilii – to nie środowisko (kler, nauczyciele, rolnicy, murarze itp.) generuje pedofilię. Bo środowisko zawodowe może ułatwiać działanie pedofilów, ale ono same z siebie nie jest przyczyną pedofilii. Murarze czy rolnicy (a tam jest pedofilów najwięcej) to nie grupy, które mają do czynienia z dziećmi bezpośrednio przez zawód. A jeśli nie środowisko zawodowe, to co?

  Nie jestem socjologiem, nie zajmuję się zawodowo zboczeniami seksualnymi. Fachowo pedofilia jest zaliczona do zaburzeń preferencji seksualnych i umieszcza się ja w grupie zjawisk o charakterze psychopatologii.  Próby znalezienia przyczyn zachowań pedofilskich są niejednoznaczne, więc i ja nie będę udawał mądrego. Trafiłem jednak na dwa znamienne zdania:
- „Istnieje koncepcja według której wykorzystanie seksualne w dzieciństwie zmienia strukturę mózgu potencjalnego pedofila”;
- „Na ofiary wybierane bywają dzieci z najbliższego otoczeniu lub rodziny”.
Nie będę z tych zdań wyciągał jakiś jednoznacznych wniosków, ani tym bardziej wysnuwał hipotetycznych teorii, ale wszystko jakoś tak dziwnie dotyka tej rodziny. Ok, nie będę też się za bardzo czepiał, w końcu ktoś mi kiedyś powiedział, że patologia to margines, ba, margines marginesów, z czym do końca nie mogę się zgodzić.

   Skoro bowiem pedofilia ma się przede wszystkim wywodzić z patologicznej rodziny, w samej Polsce jest ich tak między 10 a 20 procent, w zależności od źródeł, jeszcze więcej uznanych za dysfunkcyjne. Najczęstsze elementy patologicznej rodziny to:
- alkoholizm i (lub) narkomania;
- przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna a nawet ekonomiczna;
- narażanie dziecka na widok deprawujących zachowań.
Wobec tych liczb trudno już mówić o marginesie marginesów, choć oczywiście nie jest to większość.
Często słyszę opinię, że za obecny stan rzeczy odpowiedzialny jest przede wszystkim net z dostępem do treści deprawujących. Nie będę próbował negować takiej opinii, ale warto zwrócić uwagę na to, kiedy dochodziło w Kościele do największego nasilenia pedofilii? To się działo przed rozpowszechnieniem netu. Jeśli taka skala pedofilii istniała w Kościele, jaką skalę to ohydne zjawisko miało w rodzinach? My się tego nie dowiemy, gdyż tak jak trudno jest się przebić ofiarom pedofilii ze strony kleru, jeszcze trudniej jest się ujawnić ofiarom w rodzinach. Paradoksalnie, to dopiero net uświadomił nam rozmiar tego zjawiska. Choć net rozpowszechnia treści pedofilskie, również przyczynia się do wyłapywania pedofilów, a nawet całych gangów, o czym tenże net informuje.

  Tak naprawdę zdumiewa mnie ta opinia, że świat uwziął się na księży pedofilów. Nie uwziął się, tylko w tym środowisku bulwersuje najbardziej.  Nie tak dawno oglądałem dyskusję na ten temat i usłyszałem z ust obrońcy Kościoła, że bardzo niestosownym jest żądanie odszkodowań dla ofiar pedofilii od Kościoła jako instytucji, gdyż tych czynów dokonywali konkretni księża. Niby jest w tym sporo racji, ale to Kościół, odmiennie od innych środowisk, czynił wszystko, aby pedofilów chronić. I przez to zjawisko, znaczna część odpowiedzialności, jeśli nie największa, spada na instytucję kościelną, hierarchów nie wyłączając.