poniedziałek, 15 lipca 2019

Monogamia passe


  Ledwie popełniłem felietonik o psychologach, a tu masz babo placek – znów o nich głośno. Tym razem jeszcze daleko od nas, bo za oceanem, czyli dotyczy to moich ulubionych amerykańskich uczonych. Byłbym jednak nieuczciwy, gdybym stwierdził, że mnie ich nowy pomysł nie zaciekawił (choć może on znów nie taki nowy). Rzecz dotyczy związków niemonogamicznych, przy czym to określenie nie odnosi się tylko do poligamii, bo sprawa nie tylko o formalnych małżeństwach.

  Otóż Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologiczne (APA) powołało specjalną Komisję do zbadania stopnia stygmatyzacji związków niemonogamicznych. Coś jak szalejąca w Polsce stygmatyzacja osób LGBT. Wśród osób praktykujących nie-monogamię APA wyróżnia poliamorię, otwarte związki, swingersów oraz inne związki uznane etycznie za niemonogamiczne. Jak twierdzi niejaki Heath Schechinger, psycholog na Uniwersytecie Berkeley: „Monogamia jest uprzywilejowana [w sensie pejoratywnym – dopisek mój]. To niekwestionowany status quo, skłaniający wielu terapeutów do założenia z góry, że ich klienci są monogamiczni, albo że powinni tacy być. Koledzy po fachu nie powinni w tym względzie wykazywać stronniczości oraz przyjąć obiektywną postawę wobec klientów zaangażowanych w niemonogamiczne związki, tak jak zrobiliśmy to w przypadku osób LGBT1.

  Warto się jednak zastanowić, czy w naszej kulturze nie-monogamia jest faktycznie nie do przyjęcia, biorąc również pod uwagę to, że ta nasza kultura jest przesiąknięta moralnością chrześcijańską? Poliamoria to związek uczuciowy z kilkoma partnerkami/partnerami w tym samym czasie i za zgodą wszystkich. Ucieknę się z premedytacją do chrześcijaństwa – nie da się ukryć, że taki związek w sferze uczuciowej istnieje między Bogiem, świętymi a wszystkim wiernymi. Rzekłbym: przykład idzie z góry, tu: z nieba. Co innego swinging, którego nie da się przenieść na relację z Bogiem. Ale, skoro szacuje się, że taka forma nie-monogamii dotyka od 2 do 4 procent małżeństw, nawet jeśli to margines, to nie da się zaprzeczyć jego istnieniu. A ile mamy przypadków zdrad małżeńskich? Tu jednak brak zgody wszystkich zainteresowanych, a szkoda, byłoby mniej... rozwodów.

  Mnie już właściwie poligamia, a nawet monogamia, nie grozi. Tak z pięćdziesiąt lat wstecz chętnie zabrałbym głos w dyskusji, przy czym byłby to głos zdecydowanie za „tak”. Prawda, wystarczyłoby przejść na islam, przeprowadzić się do takiego Iranu, i miałbym problem z głowy, tyle, że mnie już żadna religia nie rajcuje, a to byłby warunek konieczny. Choć z drugiej strony, biorąc pod uwagę fakt, że czasami tak trudno dojść do porozumienia z jedną żoną, jakich można by się spodziewać problemów przy dwóch, trzech czy więcej? Islamiści znaleźli na to rewelacyjny sposób, w dodatku uświęcony starożytną tradycją, pozbawiając żon wszelkich praw, co w cywilizowanym świecie jest raczej nie do pomyślenia. Oblał mnie zimny pot na myśl, że moje żony z czasem mogłyby się stać – wojującymi feministkami, przez co dziś, z bagażem pięćdziesięcioletnich doświadczeń nie jestem do końca przekonany do tej nie-monogamii.






37 komentarzy:

  1. "nie da się ukryć, że taki związek w sferze uczuciowej istnieje między Bogiem, świętymi a wszystkim wiernymi. " - nie da się raczej ukryć, że delikatnie mówiąc trochę Cię chyba poniosło, porównując swingerskie orgie, albo trójkąty, do relacji Bóg - wierni. Nawet we mnie budzi to niesmak, choć wszelkie dyskusje, które wiedliśmy na temat wiary prowadziłem na zasadzie obojętności.

    Być może tym psychologom uda się uporać z problemem zazdrości - okaże się za parę lat, że jest ona jakimś zaburzeniem, które się leczy. :) Zresztą oni mają w ogóle wspaniałe pomysły, w 2013 uznali, że pedofilia jest orientacją seksualną a nie dewiacją (w sumie to nawet logiczne - przecież mechanizm popędu jest taki sam, można uznać za orientację nawet popęd do butów, a potem urządzić swinger party - z prawym i lewym), zaczynam podejrzewać, że gremium naukowe składa się z działaczy LGBT, którzy pokończyli studia psychologiczne i psychiatryczne, aby forsować takie rewelwacjie.

    Na pociechę powiem Ci że istnieje coś takiego jak geriatrofilia. Póki co, klasyfikowana jako zaburzenie - ale od czego bohaterscy naukowcy z APA - może jeszcze za Twego życia stanie się tak popularna jak inne promowane przez nich preferencje seksualne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - a zapomniałem dodać - że to wpisanie pedofilii na listę orientacji okazało się być "błędem". Nie wiem do końca na jakiej zasadzie, bo błędem jest dla mnie brak przecinka, a nie forsowanie całej, złożonej tezy, ale niech im będzie że błąd. Może całą ich działalność to jeden wielki błąd...

      Usuń
    2. Nie doczytałeś, albo nie zrozumiałeś. Cytowane przez Ciebie zdanie odnosi się tylko i wyłącznie do poliamorii. Napisałem też wyraźnie, że swingerskich orgii nie da się przenieść na te relacje.

      Wyleczyć zazdrość? Optymista jesteś, gdyż zazdrość nie odnosi się tylko do relacji partnerskich. Natomiast mam podobne podejrzenia, co do orientacji seksualnej członków APA. Za to kompletnie nie pojmuję po co wtrąciłeś wątek gerontofilii (bo geriatrofilii nie znam). Nawet gdyby uznano ją za normę, przecież nie mnie będzie dotyczył. To problem młodych.

      Usuń
    3. Raczej Ty chyba czegoś nie dorozumiałeś - tłumaczę tedy...
      Czego by się nie tyczyło, trudno poliamorię porównać do miłości transcendentnej, jaką jest miłość Boga do ludzi i ewentualnie na odwrót - bo ta nie jest romantycznym zrywem, opartym na relacjach uczuciowych i seksualnych, ale duchową więzią opartą na szacunku, życzliwości i oddaniu. Więc pieprzłeś waszmość jak łysy o kant kuli.

      Natomiast nie na darmo wspomniałem o zazdrości - bo cosik mi się wydaje, że tam gdzie występuje taki otwarty związek ciężko jest jej uniknąć. Zresztą praktykowanie dziś jest dość skomplikowanym eksperymentem - w który wciąga się dzieci i kilka osób, które chcą być traktowane równorzędnie - coś w rodzaju komun hipisowskich - tam była taka otwartość, ale jakoś nie postrzegam tego jako krok ludzkości do przodu - ale powrót do relacji prymitywnych, gdzie takie pojęcia jak trwałość związków i miłość były czysto umowne i nierozwinięte.

      Usuń
    4. Ależ walnąłeś komunałem: „duchową więzią opartą na szacunku, życzliwości i oddaniu”. Jesteś pewien, że to działa w obie strony? Ja bym za to nie dał złamanego szeląga. Nie zapominaj, że poliamoria odnosi się tylko do sfery duchowej i w ogóle nie zajmuje się seksualnością, choć jej nie wyklucza, ale jest przeciwieństwem swingingu. Tymczasem przejawem transcendencji przybierają czasami charakter duchowego orgazmu (patrz: siostra Faustyna).
      Patrzysz na związek otwarty swoimi, monogamicznymi oczami, nic więc dziwnego, że nie potrafisz wyeliminować zazdrości. Tymczasem taki związek musi już na wstępie odrzucić zazdrość, gdyż inaczej nie miałby się prawa zawiązać. I nie odkrywasz Ameryki stwierdzeniem, ze taki związek nie posuwa ludzkości do przodu, przy czym śmiem twierdzić, że też nie cofa.

      Usuń
    5. Nie wiem za co byś dał swoje szelągi, natomiast nie ja użyłem takiego absurdalnego porównania - bo możesz negować czy tak to działa, a nawet czy w ogóle działa, nie mniej jednak tak się taką więź z Bogiem definiuje. Poza tym - jak wydaje Ci się że poliamoria odnosi się tylko do sfery duchowej i nie zajmuje się seksualnością, to po prostu Twój lapsus wynika z niezrozumienia tego pojęcia - bo równie dobrze mógłbyś zacząć twierdzić że związki monogamiczne również nie zajmują się seksualnością :). Tymczasem jest to po prostu związek - tylko nie dwóch osób, ale większej ich ilości, siłą rzeczy implikujący stosunki seksualne - na pewno nie platoniczny.

      Nie wiem czy patrzę swoimi monogamicznymi oczyma, próbuję znaleźć jakieś odniesienia - i przychodzą mi małżeństwa mormonów itp. - oparte na patriarchacie - i komuny hipisowskie. Do tego można dorzucić jakieś wielokąty i trójkąty - ale jakoś nie chce mi się wierzyć by to były po pierwsze związki stałe, a po drugie dążące do jakiejś formalizacji.

      Usuń
    6. Orgazm Faustyny? Od kiedy jej mistyczne doznania uchodzą za jakąś normę?

      Usuń
    7. nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy określeniem np. pedofilii jako orientacji i jako dewiacji... "orientacja" to termin naukowy, neutralny, nieoceniający, zaś "dewiacja" zawiera w sobie ocenę, wartościowanie...
      tak więc jeśli Nauka ma być Nauką, to w ogóle nie powinno być w niej miejsca na takie słowa jak "dewiacja", "zboczenie", czy coś tam jeszcze w tym guście...
      natomiast w niczym to nie przeszkadza, by ktoś sobie takie, czy inne gusta oceniał i stosownie do tego nazywał, tudzież reagował na realizacje tych gustów, ale Nauki do różnic zdań w tym temacie nie mieszajmy...
      słusznym jest tedy, że Nauka oczyszcza się z takiej oceniającej terminologii, jak np. "dewiacja", bo nie jest zadaniem Nauki oceniać, tylko badać i szacować to, co było, jest i (być może) będzie...
      p.jzns...

      Usuń
    8. No dobra, parafilia. Pasuje?

      Usuń
    9. Ale słuszna uwaga - dewiacja jest już formą nieużywaną.

      Usuń
    10. Radku:

      Do jakiejkolwiek więzi potrzebne są dwie istoty, tymczasem w stosunku do Boga to działa tylko w jedną stronę: człowiek - Bóg. Innych przypadków nie znam, tym samym mogę uznać, ze to jest bardziej chore niż poliamoria. Skoro wspomniałeś o miłości platonicznej, wcale nie twierdzę, że poliamoria na platoniczności się opiera, ale jej nie wyklucza.

      Natomiast dobrze kombinujesz, z tymi małżeństwami Mormonów czy komunami hippisowskim. Ale w tym przypadku akurat zazdrość jeśli jest, to tylko marginalna.

      Nie piszę o normie, piszę o pewnych wynaturzeniach, które miały miejsce.

      Usuń
    11. no tak, jest jeszcze "parafilia", które (pozornie) też nie jest oceniające, więc jako określenie naukowe wydaje się być okay, ale drobna różnica jest... o ile każdy seksualny gust można nazwać "orientacją", to Nauka nie każdy gust nazwie "parafilią"... nie nazwie tak "zwykłego" heteroseksualizmu i "zwykłego" homoseksualizmu /gustów ukierunkowanych na ludzi dojrzałych (fizycznie)/, co więcej parafilię definiuje jako "zaburzenie", co może sugerować, że jest to "coś gorszego"...
      czy to oznacza, że Nauka nie jest wolna od ocen?... na dzień dzisiejszy pewnie jeszcze nie jest, ale wyzwala się, co w naukach humanistycznych takie proste nie jest...

      Usuń
  2. Wiesz, miałam koleżankę, która marzyła by.....być żoną jakiegoś faceta, który posiada duuuży harem. Bo w haremie bogatego człowieka podobno życie jest bardzo miłe. Nie wiem skąd czerpała takie wiadomości.
    Ja już dawno zauważyłam, że małżeństwo, które ponoć jest instytucją, ma stanowczo zbyt mało pracowników, zwłaszcza tych od prac domowych i zarabiania pieniędzy.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym spostrzeżeniem, że w małżeństwie jest za mało pracowników, trafiłaś w sedno ;)
      Pozdrawiam ;)

      Usuń
    2. @Anabell...
      z tego co wiadomo o haremach, to życie w nich upływa na nieustannych intrygach i podgryzaniu się w walce o pozycję, istne "piekło kobiet"... ale widziałem kiedyś taki obraz /autora już nie pamiętam/, na którym harem pokazany jest jako istny "ziemski eden", więc niewykluczone, że Twoja koleżanka też go widziała i na nim opiera swoje marzenie...
      miłego :)...

      Usuń
  3. Każdy ma wybór. Może skakać z kwiatka na kwiatek albo czerpać nektarek z jednego źródła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko skąd taki ostracyzm nie tylko w stosunku do nie-monogamii?

      Usuń
    2. Moim zdaniem ostracyzm pojawia się, kiedy przestaje się zachowania seksualne traktować wyłącznie jako zaspokojenie popędu. Gdy w grę wchodzi interes rodziny, a szczególnie dzieci, zaczynamy oceniać je surowo, bo przestają już być prywatną sprawą jednostki.

      Usuń
    3. Ale to dowodzi, że w pewnym momencie nie mamy już wyboru w aspekcie odpowiedzialności. Już nie przejdzie skakanie z kwiatka na kwiatek.

      Mimo to mnie zdumiewasz. Jeśli tak oceniasz seksualność, to czym w końcu ona jest, jeśli nie zaspakajaniem popędu i to w każdych warunkach? Ostracyzm zawsze ma znaczenie pejoratywne (nie tylko w kwestii seksualności), więc w moim rozumieniu jest zjawiskiem niepożądanym, gdy dotyczy braku akceptacji zjawisk, które nie są przejawem łamania prawa. Aby nie było wątpliwości - tylko prawa stanowionego, które reguluje normy współżycia danej społeczności.

      Usuń
    4. @Szarabajka...
      czyżbyś odmawiała związkom innego rodzaju, niż "klasyczne" miana "rodziny"?... czy na przykład taki hipisowski(?) "wielokąt" w którym też jakieś dzieci się pojawiają nie potrafi zadbać o ich interes?... to chyba zależy od poszczególnych ludzi w tej rodzinie, a nie od rodzaju struktury jaką tworzą, n'est-ce-pas?...

      Usuń
    5. Poza zaspokojeniem popędu zachowania seksualne można ewentualnie zastosować do przedłużenia gatunku :) Jeśli, odpowiednio do płci, ktoś podwiąże sobie jajniki albo podda wazektomii, to z mojej strony nie spotka go żadna krytyka, czy niechęć. Oczywiście, gdy uczciwie o swoich potrzebach partnerom powie. Do ostracyzmu kogoś takiego się nie przyczynię, pewnie inni też więcej wybaczą pannie/kawalerowi bez zobowiązań, niż mężowi/żonie i ojcu/matce.

      Usuń
    6. @Piotr
      Każda struktura, w której dziecko ma możliwość nawiązania prawidłowej relacji z obiektem, i która dba o jego bezpieczeństwo, zdrowie i rozwój TEORETYCZNIE może być równie dobra, jak klasyczna rodzina. Jak jest w praktyce nie wiem, bo żadnej takiej nie znam.

      Usuń
    7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    8. @Szarabajka...
      zaspokajanie popędu, przedłużenie gatunku... to już wszystko?... ja bym dodał do tego wzmacnianie więzi /jeśli taka już jest/ albo sposób na jej ewentualne powstanie, tudzież komunikowanie pozytywnych wibracji...
      natomiast ostracyzm z powodu poddania się sterylizacji... hm... kiedyś być może miało to jakiś sens, w czasach gdy pchanie nosa "do cudzego łóżka" /bez zgody użytkowników łóżka/ było normą... obecnie ten sens przestał być sensowny, a pchanie nosa do cudzego łóżka jest wręcz niemoralne... aczkolwiek jeszcze sporo jest takich (niestety), którzy mają inne zdanie, czują się do tego pchania upoważnieni, czego dowodem jest np. obecna ustawa antyaborcyjna, a ostatnimi czasy ograniczenia dostępu do antykoncepcji...

      Usuń
  4. mnie w linkowanym artykule zaciekawiła wypowiedź Andre van Mol o "promocji nieuporządkowanych i szkodliwych relacji seksualnych", niekompetentna zresztą i nienaukowa... bo chociaż zdarzają się czasem przypadki, że ktoś w takim nie-monogamicznym zostaje obity psychicznie, połamany emocjonalnie, ale takie przypadki zdarzają się również w "klasycznym" monogamicznym związku... czyli idąc po linii "rozumowania" pani van Mol, taki klasyczny związek monogamiczny również należałoby uznać za "szkodliwy"...
    natomiast nieźle się wypowiedział pan Heath Shechinger, bo faktycznie psycholog zajmując się klientem swoje prywatne wartościowania powinien schować do kieszeni, bo on nie jest od tego, by dyktować klientowi co ma robić, tylko spowodować, aby klient sam znalazł i zrealizował rozwiązanie... oczywiście nie wyklucza to podsuwania pewnych sugestii, ale pod warunkiem, że ów psycholog wczuje się w sytuację i system wartości klienta, w jego punkt widzenia (co zresztą wymaga pewnej dozy empatii), mowy jednak nie ma o narzucaniu swoich ocen...
    to ostatnie nawiązuje do Twojego posta o psychologach, bo sporo jest niestety takich, którzy nie mają tej empatii, a co za tym idzie kompetencji, tedy jadą na skróty próbując formować klienta według szablonu swojego prywatnego systemu wartości, co zbyt profesjonalne nie jest...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypowiedź van Mol dowodzi rzeczy najbardziej zdumiewającej, a zarazem szkodliwej w psychologii – brak obiektywizmu i opieranie się na ideologii, tu konserwatywnej. Nawet jeśli im udowodnisz, że nie widzą belki we własnym oku (połamania psychicznego w związku monogamicznym), będą nam wmawiać jakieś tradycjonalistyczne, rzekomo sprawdzone podejście do życia i to nie tylko na płaszczyźnie seksualności.

      Z tą empatią to ja przyznaję, mam problem. Własne doświadczenie mnie uczy, że czasami brak tej empatii w terapii jest bardziej skuteczne niż rozczulanie się nad pacjentem. Chyba że mówimy ogólnie – empatią jest niesienie pomocy. Ale to i tak rodzi wątpliwości. Ta pomoc nie jest tak zupełnie bezinteresowna. Stanowi źródło dochodów i tworzeniu reputacji, która te dochody pomnaża, przy czym dodam, że mnie taka motywacja w niczym nie przeszkadza, o ile jest skuteczna.

      Usuń
    2. czym innym jest empatia, czym innym zbytnie angażowanie się w problemy klienta... te sprawy są często mylone, zwłaszcza przez niektórych początkujących terapów, po prostu aż tak bardzo chcą pomóc, że gubią się w tym, o co ma chodzić w tej pomocy, a przy okazji zapominają o sobie, o własnym życiu osobistym, które ubocznym skutkiem tegoż może się im nieźle popieprzyć...
      dochodzi do tego kwestia skuteczności... niestety w tej robocie skuteczność głównie zależy od klienta, a jeśli terap nie ma pokory do tego faktu, to czasem to się niefajnie kończy, bo zaczyna swoją frustrację spowodowaną ewentualnym brakiem efektu odgrywać na klientach...
      tu mi się przypomina jako przykład pewna znajoma, która utyskiwała, że "oni qurva nie chcą się leczyć!", po czym zamiast im pomagać po prostu ich gnębiła...

      Usuń
    3. A ta znajoma była psycholożką? :D

      Tak za bardzo nie będę się spierał o tę empatię.

      Usuń
    4. niestety była, a ja z nią musiałem pracować w jednym zespole... młoda niedoświadczona dupa świeżo po studiach i po jakichś praktykach gdzieśtam, być może sprawdziłaby się z innym typem klientów i dysfunkcji, ale do tych, z którymi mieliśmy do czynienia to ona kompletnie się nie nadawała...

      Usuń
    5. No cóż, pozostawię bez komentarza... ;)

      Usuń
    6. no, i git bo tu nie nic więcej do komentowania...
      znam jeszcze "lepsze" przypadki, ale mimo to upierał się będę, że bez względu na ich ilość nie mogą one rzutować na ocenę całości, wszystkich ludzi tego fachu...
      nie wszystkie babcie - zielarki są szarlatankami...

      Usuń
  5. Mi tam wszystko jedno w tej sprawie..

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak sobie mysle Asmodeo, ze haremem wspolczesnych czasow jest USC. Daje Ci zon tyle, ile zechcesz, ale wczesniej musisz spelnic tylko jeden warunek; rozwiesc sie z poprzednia. Wszystko wlasciwie zalatwiasz w jednym urzedzie, wiec czego Ci jeszcze potrzeba? USC ma te przewage nad tradycyjnym haremem, ze rowniez kobiety moga miec mezow tyle, ile chca. Pomysl - omija Cie wstapienie do religii, nie musisz ruszac sie z kraju i pozostajesz w zgodzie ze swoim sumieniem. Zycze Ci przemyslenia sprawy, bo wszak, jesli sie bardzo czegos chce ... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak nie działa. To nie USC daje nam rozwód, a Sąd. A harem ma to do siebie, że w tym samym czasie ma się kilka żon, czego w USC się nie przeforsuje. Można mówić najwyżej o instytucji pucharu przechodniego, przy czym owym pucharem jest facet, który bierze ślub, rozwodzi się, bierze ślub, się rozwodzi, itd. Dla jego żon jest przechodnim ;)
      Pozostaje zatem związek nieformalny z kilkoma kobietami jednocześnie. Niestety, kobiety są dziś tak sfeminizowane w naszej kulturze, że to raczej marzenie ściętej głowy...

      Usuń
    2. Podobnie marzeniem scietej glowy bylby taki wspolczesny, nieformalny harem mezow. Ktory z nich scierpialby obecnosc choc jednego obcego mezczyzny przy swojej kobiecie? Jedna kobieta i kilku mezczyzn, ktorzy wzajemnie sie toleruja ... hmmmm ... ;)

      Usuń
    3. Wbrew pozorom, wielu kobietom by się to podobało ;)

      Usuń