Krótkie
wyjaśnienie. Wreszcie poczułem przesyt Frondą. Mnie już niczym nie zaskoczy.
Tym felietonem rozpoczynam cykl poświęcony wierze religijnej, przynajmniej w
tych jej aspektach, które w jakieś części skłoniły mnie do jej porzucenia. Na początek anegdota:
Dwóch zacnych rabinów jedzie taksówką i dyskutują.
- Kim ja jestem? Wprawdzie studiowałem Talmud, ale moja wiedza w porównaniu z Twoją jest cieniutka.
- Cieniutka? Raczysz żartować, to ja nie dorastam ci do pięt.
- Ależ nie, w porównaniu z tobą jestem kompletnym zerem.
- Zerem? Nieprawda, to ja jestem zerem. Itd., itd.
Kierowca taksówki nie wytrzymał i niemal krzyczy:
- „Dwóch wielkich rabinów uważa się za kompletne zera! To kim ja jestem?! Zerem do kwadratu?!”
Obaj rabini patrzą zdumieni na niego i na siebie, i jeden z nich odpowiada:
- Dobre sobie! A ten tutaj za kogo się ma?”.
Można by rzec, zostałem taksówkarzem...
Dwóch zacnych rabinów jedzie taksówką i dyskutują.
- Kim ja jestem? Wprawdzie studiowałem Talmud, ale moja wiedza w porównaniu z Twoją jest cieniutka.
- Cieniutka? Raczysz żartować, to ja nie dorastam ci do pięt.
- Ależ nie, w porównaniu z tobą jestem kompletnym zerem.
- Zerem? Nieprawda, to ja jestem zerem. Itd., itd.
Kierowca taksówki nie wytrzymał i niemal krzyczy:
- „Dwóch wielkich rabinów uważa się za kompletne zera! To kim ja jestem?! Zerem do kwadratu?!”
Obaj rabini patrzą zdumieni na niego i na siebie, i jeden z nich odpowiada:
- Dobre sobie! A ten tutaj za kogo się ma?”.
Można by rzec, zostałem taksówkarzem...
Autorem „Zeszytów karmelitańskich” jest Stanisław Grygiel, doktor filozofii na KUL, autor książki „Na ścieżkach prawdy. Rozmawiając z Janem Pawłem II”. Zeszyty powstały w 2010 roku i przypomniane zostały niedawno z okazji święta paschy. Przeczytałem z powodu ciekawego tytułu pierwszego rozdziału: „Jesteśmy smutni, kiedy nie mamy dokąd pójść.” Jak dla mnie odrobinę za bardzo filozoficzne to stwierdzenie, nie wiedzieć czym uzasadnione.
Grygiel podpiera się cytatem z Dostojewskiej „Zbrodni i Kary”, który chciałbym przytoczyć: „(...) przecie koniecznie trzeba, żeby każdy człowiek mógł choć dokądkolwiek pójść. Albowiem bywają takie dnie, kiedy nieodzownie trzeba pójść, choć gdziekolwiek bądź!” Cytat trochę niezrozumiały w kontekście tego, co według autora ma uzasadniać. Grygiel bowiem stwierdza, że nowożytność wmawia nam, że droga od narodzin do śmierci prowadzi do nikąd. Ściślej, skoro Bóg na nas nie czeka, rozwiewamy się w nicość. Dostojewski pisze o potrzebie jakiejkolwiek drogi, prowadzącej byle gdzie. I w tym stwierdzeniu, nawet jeśli jest metaforą, nie ma żadnego odniesienia do tego, że tą drogą musi być Bóg. Ważne aby była. Czy nowożytność nie wytycza żadnej drogi? Skąd takie przypuszczenie i takie do niej uprzedzenie? Ja w tym miejscu pozwolę sobie z kolei przytoczyć słowa Księgi Rodzaju: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.” [Rdz 1, 28] Choć sam nie wierzę w istnienie Autora tych słów, mogę przyjąć, że to one wytyczają drogę dla każdego z nas, nawet niewierzących. Te słowa nic nie mówią o tajemnicy wieczności, jest za to stwierdzenie: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.” [Rdz 3, 19] Żadnej obietnicy zmartwychwstania i szczęśliwej wieczności. Sensem naszego bytu ma być życie na tej ziemi, w pocie czoła zdobywanie pożywienia i rozmnażanie się. To się idealnie spełnia.
Pewnie w tym miejscu każdy mi powie, że Nowy Testament... itd., itd. Na chwilę, i tylko na chwilę, zapomnijmy o Nowym Testamencie. Spróbujmy za to wyobrazić sobie Boga opisanego w tym Starym Testamencie. Nie będę pisał, że był kapryśny, że często wpadał w złość i stosował straszliwe kary, a na domiar wszystkiego był mściwy i pamiętliwy. Gdyby tylko taki Jego obraz przekazać, byłby to obraz przekłamany. To przecież w Księgach Starego Testamentu znajdziemy takie przymiotniki jak: wielki, wszechmocny, wszechwiedzący, sprawiedliwy, nieomylny, etc., etc. Trzeba wziąć pod uwagę, że Bóg był opisywany w zupełnie innych czasach, jakże odmiennych od dzisiejszych. Nie będę się nad tym teraz rozwodził, chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewien fakt, z którego mało kto zdaje sobie sprawę, a który ma kapitalne znaczenie dla Boga Nowego Testamentu. Otóż, ten wszechpotężny Bóg, przez cały Stary Testament nie wspomina nic o piekle ani o mękach piekielnych. Skazuje na unicestwienie wiele narodów, zsyła potop, ogień, plagi oraz rzuca klątwami na następne pokolenia. Grzebie narody, topi i pali ludzi i..., więcej się nimi nie interesuje. Paradoksalnie wyjaśnienie jest całkiem proste i prozaiczne. W czasach tworzenia Ksiąg Starego Testamentu piekło, w znaczeniu miejsca wiecznej katorgi i cierpienia, nie istniało. Jest Szeol i tylko raz jest wzmianka prorokini Anny, że: „To Pan daje śmierć i życie, wtrąca do Szeolu i zeń wyprowadza.” [1 Sam 2:6], co już sprzeczne z ideą piekła jako miejsca wiecznego cierpienia. Była kraina zmarłych, kraina niebytu, lub jakkolwiek to nazwać. Piekło nie miało sensu, bo wystarczająco straszna była przedwczesna śmierć i gniew Boga tu na ziemi.
I oto pojawia się na scenie Syn Boży, i co tak chętnie podkreślają chrześcijanie, o zupełnie innym obliczu niż Jego Ojciec. Jest przede wszystkim miłosierny dla maluczkich. Jest zdecydowanie bardziej dobry i dla tych, którzy w Niego uwierzą, pojawiają się już takie pojęcia jak zmartwychwstanie i szczęśliwa wieczność. Życie na tym ziemskim padole staje się już tylko drobnym epizodem, testem, aby dostać się do Nieba-Raju, łatwiej jest więc trudy tego życia znieść. Jest jednak mały szczegół. Dla tych, co nie chcą w Niego uwierzyć, ten Dobry Syn Boży przygotował piekło, równie wieczne jak Raj. Jego uczniowie i uczniowie tych uczniów, chętnie temat piekła podchwycili i wykorzystali. Od tego momentu mnożą się, jak przysłowiowe grzyby po deszczu, opisy straszliwych mąk piekielnych. Jego straszność ewoluuje w zależności od potrzeb i... świadomości ludzi. Na początku było smażenie w gotującej się smole, dziś, kiedy ta smoła nijak nie pasuje do praw fizyki, jest to straszliwa, niewypowiedziana tęsknota za obliczem Boga. O Niebie jakby mniej, rzekłbym wcale, poza enigmatycznym (nawet w Apokalipsie św. Jana) pojęciem wiecznej szczęśliwości. Owo wskrzeszenie wszystkich umarłych dziś jakoś trudno logicznie nie tyle uzasadnić, co sprecyzować, np. w kwestii tego, jakie ciała przybierzemy.
Chwała ci ludzkości za net, bo pewnie sam bym nie znalazł opisu Raju jaki czeka wiernych po śmierci, choć to tylko opis z Koranu. Chrześcijaństwo na takie szczegóły się nie poważyło. W skrócie opisał to niejaki Michel Onfray w „Traktacie ateologicznym” i pozwolę sobie na kolejny cytat: „Podczas niebiańskiej uczty sprawiedliwi piją wino (LXXXIII,25 i XLVII,15) jedzą wieprzowinę (LII,22), śpiewają, noszą złote ozdoby (XVIII,31) – zakazane za życia – jedzą i piją z naczyń wykonanych ze szlachetnych kruszców – co na ziemi jest zabronione – ubierają się w szaty z jedwabiu – w świecie doczesnym uchodzące za nieczyste, nici są bowiem wydzieliną larwy jedwabnika – spółkują z hurysami (XLIV,54), korzystają z posług wiecznych dziewic (LV,70), odpoczywając na posłaniu wysadzanym drogocennymi kamieniami – na pustyni w swoich namiotach musieli się zadowolić zwykłym kocem i ślubną małżonką, góra trzema.” Oczywiście, ten opis każdy chrześcijan uzna za bzdurny, z czym się w pełni zgadzam, ale dam sobie mały palec lewej ręki odciąć, że większość z chrześcijan na tej samej zasadzie, choć różniącą się w szczegółach, widzi tak szczęśliwą wieczność. Będą mieli wszystko, czego zapragną a o czym za życia mogli tylko pomarzyć. Czy aby wszystko? Śmiem wątpić, bo przecież podobnie jak w islamie i chrześcijaństwo ma wiele ograniczeń, co może skutkować takim absurdami jak w islamskim raju. Tu wyznam szczerze, jak na spowiedzi, ja się do raju nie nadaję, bo mnie się wprawdzie marzą wieczne dziewice ale już z tym śpiewaniem, czy noszeniem złotych ozdób mi nie po drodze i na islam przejść nie zamierzam. Przeraża mnie też Niebo widziane oczyma św. Faustyny „Widziałam, jak wszystkie stworzenia oddają cześć i chwałę nieustannie Bogu.”, bo jeśli tak całą wieczność...