Ostatnio
pisałem o idei wiecznego zbawienia, bardziej o wiecznej szczęśliwości, której
nie sposób sobie wyobrazić, czyli o Niebie. W moim, osobistym odczuciu to Niebo
niewiele różni się od piekła, przede wszystkim właśnie dlatego, że jest niespójne. Z tym porównaniem do piekła jednak się myliłem, choć nie zmieniam
zdania, co do istoty Nieba. Piekło
jest zdecydowanie inne, choć też wieczne.
Niejaki
Orygenes, już w trzecim wieku naszej ery doszedł do wniosku, że jeśli piekło
istnieje, należy mieć nadzieję, że jest puste. Ta idea odżyła w XX wieku i
ochrzczono ją mianem Apokatastazy. Bo skoro Bóg jest niewypowiedzianie
miłosierny, nie może być jednocześnie tak okrutny, by skazać ludzi na wieczne
potępienie. Według tej tezy, w ujęciu lekko sarkastycznym, część teologów jest
przekonana, że już On tam coś wymyśli, aby piekło było jednak puste. Coś w tym
jest na rzeczy, bo jest obszerna lista świętych, którzy na pewno znaleźli się w
Niebie, nikt jednak nie chce stworzyć listy ludzi, którzy na pewno w piekle się
znajdują. Nawet z takimi zbrodniarzami jak Hitler czy Stalin. Sprawa jest na
tyle ciekawa, gdyż większość teologów optuje za tym, iż jeśli nawet największy
grzesznik pojedna się z Bogiem tuż przed śmiercią, po okresie kwarantanny
(czytaj: pobycie w czyśćcu) szanse na zabawienie ma. A jeśli się nie pojedna?
Gdzieś
wyczytałem o pewnym paradoksie. W Niebie powinniśmy być bezgranicznie szczęśliwi.
Czy jednak ta bezgraniczność jest możliwa, jeśli ktoś nam bardzo bliski (mąż,
żona, dziecko, rodzic, a najprędzej kochanek lub kochanka) znajdzie się w piekle, albo nawet na kilkaset lat w
czyśćcu? Większość z nas cierpi, gdy taką bliską osobę spotka już na ziemi
jakieś nieszczęście. Jak być szczęśliwym przez wieczność, wiedząc, że ktoś taki
cierpi równie wieczne męki? To jest możliwe, jeśli przestaniemy kochać, jeśli
sprawimy, że nasze serce zmieni się w nieczuły kamień w krainie... podobno
wypełnionej miłością. Tylko jak sobie wyobrazić Niebo pełne prawdziwych, bezkompromisowych
egoistów, zatwardziałych serc, nieczułych na żadne cierpienie? Innymi słowy,
idea Nowej Ziemi bez cierpienia i zła, w kontekście istnienia zapełnionego piekła wydaje się niemożliwa do zrealizowania.
Chrześcijaństwo
próbuje jakoś sobie poradzić z tym pustym piekłem, bo idei piekła nie jest w
stanie się pozbyć. Religie nie bardzo ufają wiernym. Im jest potrzebny straszak w obawie przed postawą: hulaj dusza, piekła nie ma. Obawa mocno
na wyrost, gdyż w religiach nie wywodzących się od Starego Testamentu, gdzie
idei piekła nie ma, jakoś nie wszyscy hulają, a religie z piekłem, nie są wolne
od hulaków. Tłumaczy się więc ten aspekt możliwością posiadania nadziei,
nadziei na zbawienie wszystkich, a w dodatku katolik nie ma obowiązku wierzyć, że w
piekle znajdzie się choć jedna osoba (stąd brak owej listy obecności).
Problem bowiem w tym, że takie automatyczne i przymusowe zbawienie jest
sprzeczne z przekazem Ewangelii. Ładnie to ujął Jan Paweł II: „Potępienie
wieczne jest z pewnością zapowiedziane w Ewangelii. O ile jest ono jednak
realizowane w życiu pozagrobowym? To ostatecznie wielka tajemnica. Nie da się
jednak zapomnieć, że Bóg pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli
do poznania prawdy [1Tym 2:4]” Tyle,
że problem zapełnionego piekła i konsekwencji jakie z tego wynikają nie znika.
Ten sam Kościół, którego reprezentantem jest Jan Paweł II ze swą wiarą w Wielką
Tajemnicę, z dziwną gorliwością rozpowszechnia wizje piekła „pełnego dusz,
które niedowierzały, że piekło jest (Faustyna Kowalska)”.
Aby było
śmieszniej, generał
jezuitów o. Arturo Sosa Abascal, stwierdził, że diabeł nie istnieje! Według
jezuity szatan „jest tylko konstruktem myślowym mającym
symbolizować zło”1, co z oczywistych względów zostaje przez fundamentalistów
okrzyknięte herezją, na razie bez skutków kanonicznych. Tak na marginesie, ten
sam generał stwierdził kiedyś, że „słowa Jezusa przeciwko rozwodom są względne i każdy może je ocenić zgodnie
z własnym sumieniem. Dodał, że w czasach Chrystusa nie było urządzeń, które by
zarejestrowały jego słowa”. A pismak, sorry, ewangelista,
kilkadziesiąt lat po fakcie mógł pisać, co mu się żywnie podobało. Takie
starożytne fake news...
Że bluźnię? Chyba nie bardziej niż katolicki portal
malydziennik.pl, który na słowa generała o nieistnieniu diabła zareagował tak: „Te
słowa burzą - i to od podstaw - gmach wiary chrześcijańskiej i doktryny
Kościoła. Jeśli diabeł jest tylko „symboliczną figurą”, to trzeba zadać pytanie
o źródła grzechu pierworodnego, zła w świecie (bo przecież nie można przyjąć,
że pochodzi ono od Boga, ani na to, że Bóg nie był w stanie stworzyć świata
doskonałego), o wolność człowieka.”2
(sic!) Czyżby podstawą wiary
chrześcijańskiej był diabeł?! I choć autor zaprzecza takiej interpretacji,
okazuje się, że bez diabła „Antropologia
chrześcijańska nie ma sensu [podkreślenie
moje]. Jeśli diabeł nie istnieje, jeśli nie było grzechu pierworodnego, to
powstaje pytanie - albo o to, po co było Wcielenie, a także Męka i Śmierć
Jezusa, albo - czy Bóg nie był w stanie stworzyć świata, w którym nie byłoby
zła… W obu przypadkach chrześcijaństwo przestaje być religią racjonalną,
rozumną, spójną”. Mnie się nie chce wierzyć jakich ja czasów dożyłem. Chrześcijanie
sami podważają sens swojej wiary, a diabeł staje się tak samo ważny i konieczny dla wiary – jak Bóg.
Sataniści powinni czuć się dowartościowani...
Przypisy:
1 - http://www.pch24.pl/szokujace-slowa-generala-jezuitow--wedlug-niego-diabel-nie-istnieje,52012,i.html
2 - http://malydziennik.pl/jesli-diabla-nie-ma-to-krzyz-i-meka-chrystusa-nie-mialy-najmniejszego-sensu-general-jezuitow-kwestionuje-zasadnosc-meki-jezusa,5409.html
1 - http://www.pch24.pl/szokujace-slowa-generala-jezuitow--wedlug-niego-diabel-nie-istnieje,52012,i.html
2 - http://malydziennik.pl/jesli-diabla-nie-ma-to-krzyz-i-meka-chrystusa-nie-mialy-najmniejszego-sensu-general-jezuitow-kwestionuje-zasadnosc-meki-jezusa,5409.html