Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielki Post. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielki Post. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2020

Słodki smak Wielkiego Postu.


  Trzeba sobie od razu na wstępie wyjaśnić, że ten gloryfikowany Wielki Post ma charakter stricte religijny i mnie dziś nic do niego. Wierni wymyślili sobie kolejny rytuał i mają do tego pełne prawo. Tak jak każdy ma prawo być wegetarianinem, a nawet weganinem. To też forma postu na bazie ograniczeń kulinarnych, powiedziałbym, że nawet bardziej, bo nie tylko na okres przedświąteczny. Inną formą wyrzeczeń w czasie Postu jest unikanie zabaw i wszelkiego rodzaju rozrywek, choć tu granica jest bardzo płynna, bliżej niesprecyzowana. Nakazowo obowiązują trzy zasady: post kulinarny, jałmużna i modlitwa, a cechą dodatkową jest tak zwane nawracanie się i pokuta.

  Z tego wszystkiego najbardziej dla mnie niezrozumiałe jest pojęcie nawracania się wiernych z powrotem na właściwą wiarę(?). Oficjalnie ten termin znaczy tyle, że trzeba dokonać przemiany duchowej, tu: na odwróceniu się od grzechu, przyjęcie za podstawę akt wiary i skruchy, oraz jako stopień najwyższy, upodobnienie się do Jezusa, czyli gotowość poświęcenia życia dla wiary(?). I tak rok w rok na okrętkę, lekko ironicznie, bo prawdziwej wiary w wiernych nie ma(?) Pytajniki są w nawiasach, aby zaznaczyć te elementy, które są dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie przypominam sobie, by Jezus nakazywał oddawać życie za wiarę, choć mówił, że niejednych to czeka. Nie rozumiem też, jak można tracić wiarę, skoro obowiązkiem wiernego jest stałe jej umacnianie. Można dojść do dziwnego wniosku, że przedświąteczny ascetyzm to może nie jedyna droga do zbawienia, ale bezwzględnie konieczna. Dlaczego tylko w dniach postu – oto wielka tajemnica wiary. Tyle teoria.

  Czy człowieka niewierzącego stać na jakąś formę ascetyzmu? Stwierdzę z pełnym przekonaniem, że nie tylko stać, ale czasami jest do niej przymuszony. Na przykład: przy wielu chorobach wskazana jest ścisła dieta. Raz w życiu przeżyłem taki półroczny okres i uchowaj Panie więcej. Z innej beczki: pracowałem na dole w kopalni, a ponieważ byłem nałogowym palaczem, czas tej pracy był wyjątkowym przykładem ascezy ze względu na kategoryczny zakaz palenia. Może dlatego dziś nie mam problemów z dłuższym przebywaniem w miejscach, gdzie nie wolno palić. Jeszcze jeden przykład ascezy: w zasadzie lubię alkohol, a jednak za sprawą „duchowej” potrzeby unikam opilstwa jak ognia, nie tylko w sierpniu, katolickim miesiącu trzeźwości. Nie będę przynudzał innymi przykładami, rzecz w tym, że nie traktuję tego jako drogi do zbawienia. I tu zaczynają się schody...

  Jeden z nawiedzonych po prostu mnie załamał. Czytam: „(...) choć chrześcijaństwo wiąże się z koniecznością wyrzeczeń, to podejmujący je człowiek może liczyć na nagrodę – i to niebagatelną, bo szczęście wieczne”. Cóż, moje liczne wyrzeczenia też skutkują nagrodą. Tu i teraz odcinam kupony. Z ekonomicznego punktu widzenia mogę spokojnie patrzeć w najbliższą przyszłość, co wydaje nie tylko konieczne, ale wręcz nadrzędne. Niestety, kolejny argument jest już nie do odparcia: „Różnica między chrześcijaninem a niewierzącym [w oryginale jest mowa o lewicowcu, a przecież nie każdy niewierzący jest lewakiem – dopisek mój] nie polega na tym, że ten drugi nie podejmuje wyrzeczeń, lecz na tym, że jego wyrzeczenia są bezcelowe” (sic!) Wynika z tego, że moja dieta lecznicza, czy abstynencja alkoholowa są bezcelowe bo..., bo nie poświeciłem ich Bogu. Brawo, większej głupoty w życiu nie czytałem, choć czasami trafiam na idiotyczne teksty Marcina Wolskiego. Aby było śmieszniej, autor tej bzdury przytacza kolejną: „(...) w stołówce pracowniczej czy szkolnej podają tylko mięso i nie ma wyboru? Katolik, także ortodoksyjny, w piątek może wówczas mięso „wsunąć” [podkreślenie moje] i odprawić pokutę w innej formie”. Z pełną ironią, ba!, sarkazmem: to taka ortodoksyjna odmiana powiedzenia: prawo jest po to, aby je łamać. Drobna pokuta, pięć minut na klęczkach podczas modlitwy, i już po bólu. Taki wegetarianin czy weganin, w takiej sytuacji po prostu nie tknie mięsa, a mimo to jest gorszy od chrześcijanina (wegetarianie i weganie są dziś w Kościele na cenzurowanym, innymi słowy, są traktowani jak heretycy). Bo oni rezygnują z posiłków mięsnych i głodują dla diabelskiej idei. Gdyby to samo robili w imię chwały Bożej, byłoby już ok.

  Marcin Jendrzejczak, bo o nim mowa, jeden z najbardziej ortodoksyjnych ortodoksów katolickich, ma dla niewierzących lewicowców [żeby trzymać się jego słownictwa] jedną, wręcz rewelacyjną dobrą radę: „Po cóż się katować, gdy wysiłek jest wielki, a korzyści żadne. Nie bójcie się, drodzy lewacy! Nie wyniszczajcie się na darmo! Cieszcie się życiem! Minus jest tylko taki, że musicie przestać być lewakami. Ale tego akurat wyrzeczenia nie pożałujecie”. Ja bym z tej dobrej rady wnet skorzystał, gdybym kiedyś nie był wierzącym, a dziś wierzących nie obserwował. Otóż śmiem twierdzić, że nie ma gorszego katowania siebie, niż wypełnianie wszystkich nakazanych rytuałów religijnych (które niczemu nie służą), niż stosowanie się do wszystkich zakazów wynikających z religii (a katolicy nagminnie się nie stosują), i wreszcie – niż katowanie logiki normalnie myślącego człowieka. A najgorsze w tym to, że chcą narzucić to katowanie innym. Dodam w pełni ironicznym przekąsem: przecież tak naprawdę wierzącym ortodoksom nie chodzi o radość z życia doczesnego. Będą się radować dopiero w godzinie śmierci. Trochę jakby krótko...




środa, 6 marca 2019

Dołącz do modlitwy


  Dziś mamy Środę Popielcową rozpoczynającą Wielki Post. Przyznam, że nigdy nie rozumiałem sensu tego święta ani okresu Wielkiego Postu. Podobno taki post nikomu nie zaszkodzi, z czym akurat się w pełni zgadzam, ale dlaczego nie pościć w lutym, albo lipcu z takim samym skutkiem? Gdybym był wierzący, w myśl kanonu 1242 KKK, właściwie i tak byłbym z niego zwolniony, wszak przekroczyłem magiczną liczbę sześćdziesięciu lat. Celowo użyłem określenia „magiczna”, bo jak się okaże, to ma znaczenie. Dziwne to święto, bo trąbią o nim niemal jak ten strażak na wieży mariackiej na alarm przed Tatarami.

  Przypominają mi się słowa ewangelii św. Mateusza: „Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam, już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i obmyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz” [Mt 6, 16-18]. Przypomina mi się też pewien komentarz do tych wersów: „Istnieje też grupa ludzi wierzących i podejmujących umartwienia w imię (jak twierdzą) zbliżenia się do Stwórcy. Wszystko na pozór wspaniale, istnieje jednak pewien szkopuł. Otóż cielesne cierpienia rekompensują sobie oni z nawiązką przyjemnościami pychy. „Ja poszczę! Ależ jestem wspaniały! A o ileż lepszy o tego ateusza, co to nie pości! Albo od tego modernisty, co pości tylko po to, by schudnąć, (...) Ja jestem prawdziwym katolikiem”1. Od siebie dodam, że niewiele mnie to obchodzi. Kto chce pościć, niech pości, nawet motywy mnie nie drażnią, nawet ta fanfarada wokół tego dnia i następnych, do świąt Wielkiejnocy. Ot, jeden z dziwnych rytuałów, który akurat mi w niczym nie przeszkadza. Taka jest kultura katolicka. Po co więc o nim wspominam?

  Mogę teraz przejść do sedna, czyli do różnych form kultury, już nie tylko katolickiej. Jedną z dość znanych artystek, dodajmy, znaną wśród koneserów (jakkolwiek dziwnie to nie brzmi), znanej na całym świecie, jest pani Marina Abramovic – twórczyni sztuki zwanej sztuką performensu. Tematyka jej twórczości jest oparta na okultyzmie, obrzędowości, magii, szamanizmie, czasami nawet satanizmie. Też nie dla mnie, więc bez obaw, ja na wernisażu jej wystawy nie zagoszczę, ba!, w ogóle nie mam w planie jej zwiedzić, co dla treści tej notki nie jest bez znaczenia. Na szczęście nie ma przymusu, nawet takiego, jak katolicki ostracyzm wobec tych, co nie poszczą w Wielki Post. Ktoś powie, że przesadzam z tym ostracyzmem, ale tu posłużę się anegdotką. Mam tego pecha, że czasami rocznica moich urodzin przypada na ten postny czas. W pewnym okresie, gdy otoczony byłem (też) wielką rodziną, nie było zmiłuj się, przyjęcie musiało być. I w taki czas naszedł nas mój ojciec, gorliwy katolik z gatunku tych świętoszkowatych, i niczym Jezus ze świątyni kupców, tak on rozgonił wszystkich, bo na stole były kiełbasy i wódka. A przecież nikomu tych specjałów na siłę do gęby nie wpychałem.

  Wróćmy do tej Abramovic. Wystawy w Polsce się jej zachciało, na co podobno nawet minister Gliński wyraził zgodę. Nawet i groszem sypnął, bo impreza niedochodowa, co mu się rzadko zdarza. I znów się porobiło niczym w czasie teatralnej „Klątwy”. Nikt nikogo do oglądania wystawy nie zmusza, ale już się organizują szturmy modlitewne i różańce, bo nie może tak być, aby ktoś w tym kraju okultyzm i magię propagował. Zaglądaniem do piekła, magicznymi rytuałami mogą zajmować się li tylko katolicy, najlepiej ci nawiedzeni. Tu jest jednak pewne novum. Akcja odbędzie się przed gmachem toruńskiego CSW (Centrum Sztuki Współczesnej), ale kto nie może się stawić osobiście, niech odmówi różaniec w zaciszu domowym2. Módlmy się! O zdrowie urażonych tym, czego nie zobaczą – bowiem o rozum za późno...

  Dla rozładownia atmosfery:
Po skończonym nabożeństwie proboszcz nachyla się do mikrofonu:
- Zaraz będzie Msza Św. Proszę zostać. Te pół godziny nikogo nie zbawi
.






sobota, 24 lutego 2018

Abraham



  Mamy teraz drugą Niedzielę Wielkiego postu. W liturgii odniesienie do Abrahama, gdzie czytamy: „Bóg powołał Abrahama, który posłuszny Bogu, opuścił swój kraj. Stał się on ojcem wierzących, gdyż bezgranicznie zaufał Bogu, który powołuje ludzi, by obdarzyć ich zbawieniem i dać im światło prawdy”1. Bardziej istotny jest jednak inny fragment: „Dziecko to najcenniejszy dar Boga dla rodziców; często długo oczekiwane, ukochane, upragnione. Dlaczego więc Bóg żąda od Abrahama, by zabił swojego syna?- o czym słyszymy w pierwszym czytaniu. Dlaczego Ten, który powiedział „Nie zabijaj” chce krwi nic nie winnego młodego chłopaka?”2.

  Przyznam, że pytanie zawarte w drugim cytacie jest chyba najtrudniejszym pytaniem wiary. Ja zapoznałem się z wieloma wytłumaczeniami, ale żadne nie jest przekonywujące, nawet to z tego samego tekstu: „Ileż bólu i cierpienia musiał w sobie nieść Abraham prowadząc swojego jedynego syna na śmierć? To jednak nie Izaak stanowił problem, ale sam Abraham, któremu miłość do syna przysłoniła Boga”3. Jeśli nie Izaak jest problemem, to o co kłócimy się przy aborcji? Matka abortująca płód, może rzec to samo: „to dziecko będzie mi przesłaniać Boga”. Nic nie ułatwia wypowiedź ks. Tomàša Halika, że starożytność nie znała „kultu dziecka”, a ofiary z dzieci, szczególnie pierworodnych, były dość częste. Ale oto Bóg wstrzymuje rękę Abrahama i zabrania od tej chwili czynienia mu takich ofiar. W zamian proponuje ofiary na ołtarzu z zwierząt. W gruncie rzeczy też makabryczne, w niczym nie zmieniające pojęcia Boga jako „barbarzyńcy”. Dopiero Jezus zakazuje wszelkich ofiar, gdyż sam składa ofiarę z własnego ciała. Z dzisiejszego punktu widzenia ta przypowieść o Abrahamie jest obrazoburcza dwójnasób. Po pierwsze, sam pomysł ofiarowania życia pierworodnego na ołtarzu ku chwale Boga. Po drugie, wymóg bezgranicznego posłuszeństwa od wiernego, który musi złożyć syna w ofierze. Nie wystarczy powiedzieć „ileż bólu i cierpienie”, bo my nigdy nie doznamy ani bólu, ani cierpienia innych, tego bólu i cierpienia trzeba by samemu doświadczyć, aby naprawdę wiedzieć do czego Bóg zmusza Abrahama. Przecież nam by wystarczyła świadomość, że nasze dziecko za chwilę umrze, niekoniecznie z naszej ręki, aby zawirować. Abraham żył tą świadomością kilka dni, ale strach przed Bogiem pchał go tego czynu. Strach, nie miłość, bo nawet najwspanialsza miłość nie jest zdolna do takich czynów. Może poświęcić siebie, jak to zrobił św. Maksymilian Kolbe mając za przykład śmierć Jezusa na krzyżu za nasze grzechy, ale przecież Jezus  nikomu by śmierci nie zadał, by udowodnić swoją miłość do Ojca.

  Jakże więc wyjść z tej pułapki ofiary z pierworodnego? To jest tylko możliwe w odniesieniu do czasów starożytnych, choć nie tak jak proponuje ks. T. Halik. Prawdą jest, że takie były wtedy zwyczaje, że ludzie mieli zupełnie inny stosunek do dzieci, że cechowała ich przede wszystkim poddańczość nie tylko wobec niebiańskiego, ale i ziemskiego pana. Opisujący to zdarzenie autor nie ma żadnego problemu natury moralnej, bo taka ta moralność była. Dla niego jest tylko ważne jedno przesłanie: Bogu należy się bezwzględne posłuszeństwo. Dzisiejsi kaznodzieje, a takich nie zabraknie na ambonie w drugą niedzielę Wielkiego Postu, będą też kłaść nacisk na to bezwzględne posłuszeństwo, zapominając w ogóle, że moralność ewoluowała, że samo to wydarzenie było etapem etycznej ewolucji. Skoro jednak dziś ta moralność tak bardzo różni się od tej starożytnej, dlaczego nie zmienić i tej liturgii?

W drugim tekście czytamy: „Liturgia Słowa dzisiejszej niedzieli zachęca nas więc do refleksji nad tym z czego lub z kogo nam najtrudniej zrezygnować, i kto lub co jest dla nas ważniejsze od Boga”4. Oczywistym jest sens i odpowiedź. Nie ma nic ważniejszego od Boga, tylko czy Bóg chce dziś od nas takich świadectw? Śmiem wątpić, bo byłby takim samym starożytnym „barbarzyńcą” jak w stosunku do Abrahama. Nie wiem jak kto, ja z miejsca wyrzekłbym się kogoś, kto kazał by mi złożyć ofiarę z moich dzieci, nawet gdybym przypuszczał, ze to tylko próba. Abraham tego nie mógł traktować jako próby. O tej przypowieści należy natychmiast zapomnieć po pierwszym przeczytaniu Biblii. W Wielki Piątek Jezus da świadectwo swojej miłości do ludzi. Umarł na krzyżu dla ludzi, spychając przesłanie przypowieści o Abrahamie w niebyt. Jezus mówi, że prawdziwa miłość do Boga przejawi się w ofierze nas samych, a nie w ofierze z innych. 

  Niestety, to rodzi pewne reperkusje, o których nasz Kościół i większość wiernych nie chce wiedzieć. Jakie, spróbuj się mój Czytelniku sam domyślić.