Trzeba sobie od razu na wstępie wyjaśnić,
że ten gloryfikowany Wielki Post ma charakter stricte religijny i mnie dziś nic do niego. Wierni wymyślili sobie
kolejny rytuał i mają do tego pełne prawo. Tak jak każdy ma prawo być wegetarianinem,
a nawet weganinem. To też forma postu na bazie ograniczeń kulinarnych, powiedziałbym, że nawet
bardziej, bo nie tylko na okres przedświąteczny. Inną formą wyrzeczeń w czasie Postu
jest unikanie zabaw i wszelkiego rodzaju rozrywek, choć tu granica jest bardzo
płynna, bliżej niesprecyzowana. Nakazowo obowiązują trzy zasady: post
kulinarny, jałmużna i modlitwa, a cechą dodatkową jest tak zwane nawracanie się i
pokuta.
Z tego wszystkiego najbardziej dla mnie niezrozumiałe
jest pojęcie nawracania się wiernych z powrotem na właściwą wiarę(?). Oficjalnie
ten termin znaczy tyle, że trzeba dokonać przemiany duchowej, tu: na odwróceniu
się od grzechu, przyjęcie za podstawę akt wiary i skruchy, oraz jako stopień
najwyższy, upodobnienie się do Jezusa, czyli gotowość poświęcenia życia dla
wiary(?). I tak rok w rok na okrętkę, lekko ironicznie, bo prawdziwej wiary w wiernych nie ma(?)
Pytajniki są w nawiasach, aby zaznaczyć te elementy, które są dla mnie zupełnie niezrozumiałe.
Nie przypominam sobie, by Jezus nakazywał oddawać życie za wiarę, choć mówił,
że niejednych to czeka. Nie rozumiem też, jak można tracić wiarę, skoro
obowiązkiem wiernego jest stałe jej umacnianie. Można dojść do dziwnego wniosku, że przedświąteczny ascetyzm to może nie jedyna droga do
zbawienia, ale bezwzględnie konieczna. Dlaczego tylko w dniach postu – oto wielka tajemnica wiary. Tyle
teoria.
Czy człowieka niewierzącego stać na
jakąś formę ascetyzmu? Stwierdzę z pełnym przekonaniem, że nie tylko stać, ale czasami jest do
niej przymuszony. Na przykład: przy wielu chorobach wskazana jest ścisła dieta.
Raz w życiu przeżyłem taki półroczny okres i uchowaj Panie więcej. Z innej
beczki: pracowałem na dole w kopalni, a ponieważ byłem nałogowym palaczem, czas
tej pracy był wyjątkowym przykładem ascezy ze względu na kategoryczny zakaz
palenia. Może dlatego dziś nie mam problemów z dłuższym przebywaniem w
miejscach, gdzie nie wolno palić. Jeszcze jeden przykład ascezy: w zasadzie
lubię alkohol, a jednak za sprawą „duchowej” potrzeby unikam opilstwa jak ognia, nie tylko w sierpniu, katolickim miesiącu trzeźwości.
Nie będę przynudzał innymi przykładami, rzecz w tym, że nie traktuję tego jako
drogi do zbawienia. I tu zaczynają się schody...
Jeden z nawiedzonych po prostu mnie załamał.
Czytam: „(...)
choć chrześcijaństwo
wiąże się z koniecznością wyrzeczeń, to podejmujący je człowiek może liczyć na
nagrodę – i to niebagatelną, bo szczęście wieczne”. Cóż, moje liczne wyrzeczenia też skutkują nagrodą. Tu i teraz odcinam kupony. Z ekonomicznego punktu widzenia mogę spokojnie patrzeć w najbliższą przyszłość, co wydaje nie tylko konieczne, ale wręcz nadrzędne. Niestety, kolejny argument jest
już nie do odparcia: „Różnica między chrześcijaninem
a niewierzącym [w oryginale jest mowa o lewicowcu, a przecież nie każdy
niewierzący jest lewakiem – dopisek mój] nie polega na tym, że ten drugi nie
podejmuje wyrzeczeń, lecz na tym, że jego wyrzeczenia są bezcelowe” (sic!) Wynika z tego, że moja dieta
lecznicza, czy abstynencja alkoholowa są bezcelowe bo..., bo nie poświeciłem ich Bogu. Brawo, większej głupoty w życiu nie
czytałem, choć czasami trafiam na idiotyczne teksty Marcina Wolskiego. Aby było śmieszniej, autor tej bzdury przytacza kolejną: „(...) w stołówce pracowniczej czy szkolnej
podają tylko mięso i nie ma wyboru? Katolik, także ortodoksyjny, w piątek może
wówczas mięso „wsunąć” [podkreślenie moje] i odprawić pokutę w innej formie”. Z pełną ironią, ba!,
sarkazmem: to taka ortodoksyjna odmiana powiedzenia: prawo jest po to, aby je łamać. Drobna
pokuta, pięć minut na klęczkach podczas modlitwy, i już po bólu. Taki
wegetarianin czy weganin, w takiej sytuacji po prostu nie tknie mięsa, a mimo
to jest gorszy od chrześcijanina (wegetarianie i weganie są dziś w Kościele na cenzurowanym, innymi słowy, są traktowani jak heretycy). Bo oni rezygnują
z posiłków mięsnych i głodują dla diabelskiej idei. Gdyby to samo robili w imię chwały Bożej, byłoby
już ok.
Marcin Jendrzejczak, bo o nim mowa, jeden
z najbardziej ortodoksyjnych ortodoksów katolickich, ma dla niewierzących
lewicowców [żeby trzymać się jego słownictwa] jedną, wręcz rewelacyjną dobrą radę: „Po cóż się katować, gdy wysiłek jest wielki, a
korzyści żadne. Nie bójcie się, drodzy lewacy! Nie wyniszczajcie się na darmo!
Cieszcie się życiem! Minus jest tylko taki, że musicie przestać być lewakami.
Ale tego akurat wyrzeczenia nie pożałujecie”. Ja bym z tej
dobrej rady wnet skorzystał, gdybym
kiedyś nie był wierzącym, a dziś wierzących nie obserwował. Otóż śmiem
twierdzić, że nie ma gorszego katowania siebie, niż wypełnianie wszystkich nakazanych
rytuałów religijnych (które niczemu nie służą), niż stosowanie się do wszystkich zakazów wynikających z
religii (a katolicy nagminnie się nie stosują), i wreszcie – niż katowanie logiki normalnie myślącego człowieka. A
najgorsze w tym to, że chcą narzucić to katowanie innym. Dodam w pełni ironicznym przekąsem:
przecież tak naprawdę wierzącym ortodoksom nie chodzi o radość z życia doczesnego. Będą
się radować dopiero w godzinie śmierci. Trochę jakby krótko...
Przypisy:
- cytaty pochodzą z https://www.pch24.pl/ascetyzm-bez-nagrody---czyli-o-wyrzeczeniach-w-imie-lewactwa,68806,i.html
- cytaty pochodzą z https://www.pch24.pl/ascetyzm-bez-nagrody---czyli-o-wyrzeczeniach-w-imie-lewactwa,68806,i.html