Dwa
poprzednie felietony w tym temacie, co przyznaję bez bicia, należało traktować
z lekkim przymrużeniem oka, choć bez przesady, zawarte w nich konkluzje
podtrzymuję. Gro wierzących, a katolików w szczególności, nie ma zielonego pojęcia
czym jest i czym powinna być modlitwa. I postaram się to udowodnić.
NinelSG
zaproponowała mi pewną ankietę. Proponuję inną niż jej sugestia. Każdy chętny
może odpowiedzieć na proste pytanie: Czy w swych modlitwach kierowałeś/-aś prośby
do Boga, inne niż prośba o wiarę dla siebie? Dopuszczalne są tylko odpowiedzi:
tak/nie – bez podawania przykładów. Ja pierwszy odpowiadam: tak, gdy byłem wierzący.
Zwykło się
traktować modlitwę jako rozmowę z Bogiem, najczęściej (choć nie zawsze) w formie błagalnej
prośby, a przykłady można zaczerpnąć z poprzednich notek. Dodałbym również
prośby o nasze i naszych bliskich zdrowie, o powodzenie w tej czy innej
sprawie, o szczęście dla rodziny, czy konkretnej osoby. Jednak za tymi
wszystkimi formami modlitewnej prośby może kryć się bardzo niebezpieczna
pułapka, w którą modlący nieraz wpadają. Zapytaj sam siebie, ile razy prosiłeś Go o coś. Gdy stwierdziłem w jednej z notek, że modlitwa
jako prośba, jest bez sensu, okrzyknięto mnie bluźniercą. Pozwolę sobie na słowa, które mogą się wydać równie, jeśli nie bardziej bluźniercze. Bóg modlitwy nie potrzebuje. Taki
paradoks, polegający na tym, że to ludzie potrzebują modlitwy, a nie Bóg. Trzeba
sobie jasno powiedzieć: Bóg do niczego nie potrzebuje naszych modlitw, On z ich
powodu nie będzie się czuł lepiej, gdyż ma poczucie własnej wartości. Bóg jest
w pełni szczęśliwy, nie odczuwa żadnych potrzeb i żadnego braku, który musiałby
być uzupełniony przez modlitwę człowieka. Tak przynajmniej uczy religia. Mało tego, nasze modlitwy nie mogą nic w Nim
zmienić. Bóg nic nie traci, kiedy nie klękamy do modlitwy, ani nic nie zyskuje,
kiedy to czynimy. To tylko wierni potrzebują modlitwy jak powietrza. To co
napisałem powyżej w niczym nie uwłacza Bogu, ani Mu nie ubliża. Oznacza to
równocześnie, że Bóg, wiernych do niczego nie wykorzysta i nie potraktuje ich jak stado bezrozumnych owieczek, aby spełnić jakąś swoją potrzebę. On modlitwę przyjmie, ale nie tak jak myślisz.
Jeśli ktoś
zna liturgię mszy św. na tyle dobrze by przypomnieć sobie IV prefację, odnajdzie
tam streszczenie sensu modlitwy: „Chociaż nie potrzebujesz naszego uwielbienia,
pobudzasz nas jednak swoją łaską, abyśmy Tobie składali dziękczynienie. Nasze
hymny pochwalne niczego Tobie nie dodają, (...)” Pominę dalszą część, choć
obiecuję do niej wrócić. Te słowa z oczywistych powodów nie są negacją modlitwy,
nadają im jedynie właściwą formę i sens. Powrócę do tych pułapek związanych z
prośbą modlitewną. Dotyczy to przekonania, że swoją modlitwą wypraszamy coś u
Boga. W modlitwie chodziłoby wtedy o to, żeby przekonać Boga do zrobienia
czegoś, czego wcześniej nie chciał zrobić,
a teraz modlitwa ma się stać przyczyną zmiany Jego postanowień. Oznaczałoby to
w praktyce, że Bóg mógł się mylić i tylko dzięki modlącemu, błędu nie popełni.
Ba!, można by sądzić, że to modlący jest bardziej miłosierny od Boga (sic!),
skoro On sam nie chciał wcześniej uzdrowić chorego czy zapobiec aborcji. Czyżby
wierni zapomnieli, że modlitwa nie jest po to aby zmieniać Boga?! Mnie kiedyś
tłumaczono, że modlitwa jako prośba może dotyczyć tyko mnie samego i tylko w
jednym przypadku: bym stał się taki jak Bóg. To, że ja swego czasu zadaniu nie
sprostałem, jest tu kompletnie bez znaczenia. Skoro Bóg jest wolny w Swoim
działaniu, to działanie może być tylko Jego inicjatywą, nasze prośby nie wchodzą
w ogóle w rachubę. Wrócę do IV prefacji, która kończy się słowami: „(...) ale
się przyczyniają do naszego zbawienia.” Wierzący Czytelniku poskładaj sobie ten
tekst prefacji w całość, by zrozumieć, że Twoje modlitwy mają się przyczyniać
tylko do Twego zbawienia. Prośba o zdrowie cioci po imieninach, czy o nawrócenie ateisty, tego zbawienia Ci nie
zapewni.
Bardzo
często w rozmowach o modlitwie słyszę, że Ewangelie i historia chrześcijaństwa pełne są świadectw
skuteczności prośby modlitewnej, bo Jezus czynił cuda gdy lud go błagał. Pominę
wyliczankę tych cudów. To lekkie przekłamanie. Jezus był głuchy na prośby o cuda, ba!
stwierdził wprost, że nie będzie cudów na prośbę, on je czynił tylko dlatego, że ktoś (i to niekoniecznie chory, na którym cud się dokonał), uwierzył najpierw w Boga, a dopiero później w Jego cudotwórczą moc. Zatem trzeba zmienić myślenie o modlitwie, która nie jest po
to, aby coś nią wyprosić, aby Boga do czegoś przekonać, aby załatwić setki
swoich spraw, nawet niezwykle ważnych i z dobrych pobudek (tu się kłania
Duchowa Adopcja i GROM), ale jest wyrazem hołdu dla Boga. I o tym
próbuję Cię wierzący Czytelniku przekonać ja..., przekorny, niepokorny, czasami prześmiewczy ateista, w dodatku mający czelność przybrać nick diabła.
Czujesz się
zgorszony/-a cyklem ostatnich trzech notek o modlitwie?! No to mam dla Ciebie miłą niespodziankę. Całą tę ostatnią notkę oparłem na tekście
ks. Krzysztofa Porosło, umieszczonego ledwie kilka dni temu na katolickim
portalu katolik.pl, chyba jedynym, na którym pisze się o wierze z sensem.