Przyznam ze
zdumieniem, że tego się nie spodziewałem. Mój, w gruncie rzeczy ateistyczny
blog, ateizm propagujący, stał się miejscem poważnej dyskusji na temat relacji człowieka z Bogiem
oraz próbą zrozumienia cierpienia w odniesieniu do tej relacji. I to w aspekcie w pełni religijnym. Cóż, zgodnie ze
staropolską gościnnością, która we mnie nie tyle wynika z tradycji, ile z
osobistej potrzeby, nie powiem złego słowa.
Poszło o
jedno moje stwierdzenie zawarte w odpowiedzi na pewien komentarz: „Nie wolno mieszać
Boga z cierpieniem”. Przyczyna jest prozaiczna. Skoro ma być Stwórcą wszystkiego, trudno nie nazwać kogoś,
kto zsyła na nas cierpienie – inaczej niż sadystą. Tymczasem darzy nim obficie, często z zupełnie niezrozumiałych przyczyn. Tego niestety nie sposób
usprawiedliwić, nawet enigmatycznym niezbadane
są wyroki boskie czy równie popularnym nie
znamy zamiarów Boga. Szczególnie to ostatnie twierdzenie rodzi
zastrzeżenia, którego moje Czytelniczki zdają się zupełnie nie dostrzegać lub,
o co je nie posądzam, całkowicie je ignorują. Skoro bowiem nie znamy zamiarów i
motywów działania Boga, stwierdzenia typu „W miarę poznawania [podkreślenie moje]
Boga rośnie nasza wiara i miłość do Niego”1 jest zaprzeczeniem
faktu, że człowiek nigdy nie będzie w stanie zrozumieć i poznać istoty Boga. Nawet
światli filozofowie, ze wskazaniem na teologów, są tutaj zgodni. Upraszczając:
człowiek jest zbyt malutki, by Go pojąć. Co więc możemy powiedzieć o Bogu?
Paradoksalnie wszystko, wszystko to, co sami sobie o Nim wymyślimy, a ponieważ nasza fantazja nie zna granic, mówimy o Nim w
kategoriach absolutu. Absolutnie dobry i miłujący, absolutnie wszechmogący,
absolutnie wszechwiedzący, itd., itp. Problem w tym, że jest jedna rzecz, która
w tym absolucie się nie mieści – cierpienie i jego rzekomy sens – bo musielibyśmy
powiedzieć, że Bóg jest też absolutnie okrutny i sadystyczny. W
jednym z komentarzy Aisab pisze: „Jej (Matki) męczeńskie życie i cierpienie
miało sens. Nauczyło nas wszystkich pokory”. Nie znam szczegółów, ale
nigdy nie pokochałbym kogoś, kto skazałby mojego rodzica na męczeńskie życie i
cierpienie tylko po to, by mnie czegoś nauczyć, a tym bardziej pokory. Pokory względem... okrutnika?
Jestem
świeżo po lekturze książki Michaela J. Backley’a SJ, dyrektora Jesuit Institute
przy Boston College, „Ateizm w sporze z religią”. Nie, to nie będzie recenzja,
ani nawet streszczenie. Odniosę się do jednego poruszanego w niej wątku,
dotyczącego Ludwiga Feuerbacha, studenta teologii, późniejszego ateistycznego
filozofa. Przeszedł dość podobną drogę do mojej, którą da się streścić jednym
krótkim zdaniem: „Bóg był moją pierwszą myślą, rozum drugą, człowiek trzecią i
ostatnią”2. Feuerbach posługuje się trzema argumentami, które
tłumaczą zjawisko religijności: ludzka samoświadomość, atrybuty Boga są ludzkie,
Bóg (jako wyobrażenie) jest przeciwnikiem człowieka. Ta samoświadomość tworzy Boga
i religię, zaś wszystkie atrybuty Boga wyprowadzone są z wyidealizowanych i
nieosiągalnych w sposób doskonały cech ludzkich. W ten sposób człowiek przez
religię pozbawił się tego, co czyni Boga doskonałym. Bóg staje się świętym,
ludzie są grzeszni. Bóg jest czysty, ludzie są zepsuci. Bóg jest mądry, ludzie
są głupi. Feuerbach dochodzi do wniosku, że istnienie Boga jest poniżeniem człowieka. Boskość ograbia ludzi z
tego, co jest w rzeczywistości ich. „Dla wzbogacenia Boga człowiek musi
zbiednieć. By Bóg mógł być wszystkim, człowiek musi być niczym”3.
Innymi słowy, człowiek nie dostrzega tego, do czego doprowadziła
samoświadomość, tworzy fałszywe iluzje, stale podtrzymywane przez teologię.
Religijni myśliciele odwracają kolej rzeczy – projekcja Boga, niemożliwa do
realizacji bez samoświadomości człowieka, ma być przyczyną jej istnienia. Bóg
by nie istniał, nawet gdyby faktycznie istniał, jeśli nie byłoby naszej samoświadomości.
Podejrzewam,
że powyższy akapit może wydawać się wierzącym obrazoburczy. Ale to mistyk,
poeta, nie kto inny jak święty Jan od Krzyża, święty katolicki, anglikański, czczony przez
Kościół ewangelicko-luterański stwierdza zupełną nietrafność religijnego
doświadczenia, religijnej świadomości. Nasze rozumienie jest ograniczone tym,
kim jesteśmy, a jesteśmy tylko ludźmi. „Człowiek przyjmuje boskość nie po
Bożemu, lecz jedynie po ludzku i naturalnym sposobem. Nie pomogą żadne
ćwiczenia, żadne rozmyślania o rzeczach boskich”4. Autorowi tych
słów, do zrozumienia tejże boskości potrzebne było zbudowanie pojęcia łaski
(jako niezbędna konieczność), przez innych utożsamiana z Duchem Świętym, który jest de facto personifikacją świadomości Boga,
i co powtórzę – którego stworzyła nasza samoświadomość. Św.
Jan Ewangelista pisze: „Boga nigdy nikt nie widział” [J 1,18], zapewniając w
ten sposób, że poznanie boskiej istoty nie jest możliwe dla człowieka. A ponieważ tkwi w nas
potrzeba religijności, zamykamy się w magiczno-mistyczno-religijnym kręgu. Do
tego stopnia, że przestaje nas interesować jakakolwiek argumentacja, która
mogła by nas z niego wyrwać. W nim czujemy się bezpieczni i uwolnieni od
zadawania kłopotliwych pytań. Wolimy
niezbadane, ponieważ to, czego poszukujemy góruje nad poznaniem i tkwi w mroku
bezpiecznej niewiedzy. Użyję alegorii, przyklejamy na rajskim Drzewie
Życia i Poznania nadgryzione jabłko, które tak niefrasobliwie zerwała Ewa, a którego smak ledwie zdołaliśmy zakosztować.
Obie Panie
upierają się przy innej fałszywej tezie – bez Boga nigdy nie poznamy czym jest
dobro i miłość. Śmiem twierdzić, że jest dokładnie na odwrót, to Bóg uczy się
od człowieka dobroci i miłości, i paradoksalnie czyni z nich absolut dla
człowieka nieosiągalny. Gdyby człowiek sam nie sprecyzował tych pojęć, które później
przypisał Bogu, nigdy nie osiągnąłby takiego stopnia rozwoju jaki istnieje
dziś, ba, wątpliwe czy w ogóle by istniał. Wzajemnie byśmy się pozabijali, nie
mając świadomości, że zabijanie jest złe i to wcześniej niż ukształtował się
obraz Boga. Innym argumentem za tym, że to Bóg uczy się od ludzi, jest ewolucja
moralności. To za sprawą niekoniecznie prawdziwie religijnych moralistów,
człowiek porzucił rytualne zabijanie, zmienił stosunek do niewolnictwa, które
było hańbą człowieczeństwa, uznał święte wojny za zbrodnię, zabijanie dla wiary
z powodu jej braku za nonsens, czy ratowanie życia rannym i chorym za
konieczność. Wreszcie ostatnia sprawa – człowieczy pęd do
wiedzy, która czyni nasze życie znośnym. Gdybyśmy go stłumili, zdając się tylko
na miłość i dobroć Boga, do dziś nękałyby nas takie pandemie jak dżuma, cholera, nawet grypa zabijałaby nas równie
skutecznie jak same wojny. Gorzej i okrutniej, śmiertelność najsłabszych i najbardziej bezbronnych –
dzieci – wciąż kształtowałaby się na poziomie jednej trzeciej całej populacji
(jeśli nie więcej). I choć to akurat drobiazg, pewnie tkwilibyśmy wciąż w epoce kamienia łupanego.
Ze
zrozumiałych względów nie potępiam ani tym bardziej nie wyśmiewam wiary moich Czytelniczek, mają do niej pełne
prawo. Mnie tylko martwi wynikająca z tej wiary deprecjacja człowieka i człowieczeństwa.
Ta wiara ma nas utwierdzać w przekonaniu, że człowiek z natury rodzi się zły, głupi,
słaby, marny i grzeszny, i bez Boga z tych marności się nie wydostanie. Tylko czy z tego przekonania nie można wyciągnąć równie prostego wniosku,
iż takimi właśnie stworzył nas sam Bóg? Stworzył bowiem nierozsądną Ewę, która
dała się skusić Szatanowi i naiwnie głupiutkiego Adama, który Ewie uwierzył. Wolna wola nie
ma w tym schemacie nic do rzeczy, a Bóg okazałby się po prostu partaczem.
Przypisy:
1 – https://antyfronda.blogspot.com/2017/08/cierpietnicy-ktorzy-chcieli-oszukac.html#comment-form
2 – „Ateizm w sporze z religią”, Michael J. Buckley, wydawnictwo WAM, Kraków 2009, str. 156
3 – ibidem str. 158
4 – ibidem str. 203
1 – https://antyfronda.blogspot.com/2017/08/cierpietnicy-ktorzy-chcieli-oszukac.html#comment-form
2 – „Ateizm w sporze z religią”, Michael J. Buckley, wydawnictwo WAM, Kraków 2009, str. 156
3 – ibidem str. 158
4 – ibidem str. 203