Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwody. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2020

Porażka

 

  Piękny artykuł znalazłem... Działając pod wpływem, nomen omen – ateistycznego natchnienia – oraz niejakiego rozbawienia (choć sprawa jest poważna), postanowiłem się podzielić częścią treści i refleksji. Tytułowa „porażka” jest oceną artykułu, ale dotyczy (w opinii anonimowego autora), również porażki rozwodów. Na wstępie z czymś się jednak zgodzę. Tak, rozwód jest porażką małżeństwa, ale jednocześnie wybawieniem z toksycznego związku, gdy zawodzą metody lecznicze, choć osobiście uważam, że terapia tych związków jest w fazie sprzed raczkowania, czyli na etapie prób i błędów, czyli błędnych prób. Psychologowie, kaznodzieje, a nawet politycy próbują znaleźć lekarstwo, ale tu sprawa jest bardziej beznadziejna niż w odniesieniu do pandemii Covid-19. W drugim przpadku przynajmniej widać światełko w tunelu

  Ów anonim stwierdza wprost, że rozwód jest powodem smutku. Też racja, choć podobno zdarzają się już uroczystości na wzór ślubnych, świętujących to wydarzenie. To coś jak ze mną. Gdy pozbędę się jakiegoś kłopotu, zmartwienia, a nawet cierpienia, robię sobie drinka, najczęściej gin z tonikiem i wermutem, z dodatkiem plasterka cytrynu i kostki lodu. Pychotka, byle nie przesadzić. Ale wróćmy do tematu. Anonim przedstawia osiem argumentów, które mają nami wstrząsnąć jak ów drink wstrząsany, niemieszany. By to się jednak stało trzeba z drinkiem przesadzić i to mocno. Co ja piszę, co ja piszę..., jaki drink?, chodzi o argumenty.

Rozwód stanowi złamanie przyrzeczenia danego przy ołtarzu. Przyrzeczenie to ma charakter publiczny. W związku z tym jego złamanie obniża wartość przysięgi i zaufania społecznego1. Aż chciałoby się napisać: przysięgi, podobnie jak przepisy są po to, aby je łamać. Szczególnie te przed ołtarzem. Wiecie ilu kapłanów i zakonników przed ołtarzem przysięga służyć Jezusowi miłością, niezłomną wiarą, przykładem moralnego i cnotliwego życia, świętością, prawością i ubóstwem?  W s z y s c y!  Sami sobie odpowiedzcie, ilu tej przysięgi dotrzymuje? Jestem skłonny uznać, że proporcje są takie same jak przy przysiędze małżeńskiej. Mogę się mylić. Tych pierwszych może być więcej.

Rozwód stanowi przejaw słabości woli. Decyzja rozwodowa nierzadko zostaje podjęta pod wpływem emocji, gniewu czy triumfu namiętności”. Tu właściwie mógłbym się zgodzić z małym zastrzeżeniem. Zdecydowanie większa część decyzji o małżeństwie też zostaje podjęta pod wpływem emocji i tryumfu namiętności (choć bez elementu gniewu), przy czym znów mogę się mylić, być może zdarzają się małżeństwa z rozsądku, gdy na przykład parze przytrafi się dzieciątko przed zamiarem ślubu. Inny przykład takiego rozsądkowego małżeństwa, zdecydowanie rzadszy, to takie z programów „Rolnik szuka żony”.

Rozwody upowszechniają kulturę niestabilnych, wolnych związków. Nie dąży się w nich do posiadania dzieci. Nie pozostaje to bez konsekwencji społecznych, skutkuje groźnym kryzysem demograficznym”. I tu mam również wątpliwości, bo jak widać na załączonym obrazku, małżeństwo też nie gwarantuje stabilności, a już tym bardziej wielodzietności. Tej ostatniej nawet zachęta materialna w postaci 500 plus nie pomogła.

Rozwód jest szkodliwy dla dzieci - potrzebują one bowiem obojga rodziców, a małżeństwo powinno to zapewniać”. Ten koronny argument, jest tak głupi, jako owo podkreślenie „powinno”. Już o tym wspominałem wiele razy i nie widzę sensu się powtarzać na temat „dobra dziecka”. Natomiast śmiem twierdzić, że jedyne, co się powinno, to nie nadużywać drinków, nawet tych po 4,50 zł za flaszkę. O ileż byłoby mniej rozwodów.

Rozwód upowszechnia mentalność egoistyczną. Często stanowi przejaw dążenia do samorealizacji kosztem zobowiązań wobec Boga, współmałżonka i dzieci”. I znów będę ironiczny. Jeśli ktoś tu jest nad wyraz egoistyczny, to przede wszystkim ów Bóg, którego stawia się za przykład. Nasz egoizm, o ile nie jest snobizmem – to jak najbardziej zdrowe podejście do życia. Jakby na to nie patrzeć, właśnie biorąc ślub wyrażamy swój egoizm licząc na profity, tylko trochę różne dla poszczególnych ról w małżeństwie. Owymi profitami zachęcają przede wszystkim nasi kaznodzieje, namawiając do zawierania małżeństw sakramentalnych.

Rozwód nie jest jedyną alternatywą. W wielu systemach prawnych istnieje bowiem możliwość separacji. W uzasadnionych przypadkach jest ona też dopuszczana przez Kościół”. Taaa, jeszcze inną alternatywą jest unieważnienie małżeństwa, na co naciskał niedawno sam abp Jędraszewski, choć uzasadnienia nie podał. Nawet dzieci się nie liczyły. Czym się różni rozwód od unieważnienia, dalibóg nie wiem. Chyba tylko jedynie językiem prawno-teologicznym.

Rozwód zwiększa ryzyko zawarcia grzesznego nowego związku opartego na niedozwolonym współżyciu seksualnym”. No i masz babo placek! Współżycie seksualne jest niedozwolone, choć niby jest, byle tylko w uświęconym sakramentem związku małżeńskim. Klasyczny przykład owej mentalności egoistycznej Boga i Jego emisariuszy ziemskich. Oni narzucili sobie ten zakaz, od którego jedynym dopuszczalnym odstępstwem jest ślub przed ołtarzem z przysięgą, że dzieci będzie wychowywać się po katolicku, czyli w jedynie słusznej wierze. Tu nie ma żadnego pola manewru, ale skoro się ktoś zdecydował, nie będę protestował.

Rozwód stanowi zaprzeczenie pierwotnego Bożego planu dla człowieka. Skoro Bóg pragnie szczęścia człowieka, to podważanie Jego planu prowadzi do nieszczęścia”. Tu już muszę prawie na poważnie, bo tego argumentu nijak pojąć nie mogę. Różne są wersje. Kreacjoniści twierdzą, ze Adam i Ewa byli w Raju jeden dzień, pobożni Żydzi, że przynajmniej tyle lat, ile trzeba, by od zasadzenia drzewa pojawiły się pierwsze jabłka. Mam doświadczenie, sam zasadzałem sad. To około trzy, cztery lata w zależności od gatunku. Przez taki czas Adam i Ewa żyli bez katolickiego ślubu i nie ma też wzmianki w Biblii, by w tym czasie mieli dzieci. Raj, jak sama nazwa wskazuje był miejscem szczęścia i oni byli szczęśliwi, bo taki był plan Boży dla człowieka. Prawda, człowiek ten plan spartolił na swoje nieszczęście i dlatego musiał się żenić (czasami z wieloma żonami, co owo nieszczęście potęgowało), a kobiety musiały rodzić dzieci. Rodzić w bólach.

  Na koniec jak zwykle puenta. Niech nikt nie myśli, że jestem propagatorem rozwodów jako takich, dla samego rozwodu, aby sobie życie urozmaicić. Monogamia ma swoje zalety, rodzicielstwo też. Nie będę się kopał z koniem, bo akurat ja się rozwiodłem. Tylko niech ten anonimowy autor te argumenty zachowa dla siebie, bo obraża nimi ludzki intelekt.

 

 

Przypisy:
1 – wszystkie cytaty za:
https://www.pch24.pl/rozwody-to-porazka--8-argumentow-,78057,i.html

 

wtorek, 28 stycznia 2020

Bój nasz ostatni


Jako wstęp niech posłuży parafraza znanej pieśni z czasów komuny:

Pobożny powstań ludu ziemi
Powstańcie, których dręczy chuć
Myśl Boża świętym blaskiem
Dziś przed ołtarze wiedzie nas.
Tradycja dłonie nasze splata
Przysięgą, przed którą każdy drży
Obrączki złote nas oplotą
Dziś nikim, żenimy jutro się.

Sakrament to będzie ostatni
Kawalersko-panieński skończy się trud
Gdy związek nasz małżeński
Ogarnie cały lud
”.

  Ja nie żartuję, ja wiem do czego piję. Będzie ciężko i to dwójnasób. Po pierwsze, ciężko będzie zawrzeć związek małżeński, po drugie, jeszcze gorzej go rozwiązać. A wszystko za sprawą katolików, którzy alarmują, że jest coraz więcej rozwodów. W Polsce rozwodzi się już tak około 35-40 procent małżeństw. I nie ma nic do śmiechu, mamy ewidentny kryzys instytucji małżeństwa. Na nic się zdają słowa przysięgi małżeńskiej i katechetyczny dogmat o nierozerwalności. Nawet finansowe bonusy. Ale pojawiły się jaskółki dwie, właściwie muchy dwie: hiszpańska i polska, które być może ten trend odwrócą. A jak już te jaskółki, sorry, muchy wezmą ślub, może być naprawdę ciekawie...

  Biskupi hiszpańscy wpadli na genialny pomysł1: nauki przedmałżeńskie mają trwać dwa, a nawet trzy lata (sic!) zamiast dotychczasowych 20 godzin. Bo przygotowanie nie ma być formalnością, ale podobnie jak seminarium do kapłaństwa, tak te nauki mają prowadzić do prawdziwego, uświęconego małżeństwa. Bo małżeństwo jest powołaniem, jak twierdził nie kto inny, niż sam Jan Paweł II. Na tych naukach będą poruszane następujące tematy: „komunikacji, rozwiązywania konfliktów, wierności, powołania do małżeństwa i piękna seksualności. Każdy z tematów będzie przerabiany w trakcie dwóch lub trzech sesji w odstępie dwóch tygodni. Co ciekawe, biskupi zachęcają pary, które odbywają stosunki seksualne, aby powstrzymały się do dnia ślubu, dbając o czystość poprzez sakrament pojednania i komunii”. Innym słowy, porównanie do seminarium duchownego jest tu jak najbardziej adekwatne – celibat. Wyobrażacie sobie? Dwa, trzy lata mowy o pięknie seksualności bez zajęć praktycznych. To tak jak oglądać pornosa i się nie masturbować...

  Ok, może ktoś dotrwa do końca tych nauk w stanie uświęconym, w końcu trzy lata to nie dziesięć. Problem w tym, gdy po tych trzech latach się nam odechce. Niejedno małżeństwo korzystając z dobrodziejstw seksu i roku nie wytrzymuje. Znajdziesz nową partnerkę i od nowa seksualna kwarantanna, bo nie wiem, czy zaliczają poprzednie nauki z inną kandydatka na żonę. Może w końcu jednak dotrwasz do dnia ślubu. Pytanie na jak długo. Skoro dziś jedna trzecia małżeństw nie wytrzymuje wiele więcej niż pięć lat, ledwie skończą się te nauki..., czas myśleć o rozwodzie. 

I tu pojawia się jaskółka, sorry, polska mucha. Czytam: „Dlaczego w kwestii tak zasadniczej – dotyczącej zarówno zbawienia wiecznego, jak i doczesnego szczęścia – poddajemy się tak łatwo? A może nadszedł czas, aby w końcu zakazać rozwodów?2. Wszystkich, nie tylko katolickich. Trzeba oddać sprawiedliwości, nawet autorzy tego pomysłu zakazu rozwodów nie myślą poważnie o jego wprowadzeniu3, więc proponują tymczasowe, przejściowe rozwiązania:
„- znieść wszystkie przywileje dla rodziców samotnie wychowujących dzieci;
- znieść możliwość wspólnego rozliczania podatku dochodowego z dzieckiem dla tych rodziców;
- przywrócić obowiązkowe posiedzenie pojednawcze w sprawach rozwodowych;
- wprowadzić nieodpłatne, ale wielomiesięczne obowiązkowe mediacje zwaśnionych rodziców;
- nieodpłatna terapia psychologiczna (nie sprecyzowano, czy w zakładzie zamkniętym);
- obowiązkowa, kilkuletnia separacja przed orzeczeniem rozwodu”4.

  Osobiście dziwi mnie ta ofensywa. To leczenie syfilisu za pomocą pudru. Jeśli już dziś blisko czterdzieści procent dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich, w tym w konkubinatach, powyższe metody na poprawę trwałości małżeństwa poskutkują gwałtownym wzrostem związków nieformalnych. Dziś hierarchowie Kościoła oraz konserwatywni politycy idący tym tropem, alarmują o różnych zarazach ideologicznych, które są podobno zamachem na tradycyjną, chrześcijańską rodzinę. To bzdety, strachy na Lachy – prawdziwym zamachem na tę rodzinę będzie realizacja przedstawionych powyżej metod mających, nomen omen, zapobiegać rozwodom.




środa, 12 czerwca 2019

Szantaż (?)


  Fundacja Mamy i Taty uruchomiła portal RatujRodzine.pl i przyznam, że sama idea wydaje się być słuszna, ale jest właśnie to... „ale”. Otóż Fundacja, jak to wynika z jej własnych deklaracji, prowadzi kampanie społeczne i przygotowuje raporty związane z rodziną. Nie twierdzę, że taka działalność jest zła sama w sobie, w moim odczuciu, jest kompletnie chybiona. Jeśli ktoś myśli, że małżeństwo w kryzysie będzie szukać kampanii społecznych, albo czytać raporty o stanie polskiej rodziny, to chyba komuś coś się pokręciło.

  Ta Fundacja istnieje od dziesięciu lat, a na stronie jej portalu jest szesnaście artykułów z czego jeden jest reklamą, jeden zbiorem adresów poradni diecezjalnych, trzy się powtarzają, trzy mają rzekomo radzić, jak utrzymać dobre małżeństwo (kto ma odrobinę czasu, polecam lekturę – na wszystkie wystarczy dwie minuty), reszta, czyli połowa jest straszeniem przed skutkami rozwodów, innymi słowy taki emocjonalny szantaż dla tych, którym przyjdzie na myśl chęć rozstania. Mnie ten schemat coś przypomina, ale tym podzielę się na koniec.

  Jeden artykuł mnie bardziej zbulwersował niż poruszył, spełniający warunki klasycznego szantażu „na dziecko”. Nie mam tu na myśli panny, która oznajmia chłopakowi, że jest w ciąży, w nadziei, że ten zdecyduje się na ślub. Znam te metodę z czasów młodości, wątpię czy dziś byłaby skuteczna. Według autorów artykułu „Konsekwencje rozwodu dla dzieci”1 dzieci z powodu rozwodu odczuwają lęk o przyszłość, bezradność, smutek i zgubienie oraz wstyd przed rówieśnikami(?). Trudno się z tym nie zgodzić (poza tym wstydem), ale to jest tylko połowa prawdy i to tylko ta, która właśnie opiera się na szantażu. W dalszej części artykułu jest jeszcze lepiej, bo mamy kilka „wybranych” cytatów dzieci(?), mających tezę autorów potwierdzić:
Strasznie się wstydziłam, że jestem dzieckiem rozwodników i ukrywałam to. W dzieciństwie byłam bardzo zestresowana i wycofana, mająca bardzo mało przyjaciół.” (kobieta, 27 lat)”;
Ten brak poczucia wartości…Przez lata go budowałam, nawet chodziłam na taki kurs budowania własnej wartości.” (kobieta, 49 lat)”.
Zastanawiam się, co tu jest grane? Kobieta lat 49 dzieckiem? Ja w takim wieku złamanego grosika bym nie dał za to, że pamiętam jakie miałem poczucia w dzieciństwie. Pamiętam do dziś pewne wybrane fakty, ale to, co sobie wtedy myślałem, jest już projekcją mojej dzisiejszej wyobraźni. A czy ta pani lat 27 wie, co to znaczy przyjaźń wieku dziecięcego? Raczej jej chodzi o koleżanki i kolegów, po co więc ta górnolotność?

  Wróćmy do istoty problemu, czyli rozwodów, ich przyczyn i skutków dla dzieci – czyli do tej drugiej połowy prawdy, o której w artykule żadnej wzmianki. Sama Fundacja opublikowała kiedyś raport, z którego wynika, że „aż” (ja bym użył sformułowania „tylko”) 30% rozwodów, rozwodami mogło się nie skończyć. Według różnych statystyk różnie się to przedstawia, ale nie ulega wątpliwości, że główne przyczyny to: niezgodność charakterów, zdrada, alkoholizm, problemy finansowe i przemoc – w takiej właśnie kolejności. Teoretycznie można by wyeliminować te 30 procent związanych z niezgodnością charakterów, ale dalibóg, nie bardzo wiadomo jak. Kierować rozwodników do poradni psychologicznych? Siłą? Są takie zapędy, ale wtedy na ogół jest już za późno. Rzecz w tym, że problem jest bardziej skomplikowany, bo z reguły te przyczyny się na siebie nakładają, a ta niezgodność charakterów z czegoś w końcu wynika. Część rozwodników, chcą uniknąć problemów podczas rozprawy rozwodowej decyduje się tylko uzewnętrznić ten jeden aspekt. Tak najłatwiej, bez wywlekania brudów...

  No dobrze, a gdzie w tym dziecko? Można by sądzić, opierając się na argumentach Fundacji Mamy i Taty, że ono będzie szczęśliwe, gdy rodzice będą sobie skakać do oczu w ich obecności (niezgodność charakterów), gdy tata wraca napruty niby messerschmitt wieczorami do domu (alkoholizm), albo gdy wyjeżdża na miesiąc, dwa lub trzy na Zachód za chlebem (wariant optymistyczny problemów finansowych), lub, gdy oboje rodziców nie potrafi zapewnić dziecku przyzwoitych warunków bytowych (nawet za 500 plus), co i tak powoduje wykluczenie w środowisku szkolnym. Gdy zaś dojdzie do ujawnienia zdrady małżeńskiej, dziecko w mig łapie, że wierność to bajka... tylko dla grzecznych dzieci. Świadomie uogólniając, i z pewną dozą sarkazmu: zaiste prawdziwa to szczęśliwość być dzieckiem w takich rodzinach. Coś na ten temat wiem z autopsji...

  Obiecałem się odnieść do schematu jakim posługuje się Fundacja Mamy i Taty, a dodam, że to nie jedyna taka fundacja. Mnie ten szantaż przypomina inne badanie, z którego wynikało, że na dziesięć kazań z ambony w kościele, aż siedem zawiera szantaż, jakim jest straszenie piekłem i gniewem Bożym, jeśli nie pogodzimy się z cierpieniem Jezusa na krzyżu2. Skoro bowiem Jezus cierpiał, dlaczego dzieci mają nie cierpieć? Pytanie kiedy bardziej? We wręcz patologicznej rodzinie, bo co dwoje porąbanych rodziców, to nie jedno, czy z dala tęskniąc za mamą lub tatą? Ośmielę się twierdzić - tęsknota bardziej uszlachetnia, niż codzienny widok ludzkiej agresji i człowieczego upodlenia.