Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sumienie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Asmo, gdzie ty masz sumienie?


   Mnie, walczącego z hipokryzją nie tylko ważnych ludzi Kościoła, ale i polityków – zarzucono właśnie postawę człowieka hipokryty. Przez jeden jedyny czyn, do którego zresztą sam się przyznałem, datek na remont kościoła, gdy byłem już ateistą. Jakże tak można, nie wierzyć w Boga, a jednocześnie przykładać rękę (z datkiem) do remontu budowli, która jest nieodłącznym elementem wiary, tu katolickiej. Wynika z tego, że bardziej racjonalnym (sensownym?) dla mnie postępkiem byłoby kościoły burzyć. Burzyć do fundamentów.

  Być może tak by należało, ale wtedy musiałbym nie mieć sumienia, albo być idiotą, który myśli, że jak nie będzie kościołów to zniknie wiara. Drugi przypadek całkowicie pominę, bo jest aż tak absurdalny, że nie wart żadnego rozważania. Ja tu przetoczę treść kanonu 1782 KKK: „Człowiek ma prawo działać zgodnie z sumieniem i wolnością, by osobiście podejmować decyzje moralne. Nie wolno więc go zmuszać, aby postępował wbrew swojemu sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem, zwłaszcza w dziedzinie religijnej”, z którego wynika jasno i niezbicie, że nie wolno mi przeszkadzać nikomu na płaszczyźnie wiary i religii. I jakem ateista, trudno mi się z tym nie zgodzić, choć mam duże zastrzeżenia do niektórych przejawów religijności, szczególnie wtedy, gdy wbrew temu kanonowi, narzuca się ją innym. Tak więc sumienie nie pozwala mi burzyć budowli będących przedmiotem kultu religijnego, a jednocześnie istnienie bezinteresownej empatii pozwala nawet przyłożyć rękę (z datkiem) na remont tychże budowli. Empatii skierowanej na społeczność wiejską, gdzie religijność ma duże znaczenie.

  Niestety, nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogłoby być gorzej. Oto niejaki abp Gądecki usiłuje mi dowieść, że moje sumienie nie jest moją prywatną sprawą (sic!) Z jego słów wynika, że „Człowiek bowiem ma w sercu wpisane przez Boga prawo [na którym opiera się sumienie – dopisek mój]; posłuszeństwo temu prawu stanowi właśnie o jego godności, i według niego on sam będzie osądzony. W sumieniu Pan Bóg prowadzi dialog nie tylko z ludźmi wierzącymi, ale także z niewierzącymi. Przemawia w każdym człowieku przez jego rozumną naturę, której jest stwórcą1. Najpierw zapytam, gdzie w tych słowach jest ów kanon 1782 KKK? Ponieważ diametralnie różnimy się w podejściu do tego, co zwykło się rozumieć przez Boga, wynikałoby z tego, że ja sumienia już nie mam, gdyż przez wybór ateizmu to boskie prawo wykasowałem. Innymi słowy, moje sumienie jest błędne: „Najgroźniejsza jest sytuacja, gdy człowiek sam uzurpuje sobie władzę decydowania o tym co jest dobre, a co złe. Taka właśnie sytuacja doprowadziła do grzechu pierworodnego”. Zastanawiam się dla kogo ta sytuacja jest najgroźniejsza i wychodzi mi, że tylko dla Kościołów chrześcijańskich, które wciąż plotą głupoty o grzechu pierworodnym jako niezbitym fakcie. Bo bez tego grzechu niemal wszystko się wali, przede wszystkim zaś sens odkupienia. A przecież ponad wszelką wątpliwość udowodniono, że ów mit o grzechu pierworodnym jest li tylko alegorią, mającą wytłumaczyć przyczynę trudów i znoju życia ludzkiego. Gdyby nie ów parawan – jakim jest grzech pierworodny, trzeba by uznać, że to Bóg tak urządził nam ten świat, a przecież Bóg jest samym dobrem.

  Na chwilę wróćmy do tego rzekomo wpisanego nam przez Boga prawa, które ma kształtować nasze sumienia. Chyba nie wymyślono większego kłamstwa. De facto katolickie sumienie, za Jeanem Cocteau’em, to twór: „który nie powstrzymuje nas od grzechu, przeszkadza tylko się nim cieszyć”. Tymczasem człowiek jest sam zdolny podjąć trud tworzenia samoograniczeń. Powoduje nim tylko zdrowy egoizm. Jak by na to nie patrzeć, religijne pojęcie sumienia to nic innego, jak kaganiec nałożony na czas kształtowania, by nie napisać indoktrynacji, naszej osobowości, i tak do..., do samej śmierci. Wiem, co piszę, wszak byłem religijnie indoktrynowany przez całą młodość, a co jeszcze przez długie lata odbijało się na mojej psychice, poprzez wyolbrzymione poczucie winy. Mało, że miałem poczucie winy wobec bliźnich, to jeszcze większe wobec Boga, chociażby przez fakty kołatania się we mnie sprośnych myśli. Nie da się ukryć, że człowiek z poczuciem winy będzie lgnął do tej religii, która nie tyle go z poczucia winy uwolni, ile daje mu nadzieję, że będzie mu ta wina odpuszczona, i może o grzechu przestać myśleć (czytaj: popełnić go kolejny raz). Oczywiście nie za darmo, i wcale nie mam na myśli pieniędzy. Dziś mam dużo lżej, tak o trzy czwarte ciężaru tego poczucia winy. Nie pozbywam się go, gdy naprzykrzam się bliźnim, ale nie mam go już w ogóle wobec Boga, na przykład przez lenistwo (czytaj: totalną niechęć i brak zrozumienia sensu) do modlitwy i innych praktyk religijnych.

  Jest jednak w tej jego, arcybiskupa opinii coś, z czym się muszę całkowicie zgodzić. Stwierdza: „Pewną formą zaburzonego sumienia jest fanatyzm. Z reguły ogranicza się on do wąskiego zespołu przekonań oraz inspirowanych przez nie działań. Polega na bezkrytycznej wierze we własną słuszność i łączy się z postawą nietolerancji wobec innych, a nawet z potrzebą walki” – wypisz, wymaluj postawa instytucjonalnego Kościoła katolickiego w Polsce, choć pewnie nie to miał na myśli.





niedziela, 19 sierpnia 2018

Niedzielna spowiedź - moja niemoralność


  W polemice na blogu Zrzędy, wyszło, że jestem człowiekiem niemoralnym, bo nie uznaję religii chrześcijańskiej za ideologiczny wzorzec prawdziwej moralności. Tu mały wtręt, a cóż to jest ta moralność? Według słownika PWN: „zespół ocen, norm i zasad określających zakres poglądów i zachowań uważanych za właściwe”. Warto też poznać definicję sumienia, które determinuje nasze zasady moralne. Według tego samego źródła: „zdolność oceny własnego postępowania i świadomości odpowiedzialności moralnej za swoje czyny”. W rozumieniu obu tych definicji nie mam problemu uznać siebie za człowieka moralnie poprawnego (nie mylić z doskonałością) i z czystym sumieniem (na stan obecny, w przeszłości bywało różnie).

  Okazuje się jednak, że dla pewnych środowisk jestem człowiekiem amoralnym i bez sumienia, szczególnie zaś z powodu niechęci do religii oraz barku akcesu do religijnej grupy społecznej, za co niektórzy przypisują mi również aspołeczność. Na moment ironicznie – tak bardzo się tą opinią przejąłem, że postanowiłem zrobić rachunek sumienia. I znów się odwołam do słownika PWN: rachunek sumenia to „przypomnienie sobie popełnionych grzechów, również tekst ułatwiający to przypomnienie”. Stąd tekst poniżej. Będzie jak na spowiedzi, przy czym lojalnie dodam, że moich Czytelników nie obowiązuje tajemnica spowiedzi. Ten rachunek sumienia będzie w dwóch częściach. Pierwsza dotyczy przestępstw wobec przykazaniom Dekalogu, druga, niesubordynacja wobec siedmiu grzechom głównym

  Dekalog (w skróconej wersji katolickiej):
- Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną – nie mam, nie mam nawet tego, przed którym istnieli by ci przed nim. Czasami zdarzało mi się nazwać kobiety „boginiami” i tak je traktować (czyli byłem za wielobóstwem), ale one były w stu procentach materialne, na dodatek widzialne w całej swej niczym nie okrytej krasie;
- Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremnie – nie mam Boga, więc żaden bóg nie jest mój, ale czasami mówię: „Na Boga!”, faktycznie przeważnie nadaremnie, bo ci, do których ten zwrot kieruję, zupełnie na niego nie reagują. Ale gdzieś doczytałem, że ten zwrot jest tylko symbolem emocji, pełnoprawnym w języku polskim i nic wspólnego z religijnym Bogiem nie ma;
- Pamiętaj abyś dzień święty święcił – właściwie nie muszę pamiętać, w każdą niedzielę i każde święto dzwony wiejskiego kościółka mi przypominają. Gorzej z tym święceniem, za Boga (to też wyrażenie nie mające związku z religią) nie mogę się zmusić do wizyty w tm kościółku, o modlitwie nawet nie wspomnę;
= Czcij ojca swego i matkę swoją – nie miałem szczęścia, nie za bardzo mam za co ich czcić. Jeśli już to pewnie tylko za to, że się w ogóle urodziłem. Choć z drugiej strony, jak sobie przypomnę pasmo nieszczęść jakie mnie w życiu spotkały, a i uświadomię, ile cierpienia mnie jeszcze czeka... Ok, ok, ogólnie kocham to swoje życie, ale z kolei nie wiem na czym to czczenie rodziców ma polegać, tym bardziej, że nie żyją.
- Nie zabijaj – tu mam problem, bo to przykazanie jest mało precyzyjne. Wprawdzie żadnego ludzia nie zabiłem (nawet nienarodzonej zygoty), ale na sumieniu (którego podobno ateiści nie mają) mam sporą ilość karpi, kilkanaście kurczaków i niezliczoną ilość owadów, ale te ostatnie to się chyba nie liczy? I nie wiem jak traktować niezliczoną ilość zmarnowanych plemników, ale to też chyba się nie liczy?
- Nie cudzołóż – tu jeż ze mnie grzesznik straszny, nagminnie cudzołożyłem przed ślubem, jeszcze bardziej po rozwodzie, a już codziennie (ja się nie chwalę) w czasie drugiego małżeństwa, a gdy doszło do separacji, można uznać, że zdradzałem dwie na raz (sakramentalną i niesakramentalną);
- Nie kradnij – gdyby było tylko to jedno przykazanie, pewnie w butach wzięto by mnie do nieba, gdyż nic nikomu nie ukradłem. Na szczęście lista moich innych przewinień jest długa, bo ja do nieba nie chcę;
- Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu – tu mogę się zasłaniać barkiem świadomości w tym temacie. Często wypowiadam opinie o innych, ale nie mam pewności czy są fałszywe, czy nie. Chciałbym, aby były zawsze prawdziwe, ale coś mi się zdaje, że to tylko chciejstwo;
- Nie pożądaj żony bliźniego – tu się poddaję. To było silniejsze ode mnie i nie miałem na to wpływu. Ileż obcych żon ja pożądałem... Nie zliczę;
- ani żadnej rzeczy, która jego jest – niestety, tego nie rozumiem. Jakoś tak nie miałem wyrzutów sumienia, pewnie dlatego, że ateista sumienia nie ma, gdy zazdrościłem innym samochodu, domu, a najbardziej, gdy ktoś miał bogatą bibliotekę.

  Siedem grzechów głównych, choć nie w tej kolejności jak trzeba:
- obżarstwo – czasami mnie dopada, ale ogólnie całe życie to ja byłem chudzielec. Dopiero teraz zarysowuje się coś na kształt mięśnia piwnego, choć spokojnie, jeszcze całej garderoby nie wymieniam z tego powodu – tylko spodnie, bo krawcowa nie chce mi klinów wszyć;
- nieczystość – dbam o higienę osobistą, ale rozumiem, że nie o to biega. Tak jestem nieczysty, bo nieczyste myśli nachodzą mnie niemal codziennie. Tylko nijak tych myśli wyłączyć nie potrafię. Może gdybym się modlił, ale ponieważ ta modlitwa byłaby fałszywa, trudno ocenić, co gorsze;
- chciwość – od tego też nie potrafię uciec. Chciwy jestem wiedzy i rozrywki, nawet bogactwa materialnego i wygody. Chciwy też jestem zdrowia (ostatni z tym kiepściutko) i dobrej kondycji fizycznej, ale tu wiek senioralny daje o sobie znać;
- zazdrość – tu też mogę służyć za przykład grzeszności. Dziś nawet ogarnia mnie niewypowiedziana zazdrość o dziewczyny, u których znalazłem się na marginesie ich życia, to znaczy na ich czarnej liście;
- gniew – zdarza mi się choć bez przesady. Najczęściej wkurza mnie radosna twórczość i elokwencja polityków i purpuratów. To też silniejsze ode mnie;
- lenistwo i znużenie duchowestricte lenistwo nie za bardzo, ale lenistwo do duchowego uwielbienia Pana Boga, to już jest wręcz totalne;
- pycha – specjalnie na koniec sobie zostawiłem. Tym razem bez samoosądu, Czytelnicy powinni ocenić, choć ja tej oceny jestem pewien. Nie na darmo kobiety mojego życia w większości określały mnie mianem szpetnego narcyza.

  Zastanawia mnie w tym wszystkim jedno i nie wynika ze złośliwości wobec religii. Zauważyłem brak, zarówno w Dekalogu jak i tych siedmiu grzechach głównych, odniesienia do kłamstwa. Jest mowa o fałszywym świadectwie wobec bliźniego, ale kłamstwo się przecież na tym nie kończy. Czyżby tej religii to kłamstwo było do czegoś potrzebne? Tu dodam, skoro na spowiedzi, że większość życia to ja kłamałem jak najęty, najczęściej zaś okłamywałem sam siebie. Aż trafiłem na uroczą kobietę, która mnie wyleczyła z tej przypadłości. Cena była straszna, ale przecież za grzechy trzeba odpokutować. Gdy tak rozglądam się wokoło, abstrahując od faktu, że formalnie to ja wciąż jestem katolik zapisany w księgach, to choćbym nie chciał, wciąż jest we mnie tak 95 procent katolika. Analizując ten mój rachunek sumienia, właściwie niczym się od nich nie różnię (może proporcje inne), poza faktem, że nie wierzę w istnienie Boga i się do niego nie modlę. Jest jeszcze coś - nie pójdę z tym rachunkiem do księdza kaznodziei i nie będę prosił o rozgrzeszenie, które wyczyści to moje sumienie, którego podobno mi brak.