Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 maja 2017

Niebiański Raj



  Swego czasu, moja osobista próba wyobrażenia sobie niebiańskiej, wręcz rajskiej wieczności przypieczętowała moją konwersję na ateizm. Towarzyszyła temu lektura klasyki fantasy; „Boskiej komedii” Dantego i „Apokalipsy” św. Jana. Przyznam, obie pozycje są trudne w odbiorze, raz ze względu na czas, w którym powstały i związany z tym archaiczny język, dwa, forma poematu, za którą nie przepadam. Rzecz w tym, że obie te pozycje dalekie są od idyllicznych opisów, jakimi karmiono mnie od dzieciństwa, usiłując mnie namówić do wypełniania wszystkich warunków, które trzeba spełnić, aby ten niebiański Raj osiągnąć.

  W największym z możliwych skrótów, ma to być kraina wiecznej szczęśliwości. Warto tu pokusić się o definicję szczęścia, i choć jest ich kilka, wybieram tę najbardziej odpowiednią (za Wikipedią) do poruszonego tematu: „Trwałe zadowolenie z życia połączone z pogodą ducha i optymizmem; ocena własnego życia jako udanego, wartościowego, sensownego”. Prawda, że piękne? Jest z tą definicją jednak pewien ledwie dostrzegalny szkopuł, który da się określić mianem pewnego ograniczenia – w miarę coraz większego odczuwania szczęścia maleje możliwość osiągania kolejnych, coraz wyższych jego etapów. Innymi słowy, im bardziej poczucie szczęścia będzie spełniane tym trudniej o „paliwo” do podtrzymywania tego stanu.

  Opisy niebiańskiego Raju z powyżej wymienionych poematów trudno uznać za zachwycające dla współczesnego człowieka. Z pewnych, oczywistych względów posłużę się uproszczonym opisem. Niebo Dantego jest podzielone na sfery przeznaczone dla „odpowiednich” osobowości, by nie użyć określenia siedziby pewnych kast. Zaś szczęśliwość wg św. Jana to przede wszystkim czas poświęcony klęczeniu i składania pokłonów Bogu z przerwami na śpiewnie psalmów. Jeśli taka ma być całą wieczność, trzeba przyznać, że to mało atrakcyjna perspektywa. Trzeba bowiem sobie uzmysłowić czym jest wieczność – to coś, co nie ma końca. Fakt, w Apokalipsie jest mowa, że nie ma nic piękniejszego niż oblicze Boga, ale ileż można? Osobiście uważam, że najprzyjemniejszą chwilą w naszym ziemskim życiu jest orgazm, ale gdyby on miał trwać znacznie dłużej niż trwa i znacznie częściej niż mi się przytrafia... byłbym pierwszym w kolejce do eutanazji. Postanowiłem więc sprawdzić jak ten niebiański Raj próbują nam przedstawić dzisiejsi kaznodzieje. Bez odwoływania się do źródeł podam kilka „sensowniejszych” przykładów.

„Jest to stan pełni wszystkiego, pełni życia. Nieba potrzebujemy przede wszystkim po to, żebyśmy mogli się spełnić, dokończyć zadania, które zaczynamy na ziemi. Będziemy w nim mieli szansę na pełną realizację swoich kreatywnych możliwości. Wszystko, co nas ogranicza na ziemi i utrudnia realizowanie siebie, w Niebie zostanie usunięte. Niebo nie będzie tylko oglądaniem Boga i odpoczynkiem”. Tę wersję, opartą na książce Petera Kreefta „Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Niebie, ale nie śniło ci się zapytać” znalazłem w wielu innych artykułach.  Autor tego opisu pominął jednak najważniejszą kwestię – wieczność. Coś, co nas na ziemi ogranicza przestanie istnieć, więc prędzej czy później, i to bez specjalnych trudności, osiągniemy cel, pełną realizację siebie. A wieczność trwa, i trwa, i trwa...

  Jak słusznie zauważa jeden z „wizjonerów” nieba „Osiągnięcie celu, choćby nawet najbardziej pożądanego, kojarzy się nieuchronnie z nudą i stagnacją”.  Wyjaśnia więc, że „Życie wieczne to poznawanie Boga. Nie poznanie, ale poznawanie, czyli proces, dążenie, doskonalenie. Niebo jako niekończącą się drogę do doskonałości, a doskonałość polega na nieskończonym zbliżaniu się do ideału, kroczeniu nieustanną drogą wzwyż, ku Bogu pociągającemu człowieka. Człowiek ciągle zbliża się do Boga, nigdy Go jednak całkowicie nie osiąga”. Tu z kolei występuje skrajnie odmienny problem. Czy możemy być w pełni szczęśliwi, wiedząc, że ideału nie osiągniemy? Nawet w przeciągu niekończącej się wieczności. Autor tej wizji dodaje: „Niebo jako brak cierpienia. Bólu, łez i śmierci w niebie już nie będzie”. Być może ma na myśli tylko cierpienie fizyczne, ale co z psychicznym, ściśle związanym ze świadomością, że celu nie da się osiągnąć, że z góry jesteśmy skazani na porażkę?

  A teraz coś równie strasznego jak Apokalipsa i dlatego sobie pozwolę na ironię. Już współcześni Jezusowi pytali, co po śmierci z małżeństwem i związaną z nim cielesnością? Św. Paweł miał odpowiedzieć: „Ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić”. Straszne? Nie wiem, nie podejmuję się tego rozstrzygać, choć gdzieś tu umyka kwestia nierozerwalności już istniejącego związku małżeńskiego. Jak wyjaśnia pewien kaznodzieja, i tu proszę o pełną uwagę: „W niebie nie będzie mniej miłości niż na ziemi, tylko więcej. Nieskończenie więcej. Skoro małżeńska miłość ze swej istoty jest na ziemi obrazem miłości Bożej, to w niebie będziemy mieli do czynienia bezpośrednio z Najwyższą Miłością – Bogiem. Wszystkie inne ludzkie miłości zbledną wobec „małżeństwa” z samym Bogiem. Zmartwychwstanie nie oznacza odcieleśnienia, przeciwnie – zbawienie ciała. W odnowionych ciałach będziemy kochać Boga i będziemy kochani przez Niego. Staniemy się darem dla Niego”. A to jest już straszne! Ja pominę dwuznaczność, Bóg przecież nie ma określonej płci, więc nie wiadomo do końca kogo będzie dotyczyć ta miłość, ale stać się czyimś cielesnym darem (sic!) W swej ironii nie posunę się aż tak daleko by dosadnie określić z czym mi się to kojarzy. Jeśli jednak ktoś się odważy wzgardzić tą miłością – piekło pewnie nie zastygnie...

  I już na koniec, aby nie przynudzać. Czytam o zmartwychwstaniu ciał i ich wiecznym życiu: „Ciała zmartwychwstałe będą nieśmiertelne i uodpornione na wszelkie zło. Zachowają jednak swoją zmysłową naturę: wybrani będą używać zmysłów dla swojej przyjemności [podkreślenie moje. Tę dwuznaczność pozostawiam ocenie Czytelnikom]. Ciała zostaną uwolnione od ograniczeń czasu i przestrzeni: będą mogły się przemieszczać w jednej chwili, bez najmniejszego wysiłku. Ciała będą mogły przenikać ściany”. To już niemal perpetuum mobile. Wynika bowiem z tej wizji, że wszechobecna fizyka będzie istnieć i jednocześnie nie istnieć, w zależności od potrzeb. Cóż, taka jest specyfika cudów. Tylko co to ma wspólnego ze szczęśliwością?

  Nasuwa mi się kilka smutnych wniosków. Autorzy dywagacji o szczęśliwym i wiecznym Raju z uporem maniaków pomijają kwestię wieczności, nie chcą sobie zadać trudu jej wyobrażenia. Pamiętacie moi Czytelnicy, niekończący się serial „Moda na sukces”? Tysięczny któryś odcinek oglądali już tylko Ci, co mieli nie po kolei pod kopułą, a gdzie temu do wieczności? A co z celem? W życiu doczesnym nawet sensowny jest cel oczekiwania na życie wieczne. Jaki będzie cel istnienia w wieczności? Wiedza, którą kiedyś w końcu całą osiągniemy, miłość zdeterminowana tylko do Boga, osiągnięta i spełniona? Może ekstaza, którą w końcu będziemy wymiotować jak po nadmiernej ilości czekoladowego tortu? I najpoważniejsze pytanie: czy w tej wiecznej szczęśliwości będziemy na pewno sobą, skoro pozbawi się nas wszystkich ułomności, których pewnie się wstydzimy, ale które w przewadze i tak kochamy, i których nie zawsze chcielibyśmy się pozbyć?

PS. jestem ciekaw jak Wy sobie szczęśliwą wieczność wyobrażacie. Obiecuję nie krytykować ani tym bardziej drwić.