wtorek, 25 kwietnia 2017

Termobaryczna bomba małżeńska



  Chyba wszyscy moi Czytelnicy pamiętaj polską komedię pod tytułem „Kochaj albo rzuć”. Przypomnę, Pawlak, Kargul i ich wnuczka jadą do Ameryki odwiedzić Kazimierza. Ten niestety wcześniej zmarł, pozostawiając w spadku nieślubną córkę, na domiar wszystkiego – mulatkę! Sodomia i Gomoria jak na takich tradycjonalistów, szczególnie dla Pawlaka, który rozwalił całe weselisko, gdy młodzi nie chcieli kościelnego ślubu. Wspomnienie tej komedyjki ma tylko luźny związek z tekstem całej notki.

  Przez kilka dni Polska żyła rodzinnym skandalem, kiedy to bydgoski radny okazał się być damskim bokserem i w dowód swej miłości tłukł swoją małżonkę, poślubioną w tradycyjny, katolicki sposób – sakramentalnym związkiem małżeńskim. Tłukł, bo tak każe tradycja, już nie tylko chrześcijańska, ale i staropolska. A, że to nie są odosobnione przypadki, już kiedyś pisałem, ba! znam takie z autopsji, choć zarzekam się, że nigdy własnych żon nie tknąłem inaczej niż... czule, co niestety też mnie nie uchroniło przed rozstaniem. Ale i tu spokojnie, też nie będę się rozwodził na takimi (czytaj: nieskutecznymi) metodami wychowania żon. Po prostu, jak to zwykle u mnie bywa, natknąłem się na kontrowersyjny artykuł1, który niemal podniósł mi ciśnienie swoją niedorzecznością.

  Autor, niejaki Michał Wałach, zaczyna tak: „Pan Bóg jest Miłosierny”. Owo miłosierdzie ma się przejawiać w tym, że małżeństwo sakramentalne: „(...) z Miłosiernej Miłości uczynionym związkiem nierozerwalnym, dla ziemskiego i wiecznego pożytku ludzi” (sic!) To ma kapitalne odniesienie do dwóch sytuacji wymienionych w akapitach powyżej. Bowiem z niesakramentalnego związku mogą urodzić się dzieci – mulaci, a sakramentalny związek z miłosiernej miłości dla odmiany sankcjonuje bicie, duszenie i wulgarne wyzwiska. Dalej dowiadujemy się, że łaska boska udzielana sakramentalnym związkom się nie skończyła, bo oto „Syn Boży odświeżył i oczyścił z błędnych, ziemskich naleciałości obowiązujące ówcześnie w Izraelu prawo regulujące związek mężczyzny i kobiety, umożliwiające list rozwodowy, ustanowiony przez Mojżesza z powodu zatwardziałości serc żydów”. Tym samym, tak wspaniały wynalazek Żydów, jakim był rozwód, choć przyznaję, lekko wypaczony, bo inne prawa miała (raczej ich nie miała) małżonka, stał się grzechem wręcz najgorszym z możliwych. Małżonkowie po rozwodzie po prostu cudzołożą, czyli trwają w grzechu, chyba, że nastąpi cud. Wystarczy, że któreś z byłych współmałżonków umrze. Wtedy taki cudzołożnik/-niczka już grzechu nie popełnia, pod warunkiem, że weźmie ślub sakramentalny z tym/tą, z którym wcześniej grzeszył/-ła. To dość zawiłe i trudne do zrozumienia, więc nie będę tłumaczył.

  Tak zawiłe jak budowa bomby termobarycznej. Nierozerwalność sakramentalnego związku małżeńskiego jest dla tej bomby niczym innym, jak zapalnikiem, który w miarę jak narasta napięcie między małżonkami jest coraz wrażliwszy na zainicjowanie wybuchu. Bo jeśli nie można się rozwieść, to i do zdrady bliska droga, i równie bliska do rękoczynów, w najlepszym razie do karczemnych awantur i wyzwisk. M. Wałach widzi w nierozerwalności jednak zasadniczy plus: „Odrzucenie rozwodów (...) [to] także namacalne w życiu ziemskim korzyści dla rodzin. (...) tak naprawdę Chrystusowe Prawo Nowego Przymierza, którego depozytariuszem jest Kościół katolicki, broni niewiasty przed porzuceniem, krzywdą i samotnym wychowywaniem dzieci”. Aż się prosi położyć na jednej szali owo porzucenie, krzywdę i samotne wychowywanie dzieci, na drugiej – zdradę, bicie nie tylko żony ale i tychże dzieci, awantury, strach i poniżenie, niejednokrotnie przepijanie pieniędzy mających dać utrzymanie całej rodzinie. Nie mam już linku do pewnego artykułu, w którym jakiś pobożny ksiądz radzi w takiej sytuacji separację – by nie narazić się grzechem wobec Boga (sic!) tak, jakby ten Bóg był tym małżonkiem, od którego chce się odejść. Podobno taki odseparowany małżonek może się zreflektować i poprawić. Pewnie jak ów radny, Rafał Piasecki, który już skomli i gotów jest kupować, co miesiąc, tysiąc bochenków chleba2 dla potrzebujących(!), bo on bardzo kochał i kocha wciąż swoją żonę, żadna inna nie dałaby się pewnie tak poniżać i maltretować. Tysiąc bochenków chleba to na mój rozum ponad trzy tysiące złotych netto. Jak mniemam, tyle mniej da na utrzymanie domu... jeśli w ogóle coś dawał.

  Aż chce się uświadomić M. Wałacha. To nie te czasy, kiedy porzucona kobieta była całkowicie bezradna. Oczywistym jest, że jej lekko nie będzie, ale przynajmniej ma szansę na poprawę swojego życia, czy to przez pracę, czy szansę znalezienia nowego partnera. Ba! dziś nikt jej za to nie będzie potępiał chyba, że dewoci, ale ich opinie może sobie spokojnie darować, bo oni jej i tak w żaden sposób nie pomogą. 





sobota, 22 kwietnia 2017

Objawienia fatimskie



  Ja już pisałem o tym, jakie są moje odczucia wobec uchwały Sejmu RP w sprawie objawień fatimskich. I miałem na tym poprzestać, gdy trafiłem na wywiad1 z senatorem Janem Marią Jackowskim, a w nim zdanie: „Objawienia Fatimskie wywarły ogromny wpływ na kilka pokoleń Polaków i są istotnym rysem współczesności” (sic!) Ja bym ten rys zamienił na rysę. Bo najbardziej istotną sprawą jest to, że Watykan nie przymusza do uznawania objawień prywatnych ani do wiary w ich prawdziwość, nawet jeśli były zatwierdzone.

  Czy ja mogę krytycznie o tych objawieniach? Pytanie retoryczne, bo nie pytałem nikogo przed napisaniem tego felietonu. A już dłużej nie mogę zmilczeć, gdy się je traktuje jako narodowe wyzwolenie od ateistycznej propagandy (to słowa posłanki Sobeckiej, choć nie oryginalne, a odtworzone z pamięci). Owe objawienia zostały spisane i opublikowane przez biskupa diecezji Leiria Fatima. Ich, może niezbyt obszerne, ale najważniejsze  fragmenty można znaleźć na stronie Sekretariatu Fatimskiego2. W skrócie ma się to tak, że oto Matka Boska ukazała się niewykształconym dzieciom, przekazała coś, co de facto nie miało żadnego znaczenia i pokazała „cud słońca”, tak spektakularny, że aż śmieszny. Tu warto zaznaczyć, że te spisane już objawienia przez dorosłą i jedyną żyjącą z wizjonerów, pochodzą z czasów po dokonaniu się różnych przepowiedni. Innymi słowy post factum. Pierwsze dwie przepowiednie spisane zostały w 1941 roku (24 lata po), trzecia w 1944. Ja tylko o niektórych objawieniach, tych najbardziej spektakularnych, zatwierdzonych w 2002 roku.

  Zaczęło się tak:
– Skąd pani jest? – zapytała Łucja
– Jestem z nieba! – odparła zjawa
– A czego Pani ode mnie chce?
– Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez 6 kolejnych miesięcy, dnia 13 o tej samej godzinie. Potem powiem, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz.
I tu już nie rozumiem. Święta Panienka nie chce zdradzić kim jest, ale prosi, aby dzieci stale przychodziły trzynastego. Gdyby mojej dziesięcioletniej córce ktoś powiedział, że jest z nieba, pewnie zabiłaby go śmiechem, choć chodziła na lekcje religii. Mogłaby też opcjonalnie wrzeszczeć z przerażenia, a mnie czekałoby jej długie leczenie w psychiatryku.

  Kolejny fragment:
– Czy ja także pójdę do nieba?
– Tak!
– A Hiacynta?
– Też!
– A Franciszek?
– Także, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców.
Ten Franciszek był kilkuletnim chłopcem i aż trudno uwierzyć, że aż tyle nagrzeszył, choć to wiele nie jest sprecyzowane. Ale faktycznie, chłopcy jakby grzeszą więcej. Ciekawe ile różańców muszą odmówić dorośli wierzący? Zdążą przed śmiercią?


  Moje największe kontrowersje budzi poniższy fragment:
– Czy chcecie ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On wam ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany i jako prośba o nawrócenie grzeszników?
– Tak, chcemy!
– Będziecie więc musieli wiele cierpieć, ale łaska Boża będzie waszą siłą!
Nie wiem jak dla kogo, dla mnie to przykład najgorszego sadyzmu wobec niczemu niewinnych dzieci. Wypowiada je matka Boga, ucieleśnienie matczynej dobroci. A najbardziej miłosierny z miłosiernych jest obrażony za obrazy ludzi (sic!), każe dzieciom przyjąć winę grzesznych na siebie i znosić cierpienie przynależne owym grzesznikom. Po prostu Bóg ma focha i każe cierpieć dzieciom! A podobno na krzyżu już wszystkie grzechy, nawet te jeszcze nie popełnione, nam odpuścił.


  Równie ciekawie brzmi zalecenie:
–
Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny!
Właśnie to zalecenie jest bez znaczenia, bo pewnie i bez różańca wszystko by się potoczyło tak jak się potoczyło. Niemniej, co to za Mateczka, która istnienie pokoju i zakończenie wojny składa na barki małych dzieci, sama mając moc pokonania szatana i do pomocy jeszcze bardziej mocarnego Syna?  A widać małolaty i tak niezbyt dobrze się starały, skoro wojna trwała jeszcze ponad rok.

  I kolejne kuriozum, bo żadne objawienie nie może się obyć bez wizji piekła:
„(... ) zobaczyliśmy jakby morze ognia, a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru i równowagi wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy”
.
Łucja nawet krzyknęła z przerażenia „Aj!”. Aż dziw bierze, że Matka Boska, aby się przed dziećmi uwiarygodnić, pokazuje im piekło. I je uspokaja: – „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Żeby je ratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca”. Czyli nic za darmo. Skromna i pokorna Matka Jezusa ustanawia dla siebie nabożeństwo. Do tego każe wybudować sobie sanktuarium z datków jakie przynoszą wierni, ciekawi objawień.

  Już na koniec wybranych przeze mnie przykładów:
–
Ja miałam Panią prosić o wiele rzeczy: czy zechciałaby Pani uzdrowić kilku chorych i nawrócić kilku grzeszników i wiele więcej.
– Jednych tak, innych nie. Muszą się poprawić i niech proszą o przebaczenie swoich grzechów.
Tak leczyć to chyba i ja mogę. Jednych uleczę, innych nie. Kogo uleczę? To się okaże jak wyzdrowieją…


  Ogólnej puenty miało już nie być. Każdy przytoczony fragment tych objawień ma już swoją. Niemniej nie mogę się nadziwić naszym natchnionym posłom i posłankom. Może oni mają żal, że im za młodu Panienka się nie ukazała i aby sobie tę stratę powetować, chcą się objawić innym?

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pojednani w Chrystusie



  Tytuł jest przewrotny. Mam zamiar nie tyle podważyć to pojednanie, bo ono jest już podważone przez samych wierzących (a to jest łatwe, gdyż wystarczy policzyć ile jest odłamów Kościoła jezusowego), ile opisać przyczyny i skutki, nie tyle historyczne, ile tkwiące w samych wierzących dziś. A wszystko wydawało się na początku proste i jasne. Jak pisał św. Paweł: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich jako świadectwo we właściwym czasie”1 [1Tm 2,5-6]

  W podobnym stylu pisał Marek ewangelista: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy będzie potępiony”. [Mk 16, 16] Niby wszystko jasne, ale powstał problem na życzenie samego Kościoła. Oto w XX wieku zmieniono znaczenie określenia Miłosierdzie Boże, które teraz ewidentnie kłóci się z Prawdą pierwszych chrześcijan. Owo Boże Miłosierdzie zakłada, że każdy, nawet niewierzący i wierzący inaczej, ma szansę na zbawienie, gdyż inaczej nie można by Boga nazwać miłosiernym. Wymyślono dwa warunki zbawienia. Trzeba postępować zgodnie z naukami Jezusa, nawet jeśli się ich nie zna i trzeba chociażby przed śmiercią uznać Go za Boga jedynego, chyba że nie miało się kontaktu z Jego naukami. A rzecz w tym, że wioska, dumnie zwana globem ziemskim, za bardzo się rozrosła. Mimo szerokiej ewangelizacji, chrześcijanie stanowi jedną czwartą wszystkich ludzi. Czytałem niedawno raport, z którego wynika, że chrześcijan przybywa, a które to dane to chętnie przedstawia się jako zwycięstwo tej religii. Problem w tym, że ludzi przybywa jeszcze więcej, a jeszcze lepszym wynikiem może się poszczycić islam, choć religie chrześcijańskie mają wciąż najwięcej wierzących.

  Wydawałoby się, że idea wiecznego zbawienia jest na tyle atrakcyjna, że powinna przyciągać niemal wszystkich. Szczególnie wierzących. A tych wierzących w owo zbawienie w Polsce jest około sześćdziesięciu procent(?) Dlaczego więc zbawienie nie jest aż tak atrakcyjne? W moim odczuciu, co chcę podkreślić, winna jest i tym razem sama religia. To religia na nie, pamiętaj abyś  oraz szeregu innych nakazów. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, nie zabijaj, nie cudzołóż2, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa itp., itd... Zgoda, te niemal wszystkie zakazy i nakazy wynikają z samej moralności, pytanie, czy wszystkie mają dziś sens? Ale jest zdecydowanie gorzej. Religia chce przez negację zabrać wszystko, co wynika z naszej naturalności. Przede wszystkim zaś nasze uczucia, dokładniej, naszą duchowość. Jednym z najbardziej okrutnych nakazów jest nakaz miłości Boga. On ma być bezwzględnie na pierwszym miejscu, lukrując ten zdumiewający nakaz jakąś iluzoryczną Tajemnicą. A tajemnice mają to do siebie, że są nieznane, zaś Tajemnica doskonała (ta przez duże "T") – nigdy nie będzie znana. Jeśli więc nawet pokochasz kogoś bliskiego sercu i ciału, tym najbardziej wspaniałym uczuciem dostępnym człowiekowi, musisz widzieć w tym również, a może przede wszystkim – miłość do niewidzialnej istoty. Bo tak każe Prawda wsparta Tradycją. Prawda która powstała na życzenie kapłanów w czasach tak odległych, że aż nierealnych. Prawda oparta na mitach, powstałych w wyniku niewiedzy o zjawiskach występujących na ziemi.

  Dziś trwa walka wręcz na śmierć i życie o rząd dusz. Aby nas przekonać do religii wpaja się nam, że to, co kiedyś było przeznaczone na miłość do Boga, dziś podobno wypełnia nieczystość za sprawą równie niewidzialnego wroga, choć już zdecydowanie łatwiejszego do określenia. Pieniądz, seksualność, konsumpcja, pycha człowieka i jeszcze wiele innych. Wystarczy przeczytać felieton o. B. Kryszkiewicza, jakie straszne są dzisiejsze czasy: „Oto pokarm... Spróchniałe zęby, zgniłe podniebienie, gangrena stoczyła język. Nie smakuje jędrny, posilny, życiodajny pokarm nauki boskiej, dziesięciu przykazań, Chleb Anielski, mleko przykładu Najświętszej Dziewicy. (...) Człowiekowi dzisiaj smakują zgniłe kartofle syna marnotrawnego”3. A czymże dziś jest religia zmaterializowana w Kościołach. To przecież taki sam biznes jak centra handlowe. Gdzieś ostatnio wyczytałem, że Kościół katolicki to największe w świecie centrum finansowe. W tych grzesznych, laickich centrach oferują nam iluzoryczne szczęście nie tylko materialnych dóbr, ale i duchowego zadowolenia. Kolorowe światła, muzyka, przykuwające wzrok reklamy, wprawdzie sztuczna ale zawsze jakaś tam uprzejmość. A czymże to się różni od świątyni Boga? Szczegółami, bo muzyka jest już w przewadze organowa i wzniosła, kolorowych świateł też nie brakuje, reklamy zastępują święte obrazy i malowidła, czasami zakurzone witraże, uprzejmość, choć już dostojna ale tak samo udawana, a towarem są... Tajemnica i Słowo Boże. Słowo Boże pełne nakazów i zakazów. Dwie przeciwstawne sobie świątynie, choć działające na tej samej zasadzie, tylko pozornie różne w oprawie i celach. Przy czym ta religijna, czując się zagrożona przez tą pierwszą, chętnie wykorzystuje obraz dobrego, przepojonego miłością do ludzi i miłosiernego Jezusa, który... w gniewie wypędza z tej drugiej kupców. Jednocześnie równie chętnie i namiętnie straszy: „Bóg nasz to nie tylko Bóg dobroci, łaskawości, ale też Bóg majestatu, Bóg mocny. (...) To Bóg nie tylko ze żłóbka betlejemskiego, ale ten wielki i groźny Bóg z góry Synaj: Nie będziesz miał bogów cudzych. (...) Nie zabijaj, wyrodny ojcze, zbrodnicza matko (...) Szóste: nie cudzołóż!”4.

  Wszystkie religie są zjednane w Chrystusie tylko w jednym celu – kochaj Boga! Na innych płaszczyznach tego pojednania nikt nie zobaczy. Nawet ekumenizm już odchodzi do lamusa, jako idea niemożliwa do realizacji w rzeczywistości. Chrześcijańskie Kościoły (i nie tylko) rywalizują między sobą tak jak poszczególne sieci supermarketów. Będą oskarżać się o oszustwo i nieuczciwą grę tak samo jak robią to handlowcy. Nawet cel jest ten sam – masz wydać pieniądze, choć oczywiście proporcje są zdecydowanie różne. Rodzi się tylko pytanie: gdzie w tym wszystkim człowiek, a człowiek współczesny w szczególności? Człowiek coraz bardziej rozdarty, stojący w rozkroku między tym, co odkrywa i czym czyni to życie na ziemi znośne, a tym, co mówi mu starożytna Tajemnica, starannie opakowana w złote papierki, okadzona kadzidłem, dźwiękiem dzwonków i setkami innych obrzędów. Jezus miał podobno mówić o dwóch podstawowych, całkiem ludzkich, przyziemnych sprawach. O wybaczaniu i pojednaniu oraz o miłości bliźniego. Wysłuchano wszystkich innych Prawd, nakazów, zakazów i stworzono z nich religie. Tylko przed tymi dwoma zasadami religie skutecznie się dziś bronią.

Przypisy:
1 - wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii Tysiąclecia - http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=1014
2 – temu zagadnieniu mam zamiar poświęcić jeden z następnych esejów
3 - http://www.m.pch24.pl/modna-rozpusta-xx-wieku,50708,i.html
4 - ibidem


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Nagroda Templetona dla archeologa i genetyka



  Lany poniedziałek, czyli coś satyrycznie. W ostatnim notce odniosłem się krytycznie do tekstu ks. Piotrowicza. Po jego najnowszym tekście nie mogę już inaczej jak tylko – prześmiewczo. Rzekłbym: wzniósł się na wyżyny teologicznych rozważań płodząc tekst pod krzyczącym tytułem: „Jest życie po śmierci! Potwierdza to nawet archeologia!”1. Ponieważ jestem ciekaw nowinek badawczych, w tym również archeologii, postanowiłem oddać się lekturze. Normalnie powinienem zapłakać, ale moja natura nie zna pojęcia łzy, chyba, że przez śmiech.

  Gdyby to ode mnie zależało, przyznałbym ks. Piotrowiczowi nagrodę Templetona, to bagatelka, lekko ponad milion funtów (angielskich). Rzucił całkiem nowe światło, wręcz nowatorskie spojrzenie na archeologię. We wstępie pisze: „W chwili śmierci rozpoczyna się życie wieczne. Archeologia potwierdza to powszechne przekonanie ludzi wszystkich kultur i religii, że zmarli nadal istnieją”. (sic!) Po tym wstępniaku oczekiwałem relacji z wykopalisk, które odkryły jakichś zombie, choć zaraz Autor studzi mój zapał: „Wielka tajemnica kryje się za bramą ludzkiej śmierci i żadna dziedzina nauki nie jest w stanie jej rozjaśnić”, i to stwierdzenie wydaje się prawdziwe, choć jeszcze nie straciłem nadziei na te wykopaliska. Taaak, ks. Piotrowicz w końcu je wskazał. Niejaki Vittorio Messori dostał tajemniczy telefon z zaświatów od swego, rok wcześniej zmarłego wujka Alda! Niedawno sobie o tym przypomniał, i za sprawą innego cudu (niektórzy to mają szczęście do cudów), poszukuje owego pierwszego telefonu bezprzewodowego, który od biedy można by uznać za archeologiczny eksponat, bo z czasów Stalina. Tylko nie dowiedziałem się czy znalazł. Dalej za to można się dowiedzieć, że niejaka Maria Simma, też była archeologiem. „Dokopała” się do setek dusz czyśćcowych. Podobno św. Faustyna również była archeologiem, kto wie czy nie zdolniejszą, bo „dokopała” się nawet do piekła. Miała też stały kontakt z Jezusem, choć ks. Piotrowicz już nie uściśla, czy też za pomocą telefonu. Konkluzja jest taka: „Oj biedni, którzy nie korzystają z tego cudu Bożego miłosierdzia” (sic!) Długo zastanawiałem się, co to ma wspólnego z archeologią? Jedyne, co mi przychodzi na myśl, że to Boże miłosierdzie jest nową metodą badań archeologicznych. Innego związku z archeologią w tym tekście trudno się doszukać.

  Kandydatką na taką samą nagrodę jest bez wątpienia niejaka dr Georgia Purdom. Za jej badania potwierdzające, że biblijni Adam i Ewa istnieli naprawdę. I na pewno dopuścili się grzechu pierworodnego, raczej w znaczeniu grzechu nieczystości! Czytamy: „(...) wszyscy ludzie wywodzą się od pierwszej pary stworzonej przez samego Boga. (...) Jednym  z najbardziej przekonujących genetycznych dowodów na pierwszą ludzka parę stworzoną bezpośrednio przez Boga jest badanie mitochondrialnym DNA przeprowadzone przez kreacjonistycznego [podkreślanie moje] genetyka dr Nathaniela Jeansona”2. (sic!) I tu już nie jestem pewien, czy to G. Purdom czy N. Jeanson dokonali tego wiekopomnego odkrycia? Ale najlepsze jest to: „Pokazuje ono jasno i wyraźnie, że kobieta będąca wspólnym dla ludzi przodkiem (biblijna Ewa) żyła w biblijnych ramach czasowych, a więc kilka tysięcy [podkreślenie moje] lat temu”3. Wyjaśnienie jest proste. Bóg, aby nam utrudnić badania historyczno-archeologiczno-genetyczne, specjalnie ukrył w ziemi szczątki ludzi i zwierząt, niby wskazujące, że rasa ludzka jest starsza niż prawdziwy, biblijny opis. I na koniec oczywisty dowód, niemal ontologiczny: „Musimy [chrześcijanie – dopisek mój] pokazać ludziom, że nauka potwierdza historię tam przedstawioną [w Biblii – dopisek mój]”. Niech żyje kreacjonizm!

  Można mi zarzucić, że wyżywam się na portalu Fronda.pl, ale adres bloga wskazuje, że taki był właśnie mój zamiar, gdy ten blog zakładałem przed ponad dwoma laty. Staram się rozszerzyć zarówno tematykę jak i źródła poszukiwań materiałów do tego bloga, ale wciąż najwięcej inspiracji znajduję w tym pierwszym źródle. I tak sobie myślę, że warto mi życzyć przy okazji świąt dalszej owocnej działalności tego portalu, aby mi nigdy inspiracji nie zabrakło.