Chyba
wszyscy moi Czytelnicy pamiętaj polską komedię pod tytułem „Kochaj albo rzuć”.
Przypomnę, Pawlak, Kargul i ich wnuczka jadą do Ameryki odwiedzić Kazimierza.
Ten niestety wcześniej zmarł, pozostawiając w spadku nieślubną córkę, na domiar
wszystkiego – mulatkę! Sodomia i Gomoria jak na takich tradycjonalistów,
szczególnie dla Pawlaka, który rozwalił całe weselisko, gdy młodzi nie chcieli
kościelnego ślubu. Wspomnienie tej komedyjki ma tylko luźny związek z tekstem
całej notki.
Przez kilka dni Polska żyła rodzinnym skandalem, kiedy to bydgoski radny okazał się być
damskim bokserem i w dowód swej miłości tłukł swoją małżonkę, poślubioną w
tradycyjny, katolicki sposób – sakramentalnym związkiem małżeńskim. Tłukł, bo
tak każe tradycja, już nie tylko chrześcijańska, ale i staropolska. A, że to
nie są odosobnione przypadki, już kiedyś pisałem, ba! znam takie z autopsji,
choć zarzekam się, że nigdy własnych żon nie tknąłem inaczej niż... czule, co
niestety też mnie nie uchroniło przed rozstaniem. Ale i tu spokojnie, też nie
będę się rozwodził na takimi (czytaj: nieskutecznymi) metodami wychowania żon.
Po prostu, jak to zwykle u mnie bywa, natknąłem się na kontrowersyjny artykuł1,
który niemal podniósł mi ciśnienie swoją niedorzecznością.
Autor,
niejaki Michał Wałach, zaczyna tak: „Pan Bóg jest Miłosierny”.
Owo miłosierdzie ma się przejawiać w tym, że
małżeństwo sakramentalne: „(...) z Miłosiernej Miłości uczynionym związkiem
nierozerwalnym, dla ziemskiego i wiecznego pożytku ludzi”
(sic!) To ma kapitalne odniesienie do
dwóch sytuacji wymienionych w akapitach powyżej. Bowiem z niesakramentalnego
związku mogą urodzić się dzieci – mulaci, a sakramentalny związek z miłosiernej miłości dla odmiany
sankcjonuje bicie, duszenie i wulgarne wyzwiska. Dalej dowiadujemy się, że
łaska boska udzielana sakramentalnym związkom się nie skończyła, bo oto „Syn
Boży odświeżył i oczyścił z błędnych, ziemskich naleciałości obowiązujące
ówcześnie w Izraelu prawo regulujące związek mężczyzny i kobiety, umożliwiające
list rozwodowy, ustanowiony przez Mojżesza z powodu zatwardziałości serc żydów”. Tym samym, tak wspaniały
wynalazek Żydów, jakim był rozwód, choć przyznaję, lekko wypaczony, bo inne
prawa miała (raczej ich nie miała) małżonka, stał się grzechem wręcz najgorszym
z możliwych. Małżonkowie po rozwodzie po prostu cudzołożą, czyli trwają w
grzechu, chyba, że nastąpi cud. Wystarczy, że któreś z byłych współmałżonków
umrze. Wtedy taki cudzołożnik/-niczka już grzechu nie popełnia, pod warunkiem,
że weźmie ślub sakramentalny z tym/tą, z którym wcześniej grzeszył/-ła. To dość
zawiłe i trudne do zrozumienia, więc nie będę tłumaczył.
Tak zawiłe
jak budowa bomby termobarycznej. Nierozerwalność sakramentalnego związku
małżeńskiego jest dla tej bomby niczym innym, jak zapalnikiem, który w miarę
jak narasta napięcie między małżonkami jest coraz wrażliwszy na zainicjowanie
wybuchu. Bo jeśli nie można się rozwieść, to i do zdrady bliska droga, i równie
bliska do rękoczynów, w najlepszym razie do karczemnych awantur i wyzwisk. M.
Wałach widzi w nierozerwalności jednak zasadniczy plus: „Odrzucenie rozwodów (...) [to] także namacalne w życiu ziemskim
korzyści dla rodzin. (...) tak naprawdę Chrystusowe Prawo Nowego Przymierza,
którego depozytariuszem jest Kościół katolicki, broni niewiasty przed
porzuceniem, krzywdą i samotnym wychowywaniem dzieci”. Aż się prosi położyć
na jednej szali owo porzucenie, krzywdę i samotne wychowywanie dzieci, na
drugiej – zdradę, bicie nie tylko żony ale i tychże dzieci, awantury, strach i
poniżenie, niejednokrotnie przepijanie pieniędzy mających dać utrzymanie całej
rodzinie. Nie mam już linku do pewnego artykułu, w którym jakiś pobożny ksiądz
radzi w takiej sytuacji separację – by nie narazić się grzechem wobec Boga (sic!) tak, jakby ten Bóg był tym
małżonkiem, od którego chce się odejść. Podobno taki odseparowany małżonek może
się zreflektować i poprawić. Pewnie jak ów radny, Rafał Piasecki, który już
skomli i gotów jest kupować, co miesiąc, tysiąc bochenków chleba2
dla potrzebujących(!), bo on bardzo kochał i kocha wciąż swoją żonę, żadna inna
nie dałaby się pewnie tak poniżać i maltretować. Tysiąc bochenków chleba to na
mój rozum ponad trzy tysiące złotych netto. Jak mniemam, tyle mniej da na
utrzymanie domu... jeśli w ogóle coś dawał.
Aż chce się
uświadomić M. Wałacha. To nie te czasy, kiedy porzucona kobieta była całkowicie
bezradna. Oczywistym jest, że jej lekko nie będzie, ale przynajmniej ma szansę
na poprawę swojego życia, czy to przez pracę, czy szansę znalezienia nowego partnera.
Ba! dziś nikt jej za to nie będzie potępiał chyba, że dewoci, ale ich opinie
może sobie spokojnie darować, bo oni jej i tak w żaden sposób nie pomogą.
Przypisy:
1 - http://www.pch24.pl/nierozerwalnosc-malzenstwa-dzielem-bozego-milosierdzia,51060,i.html#ixzz4f4IJQmzg
2 - http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,21685920,byly-radny-chce-odkupic-swoje-winy-zakladajac-fundacje-co.html#BoxNewsLinkImgZ34&a=65&c=61
1 - http://www.pch24.pl/nierozerwalnosc-malzenstwa-dzielem-bozego-milosierdzia,51060,i.html#ixzz4f4IJQmzg
2 - http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,21685920,byly-radny-chce-odkupic-swoje-winy-zakladajac-fundacje-co.html#BoxNewsLinkImgZ34&a=65&c=61