poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Kwadrat prędkości światła, czyli skąd się wzięła Biblia?


  Zanim przejdę do sedna, opiszę kilka spraw, które tłumaczą tezę o powstaniu Biblii. Bo to sprawa godna najwyższej uwagi i wyjaśnienia. By jednak nie być tak ponurym i nudnym jak tekst tej Świętej Księgi, postaram się nie tyle śmiesznie, co intrygująco. Jak mówi stare porzekadło – po sznurowadłach do kłębka sznurowadła poplątane przez mojego kota o imieniu Zaczepny. Młody jeszcze jest i nie zawsze działa sensownie nawet jak na kota, dzięki czemu nie mam okazji się nudzić, szczególnie wtedy, gdy zakładam buty.

  Znacie taką sentencję: prawdą jest, że kiedy tekst zderza się z rzeczywistością, ta rzeczywistość, czasami nader często, musi ustąpić? Teoretycznie ten tekst opisujący rzeczywistość powinien być na tyle dokładny, aby na jego podstawie można było podjąć w przyszłości mądre decyzje. Dba o to rzesza urzędowych pisarczyków i jest z tego dumna. Niestety, praktyka płata im figle, inaczej – ci biurokratyczni opisywacze uodporniają się na własne błędy, bo tych przecież nie sposób uniknąć. Czasami ponosi ich też wręcz ułańska fantazja, w efekcie czego, często zderzamy się w urzędach ze ścianą absurdów. Gorzej, my w końcu te absurdy przyjmujemy za rzeczywistość. Drobnych przykładów nie będzie, od razu przejdę do tych ciężkiego kalibru.

  Pod koniec XIX wieku do terytorium Afryki zgłosiło pretensje kilka mocarstw europejskich. Było o co kruszyć kopie, choć niewolnictwo chyliło się ku upadkowi. Dużo wiedzieli o terytorium tego kontynentu, ale to subiektywna ocena. Białe plamy na mapie Afryki były większe niż te opisane przez kartografów, o etnografach nawet nie wspomnę. Czarnoskóry wciąż uchodził za małpę z bananem. A mimo to, za pomocą linijki i tuszu podzielono ten kontynent na kawałki tak, jak się dzieli tort, prostymi liniami. Problem w tym, że te granice nie tylko nie uwzględniały biegu rzek, położenia jezior, gór, sawanny czy buszu, w ogóle nie uwzględniono czegoś takiego jak rzeczywistość etniczna ludności tubylczej. Nikt jednak nie myślał zmieniać tych granic, gdy się okazało, że ten podział tortu nijak ma się do rzeczywistości. Jest jednak śmieszniej. Państwa kolonialne upadły, kolonie odzyskały niepodległość, a te wymyślone linie granic pozostały, w efekcie czego, od początki epoki postkolonialnej, do dziś tym kontynentem szarpią krwawe i wyniszczające wojny. Tak więc przez fantazje europejskich biurokratów, rzeczywistość została zmuszona do kapitulacji.

  Współczesne systemy oświaty dostarczają kolejnych dowodów na to, że rzeczywistość zostaje zmuszona do odwrotu. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że precyzyjna ocena uczniów i nauczycieli (to wcale nie jest starożytny wynalazek), zmieniła świat edukacji w dość radykalny sposób. Praktykant u szewca nie dostawał papierka stwierdzającego, że za sznurowadła ów zasłużył na piątkę i ledwie słabą trójczynę za zelówki. Student z czasów Szekspira opuszczał Oksford z jednym z dwóch możliwych wariantów – z tytułem albo bez. To znów urzędnicy wpadli na pomysł, aby precyzyjnie określać wiedzę nabytą i zdolności nauczycieli, straszliwie komplikując życie jednym i drugim. Doszło do paradoksu, nie tyle liczy się wiedza nabyta uczniów, ile średnia ocena wyników wszystkich uczniów, tak jakby to miało jakiekolwiek odniesienie do rzeczywistej edukacji Jasia z klasy III c. Za tę średnią rozliczana jest szkoła. Aż się chce zapytać: czy te oceny mają coś wspólnego z obiektywnym postrzeganie wiedzy nabytej? Jeden nauczyciel da celujący za bezbłędnie wyrecytowaną modlitwę, drugi wstawi pałę, kiedy uczeń nie potrafi wydukać, co autor wiersza miał na myśli. Rzeczywistość edukacyjna uczniów musiała oddać pole magii oceny ogólnej dla kształtowania metod edukacji. Urzędnicy Ministerstw Edukacji tak nagięli rzeczywistość, że liczy się tylko papierek zwany świadectwem z wykazem ocen nawet za zdolności wokalistyczne. Możesz wiedzieć więcej niż świeżo upieczony inżynier (co wcale nie jest rzadkim zjawiskiem), ale bez tego papierka niewiele znaczysz.

  Apogeum potęgi słowa pisanego nad rzeczywistością, właśnie pisanego przez religijnych urzędników (kapłanów) uwypukla historia powstania Świętych Ksiąg. W starożytności używano pisma do określania podatków na podstawie posiadanych pół uprawnych, zebranych plonów i zasobności spichlerzy. W miarę uzyskiwania wpływów tej warstwy społecznej, ich pisma też zyskiwały autorytet. Kapłani już nie tylko obliczali jaki podatek jest należny bogom, lecz dodawali do tych sprawozdań opisy boskich czynów, przykazań i tajemnic, aby konieczność płacenia tych ciągle rosnących podatków uzasadnić. Fantazje owych skrybów stały się dla następnych pokoleń przepisywaczy świętych tekstów źródłem poszukiwania... niezbywalnej prawdy. W teorii te fantazje dałoby się szybko oddzielić od tego, co rzeczywiste (wielkość zbiorów, podatków, ceny towarów, czas klęski suszy itp.). Żaden analityk treści pisanych nie miałby z tym problemu. W praktyce siła owego pomieszania prawdy i fikcji zniekształciła rzeczywistość do niespotykanych rozmiarów i tego już się nie da w żaden sposób odkręcić. Choć jednocześnie nie da się ukryć, że masy ludzkie czasami potrzebują i mitów, i fikcji. Będę szczery, życie bez domieszki owych nierzeczywistych aspektów nie znajdzie wielu naśladowców, czego dowodzi stosunkowo niewielka liczba ateistów.

  Gdyby tak wysłać jakiegoś ateistę-naukowca w czasy faraonów, aby uświadomił pospólstwu, że te mity działają przeciw nim, nie sądzę, aby odniósł jakikolwiek sukces. Już ja widzę jak próbuje ich przekonać twierdzeniem, że energia podzielona przez masę jest równa kwadratowi prędkości światła, co tłumaczy dlaczego jakiś bóg z głową krokodyla nie może istnieć. Tylko jakie licho wysyłać takiego teoretyka do starożytności, skoro dziś można ten eksperyment przeprowadzić na wsi afgańskiej lub syryjskiej. Na niektórych z polskich wsi również..., niczym mieszkańcom tych wsi nie ubliżając. Na chłopski rozum (przesiąkłem nim przez ostatnie dwadzieścia lat), po co zwykłemu śmiertelnikowi ten kwadrat prędkości światła?


Swój tekst oparłem na fragmentach książki „Homo deus. Krótka historia jutra”, Yuvala Noaha Harari, w przekładzie Michała Romanka, Wydawnictwo Literackie, 2018 rok, str. 549


czwartek, 18 kwietnia 2019

Słowo na Wielki Czwartek – satanizacja świata


  Jako wstęp nie posłużą słowa papieża: „Powodowani najwyższym niepokojem, jaki nakazuje nam pasterska troska, tak aby Wiara Katolicka, szczególnie w naszych czasach, wzrastała wszędzie i kwitła, i aby wszelką heretycką nieprawość usunąć z obszarów wiary ogłaszamy i podajemy środki i metody jakie należy stosować w celu osiągnięcia naszych chrześcijańskich celów1. Od razu uspokoję, to nie papież Franciszek, ale dalej będę już niepokoił, bo w tych słowach z papieskiej Bulli jest potwierdzenie pełnomocnictwa dla inkwizytorów, Kramera i Springera, przeciwko osobom podejrzanym o kontakt z diabłem i uprawianie czarów.

  Papież Innocenty VIII wyróżniał się tym, że został wybrany na papieża jako kompromis i to dlatego, że był człowiekiem słabego charakteru, a za jego czasów nastąpiło obniżenie poziomu moralnego duchowieństwa. Coś Wam to mówi? Warto też nadmienić, że miał sporą gromadkę nieślubnych dzieci, i tym bez wątpienia różnił się od podobno najwspanialszego papieża drugiej połowy XX i początku XXI wieku, kiedy ponownie nastąpił gwałtowny upadek moralny duchowieństwa. Dziś jednak dla pani dr Aldony Ciborowskiej, ten Innocenty VIII, i ta jego Bulla, stały się doskonałym wzorcem walki ze wszystkim, co nie podchodzi ściśle pod wiarę katolicką, czyli sztukę, gnozę, feminizm, masonizm, new age, ezoterykę i przede wszystkim okultyzm. Pisze: „Obecna rewolucja[? - to mój pytajnik] atakuje człowieka fizycznie i satanizuje ludzkiego ducha. (...) W efekcie to, co było marginalne rozlewa się w świecie Zachodu, jakby miało do tego prawo. Quasi religie stają na równi z katolicką prawdą o Bogu” (sic!) No, wprost niewyobrażalne! Jak ludzie mogą tę katolicką prawdę ignorować i przeciwstawiać jej swoje duchowe prawdy! I jeszcze jedno zdanie: „Jedyną blokadą dla satanizacji globu jest więc Kościół katolicki i kapłani, którzy swoimi działaniami dowodzą pasterskiej troski o dusze wiernych i z tej racji są atakowani”. Chciałoby się w tym miejscu dodać „ku chwale Pana”, ale wobec skandali pedofilskich, homoseksualnych i finansowych, mogłoby to obrażać tę chwałę Pana, co nawet mnie, ateiście, przychodzi z trudem.

  A wszystko to reminiscencje po słynnym na cały już świat spaleniu książek o Harrym Potterze. Bo pani dr Ciborowska udowadnia, że Harry Potter to nie fantastyka, ale realna instrukcja jak stosować czary, czy oddać się w niewolę szatana. To również propagowanie okultystycznych praktyk, do których uciekał się... Hitler. Co z tego wynikło, nie trzeba nikomu mówić. To, że Hitler był przede wszystkim militarystą, nazistą, rasistą, antysemitą jest bez znaczenia, istotne jest to, że czasami oddawał się praktykom okultyzmu. Warto by w tym miejscu przypomnieć pani dr. Ciborowskiej, że nim okultyzm go zafascynował, był katolikiem, z czego można wysnuć wniosek, że najprostsza droga do okultyzmu prowadzi przez wiarę chrześcijańską. Grupka, na szczęście nielicznych wiernych, zafascynowana cudami, szuka możliwości czynienia podobnych cudów w okultyzmie, w magii, a w wersji mniej groźnej – we wróżbiarstwie i horoskopach. Nie inaczej było ze Stalinem, który tworząc religię bolszewizmu, opierał się na tym, czego nauczono go w prawosławnej szkole cerkiewnej, gdzie był pilnym uczniem. Innymi słowy to nie magia, wróżbiarstwo czy okultyzm zagraża wierze chrześcijańskiej, to ta wiara, nawet poprzez negatywne odwoływanie się pogańskich bóstw, skutkuje powstaniem tych anomalii. Dowodem tego jest powstawanie na przestrzeni dwóch tysiącleci licznych odłamów chrześcijaństwa, ale i jeszcze większej ilości herezji. Jeśli do tego dodać zwichrowaną moralność grupy kapłanów w tym samym przedziale czasu (Wielki Czwartek jest dniem kapłaństwa), czy jest się naprawdę czemu dziwić?

  Okazuje się, że jednak jest. Pewnie przypadkowo pani dr Ciborowska znalazła godnego sobie oponenta, księdza profesora, tym razem bez ironii, co dowodzi, że spostrzegam również normalnych duchownych profesorów. Tylko szkoda, że jest ich tak mało. Pozwolę sobie znów na cytat: „Do kościoła katolickiego przeniknęło w dużym stopniu niekatolickie, zielonoświątkowe rozumienie szatana, diabła i złych duchów. Wspólnoty pentekostalne akcentują o wiele bardziej niż katolicy działanie i obecność diabła, złych duchów w życiu człowieka. To pandemoniczna wizja świata - diabeł i złe duchy są właściwie wszędzie i wciąż musimy z nimi walczyć. Ta nowa gałąź chrześcijaństwa rozwija się w tempie zdumiewającym. Konsekwencje rewolucji pentekostalnej będą większe niż skutki reformacji Marcina Lutra w wieku XVI2.

  Ja z ks. prof. A. Kobylińskim wyjątkowo się zgodzę. Dziś wierzący, mimo umiłowania swojego Boga, straszą się (i innych) czarami, magią, diabłami, szeptuchami i opętanymi, tak jakby nie wierzyli, że ten ich własny Bóg ochroni przed takimi działaniami. Wystarczy nie wierzyć w taki przekaz. Jeśli nie działa przykazanie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”, to znaczy, że Jahwe, a w człowieczym ciele Jezus, który szatana pokonał, nie jest dla nich jedynym Bogiem. Niestety, w polskim Kościele to zjawisko jest dość powszechne.





poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Bezbożny świat ewolucjonizmu


  Mój blogowy znajomy opublikował dwa wręcz apokaliptyczne teksty, z których wynikają dwie rzekome prawdy, bardzo ogólnie: świat bez Boga to Sodoma i Gomora, do takiego świata prowadzi bezbożność, której przejawem jest teoria ewolucji. Nie będę bezpośrednio odwoływał się do tych publikacji, wychodząc z założenia, że każdy ma prawo do własnego zdania. Ja na to spojrzę z mojej (i nie tylko mojej) perspektywy.

  Jako zwolennik ewolucjonizmu, dla mnie nie ulega wątpliwości, że ewolucjonizm nie tylko obalił kreacjonistyczne widzenie stworzenia człowieka, ale ma też kapitalne znaczenie w pojmowaniu tradycyjnej moralności, opartej na tezie o wyższości człowieka nad wszelkim innym stworzeniem i materią, tezie mocno kontrowersyjnej. Teoria ewolucji działa na ludzi wierzących wręcz toksycznie, jak przysłowiowa płachta na byka, bo rzekomo każe nam odrzucić wszelkie kodeksy moralne, w tym i boskie. To z ewolucjonizmu wyłonić się miały takie nieszczęścia jak: materializm, egoizm, przemoc, ateizm, komunizm, nazizm, rasizm, a nawet ludobójstwo – czyli niemal wszystko to, co jest wrogie (ale bądźmy uczciwi – i nieobce) chrześcijaństwu. Szczególnie Kościół katolicki (inne Kościoły i religie też) próbuje nas przekonać, że pod wpływem ewolucjonizmu ludzie zaczynają postępować niemoralnie, a społeczeństwa pogłębiają się w kryzysie, co może doprowadzić do rozpadu naszego świata. Gdyby nie Bóg, nie wiedzielibyśmy, co jest dobre, a co złe. Nasza moralność ma wynikać z wiary w to, że dobro będzie nagrodzone, a zło ukarane. Jeśli ludziom odebrać te aspekty czegoś, co mieści się w teorii kija i marchewki, potępienia i zbawienia, stają się ateistami, dla których pragnienie zła(?) jest sprawą nadrzędną. W tym miejscu, bez względu na to, co o ateistach myślą wierzący, szczerze mi żal tych drugich. Wręcz ironicznie zapytam: ile jest warte ich umiłowanie Boga, skoro opiera się na strachu przed potępieniem, a w wersji optymistycznej, pragnieniem zbawienia (w pełni interesownego)? Tym bardziej, że i wśród nich znajdują się nieprzebrane rzesze gotowych naginać moralność dla własnych, nie zawsze chwalebnych potrzeb.

  To jednak nie wszystko. Innym, pobocznym skutkiem ewolucjonizmu jest konieczność uznania, że poza mocno rozwiniętym mózgiem i jego zdolnościami, de facto nic nas nie różni od zwierząt. To rzekomo musi skutkować zezwierzęceniem, które odrzuca wszelkie hamulce moralne, przede wszystkim w sferze seksualnej. Gdybyśmy nie byli dziełem miłującego nas Boga, życie człowieka nie miałoby żadnej wartości, można by ludźmi pomiatać, a nawet zabijać. Jest jednak gorzej. Jeśli nawet ateista chce zachować obowiązujące normy moralne, z miejsca jest kategoryzowany jako ten, co chce zjeść ciastko i mieć ciastko – chce pozbyć się Boga, ale zachować etyczne koncepcje, które podobno nie mogą istnieć poza teistyczną ideologią, choć ta ideologia... Tu, jako odskocznię, polecam słowa abp. Jędraszewskiego: „Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno. Człowiek jest w stanie usprawiedliwić wtedy największą zbrodnię”, a który jednocześnie staje w obronie australijskiego pedofila, też arcybiskupa (sic!). Wróćmy do sedna. O ile można się zgodzić z faktem, że religie ujednoliciły normy moralne, to jednak nie one są ich autorami. W dodatku, mimo tego ujednolicenia, nie sposób na moralność założyć kajdan, ona też ewoluowała i nadal będzie ewoluować, co jednoznacznie dowodzi, że żaden niematerialny byt o niej nie decyduje. Niby dlaczego ma decydować, skoro z Biblii wynika, że jego samego owe zasady moralne nie dotyczą?

  Religia chrześcijańska odwołuje się do prawa naturalnego, boskiego porządku świata, które rzekomo pozwala człowiekowi odróżnić dobro od zła. Ewolucjonizm obala ten mit i to jest jedna z głównych przyczyn, dla których jest na wszystkie możliwe sposoby krytykowany. Ewolucja nigdy w swej historii nie kierowała się kategoriami dobra i zła, gdyż są to pojęcia abstrakcyjne i zawsze subiektywne. Dla przykładu, gdyby społeczność ludzka przybrała charakter społeczności termitów, kanibalizm i kazirodztwo byłyby cnotą. Gdybyśmy skopiowali normy społeczne pszczół, cnotą byłaby zagłada mężczyzn po akcie kopulacji. A przypomnę, świat owadów zdecydowanie przewyższa ilościowo nawet te nasze siedem miliardów. To, że dla ludzi kanibalizm i kazirodztwo są moralnie naganne wynika z procesów ewolucyjnych, a nie dlatego, że zakazał tego Bóg. Załóżmy jednak hipotetycznie, że prawo naturalne powstało li tylko dla ludzi i tylko z ich myślą. W moim odczuciu najbardziej kontrowersyjnym jest przykazanie „nie zabijaj” przez niektórych ograniczone do „nie morduj”. Bądźmy szczerzy i spójrzmy prawdzie w oczy – dopiero dziś nabiera ono właściwego znaczenia, kilka tysięcy lat po jego nadaniu, kiedy uwypukla się sprzeciw wobec wojnie, terroryzmowi, wyrokom śmierci czy wreszcie... w walce z aborcją i eutanazją. Dlaczego dopiero dziś? Bo to sam człowiek, na bieżąco rewolucjonizuje pojęcie moralności. Podobnie ma się sprawa cudzołożenia, które kiedyś miało zdecydowanie mniej restrykcyjny charakter. To religia nazwała cudzołożeniem wszystko, co wychodziło poza obręb małżeńskiej (sakramentalnej) sypialni. O monogamii, która w przyrodzie jest dość rzadka, nawet już nie wspomnę.

  Nie chcę przeceniać wpływu ewolucjonizmu biologicznego na rozwój naszej, ludzkiej moralności, wciąż dalekiej od doskonałości, choć wątpliwe czy tę doskonałość uda się kiedykolwiek osiągnąć. Ewolucjonizm biologiczny jest mechanizmem, co podkreślę jeszcze raz, dla którego pojęcie dobra i zła nie istnieją. Jeśli ewolucjonizm jest rozwojem życia na ziemi, to na pewno nie dlatego, że ma w sobie jakiś „wyższy” cel. Jednym ze skutków ewolucji jest pojawienie się człowieka, istoty na tyle rozumnej, że próbuje doszukać się jakiegoś celu istnienia. Nie łudźmy się daremny trud. Niemniej świadomość braku takiego celu nie jest powodem do tego, abyśmy działali przeciw sobie samym. Żyjesz i myślisz, i chcesz (poza nielicznymi wyjątkami), aby to życie trwało w miarę w dobrym samopoczuciu. Aby tak było, musisz się dostosować do pewnych norm moralnych, norm prawnych, które człowiek sam sobie wymyślił, na bazie własnych doświadczeń i zdobywanej wiedzy. Odwołując się nieco humorystycznie do biblijnej alegorii grzechu pierworodnego, należałoby dziś dziękować prarodzicom, że odważyli się zerwać i zjeść zakazany owoc. Dzięki temu nawet Bogu się nie nudziło. Czegoś się od ludzi nauczył.


  Wyjaśnienie:
Nie będę ukrywał, że część zawartych w tym eseju tez jest oparta na treści książki „Darwin, Bóg i sens życia”1 Steve Stewart-Wiliams, pierwszej lekturze po operacji usunięcia zaćmy. Książka rewelacyjna i czyta się lekko. Gorąco polecam.


Przypisy:
1 – przekład: Piotr J. Szwajcar; Wydawnictwo CiS; Stare Groszki 2014; str. 405


sobota, 13 kwietnia 2019

Hipokryzja ateistów


  Ostatnio padł zarzut, że szkaluję i wyśmiewam się tylko z wierzących. Aby nieco ten wizerunek zniwelować (na krótko zresztą, gdyż mam w zanadrzu kilka ostrych felietonów), zdecydowałem się opublikować listę krytycznych uwag o ateistach.

  Zacznę od klasyki:
- Ateiści twierdzą, że w nic nie wierzą, a przecież nie da się w nic nie wierzyć!*
Dalej już pójdzie jak z przysłowiowego płatka:
- Ateiści mówią, że czytają filozofię, ale przecież „filozofia” to tylko wyszukana nazwa teologii;
- Ateiści mówią, że klękają przed łóżkiem, by je pościelić, a tak naprawdę skrycie odmawiają modlitwę;
- Ateiści mówią, że oglądają TV Trwam (słuchają Radia Maryja i zaglądają na Frondę.pl), by mieć się z czego śmiać, a tak naprawdę uwielbiają oglądać, słuchać i czytać o Bogu;
- Ateiści mówią, że nie wierzą w szatana i inne demony, kiedy to właśnie szatan przez nich przemawia;
- Ateiści mówią, że tylko się rozciągają po drzemce, ale tak naprawdę wyciągają ręce do Boga;
- Ateiści mówią, że uwielbiają naukę, ale tak naprawdę podziwiają dzieło Boga;
- Ateiści mówią, że czytają Władcę pierścieni (ewentualnie Autostopem przez galaktykę), ale tak naprawdę ukrywają pod fałszywą okładką Biblię i to ona wywołuje u nich wypieki na twarzy;
- Ateiści mówią, że lubią nowego papieża Franciszka, a tak naprawdę rozpoznają w nim Ojca Świętego, Następcę Księcia Apostołów;
- Ateiści mówią, że wciąż kochają swoich wierzących rodziców, gdy tak naprawdę liczą na to, że dzięki nim dostaną się do nieba;
- Ateiści mówią, że wolą niedzielne poranki spędzić w łóżko, gdy tak naprawdę śnią wtedy o kościele;
- Ateiści mówią, że podziwiają tylko architekturę kościołów, gdy tak naprawdę w podziw wpędza ich moc Boga;
- Ateiści twierdzą, że zatrzymują się na czerwonym świetle, gdy tak naprawdę proszą Boga o znak zanim ruszą dalej;
- Ateiści twierdzą, że życiem rządzi przypadek, ale podczas losowania numerów Lotto proszą Boga o interwencję;
- Ateiści twierdzą, że to medycyna ich ratuje, a naprawdę dziękują Bogu, gdy wychodzi wynik negatywny;
- Ateiści twierdzą, że lubią opowieści o duchach, a tak naprawdę przemawia za nimi tęsknota za Duchem Świętym;
- Ateiści mówią, że odganiają muchy, ale tak naprawdę robią dłonią znak krzyża;
- Gdy ateiści nie dają pieniędzy żebrakowi, to tylko dlatego, że wiedzą, iż to Bóg zdecydował o biedzie tego człowieka;
- Gdy ateiści dają pieniądze żebrakowi, to tylko dlatego, że Biblia tak nakazuje;
- Ateiści mówią, że są na diecie dla zdrowia, ale tak naprawdę poszczą;
- Ateiści mówią, że nie wierzą w Boga, a przecież obchodzą Wigilię;
- Ateiści mówią, że nie wierzą w zmartwychwstanie Jezusa, a przecież na Wielkanoc kupują czekoladowe króliczki.

  Gdyby ktoś jeszcze znał inne przykłady hipokryzji ateistów, z przyjemnością dołączę je do tej listy.

  O ateistach moi Czytelnicy:
- Ateiści przyjmują bez oporów rożne zasady, do momentu kiedy się dowiadują, że wywodzą się one z religii.
- Ateiści nie wierzą w życie po życiu, co nie przeszkadza im na pogrzebach odprawiać podobnych szopek co wierzący.
- Ateiści pomimo że deklarują całkowitą niewiarę w byty nadprzyrodzone - przy bliższej rozmowie zawsze mówią o jednym konkretnym bogu - tym którego znają.
- Pomimo, że sami nie wierzą - mają zawsze najwięcej do powiedzenia o wierzących.


* - wszystkie przykłady znalezione w sieci