środa, 11 sierpnia 2021

I znów ten grzeszny seks

 

  Dlaczego seks dwojga ludzi tak bardzo interesuje sukienkowych? Cóż, teorii na ten temat jest dużo i na nieszczęście wszystkie są prawdziwe. Jeszcze jedna olśniewająca myśl. Mówi się, że seks przed ślubem i bez ślubu to grzech, po ślubie też, jeśli finał męża jest poza żoną. Wychodzi na to, że jeśli nie chcę poczęcia i wspomagam się jakimkolwiek pomysłem by temu zapobiec, to przekreślam Boży Zamysł. Wszak nie można chcieć przyjemności bez konsekwencji i bez kary. Można za to nie chcieć przyjemności cielesnej w ogóle dla poszanowania Bożego Prawa. Zapewniają o tym najczęściej kaznodzieje zakonnicy. Z technicznego punktu widzenia, zakonnik jest jak najbardziej upoważniony do opinii na temat seksu, bo przecież jest już po... ślubie. Po ślubie zakonnym, ale to bez znaczenia. Nic więc dziwnego, że na świecie nie brakuje ludzi, którzy klękają przed obcym facetem i ze wstydem, często udawanym, opowiadają mu o swoich seksualnych psotach i sprośnych myślach. A przecież jest inne, całkiem proste rozwiązanie. Podobno królowa Wiktoria miała przekazać córce doskonałą radę na seksualne dylematy: „Moja droga, w takim sytuacjach zamknij oczy i myśl o Anglii”.

  Skąd mi się wziął ten wstęp? Pewien portal katolicki skierował mnie, nomen omen, na kanał YouTube, gdzie w tym temacie produkuje się katolickie małżeństwo Karoliny i Macieja Piechów1. Napiszę tak: w zasadzie nie mam tej pogadance nic do zarzucenia. Podzielam ich pogląd, że w małżeństwie, nawet katolickim, wszystkie „figle” są dozwolone, jeśli tylko oboje się na to godzą. Mimo to poczułem wyraźny niedosyt tej ich propagandy katolickiego seksu, jeśli taka odmiana w ogóle istnieje. Wideoklip jest opisany, jako sprostowanie wielu mitów na temat katolickiego współżycia. Tymczasem oboje starannie unikają dwóch ważnych aspektów po części wynikających ze wstępu tej notki. Po pierwsze, nie poruszają tematu seksu przed ślubem, czy seksu bez ślubu. Po drugie nic nie mówią o koniecznym finale seksualnych igraszek, dzięki któremu seks jest bezgrzeszny. Ten „teologiczno-seksualny” wykładzik lekko mnie zwiódł, bo zastanawiam się do kogo jest skierowany? Przecież nie do tych, co tylko pod kołdrą i przy zgaszonym świetle. Tacy już chyba wymarli. Czyżby do owych zakonników (kojarzy mi się z Adamem Szustakiem), którzy jednak nie wszystko wiedzą o seksie? Brak tych elementów powoduje moje skojarzenie z nachalną reklamą, która nigdy nie wspomni o wadach reklamowanego produktu, tu: katolickiego podejścia do współżycia seksualnego.

  Na koniec tej krótkiej notki jeszcze drobna uwaga. Rozbawiło mnie do łez porównanie potrzeb seksualnych do kulinarnych preferencji. Bo ona uwielbia placki ziemniaczane, on zaś woli hot-dogi. Ich smaki tak bardzo się różnią, że często idą do restauracji, gdzie dwa różne dania jednej pary nie robią na nikim żadnego wrażenia, a można przy okazji coś porwać z talerza partnera dla sprawdzenia smaku potrawy, której się nie lubi. Wprawdzie nie jestem aż tak sarkastycznie ironiczny, ale nie wiedzieć dlaczego owa restauracja w kontekście „smakowania” seksu skojarzyła mi się z parafialnym kościółkiem. Mam tylko nadzieję, że przynajmniej nie w czasie Mszy świętej...

 

Przypisy:
1 - https://www.youtube.com/watch?v=2oFUZxhoIP0

 

 

piątek, 6 sierpnia 2021

Szczęśliwe macierzyństwo, czyli jak zostać świętym singlem

 

  Został opublikowany kontrowersyjny raport o rodzicielstwie w Polsce, z którego ma wynikać, że ogólnie trzynaście procent badanych jest rodzicielstwem rozczarowanych (to idzie w setki tysięcy, jeśli nie miliony), i gdyby dało się cofnąć czas na rodzicielstwo, już by się nie zdecydowali. Zarówno tak postawione pytanie, jak i odpowiedzi są kompletnie bez sensu, bo gdyby cofnąć czas, trzeba by usunąć własne doświadczenia i zrobilibyśmy prawdopodobnie to samo, co wcześniej, czyli zdecydowalibyśmy się na potomka. Temat poruszyła już Burgundowa (sorry za skrót) i postawiła pytanie: czy innych cieszy rodzicielstwo? Według mnie pytanie nie na miejscu, gdyż rozczarowania rodzicielstwem się nie wybiera, ono się niektórym po prostu przytrafia, i choćby ktoś zatrudnił sztab wróżbitów, wspartych drugim sztabem psychologów, tego przewidzieć się nie da.

  Do tych badań odniesiono się również na portalu Deon.pl i przyznam szczerze, że tam to dopiero popadli w absurd1. O sensie badań, a raczej jego braku już wspomniałem, dodam, że wnioski, co do przyczyn wydaję się rzeczywiście racjonalne, ale próba znalezienia rozwiązania rzekomego „problemu” to już jazda bez trzymanki. W koniecznym skrócie:
- „mówienie o rodzicielstwie bez lukru”- nie wiem, co autorka rozumie przez „lukier”, skoro dziś nikt już nie mówi, że bycie matką czy ojcem to sanatorium dla szukających szczęścia, czy sposób na poprawę leniwego i nudnego życia. Tymczasem bycie rodzicem jest faktem nieodwracalnym zaś rozczarowaniu, jeśli się ma przytrafić, nie da się zapobiec;
- „skorzystanie z pomocy położnych”, które rzekomo wiedzą jak sobie z tym rozczarowaniem rodzicielstwem radzić, bo przecież doskonale radzą sobie z rodzącymi matkami. To już jakieś totalne pomieszanie z poplątaniem. Co ma sam poród wspólnego z rodzicielstwem mimo, że drugie jest zależne od pierwszego?;
- „mówienie o samotnej drodze do świętości jako równie wystarczającej jak dwie inne: życie konsekrowane i małżeństwo. Za mało mówi się o świętych singlach. Pokazywanie, że jest też inna, zgodna z Bożym zamysłem droga do nieba, też mogłoby pomóc podejmować decyzje wtedy, gdy rodzicielska przygoda jest jeszcze tylko odległą opcją, a nie wyzwaniem, z którym trzeba się mierzyć w każdej minucie życia przez przynajmniej dwadzieścia lat” (sic!) – niech mi ktoś powie, skąd rodzic ma wiedzieć, że będzie rozczarowany rodzicielstwem, jeśli go nie skosztuje? Jeśli wiesz, że nie nadajesz się na rodzica, nie będziesz chciał/-a mieć dziecka, co i tak nie jest powodem do tego by zostać „świętym singlem”. Możesz najwyżej zostać świętym/-ą męczennikiem/-czką, gdy dopadnie cię społeczny ostracyzm za sam fakt, że nie chcesz mieć dzieci.

  Czy może być gorzej? Jak zwykle – może. Pewna katoliczka, na domiar złego psycholożka, Bogna B. prowadzi akcję na Facebook-u „Sposób na szczęśliwe macierzyństwo”. Nie będzie przypisu, bo nie mam zamiaru promować takich „akcji”. W punkcie szóstym porad pisze: „Nie skazuj dziecka na jedynactwo. Jeśli to tylko możliwe, zapewnij dziecku najdłuższą znaczącą relację miłości w jego życiu – brata, siostrę. Wbrew pozorom, im więcej dzieci, tym więcej satysfakcji i radości daje macierzyństwo. Daje to matce wiele okazji do radości”. Mnie się to kojarzy z metodą pozbycia się alkoholowego kaca przez zastosowanie klina w postaci setki czegoś mocniejszego na pusty żołądek (powszechnie stosowana metoda alkoholików). Po co masz cierpieć z powodu rozczarowania rodzicielstwem jednego potomka, skoro możesz równie dobrze, jeśli nie bardziej cierpieć z powodu kilku potomków?

  Mam wobec tego tematu trzy istotne zarzuty. Pierwszy wynika z faktu, że posiadanie dzieci jest wyłącznie sprawą danej osoby. Nikt nie ma prawa oceniać naszej decyzji w sprawie rodzicielstwa, tym bardziej tego, czy jesteśmy nim rozczarowani, czy nie. Drugi zarzut, owe badania sprawiają wrażenie, że komuś zależy na tym, aby rozczarowanych rodzicielstwem wpędzić w poczucie winy a może i w depresję w sytuacji, gdy muszą sobie z owym rozczarowanie radzić sami. Wreszcie trzeci, skoro nie ma jednoznacznie określonej przyczyny owego rozczarowania, jakiekolwiek próby zapobiegania, tym bardziej „leczenia” tego stanu są z góry skazane na niepowodzenie.

 

Przypisy:
1 - https://deon.pl/inteligentne-zycie/styl-zycia/przynajmniej-13-proc-polskich-rodzicow-zaluje-ze-ma-dzieci-dlaczego,1494098

 

 

sobota, 31 lipca 2021

„Dziennik hipopotama”, czyli lektura obowiązkowa

 

  W zasadzie nie przepadam za pamiętnikami, ba, jest gorzej, gdyż ostatnim pamiętnikiem, jaki przeczytałem to „Dzienniczek” s. Faustyny Kowalskiej i on mnie wyleczył z tego gatunku literackiego raz na zawsze, choć nie do końca skutecznie. Podobny w układzie i sposobie relacji jest „Dziennik hipopotama” Krzysztofa Vargi, ale w tym przypadku już samo nazwisko zrobiło swoje, i forma, gdzie niektóre relacje zdarzeń z jakiegoś dnia spełniają rolę felietonu, w czym mój ulubiony współczesny pisarz jest wręcz rewelacyjny. Proszę zauważyć, że zdecydowana większość moich postów jest opatrzona etykietą „felieton”, z tym, że Vardze w życiu nie dorównam, a bardzo bym chciał.


  Lektura tej książki sprawiła, że oryginalna zakładka dostarczona wraz z książką, mówiła mi gdzie aktualnie czytam, zaś przeczytane strony są poprzekładane listkami papieru toaletowego, wskazujące na te najbardziej pasjonujące fragmenty tekstów. I powiem w sekrecie, że gdy dotarłem do końca, okazało się, że na te papierowe listki zużyłem ponad jedną rolkę. Chociaż tak między Bogiem a prawdą nie wiem po co, bo przecież ich przepisywał nie będę. Na potrzeby tej notki tylko jeden fragment, który Varga jakby mi ukradł z moich własnych przemyśleń: „Wychowany w cieniu traum narodowych, przygnieciony szantażem emocjonalnym, że mam się stale utożsamiać, przeżywać, identyfikować ze swoim krajem, coraz bardziej zmęczony jestem Polską i jej histerycznością, emocjonalnym rozwibrowaniem i deficytem trwałości. Nic tu się nie mogło zakorzenić i wyrosnąć na dekady czy stulecia. Zazdrościłem Francuzom ich dobrego samopoczucia, Niemcom ich samozadowolenia, dziedzictwa kulturowego Włochom, a oceanu Portugalczykom. (...) Z późno, za wiele lat tu żyję, na stałe już nie wyjadę, ale zastanawiam się, co by się stało, gdybym pod koniec lat dziewięćdziesiątych wyjechał do Francji i nie wrócił do Polski?”. Przez wiele lat to był mój osobisty dylemat, gdy już w latach transformacji po radosnym socjalizmie okazało się, że stać ten mój ojczyźniany kraj tylko na rodzime piekiełko, gorsze od piekła przygotowanego dla niewiernych przez Boga. Pierwszego doświadczam niemal codziennie, jak Varga, w drugie nie wierzę, też jak Varga.

  Warto też nadmienić coś o literackim języku autora. Trzeba przyznać, że choć to przecież Węgier z urodzenia posługuje się językiem polskim z taką wprawą, że niejeden Polak, literat, mógłby mu pozazdrościć. Długie zdania z szeregiem zdań podrzędnych są w pełni zrozumiałe, nie wymagają wysiłku, który wylewałby litry potu na czoło, zaś riposty i ironie są tak celne i jasne, że aż żal, że człowiek tak nie potrafi. Wprawdzie Varga wyśmiewa przede wszystkim naszą małostkowość i obłudę, ma też jednak konieczny w takich razach odpowiedni dystans do samego siebie. Potrafi narzekać, że zbyt mało ludzi przychodzi na spotkania autorskie, ale jednocześnie ma świadomość, że jego pisarstwo jest czasami zbyt kontrowersyjne, co nigdy nie przyniesie mu sławy wybitnych pisarzy. Potrafi się cieszyć jak małe dziecko z pochwał za felietony, a jednocześnie rozumie, dlaczego jego powieści już takiej opinii nie mają, choć wolałby, żeby akurat było odwrotnie.

  Książka ma twardą okładkę, gdyż taką musi mieć. W życiu nie miałem w ręku książki z tak delikatnego papieru, bardziej delikatnego niż najbardziej delikatny papier toaletowy. Nic więc dziwnego, że miałem problemy z przewracaniem kartek. Moje zgrabiałe palce sobie z tą czynnością nie radziły, a ślinienie palców potępiam bardziej niż zaginanie rogów. Ileż się nadmuchałem w te kartki, aby je rozdzielić, tego nawet sam nie jestem w stanie ocenić. Mimo to było w tej delikatności coś wspaniałego, jak nie przymierzając – pieszczenie delikatnej skóry młodej dziewczyny, jeszcze nieruszanej. Powiem wręcz – książka Vargi jest lepsza, bo ma mi coś ciekawego do powiedzenia, czego nie o każdej młodej dziewczynie dało się powiedzieć.

 

„Dziennik hipopotama” Krzysztof Varga, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020, str. 632, twarda oprawa.