Tej mniej więcej treści komentarz
palnąłem na blogu Królowej Karo, zadeklarowanej singielki, i wcale nie miałem
na myśli łączenia się w związki małżeński. Rocznicę urodzin twórcy komunizmu mamy w
maju (będę o tym pisał na blogu Zrzędy) i tak się to hasło w mojej łepetynie
urodziło. Nie ma w tym poparciu instytucji singli, singielek zaś w
szczególności, żadnych podtekstów. Za stary jestem by ten trend wykorzystać dla
własnych i niecnych zachcianek. Żal tylko tyłek ściska, że to zjawisko nie
przypadło na czasy mojej młodości. Uległy na niewieście wdzięki byłem
strasznie, a pęd niewiast do zawierania związków małżeńskich – jeszcze straszniejszy.
I tak, znając dziś swoje usposobienie na wylot, mogę napisać, że zostałem
złowiony w sidła moralności, potępiającej stare panny i starych kawalerów. A szkoda...
O narracji potępiającej zgniły Zachód i wieszczej upadek
Europy, po oderwaniu się od chrześcijańskich korzeni, można pisać na wiele sposobów,
dziś przeważa straszenie Armagedonem ze wskazaniem na unicestwienie rasy
europejskiej i zalaniem Europy przez islam. Do tego upadek obyczajów i
szerzenie się zarazy gender. A ja Wam powiem, ze to brednie na miarę tych o
zastępach diabłów, które mają już czelność kusić i deprawować nawet najbardziej
gorliwych wierzących, ich pasterzy nie wyłączając. Najprostszy przykład zakłamania
takiej narracji o końcu Europy to... Mało kto wie, że w tej jeszcze katolickiej
Polsce, co czwarte dziecko pochodzi z „nieprawego łoża”. Ten archaizm użyłem
celowo, dla nadania suspensu, dziś powszechnie używa się określenie „nieślubne
dziecko”, co też jest w jakiś sposób określeniem, jeśli nie obelżywym, to na
pewno o zabarwienie pejoratywnym. A takie instytucje jak konserwatywny rząd, i
jeszcze bardziej konserwatywny Kościół biją na alarm, że dzietność spada, więc dwoją
się i troją, aby te małżeństwa do rodzenia dzieci zapędzić kijem i marchewką. Bądźmy szczerzy - bezskutecznie. Przecież gdyby nie
te „nieślubne dzieci” sytuacja byłaby jeszcze bardziej tragiczna. Pomyśleć, w
takiej Szwecji już pięćdziesiąt procent dzieci rodzi się w nieformalnych
układach damsko-męskich. I może to dziwne, ale Szwecja jeszcze nie upadła! A tak, raz na jakiś
czas, wielce rzadki, czytam o jakichś incydentach, z naszego, polskiego
podwórka uważanych za amoralne – ale to są incydenty i wcale nie jest ich
więcej niż w naszym, na wskroś prawidłowo moralnym kraju. I o dziwo, rodzice niepełnosprawnych Szwedów nie
okupują szwedzkiego parlamentu. Nie mają powodów.
Ok, ta Szwecja to pewnie nie taki raj, jakby się mogło
wydawać. Europa Zachodnia też, tylko jakoś nie widać na horyzoncie fali
uchodźców (nie tylko muzułmańskich) szturmujących granice naszej ukochanej
i moralnej Polski. Ale za to pojawia się grupa ludzi, warto zaznaczyć, że młodych, którzy
chcą zerwać ze stereotypem rodziny, jako wartości nadrzędnej, która to wartość
staje się wręcz narzędziem w rękach dzisiejszych ideologów do zdeprecjonowania
jednostki. Bo samodzielną jednostką trudno jest „zarządzać” odgórnie, ona ma
zdecydowanie mniej do stracenia niż gdyby była uzależniona od rodziny. Choć w
innej formie, przeżywaliśmy taką rewolucję obyczajową ma przełomie lat sześćdziesiątych
i siedemdziesiątych. Wtedy też był bunt przeciw stereotypom, choć w jakiś sposób
spaczony przez eksplozję seksu czy narkomanii. I ja chylę głowę przed
dzisiejszymi singlowymi buntownikami. Są zdecydowanie bardziej odpowiedzialni,
daleko mniej podatni na szał zbzikowanych idoli. Dbają nie tylko o w miarę
wygodne życie, ile o własny status społeczny i materialny, któremu właściwie
trudno cokolwiek zarzucić. Nie jest to łatwe, gdy inni wciąż kierują do nich pozornie
niewinne pytania o to, czy jest już narzeczony/-a, kiedy ślub, kiedy potomek, czy najbardziej brutalne: kiedy się wreszcie ustatkujesz?
Nie jest to łatwe, gdy większości nie mieści się w głowie, że można żyć na własny
rachunek, że można decydować z kim i kiedy chce się iść do łóżka, a z kim tylko
na kawę, czy do kina, i nie zawsze jest to jedna i ta sama osoba. Nie do
pomyślenia jest fakt, że ktoś może kochać kota, a jednocześnie nie ma się
ochoty tłoczyć w przedpokoju z innym
człowiekiem, dzielić sraczykiem lub łazienką. Jak to tak można poddawać
się spokojowi przymilnego mruczenia Mruczka, a jednocześnie nie godzić się na
gderanie, a nawet wrzaski partnera/-ki, gdy dopadają ich „muchy w nosie”. A już najbardziej
niezrozumiałym jest, gdy singielka zarabia wystarczająco dużo na swoje
utrzymanie i mieszkanie, choć jej zarobki i tak są mniejsze niżby osiągnął
facet na tym samym stanowisku. U singla mniej to drażni, ale za to można mu
zarzucić, że nie chce się dzielić. Jak amen w pacierzu, odbiło im na punkcie
własnego „ego”, bo to „ego” to wciąż prawdziwy diabeł wcielony. W nas wciąż
tkwi pragnienie poddaństwa graniczącego z niewolnictwem, zarówno w kwestii
bycia panem jak i poddanym.
Nie wyrokuję końca rodziny ani tym
bardziej kresu dla takich wartości jak społeczność akceptowana na różnych płaszczyznach.
Śmiem jednak twierdzić, że grupa ludzi, dla których te wartości nie stanowią sensu
życia, które nie są potrzebami, za które warto cierpieć, ustabilizuje się na znacznym,
niedającym się zbagatelizować poziomie. I choć jeszcze długo będzie im grozić
pewien rodzaj społecznego ostracyzmu, trzeba się będzie z nimi nie tylko
pogodzić, ale ich za ten ostracyzm przeprosić. W tym miejscu pewnie mogę się spodziewać
argumentu o samotności na starość. Od razu odpowiem: dziś, mimo że żyjemy w kraju
sakramentalnych małżeństw, ludzi samotnych, i to nie tylko z przyczyn losowych,
jest na kopy. Nie brak ich nawet w podobno szczęśliwych rodzinach. Kolejki do
psychiatrów i psychoterapeutów, ludzi z problemami depresji wynikłej z takiej
samotności, są nie mniejsze niż do innych specjalistów, a terapia nie kończy
się na jednej wizycie. Single mają w tej materii zdecydowaną przewagę, oni
kochają niezależność, oni potrafią kochać sami siebie, czego w rodzinie nie da
się tak łatwo nauczyć, a na starość jest już za późno na taką naukę.
Jeszcze raz sobie napiszę: „single i
singielki wszystkich krajów – łączcie się!”. Ja wam kibicuję...