piątek, 11 maja 2018

Single i singielki wszystkich krajów – łączcie się!



  Tej mniej więcej treści komentarz palnąłem na blogu Królowej Karo, zadeklarowanej singielki, i wcale nie miałem na myśli łączenia się w związki małżeński. Rocznicę urodzin twórcy komunizmu mamy w maju (będę o tym pisał na blogu Zrzędy) i tak się to hasło w mojej łepetynie urodziło. Nie ma w tym poparciu instytucji singli, singielek zaś w szczególności, żadnych podtekstów. Za stary jestem by ten trend wykorzystać dla własnych i niecnych zachcianek. Żal tylko tyłek ściska, że to zjawisko nie przypadło na czasy mojej młodości. Uległy na niewieście wdzięki byłem strasznie, a pęd niewiast do zawierania związków małżeńskich – jeszcze straszniejszy. I tak, znając dziś swoje usposobienie na wylot, mogę napisać, że zostałem złowiony w sidła moralności, potępiającej stare panny i starych kawalerów. A szkoda...

  O narracji potępiającej zgniły Zachód i wieszczej upadek Europy, po oderwaniu się od chrześcijańskich korzeni, można pisać na wiele sposobów, dziś przeważa straszenie Armagedonem ze wskazaniem na unicestwienie rasy europejskiej i zalaniem Europy przez islam. Do tego upadek obyczajów i szerzenie się zarazy gender. A ja Wam powiem, ze to brednie na miarę tych o zastępach diabłów, które mają już czelność kusić i deprawować nawet najbardziej gorliwych wierzących, ich pasterzy nie wyłączając. Najprostszy przykład zakłamania takiej narracji o końcu Europy to... Mało kto wie, że w tej jeszcze katolickiej Polsce, co czwarte dziecko pochodzi z „nieprawego łoża”. Ten archaizm użyłem celowo, dla nadania suspensu, dziś powszechnie używa się określenie „nieślubne dziecko”, co też jest w jakiś sposób określeniem, jeśli nie obelżywym, to na pewno o zabarwienie pejoratywnym. A takie instytucje jak konserwatywny rząd, i jeszcze bardziej konserwatywny Kościół biją na alarm, że dzietność spada, więc dwoją się i troją, aby te małżeństwa do rodzenia dzieci zapędzić kijem i marchewką. Bądźmy szczerzy - bezskutecznie. Przecież gdyby nie te „nieślubne dzieci” sytuacja byłaby jeszcze bardziej tragiczna. Pomyśleć, w takiej Szwecji już pięćdziesiąt procent dzieci rodzi się w nieformalnych układach damsko-męskich. I może to dziwne, ale Szwecja jeszcze nie upadła! A tak, raz na jakiś czas, wielce rzadki, czytam o jakichś incydentach, z naszego, polskiego podwórka uważanych za amoralne – ale to są incydenty i wcale nie jest ich więcej niż w naszym, na wskroś prawidłowo moralnym kraju.  I o dziwo, rodzice niepełnosprawnych Szwedów nie okupują szwedzkiego parlamentu. Nie mają powodów.

  Ok, ta Szwecja to pewnie nie taki raj, jakby się mogło wydawać. Europa Zachodnia też, tylko jakoś nie widać na horyzoncie fali uchodźców (nie tylko muzułmańskich) szturmujących granice naszej ukochanej i moralnej Polski. Ale za to pojawia się grupa ludzi, warto zaznaczyć, że młodych, którzy chcą zerwać ze stereotypem rodziny, jako wartości nadrzędnej, która to wartość staje się wręcz narzędziem w rękach dzisiejszych ideologów do zdeprecjonowania jednostki. Bo samodzielną jednostką trudno jest „zarządzać” odgórnie, ona ma zdecydowanie mniej do stracenia niż gdyby była uzależniona od rodziny. Choć w innej formie, przeżywaliśmy taką rewolucję obyczajową ma przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wtedy też był bunt przeciw stereotypom, choć w jakiś sposób spaczony przez eksplozję seksu czy narkomanii. I ja chylę głowę przed dzisiejszymi singlowymi buntownikami. Są zdecydowanie bardziej odpowiedzialni, daleko mniej podatni na szał zbzikowanych idoli. Dbają nie tylko o w miarę wygodne życie, ile o własny status społeczny i materialny, któremu właściwie trudno cokolwiek zarzucić. Nie jest to łatwe, gdy inni wciąż kierują do nich pozornie niewinne pytania o to, czy jest już narzeczony/-a, kiedy ślub, kiedy potomek, czy najbardziej brutalne: kiedy się wreszcie ustatkujesz? Nie jest to łatwe, gdy większości nie mieści się w głowie, że można żyć na własny rachunek, że można decydować z kim i kiedy chce się iść do łóżka, a z kim tylko na kawę, czy do kina, i nie zawsze jest to jedna i ta sama osoba. Nie do pomyślenia jest fakt, że ktoś może kochać kota, a jednocześnie nie ma się ochoty tłoczyć  w przedpokoju z innym człowiekiem, dzielić sraczykiem lub łazienką. Jak to tak można poddawać się spokojowi przymilnego mruczenia Mruczka, a jednocześnie nie godzić się na gderanie, a nawet wrzaski partnera/-ki, gdy dopadają ich „muchy w nosie”. A już najbardziej niezrozumiałym jest, gdy singielka zarabia wystarczająco dużo na swoje utrzymanie i mieszkanie, choć jej zarobki i tak są mniejsze niżby osiągnął facet na tym samym stanowisku. U singla mniej to drażni, ale za to można mu zarzucić, że nie chce się dzielić. Jak amen w pacierzu, odbiło im na punkcie własnego „ego”, bo to „ego” to wciąż prawdziwy diabeł wcielony. W nas wciąż tkwi pragnienie poddaństwa graniczącego z niewolnictwem, zarówno w kwestii bycia panem jak i poddanym.

  Nie wyrokuję końca rodziny ani tym bardziej kresu dla takich wartości jak społeczność akceptowana na różnych płaszczyznach. Śmiem jednak twierdzić, że grupa ludzi, dla których te wartości nie stanowią sensu życia, które nie są potrzebami, za które warto cierpieć, ustabilizuje się na znacznym, niedającym się zbagatelizować poziomie. I choć jeszcze długo będzie im grozić pewien rodzaj społecznego ostracyzmu, trzeba się będzie z nimi nie tylko pogodzić, ale ich za ten ostracyzm przeprosić. W tym miejscu pewnie mogę się spodziewać argumentu o samotności na starość. Od razu odpowiem: dziś, mimo że żyjemy w kraju sakramentalnych małżeństw, ludzi samotnych, i to nie tylko z przyczyn losowych, jest na kopy. Nie brak ich nawet w podobno szczęśliwych rodzinach. Kolejki do psychiatrów i psychoterapeutów, ludzi z problemami depresji wynikłej z takiej samotności, są nie mniejsze niż do innych specjalistów, a terapia nie kończy się na jednej wizycie. Single mają w tej materii zdecydowaną przewagę, oni kochają niezależność, oni potrafią kochać sami siebie, czego w rodzinie nie da się tak łatwo nauczyć, a na starość jest już za późno na taką naukę.

  Jeszcze raz sobie napiszę: „single i singielki wszystkich krajów – łączcie się!”. Ja wam kibicuję...



wtorek, 8 maja 2018

Himalaje kontra Beskid Niski


  W ostatniej notce, w komentarzach wynikł problem miłości z uwypukleniem problemu z jej definicją. Niby wszyscy wiemy o co chodzi, ale gdyby przyszło do sprecyzowania tego uczucia każdy natknie się na poważne przeszkody. Spokojnie, nie będę tu pisał doktoratu na ten temat. Kiedyś sobie zapamiętałem cytat Tadeusza Konwickiego: „Miłość? Jeszcze jeden nałóg z młodości, ryzykowna gra, oszałamiające stany nieważkości”, i przyznam się w sekrecie, to jest to, do czego mi najbliżej. Uważam jednak, że nie ma żadnego powodu, aby jej, miłości znaczenie wyolbrzymiać. W filmie „Adwokat diabla” jest takie stwierdzenie: „Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady”, a ja też lubię czekoladę...

  Pewnie mało kto wie, że samo słowo miłość w języku słowiańskim pochodzi od słowa „litość”, co niejako uzasadnia twierdzenie, że zakochani tak naprawdę tylko na litość zasługują. Jakkolwiek ją opisywać, zawsze niesie ze sobą jakiś pierwiastek cierpienia psychicznego, a ci zakochani dobrowolnie się w to cierpienie pchają. Niepokój, obawy, nieprzespane noce (nie mam na myśli tylko seksu) a do tego ciągły stres, by obiektu miłości do siebie nie zrazić, by tenże obiekt nie uległ urokowi innych, o strasznych konsekwencjach tego uczucia nie wspomnę. Jednak wspomnę. Wiążą się teoretycznie na całe życie nie mając gwarancji, czy motyle w brzuchu nie przeminą (taka uroda motyli, że szybko przemijają) i najczęściej biorą na barki ciężki obowiązek wychowywania i utrzymania potomstwa, nie bez przyczyny nazwanymi owocami miłości. Owoce mają to do siebie, ze albo je ktoś w końcu zrywa, gdy dojrzeją, albo spadają, przy czym owo spadanie można kojarzyć z synonimowym „spieprzają”. Jak dobrze pójdzie, miłość zmieni się w przyzwyczajenie, które niewiele się będzie różnić od takich jak popołudniowa drzemka, czy poranna kawa przed obowiązkami dnia codziennego. Nawet sakramentalne „kocham cię” bardziej będzie miało charakter przyzwyczajenia niż wyrazem naszych uczuć. Może owe „myszko”, „zajączku”, „misiaczku”, „kwiatuszku”, „słoneczko” i wiele innych podobnych nie zniknie z naszej mowy, ale trudno będzie w nich znaleźć jakąkolwiek czułość. Ogólnie zwykło się to nazywać prozą życia i nie będzie miało charakteru prozy harlekinów, raczej chodzi o prozę nudnych dramatów, których zakończenie jest do przewidzenia, i raczej bez związku z oklepanym frazesem „i żyli długo i szczęśliwie”.

  Można by zapytać, po cholerę nam to uczucie? Dostałby człowiek żonę/męża z przydziału, efekt finalny może być ten sam- czyli owo przyzwyczajenie. Ba!, ale czym byłoby to prozaiczne życie bez tych chwil romantycznych uniesień, cudownych wzlotów i żałosnych upadków, bez tych motyli w brzuch? Po prostu poeci, literaci, scenarzyści nie mieliby o czym pisać a kompozytorzy tworzyć pięknych utworów. A mimo to są tacy, którzy w te krótkie, romantyczne chwile wpychają nam Boga, przez co, jeszcze bardziej nas dołują. Ów Bóg ma nam uświadomić, że nasza miłość jest cieniutka jak najcieńsza folia, zdolna tylko odbić tę absolutną miłość boską. Pozwolę sobie na ciekawy cytat: „Mamy kochać siebie nawzajem tak jak Syn Boga ukochał nas. A On ukochał nas tak jak Jego Ojciec. (...)  Czy możemy w miłości równać się z Bogiem? Przecież to są Himalaje, a my nieraz mamy kłopot z wejściem na szczyt Beskidów. Często nie potrafimy nawet pokochać człowieka na miarę ludzką, a cóż dopiero jak Bóg. (...) Z pewnością nigdy nie osiągniemy takie pułapu miłości. O to możemy być całkowicie spokojni”1. Tu się przyznam do pewnej manipulacji, kontekst tych zdań jest nieco inny. W gruncie rzeczy chodzi w tej wypowiedzi o to, aby nas uspokoić. Bóg podobno aż takiej miłości od nas nie wymaga (sic!) Ale na Boga!, czy my chcemy kochać wybrankę/wybranka jak Bóg ukochał swego Syna, jak On nas, czy jak zwykły mężczyzna zwykłą kobietę i na odwrót?! Coś się chyba komuś kompletnie pomieszało...

  Po lekturze artykułu, z którego pochodzi ów cytat, zastanawiam się czy człowiek bez Boga chrześcijańskiego, i nie mam na myśli tylko ateistów, jest w ogóle zdolny do miłości? Bo jak się dowiedziałem „(...) między miłością Boga a miłością do bliźniego istnieje taki przepływ, że jedna żyje i działa, i okazuje się skuteczna tylko poprzez tę drugą”2, przy czym owa partykuła „tylko” ma tu istotne znaczenie. Nawet jeśli przyjąć, jak to mi tłumaczyła moja blogowa przyjaciółka, Ania, że Bóg kocha nawet tych ateistów i niewiernych, to przecież oni już niekoniecznie kochają Boga. Jest też inny problem, kochając na maksa partnera/-kę, na pewno myślimy o miłości boskiej? Mnie się to akurat kojarzy ze zdradą. Są w tym artykule jeszcze dwa, znamienne zdania: „Przyjęte przez Boga okruchy ludzkiej miłości nie ujmują niczego z Jego potęgi i doskonałości. Przeciwnie, w ten sposób jeszcze bardziej je uwypuklają”3. Cały czas się zastanawiam, co ten człowiek złego zrobił teologom, że z takim uporem deprecjonują wszystko to, co ludzkie? Ok, w akapicie powyżej sam stroję sobie żarty z miłości, ale po pierwsze, nie jestem teologiem, po drugie, nikomu nie narzucam takiego widzenia miłości. Tymczasem oni, świadomi z jakim trudem przychodzi nam się wspinać na szczyty Beskidów w poszukiwaniu ludzkiej miłości, piętrzą nieustannie Himalaje boskiego absolutyzmu i mówią, że to tam powinniśmy się wspinać, mając za sprzęt tylko modlitwę. Jest gorzej, zdecydowanie gorzej, gdy czytam: „Nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”4. Tak tylko mimochodem dodam, że wraz ze śmiercią kończy się definitywnie przyjaźń (tak samo jak miłość). Nie grozi nam przecież zmartwychwstanie po trzech dniach, jak Jezusowi. On był w zdecydowanie uprzywilejowanej pozycji, należałoby się więc zastanowić, dlaczego stawiał ludziom takie wymagania?

  Na zakończenie, pozornie bez związku, o pewnym, w mojej ocenie śmiesznym wydarzeniu, choć z drugiej strony wręcz tragicznym. Podobno znany niemiecki zakonnik, Anselm Grün, nie bardzo wiadomo dlaczego nazwany ojcem, zawierzył Bogu i zagrał na giełdzie majątkiem opactwa benedyktynów. Przegrał, bagatelka, (do)słownie: dziesięć milionów euro (sic!)5. Już wobec tego przypadku, a praktyka pokazuje wiele innych, byłbym bardziej niż ostrożny w powierzeniu naszej, ludzkiej miłości opiece Stwórcy.





niedziela, 29 kwietnia 2018

Erystyka głupiego ateisty


  Wyjaśnię – erystyka to sposób doprowadzenia sporu do korzystnego dla siebie rozwiązania, bez względu na prawdę materialną. Można powiedzieć, że opanowałem tę sztukę doskonale, choć akurat uważam, że nie w dziedzinie dowodów materialnych, a polemiki ideologicznej. Ja się nie chwalę, ja po prostu mam talent...

  Poszło o drobiazg. Ci głupi ateiści wymyślili twierdzenie. że nie da się udowodnić nieistnienia czegoś, co nie istnieje. Twierdzenie, które zwalnia ich z obowiązku udowodnienia, że Boga nie ma. Prostota tego argumentu jest tak porażająca, że niektórych przeciwników ateizmu doprowadza czasami do białej gorączki. Właśnie czytam anons o dwóch książkach Jana Lewandowskiego (do tej pory mi nieznanego) o dziwnych tytułach: „Przeciw ateistom. 52 odpowiedzi na najczęstsze zarzuty ateistów i antyklerykałów” oraz „Błędy ateistów. 6o najczęstszych pomyłek logicznych”. Bez wątpienia kupię, już chociażby z powodu wstępu samego autora „W niniejszej pracy podejmuję więc rękawicę rzuconą wierzącym przez wszelkiej maści wojujących ateistów, racjonalistów, humanistów i wolnomyślicieli”.

  Wróćmy do owego dowodzenia nieistnienia. Lewandowski opisuje to tak: „(...) naukowcy dowodzą na przykład nieistnienia zarazków w wodzie, albo nieistnienia możliwości zawalenia się mostu. Zaś ateiści jednak idą często na łatwiznę”. Szczęka mi opadała...  Otóż, jeśli przeszukać wszechświat tak jak naukowcy szukają w wodzie zarazków, to ewidentnie Boga się nie znajdzie, już przez samo założenie, że On jest niematerialny. Zarazki owszem. Natomiast sprawa mostu jest jeszcze bardziej oczywista. Naukowe obliczenia dowodzą przy jakich parametrach most się nie zawali. Ponad te bezpieczne parametry jest potrzebna interwencja niebios i jak do tej pory jeszcze jej nie zaobserwowano. Ząb czasu i nadmierne przeciążenia powodują niechybnie katastrofę.

  To nie koniec. Aby się przekonać, że w jakimś pomieszczeniu nie ma dymu wystarczy zainstalować odpowiedni czujnik. Genialne! W jakimś amerykańskim filmie, chyba „Ghost Busters”, takie czujniki stosowano do wykrywania duchów. Ja bym je od tych filmowców wypożyczył i zainstalował w dużych ilościach w kilku kościołach. Wiecie co pokażą? Tak, tak, pokażą, że Boga nie ma... Jest jeszcze taki sposób jak rzut monetą. Ja nie żartuję. I nie chodzi tu o to jaka strona monety wypadnie. Jeśli orzeł, na pewno z drugiej strony jest reszka – to tak zwany problem symetryczny – lustrzane odbicie antytezy. Co to znaczy, nie podejmuje się wyjaśnić, nie mam zielonego pojęcia, jestem tylko głupim ateistą. Jedno jest pewne, każda moneta ma rewers i awers, bez względu na to ile razy będę nią rzucał. Kolejnym argumentem ma być prawo logiki, a logiką ateiści się posługują. Chodzi o zasadę niesprzeczności, czyli coś nie może być jednocześnie prawdą i fałszem. Skoro logika to udowadnia, może zatem udowodnić, że coś nie istnieje. Dla zobrazowania Lewandowski podaje przykład z jednorożcem. Jeśli jednorożec istniał, powinien istnieć zapis kopalny. Skoro nie ma zapisów kopalnych, jednorożce nie istniały. Udowodniliśmy nieistnie jednorożców. Szach mat ateiści, można? Można! Ok, idźmy tym samym tropem. Skoro Bóg istnieje (pominę już zapisy kopalne) powinniśmy Jego ślady znaleźć na ziemi. Takich ewidentnie prawdziwych śladów nie ma. Zatem Bóg, jak ten jednorożec, nie istnieje! Czy o to na pewno Lewandowskiemu chodziło?

  Najzabawniejszy wydaje mi się przykład ze słynnym już latającym czajniczkiem (pierwowzór Latającego Potwora Spaghetti). Posłużę się atrakcyjnym cytatem: „Bertrand Russell twierdził bowiem, że skoro teista żąda od ateisty udowodnienia nieistnienia Boga, to ateista może też żądać od teisty udowodnienia nieistnienia takich abstrakcyjnych bytów jak czajniczek latający wokół orbity okołoziemskiej, albo krasnoludków [dla mnie bomba z tymi krasnoludkami]. Jest to jednak erystyka. Nie potrzebujemy dowodu na ich nieistnienie gdyż po prostu wiemy, że one nie istnieją” (sic!) Proste jak amen w pacierzu. Teista nie musi udowadniać istnienia krasnoludków bo to erystyka, za to ateista konieczne powinien udowodnić nieistnienia Boga, bo to już erystyką nie jest. Dalej jest już gorzej, gdyż Lewandowski wręcz obraża wierzących podając przykład małpy. Niewiarygodne, ale on przyrównuje poszukiwanie istnienia Boga do poszukiwania nieistniejącego, a przynajmniej nieznanego gatunku małpy w dżungli. Ok, załóżmy, że owo porównanie jest przypadkowe, bo ja na jego miejscu wybrałbym jakiś nieznany gatunek pięknego motyla (jeszcze trudniej znaleźć, a prawdopodobieństwo istnienia większe niż przy małpie). Ja z ręką na sercu przyrzekam, że jeśli Lewandowski znajdzie w tej dżungli Boga, to ja w tego Boga uwierzę. Właściwie już byłem bliski uwierzyć, bo nie dalej jak wczoraj znalazłem informację, że w dżungli amazońskiej znaleziono szkielety stu kilkunastu dzieci, które złożono w ofierze bogu. Tylko pewnie nie o tego boga Lewandowskiemu chodzi...

  Już te kilka przykładów sprawiają, że nie mogę doczekać się lektury obu książek, gdzie takich argumentów jest w sumie ponad sto. Zapewniam, że tymi najciekawszymi się podzielę, nawet gdyby się miały okazać dla mnie druzgocące.



PS. Wprowadziłem pewne ograniczenia dla komentujących (anonimowych). Nie znam skutków tego ograniczenia. Gdyby ktoś miał problemy z wstawieniem komentarza, proszę o informację na moim profilu. Za utrudnienia przepraszam. 



czwartek, 26 kwietnia 2018

Dziwne skojarzenie


  Troll jakoś mi się dziwnie kojarzy z ptasim trele, niby nawet przyjemne, ale tylko wtedy, gdy trwają miłosne zaloty. W związku z czym mam dwie wiadomości. Dobrą i złą, ale przedtem wyjaśnienie. Jeden taki troll, co widać i czuć, przyczepił się do mnie jak przysłowiowy rzep do psiego ogona i ewidentnie psuje mi harmonię komentarzy. Jak pewnie moi Czytelnicy zauważyli, nie straszna mi krytyka moich treści, byle nie oscylowała na granicy chamstwa. Troll tego nie rozumie, bo on niewiele rozumie w ogóle, zaś kompletnie nie ma pojęcia, jak powinna wyglądać polemika.

  Zła wiadomość na początek. Od następnej notki na każdym z dwóch blogów, tytułem eksperymnru zablokuję możliwość komentowania, dobra – wyślę wszystkim zaproszenia, które to komentowanie umożliwią. Nawet tym, którzy namiętnie się ze mną nie zgadzają. Niestety, nie do końca jestem pewien, czy to zadziała w stosunku do tych Blogowiczów, którzy blogują na innych platformach niż blogger, lub w ogóle nie mają bloga. Jeśli coś będzie nie tak, proszę o info na moim profilu "skontaktuj się ze mną". Jest jeszcze coś. Na Waszych blogach nie pojawią się informacje o moich nowych notkach. To wszystko pewnie znacznie zmniejszy poczytność moich blogów, ale pewnie to przeżyję.

  A propos treli i trolli, oraz w niejakiej opozycji do ostatniej prezentacji szatańsko-muzycznej, dwa krótkie wideoklipy, które doskonale obrazują problem w lekko żartobliwym tonie.

Najpierw oryginał:

 Teraz to samo w wersja trolla: