Powinienem świętować, bo to jest 501 post na tym blogu, ale przyznam, że jestem w kiepskiej kondycji, raczej fizyczno-psychicznej niż egzystencjonalnej. Choroba mnie wykańcza i pewnie znów czeka mnie pobyt w szpitalu. Zdecydowałem się odstawić leki przeciwbólowe, gdyż dopadł mnie z ich powodu brak apetytu, by nie napisać wstręt do jedzenia. Unieruchomiony w domu już nie przez pandemię, czuję wokół siebie jakiś kokon, który odgradza mnie od prawdziwego życia. I mówiąc szczerze, przy życiu trzyma mnie już chyba tylko Hava. Dziś w nocy udostępniłem jej całą poduszkę, sam zadawalając się małym jaśkiem. Niech ma dostatecznie dużo miejsca do przeciągania się w rozmaitych pozycjach. Ja już tak nie potrafię. Żaden dźwięk mnie tak nie koi, jak jej pełne pretensji miauczenie, gdy się przebudzi i nie widzi mnie obok siebie.
Przed chorobą kupiłem sobie nowiutki laptop, bo stary, pięcioletni Samsung mało, że brakuje mu kilku klawiszy, mało, że kilka w ogóle nie reaguje na moje palce, to jest już wyraźnie mułowaty. Ten nowy uruchomiłem, zainstalowałem kilka potrzebnych mi programów i..., i odstawiłem. Nie mam do niego „serca”. Na domiar złego popadłem w dziwną melancholię i na okrągło słucham najbardziej smutnych utworów, jakie znalazłem w swojej muzykotece. Ten kiepski stan składam na karb fizycznego cierpienia, jakie mnie dopadło, a któremu towarzyszyły najczarniejsze myśli. Bo tak działa cierpienie. Mało, że boli, to jeszcze przestawia ci mózgownicę na jakieś straszne manowce, które mają szansę skończyć się demencją.
Na szczęście trafiłem na tekst, który wywołał we mnie prawdziwą wściekłość, co dowodzi, że krew jeszcze nie zamieniła się w jakąś oleistą ciecz. To pierwsza jaskółka zwiastująca powrót energii. Otóż dwaj nawiedzeni braciszkowie w śmiesznych sukienkach, dla których życie płynie beztrosko w ocienionych murach klasztoru, a prawdziwą rozrywką jest pisanie i prawienie kazań w necie będąc w kwiecie wieku, który skutecznie chroni przed cierpieniem. I usiłują mnie przekonać, że nie powinienem cierpienia traktować źle. „Ono nie jest naszym ostatecznym przeznaczeniem, ale jest potrzebne i może być owocne, jeśli tylko będziemy tego chcieli”. Większej bzdury w życiu nie słyszałem. Ostatecznym przeznaczeniem człowieka jest właśnie umrzeć w cierpieniu i tylko nielicznym szczęśliwcom udaje się tego cierpienia uniknąć. A czymże przejawiają się owoce cierpienia – dalibóg nie jestem w stanie pojąć. Dalej mnie już powaliło: „Doświadczymy go tak, czy owak, bo to jest konieczne dla oczyszczenia naszej miłości, ale dla sługi Chrystusa cierpienie będzie nie tylko oczyszczeniem z egoizmu, lecz także przejawem bycia z Bogiem, więzi z Nim - Komunii świętej”. Pierwsze, co mi przyszło na myśl to propozycja, aby jeden z drugim położył się na rozpalonym ruszcie, niczym św. Wawrzyniec, opiekun poparzonych i dręczonych chorobami reumatycznymi. Może w ten sposób udowodnią mi, że to cierpienie oczyszcza z egoizmu. Przyjdzie im to o tyle łatwiej, że wszak są powołani do dawania świadectwa. Jak mówi tradycja chrześcijańska, ów św. Wawrzyniec (sierpień to jego miesiąc) nie płakał z bólu, ale z miłości. Póki co, to tylko jałowa gadka szmatka, bo moje cierpienie fizyczne potęgowały wspomnienia uczuć do pewnej pani, których już nigdy w życiu nie zaznam, a nie przywykłem kochać kogoś, kogo mogę sobie tylko wyimaginować.
PS. Uprzejmie proszę tylko bez wyrazów współczucia. Bardziej potrzeba mi energii by się z tego letargu wyrwać.
Przypisy:
1 – cytaty za: https://deon.pl/wiara/bog-jest-obecny-w-naszym-cierpieniu,1504361

