czwartek, 23 czerwca 2016

Refleksje na temat duchów



  W ramach współpracy z pewnym portalem, otrzymałem do zrecenzowania książkę Theresy Cheung zatytułowaną „Rozmowy z niebem.” Ów portal ma wyłączność na tą recenzję, więc tu pozwolę sobie tylko na kilka osobistych refleksji dotyczących treści tej książki, których, ze względu na ograniczoną formę nie byłem w stanie poruszyć w tejże recenzji. Ich jest sporo, bo temat dla mnie mocno kontrowersyjny z uwagi na mój sceptycyzm i braku wiary w życie po życiu.
Niewiele można się dowiedzieć na temat samej Autorki. Wychowana w rodzinie spirytystów, co wydaje się być nie bez znaczenia dla jej pisarstwa, ukończyła teologię i filologię angielską na uniwersytecie w Cambridge. Matka dwojga dorosłych już dzieci, poczytna pisarka w temacie duchowości i kontaktów ze zmarłymi przodkami, wydała już sporo książek.

  Przyznam szczerze, pomyślałem, że taka książka to dla mnie bomba! Może mnie ktoś wreszcie przekona. Nie zawiodłem się lekturą, choć i tak mnie Theresy Cheung nie przekonała, wręcz przeciwnie, podała mi jak na tacy, kilka nowych argumentów, że wiara w świat duchów i możliwość z nimi kontaktów jest możliwa, ale tylko w sferze... pobożnych życzeń. Zacznę od pewnego przykładu, zdarzenia, które przytrafiło się samej Theresie Cheung, i który eksponuje niemal w każdej swej książce.
Jakiś czas przed owym zdarzeniem zmarła jej matka i choć Theresy Cheung nie trwa w wiecznej żałobie, ciągle o niej myśli. Pewnego dnia, jadąc samochodem utkwiła w korku za dwiema ciężarówkami, tirami. Ani w tył, ani w przód. Na szczęście, w którymś momencie drobnymi skokami dociera do skrzyżowania i choć nie ma żadnego powodu, dla którego miała by skręcić z głównego szlaku, jednak skręca i jedzie nie bardzo wiadomo gdzie. Tego samego wieczoru, dowiaduje się z wiadomości, że na tej drodze doszło do poważnego wypadku dwóch ciężarówek, tirów i kilkunastu samochodów osobowych, jadących za nimi. Dla Theresy Cheung, jest to ewidentny przykład działania na naszą podświadomość duchów naszych zmarłych bliskich. Bo przecież nie było żadnego sensu, żadnej racjonalności w tym, że skręciła na tym skrzyżowaniu.

  No cóż, można i tak interpretować to zdarzenie, jeśli się chce. A Theresy Cheung naprawdę w tym czasie szukała kontaktu ze swoją zmarłą matką. Właśnie! W tym opisie wydarzeń jest więcej chciejstwa niż racjonalności. I mnie bowiem nie raz zdarzyło się utkwić w korku nawet na kilka godzin, gdy nie było gdzie z niego uciec. Ale gdy taka okazja się zdarza, uciekam, nawet jeśli to nie ma sensu, bo do wyznaczonego celu i tak muszę się dostać. Tyle, że zamiast posuwać się samochodem po kilka metrów na kwadrans, wolę ten korek przeczekać w jakieś przytulnej knajpce, przy aromatycznej kawie. Czas i tak traci na znaczeniu a ja oszczędzam nerwów i unikam zmęczenia. Być może Theresy Cheung nie myślała tymi samymi kategoriami, ale jej ucieczka z korku na pewno miała podobne podłoże. No dobrze, ale co z tym wypadkiem i dwoma tirami? I tu jest właśnie przysłowiowy pies pogrzebany. Theresy Cheung nie ma żadnej pewności, że to były te same dwa tiry, za którymi jechała. Nigdzie o tym zresztą nie wspomina. Po pierwsze, na głównych szlakach nigdy tirów nie brakuje, ba!, kierowcy samochodów osobowych często narzekają na ich nadmiar. Po drugie i chyba najbardziej zaskakujące, ów korek, w którym ona się znalazła, najprawdopodobniej był konsekwencją tego wypadku, o którym dowiedziała się z wiadomości, gdyż korki najczęściej tworzą się z powodu wypadków. Nie, nie twierdzę, że moja interpretacja jest prawdziwa, ale bardziej prawdopodobna niż ta z oddziaływaniem zmarłej matki na podświadomość jej córki. Na domiar wszystkiego, można mieć w tym miejscu pretensje do wszystkich zmarłych, że nie ostrzegli (obojętnie jak) kierowców tirów, którzy... spowodowali wypadek.

  Napiszę z pełnym przekonaniem, wszystkie opisane przypadki „kontaktów” ze światem zmarłych da się zinterpretować w zdecydowanie bardziej racjonalny sposób.  A te przypadki to przede wszystkim prorocze sny, jakiś splot nieprzewidzianych zdarzeń, dziwne zjawiska, na wpół mistyczne przeżycia czy wreszcie „znaki”. Szczególnie te ostatnie budzą kontrowersje. Dla Theresy Cheung może to być nawet spadające nie wiadomo skąd ptasie piórko, co omal nie przyprawiło mnie o szyderczy śmiech. Dalibóg, jeśli ktoś chce, za taki „znak” może uznać nawet wypadający z ręki widelec!!! Niektóre z opisywanych przypadków niemal trącą o śmieszność. Oto jakiś czytelnik, miłośnik książek Theresy Cheung przypomniał sobie, że gdy był dzieckiem i skakał z bratem na łóżku, zobaczył kątem oka przez ułamek sekundy „anielską dłoń”. Przestali skakać i dzięki temu uniknęli wypadku(sic!) Omal nie wylałem na siebie gorącej kawę, którą popijałem z filiżanki. To też pewnie był jakiś „znak” – ostrzeżenie: nie pij kawy gdy czytasz książkę Theresy Cheung! Skąd ten facet wie, że to była „anielska dłoń” (czyżby wcześniej już taką widział?), a nie jakiś refleks świetlny. I skąd to przekonanie, że gdyby skakał dalej, na pewno uległby wypadkowi?! Tego już niestety nie tłumaczy. A szkoda...

  No dobrze, nie będę się już więcej naśmiewał z tych opisanych wydarzeń mających dowieść pragnienia kontaktu zmarłych z nami. Nie chcę odbierać przyjemności potencjalnym czytelnikom. Już na koniec, pewna ogólna refleksja po lekturze. Theresy Cheung przez niemal całką książkę namawia czytelnika do otwarcia się na zjawiska paranormalne, otwarcie serca dla wiadomości z nieba. Te określenia są nam właściwie znane, trudno je jednak sprecyzować, jeszcze trudniej objaśnić, a już niemożliwym dowieść. A tym argumentem posługuje się nie tylko Theresy Cheung, ale niemal wszyscy wierzący w niebo i sprawczą moc duchów zmarłych czy Aniołów stróżów. A takie argumenty – w moim mniemaniu – są namawianiem do zadania gwałtu własnemu rozumowi, własnej wiedzy i własnemu rozsądkowi. Duchowość to określenie wewnętrznego stanu w odbiorze otaczających nas zjawisk, ale w żadnej mierze nie wiara w duchy. Theresy Cheung kompletnie pomieszało się to pojęcie duchowości z wiarą w zabobony i tylko problem w tym, że ona tym pomieszaniem chce zarazić swoich czytelników. Niestety, jej się to udaje, i nie tylko jej, z niemałym sukcesem. Świat wciąż kocha irracjonalność.


poniedziałek, 20 czerwca 2016

Konkubinaty i (nie)chrześcijanie



  Temat z zakresu obyczajowość i religii, który podsunął mi nie kto inny, jak sam papież Franciszek! Sam nie mogę uwierzyć. Dwa zdania Franciszka, które mogą wstrząsnąć światem... katolickim. Przytoczę: „(...) ale powiem wam, że w tych konkubinatach widziałem dużo wierności. I jestem przekonany, że jest to prawdziwe małżeństwo. Mają one łaskę właściwą małżeństwu, właśnie ze względu na zachowywaną wierność.”1 Nie, to nie żart, w przypisach jest link.

  Tak się dziwnie składa, że ja już kilka razy stwierdziłem, że w mojej ocenie konkubinat jest lepszy od sakramentalnego małżeństwa, choć nie tylko sakramentalnego. Wywodów nie będę powtarzał, bo one są w tej notce zbyteczne. Ciekawsze wydają się być komentarze umieszczone pod tym artykułem. Pozwolę sobie zacytować dwa wg mnie najbardziej ciekawe.
„Papież powiedział: ‘Zdecydowana większość naszych małżeństw sakramentalnych jest nieważna’. Z powodu prowizorki, również kapłaństwa i zakonów. Jak to się dzieje, że większość zawieranych małżeństw jest nieważna?! I jak to się ma do prowizorki kapłaństwa? Może papież ma rację, że zło w Kościele, na przykładzie masowej nieważności małżeństw, ma źródło w złu kapłańskim. Księża asystują przy nieważnych ślubach, a chrzty to ważnie udzielają i spowiedź u nich jest ważna? Co z Eucharystią, może marni, prowizorycznie księżą też źle sprawują ten sakrament? Po przeczytaniu kazania papieża Franciszka strach iść do kościoła.”;
Teraz w bardziej zdecydowanej kontrze, bo odnosi się do słów papieża, że nie wolno wtykać nos w cudze życie moralne (sic!): „Takie przedstawienie sprawy to czysty relatywizm, rozmydlanie. Kropelka po kropelce ludzi oswaja się ze złem i degrengoladą. Wybiela się cudzołóstwo, konkubinaty a zohydza sakramentalne małżeństwo. Tylko że poklepywanie i przymilanie się do ludzi żyjących w grzechu doprowadzi ich w końcu do piekła. Kiedy się utwierdza kogoś w grzechu staje się współodpowiedzialnym potępienia tego człowieka, zwłaszcza jak jest się głową kościoła. (...)Jak więc można nie wtykać nosa w cudze życie moralne? To oznaczało by obojętność wobec bliźniego.”;

  Mnie te komentarze specjalnie nie dziwią. Dzisiejszy Kościół tak daleko odszedł od nauk Jezusa, że jeśli ktoś przypomni niektóre z nich w ich oryginalnym brzmieniu i znaczeniu, musi być poddany ostracyzmowi. Śmiem twierdzić, że gdyby Jezus dziś pojawił się na Ziemi, większość Jego dzisiejszych wyznawców uznałaby Go za... heretyka.

  Jeszcze ciekawiej porobiło się pod drugim artykule o Franciszku, zatytułowanym „Kto nie przyjmuje potrzebujących, nie jest chrześcijaninem.”2 Co niektórym polskim katolikom chyba żółć się przelewa. W śród nich chyba najbardziej tym, naszym miłościwie nam panującym. Tu znów, bez mojej oceny, tylko kilka ciekawszych komentarzy, już tylko szarych, przeciętnych, nieprominentnych polskich katolików. Będą w oryginale i nie biorę odpowiedzialności:
„Papież Franciszek ma fiksację na punkcie katolików żyjących cudzołożnie.”;
„A kim że on jest żeby mówić kto jest albo kto nie jest chrześcijaninem ?” i odpowiedź: „Tylko głową kościoła. To zapewne nikt ważny.”;
„Franciszek już otwarcie zaczyna zwalczać w Kościele wiernych katolików którzy będą mogli dawać opór heretyckim zmianom. Po to zwalcza katolików i wiarę katolicką by wciągać do Kościoła jak najwięcej pogaństwa.”;
„Temu Papierzowi sorry pierdoli się w głowie. Propozycja, otworzyć swoje skarby Watykanu i nakarmić potrzebujących . Nasz papież jest obłąkańcem, należy tego człowieka eliminować z stolicy apostolskiej. Ustami tego człowieka przemawia szatan.”;
„Szatan wkroczył do Kościoła Mojego Syna i oznaki tego będą wyraźnie zauważalne dla tych, którzy posiadają Ducha Bożego, niezłomnie zakorzenionego w ich duszach.”

  Coś mi się zdaje, że papieżowi Franciszkowi należałoby te i im podobne komentarze koniecznie dać do przeczytania, nim do naszego kraju zawita. Jemu tak bardzo nie grozi wojowniczy, terrorystyczny islam, jak najbardziej gorliwi polscy katolicy.





PS. Już po opublikowaniu tego felietony natknąłem się na bardzo ciekawy wpis na blogu Adama Szostkiewicza ściśle korespondujący do mojej notki. Zainteresowanym, gorąco polecam: http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2016/06/19/sdm-czy-czegos-nie-wiemy/?nocheck=1





sobota, 18 czerwca 2016

Dwunasta planeta – kosmici w akcji!



  Przeczytałem tę książkę po raz drugi, choć tym razem w innym kontekście i nie ukrywam, że w mało komfortowej wersji pdf. Był okres, że zaczytywałem się Dänikenem i jego książkami o teoriach związanych z kosmitami odwiedzającymi naszą planetę przed tysiącami lat. Były ciekawe, ale ja traktowałem je w kategoriach science fiction. Pamiętam, że fascynację taką literaturą zakończyła książka Zeharia Sitchina „Dwunasta planeta”. Poczułem przesyt i skierowałem zainteresowania na inne tematy. Pod jedną z ostatnich moich notek zetknąłem się z koncepcją, że za rozwojem intelektualnym ludzkości, stoją właśnie kosmici, a nie ewolucja. Gdybyśmy liczyli tylko na ewolucję, wciąż bylibyśmy małpoludami (sic!)

  Zeharin Sitchin, Rosjanin na stałe osiadły w Palestynie, by pod koniec swego życia zakotwiczyć się w Nowym Jorku, dziennikarz, twórca paleoastronautyki, paranauki zajmującej się badaniem przeszłości ludzkiej cywilizacji w kontekście jej kontaktów z cywilizacjami pozaziemskimi. Człowiek wykształcony, erudyta i doskonały prozaik, o czym świadczą liczne jego książki i ich wznowienia. Badacz języków starożytnych i o dość wszechstronnej wiedzy, czego nie sposób mu odmówić. Swoim cyklem książek, mających udowodnić ingerencję kosmitów na rozwój człekokształtnych do szczytnego miana Homo sapiens sapiens, zdobył wielu zwolenników, gotowych niemal „umrzeć” za jego teorie, bo też jest w tych książkach wyjątkowo przekonywujący. Problem zaczyna się wtedy, gdy z tymi teoriami zmierzy się sceptyk, nawet jeśli nie tak zaciekły jak ja. W każdej wątpliwej teorii należy być otwarty ale i ostrożny,  a jeśli jest taka możliwość, należy te teorie skonfrontować ze stanem faktycznym. Niestety, ta konfrontacja nie wypada na korzyść teorii Sitchina.

  Aby nie było, nie znam języków starożytnych, nie jestem znawcą kultury sumeryjskiej, moja wiedza na temat paleontologii, archeologii, astronomii czy kosmologii,  jest, czego nie ukrywam, ledwie pobieżna. Gdybym nie był dociekliwy, musiałbym uwierzyć Sitchinowi bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Przyjrzyjmy się bliżej niektórym, sensacyjnym teoriom naszego bohatera. Zacznę od Potopu. Ten motyw istnieje niemal we wszystkich kulturach starożytnych. Rzecz w tym, że dotychczasowe badania archeologiczne, tu uwaga!, potwierdzają takie zjawisko..., ale nie na taką skalę, jakby chciał Sitchin. Można bowiem przyjąć i uznać, że potopem było powstanie Morza Śródziemnego, kiedy to w przestrzeń oddalających się kontynentów Europy i Afryki, przez cieśninę Gibraltarską wdarły się wody oceanu Atlantyckiego, podobnie przez cieśninę Dardanelską do  Morza Czarnego, ale i tak są to zjawiska lokalne. Gdyby potop miał zaistnieć w takiej formie, jak to np. opisuje Biblia, świat wciąż może ograniczałby się do kilku wysepek o nazwach dzisiejszych ośmiotysięczników. Po pierwsze, nie wiadomo skąd nagle miało by się wziąć tyle wody na naszej planecie, po drugie, nie sposób wytłumaczyć, gdzie ona po potopie się podziała? Dla przypomnienia, lód, np. Antarktydy, objętościowo jest kilkakrotnie większy niż objętość wody potrzebnej do jego powstania. Gdyby ta woda z potopu miała wyparować w atmosferę i tak mielibyśmy wciąż epokę lodowcową, bo przez taką warstwę pary wodnej nie przedarłby się żaden promyk słońca.

  Kolejny argument Sitchina. Kultura sumeryjska pojawiła się nagle i na bardzo wysokim poziome. To haczyk, na który łatwo złowić niedoinformowanych. Faktem bezspornym jest to, że dziś nikt nie potrafi określić skąd się Sumerowie wzięli w Mezopotamii. Kłamstwem jest jednak mit o ich nagłej wysokiej kulturze. A kłamstwo polega na przemilczeniu faktu, że przed Sumerami na tych terenach istniały już społeczności o wysokiej kulturze materialnej i intelektualnej. Na trzy tysiąclecia przed Sumerami istniała tu kultura Hussana, na dwa tysiąclecia przed, kultura Ubaidzka. Gdzieś ok. 4750 roku p.n.e. powstają pierwsze miasta (Eridu) i od tego momentu datuje się wczesną kulturę sumeryjską. Sitchin datuje ową wysoką kulturę na IV tysiąclecie p.n.e., więc tysiąc lat później!

  Astronomia sumeryjska, to już prawdziwy przekręt. W żadnych zapiskach starożytnych Sumerów nie znajdziemy opisów więcej planet niż siedmiu, przy czym dla nich i Słońce, i Księżyc też były planetami (sic!) Swoją tezę o dwunastej planecie Sitchin opiera na jednej tabliczce, pieczęci z bóstwami i dwudziestoma czterema gwiazdkami, zinterpretowanej jako model Układu Słonecznego, tu błąd, bo wszystkich większych obiektów tego układu jest 26, ale Sitchin nie mógł tego wiedzieć, bo tych dwóch (księżyców Urana i Neptuna)  w trakcie pisania książki jeszcze nie znano. Fakt, Sumerowie też ich znać nie mogli. Ale powinni, skoro odziedziczyli wiedzę po kosmitach podróżujących po układzie słonecznym. Nieznajomość astronomii uwypukla się w opisie hipotetycznej planety Tiamat. Wprawdzie kiedyś astronomowie nie wykluczali istnienia jakieś planety, ale dzisiejsza astronomia uznaje to z nierealne i niemożliwe.

  By sprawy za bardzo nie rozwlekać skupię się na koniec tylko na logice wywodów Sitchina. Na początek najbardziej kontrowersyjny. Załóżmy, że faktycznie na ziemi pojawiają się kosmici. Aby się tu zjawić muszą dysponować oprócz nadzwyczaj rozwiniętą inteligencją, równie rozwiniętą technologią, znacznie przewyższającą nawet tę dzisiaj dostępną ludzkości. To chyba nie podlega dyskusji. Sitchin uważa, że pojawili się tu po to, aby wydobywać złoto, które jest niezbędnym elementem, składnikiem umożliwiającym przetrwanie ich gatunku. I oto ci geniusze intelektualni i technologiczni, wręcz bogowie, tworzą jakąś hybrydę, mutanta, homo erectusa, który za pomocą najbardziej prymitywnej motyki przekopuje północną Afrykę, aby tego złota szukał i to złoto wydobywał. Kopaczka w dłoń!!! Jak pragnę zdrowia trudno o większą bzdurę! Ale to nie koniec. Zamiast lądować w tej Afryce, gdzie małpoludów też nie brakowało, lądują w Mezopotamii, gdzie złota nie uświadczysz. Wysoko rozwinięta cywilizacja, poruszająca się w kosmosie, buduje statki wodne...,  z trzciny, by się do Afryki dostać i tam najpierw budować lądowiska dla swych pojazdów kosmicznych, za pomocą najzwyklejszych maszyn prostych: klinów, dźwigni i wielokrążków (sic!)

  Najzabawniejsza jest jednak teoria o owym homo erectus. Za pomocą in vitro(?) nasieniem Anunnki (nazwa owych kosmitów) zapładnia się samice ziemskich małpoludów, które rodzą niepłodnych robotników, a pewnie i bezrozumnych – owego homo erectusa. Ponieważ ucieka Anunnkom ich macierzysta planeta, obdarzają go rozumem, pewnie w podzięce za dobrze wykonaną robotę, i oto mamy, jak znalazł – brakujące ogniwo w teorii Darwina! To już pozostawię bez komentarza.

  A teraz pozwól mój Czytelniku, że przybliżę Ci jeszcze jedną kontrowersyjną, ale realną postać. To nie kto inny jak L. Ron Hubbard, autor dzieła zatytułowanego „Dianektyka”. Z niego dowiemy się podobnej, choć nie tej samej historii. W mocno uproszczonej wersji: Galaktyczny tyran Xenu załadował na statek kosmiczny swoich rodaków i wysłał ich na planetę Ziemia. Około 75 tys. lat temu ten kosmiczny pojazd do niej dotarł, a zamrożone ciała zostały umieszczone wokół wulkanów. Wybuchy tychże je ożywiły i tak na naszej planecie powstało inteligentne życie. Uwierzysz mój Czytelniku w tę bajkę? Śmiem wątpić. A jednak, na podstawie tej bajki powstała religia obejmująca swym zasięgiem cały świat i choć daleko jej do religii monoteistycznych (ilościowo) to jest to jeden z najbogatszych Kościołów świata. Jego majątek jest wręcz nie do oszacowania. A przecież istnienie tej religii datuje się ledwie siedemdziesiąt lat temu (sic!) Jeśli dziś, w dobie rozwiniętej cywilizacji, daje się otumanić miliony ludzi, zazwyczaj inteligentnych, takimi idiotyzmami jak scjentologia, mnie popularność książek Z. Hitchina właściwie nie dziwi, ale dalibóg!, nie dajmy się zwariować!!!