wtorek, 10 października 2017

Ludzie listy piszą



  Fragmenty listu kobiety niepracującej (zawodowo):
 
  „Jestem szczęśliwą kobietą. Rano wstaję z moim mężem i gdy on się goli w łazience, przygotowuję mu pożywne kanapki do pracy. Później budzę naszą piątkę dzieciaczków, robię im zdrowe śniadanie, po czym starsze wysyłam do szkoły a młodsze odprowadzam do przedszkola.
   Po powrocie zaczynam sprzątanie. Odkurzam, robię pranie w najlepszym proszku na jaki nas stać dzięki pracy mojego męża, nucąc wesołe piosenki. Gdy już pranie jest rozwieszone i skończę sprzątanie, co daje mi wiele przyjemności i poczucie spełnienia, dzwonię do mamusi mojego męża. To pobożna kobieta, katoliczka i znaleźliśmy wiele wspólnych tematów. Po tej rozmowie przygotowuje smaczny obiad dla naszej rodziny, szczególnie zaś dla naszego ciężko pracującego męża i ojca, który jest podporą naszej rodziny. Gdy już garnki wesoło pyrkoczą na gazie, pozwalam sobie na chwilę relaksu słuchając ulubionego Radia Matyja. Nie włączam telewizji, gdyż płynące z niej bezeceństwa i jad mogłyby zatruć wspaniałą atmosferę naszej katolickiej rodziny.
   Kiedy moje dzieci wracają ze szkoły wraz z przedszkolakami, które odbiera najstarsza córka, opowiadają mi czego nauczyły się w szkole, również o tym, czego dowiedziały się na lekcjach przygotowania do życiu w rodzinie, których udziela im bardzo miła pani z parafialnego kółka różańcowego. Córki proszą mnie abym nauczyła je szyć, ponieważ chcą być prawdziwymi kobietami, nie zaś wynaturzonymi grzesznicami z okładek kolorowych magazynów, natomiast chłopcy szepcą mi do ucha, że na pewno nigdy nie popełnią tego strasznego grzechu dotykania samego siebie, ani nie będą oglądać zdjęć podsuniętych przez samego Szatana. Karcę ich lekko za samo wspomnienie o rzeczach obrzydliwych.
   Mój mąż wraca z pracy po południu i witamy go wszyscy w progu. Siadamy wszyscy do obiadu, a ja podsuwam mu najlepsze kąski, aby zachował siłę do pracy. Później włącza telewizor i zasiada przed nim w poszukiwaniu relaksu. Ja mam czas na zmywanie talerzy słuchając z uśmiechem odgłosów meczu sportowego w telewizji. Później mam czas na reperację odzieży dzieci i cerowanie skarpetek oraz robię na drutach sweterki i śpioszki dla naszej szóstej latorośli, która jest w drodze, a którą Pan Bóg pobłogosławił mimo przestrzegania kalendarzyka, co jest jawnym znakiem Jego woli.
   Wieczorem kąpię nasze najmłodsze dzieci i kładę je spać. Kiedy wykąpiemy się już wszyscy, mój mąż szybko spełnia swój małżeński obowiązek, ja zaś przeczekuję to w milczeniu, z godnością prawdziwej katoliczki, modląc się w myślach o zbawienie tych nieszczęsnych istot, które urodziły się kobietami, ale którym lubieżność Szatana rzuciła się na mózg. Zasypiam po długiej modlitwie z satysfakcją kolejnego szczęśliwego dnia mojego życia”.

  Ja już słyszę to larum: „Asmo, coś ty cholera znowu wymyślił za brednie?! Ciebie już kompletnie pogięło na punkcie nienawiści do wiary katolickiej. Idź się leczyć…!” I tu żałuję, szczerze żałuję, że moja wyobraźnia nie jest tak szczodra. Po prostu tego bym nie wymyślił. Spieszę więc wyjaśnić, to jest fragment podręcznika „Przygotowanie do życia w rodzinie” autorstwa Marii Ryś, zaakceptowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w... 2014 roku! Spieszę też uspokoić, to jest tylko parodia, to znaczy, cały list został opracowany na podstawie wybranych treści z tego podręcznika. Ja go tylko znalazłem i spieszę się podzielić swoim odkryciem. Przypuszczam, że na podstawie nowych wytycznych  programowych, dotyczących tego zagadnienia, pewnie tak spreparowany list byłby jeszcze bardziej ciekawszy, lub jak chcą niektórzy, bardziej bulwersujący.

  Wyjaśnię jeszcze jedno. Jeśli wymyślona autorka tego listu czuje się szczęśliwa i spełniona, jakkolwiekby ten list śmiesznie nie zabrzmiał, nie można mieć żadnych zastrzeżeń do jej szczęścia. Przynajmniej ja takowych nie mam, choć w życiu bym się z nią nie zamienił.



wtorek, 3 października 2017

Już wiem




  Nie przepadam za wideoblogami. Trudno się do nich odnieść, gdy szuka się odpowiednich fragmentów. Tym razem temat był intrygujący, więc się przemogłem. Ks. Pawlukiewicz powiedział mi, że cierpienie i kalectwo narodzonego dziecka, które jeszcze nie zdążyło zgrzeszyć, to nie wina grzesznych rodziców (tych naturalnych), to przejaw... miłości „naprawdę pięknego Boga” (sic!). Ja przyznaję, musiałem to wideo1 odsłuchać kilka razy, bo nie wierzyłem własnym uszom.

  Według ewangelii św. Jana, nim Jezus dokonał cudu uzdrowienia niewidomego, na pytanie uczniów: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice?”, Jezus miał odpowiedzieć: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże”2[J 9, 2-3]. Ks. Pawlukiewicz próbuje wyjaśnić tę w końcu trudną kwestię „objawienia sprawy bożej”. W tym narodzeniu chorego, kalekiego dziecka „ma się objawiać prawda, kto jest jego przyjacielem oraz stawia to przed nami nieprawdopodobne możliwości rozwoju”2. Do teraz próbuję zgadnąć, kto jest przyjacielem niewidomego dziecka? Wychodzi na to, że rodzice, ale czy bez tego kalectwa już by go nie kochali? To dziecko, mimo tej przyjaźni i miłości, będzie miało całe życie pod górkę i wcale mu nie ulży biała laska, którą będzie stukał o krawężnik. Jestem ciekaw, co ma ks. Pawlukiewicz na myśli mówiąc o możliwościach naszego rozwoju? Przyznam, że doznałem prawdziwego „olśnienia”. Otóż, mój bohater został kiedyś wezwany do ciężko poturbowanego w wypadku, by udzielić mu ostatniego namaszczenia, przy czym ostrzeżono go, by za bardzo mu się nie przyglądał, gdyż widok nie jest przyjemny. Postąpił wbrew tej radzie, dzięki czemu... uodpornił się na widok zmasakrowanego i cierpiącego ciała, co wpłynęło na jego duchowy rozwój. To przeżycie uczyniło go „mężczyzną, kapłanem, jakimś wojownikiem”.

  Z kolei według ks. Pawlukiewicza jesteśmy „grubymi świniakami” jeśli nie chcemy pomagać potrzebującym i trudno byłoby się z tym nie zgodzić, gdyby nie jego wniosek, że za nauczeniem się tej pomocy stoją „sprawy boże”, innymi słowy, skoro Bóg czyni noworodki kalekimi, to znaczy, że chce nas czegoś nauczyć. Chce nas w ten sposób „uczynić pięknymi, nauczyć relacji przyjaźni. Po to jest krzyż i cierpienie”. I właśnie w tej nauce „Bóg staje się nieprawdopodobnie piękny, niebo jest nieprawdopodobnie piękne, choć my z tej strony nie możemy tego zobaczyć”. Tu już muszę się uciec do osobistej dygresji, takiej całkiem na serio i bez ironii. Jeszcze nikt, w całym moim długim życiu, tak bardzo nie zraził mnie do Boga. Dawikns i Hitchens razem wzięci nie byli w połowie tak skuteczni jak ks. Pawlukiewicz. W dodatku próbuje odwrócić przysłowiowego kota ogonem: „Kobieta, która rodzi, gdy urodzi, zapomina natychmiast o cierpieniach rodzenia, choć zdarzają się sytuacje jakieś tam wyjątkowe. Ja nigdy nie byłem przy porodzie dziecka ale widziałem w telewizji, myślę, że to jest pokazywane realnie”. I znów mój wtręt, pytanie retoryczne: a gdzie tu jest owo kalekie dziecko narodzone? Owszem, kobieta widząc swoje dziecko być może szybko zapomni o porodzie, ale gdy to będzie dziecko kalekie, czy nie zapyta, po co było to jej cierpienie? Bo noworodek nie potrafi zapytać: dlaczego? Już tak na marginesie, ja jednak polecam księdzu osobistą obecność przy porodzie, bo telewizyjna (filmowa) relacja to jednak nie to samo.

  W dalszej części wywodu ks. Pawlukiewicz już całkiem odleciał, zapominając o podstawowym pytaniu, dlaczego rodzą się kalekie dzieci? I znów kuriozalna wypowiedź: „to [kalekie – dopisek mój] dziecko jeszcze czeka szczepienie, dentysta(?) i będzie po bólu, a wieczorem zagra w szachy lub warcaby” (sic!) Za to wychwala matkę, która „ciągnie dziecko do przychodni, bo tak Pan Bóg ciągnie nas do nieba, nieraz przez choroby naszych bliskich”. Jeśli więc ktoś miał wątpliwości, skąd bierze się cierpienie, teraz powinien się ich ostatecznie wyzbyć. To nie szatan, to nie zły człowiek, to nie nieposkromione siły natury, to Bóg w ten sposób ciągnie nas do nieba. Na krótką chwilę prowadzący wywiad sprowadza księdza prelegenta na właściwy temat. I słyszymy: „Czy ja jestem tak zdenerwowany, że ktoś cierpi, że dziecko urodziło się kalekie, czy to mnie boli, że to się dzieje bez pytania mnie o zgodę? Nieraz są choroby, które nie są tak uciążliwe”. Racja, ślepota, głuchota, brak możliwości mowy czy brak kończyny to w końcu nic takiego. Da się z tym żyć, a „pytanie o cierpienie to przejaw naszej ludzkiej pychy”. A ta pycha „jest istotna przeszkodą w wejściu do nieba”. Za to ja zapytam, gdzie księdza empatia i współczucie dla kaleki? I jak to się ma do kalekiego noworodka, który umiera w cierpieniu, bo i takie przypadki się zdarzają?


Przypisy:
1 - http://www.fronda.pl/a/dlaczego-bog-pozwala-na-cierpienie-dzieci-wyjasnia-ks-pawlukiewicz-1,100320.html
2 – wszystkie cytaty, pisane kursywą, odtworzone są ze słuchu i mogą nie być w pełni dokładne.



piątek, 29 września 2017

Żona modna, czyli zła




  Przyznam, że ostatnio miałem kiepski nastrój i proszę mi wierzyć, że powód był. Odwiedziła mnie żona, z którą jestem w separacja i ta wizytacja trwała długie trzy tygodnie. Chyba pójdę do nieba za tę katorgę, przypominającą najgłębsze czeluście czyśćca. Niech poniższy tekst, przeznaczony przede wszystkim dla facetów, będzie przestrogą dla chcących zawrzeć sakramentalny związek małżeński.

  Na szczęście, po tych moich złych dniach, Marcin Jendrzejczak na portalu Pch24.pl, właśnie w tym temacie poprawił mi nastrój. Tylko szkoda, że nie pisał czterdzieści lat wcześniej, uniknąłbym wielu stresujących chwil, przez co pewnie byłbym i zdrowszy. Tytuł brzmi intrygująco: „Jak znaleźć dobrą żonę i wytrwać w małżeństwie (...)”1. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że sam nie ma się za speca w tej dziedzinie i opiera się na wskazówkach... Jana Złotoustego, czyli św. Jana Chryzostoma. Wprost trudno uwierzyć, że ten święty miał już w IV wieku naszej ery receptę, na to jak znaleźć doskonałą żonę i wytrwać w małżeństwie. Z drugiej strony równie mocno dziwi fakt, że już wtedy faceci mieli z tym wyborem dobrej żony tak poważne problemy jak dziś, bo mówi się, że to dopiero od niedawna, przez tę nowoczesność oni, faceci, są tak głupi, a żony tak złe. Przejdźmy jednak do sedna, czyli do sześciu rad na właściwy wybór dobrej małżonki i wytrwanie w małżeństwie.

  Po pierwsze, nie należy się z tym wyborem spieszyć, a już tym bardziej, gdy żądzą nami emocje, inaczej mówiąc – namiętność. W żadnej mierze nie powinno się z nią przed ślubem cudzołożyć. Żona powinna być wybrana z zimną kalkulacją. Trzeba się też konieczne zapoznać z konsekwencjami wstąpienia w związek małżeński, szczególnie zaś tymi, za które będzie rozliczał nas Bóg. Jeśli bowiem narazimy się prawu stanowionemu to nic takiego się specjalnie nie stanie, ale jak prawu Bożemu – czeka nas wieczne potępienie w ogniu piekielnym. Trudno się z tym nie zgodzić. Gdybym ja myślał o ożenku w tych kategoriach, pewnie miałbym otwarte wrota do nieba, z tej przyczyny, że na pewno zostałbym zakonnikiem, unikając grzeszności małżeńskiej.

  Po drugie, przy wyborze żony nie należy polegać na sobie. Tym bardziej na opinii rodziny, przyjaciół, znajomych, o swatach nie wspomnę. Jan Złotousty radzi: „zwróć się do Boga. On nie powstydzi się zostać twoim swatem”2. I tu rodzi się problem. Gdybym ja czekał na opinię Boga (przypomnę, byłem gorliwym katolikiem) pewnie i tak zostałbym kawalerem. Nie miałem szczęścia, Bóg nigdy się do mnie nie zwrócił z żadną odpowiedzią na zadane pytanie, a już tym bardziej w kwestii małżonki. I ja Mu się właściwie nie dziwię. Gdyby się tak pomylił jak ja, miałbym winnego...

  Po trzecie, nie należy w żonie szukać urody. Uroda, jak wszystko, też przemija i nie jest żadną gwarancją szczęścia. Ta uroda małżonki też nam w końcu spowszednieje i będziemy czuć zawód. Jeśli weźmiesz sobie brzydką żonę, nigdy nie doznasz rozczarowań, a i seks będziesz uprawiał sporadycznie, po bożemu, czyli po ciemku, ku chwale Pana. Choć i tu istnieje pewne niebezpieczeństwo. Można wpaść w alkoholizm, bo po pijaku nie ma brzydkich kobiet, a w mężczyźnie budzi się ogier...

  Po czwarte, nie należy robić hucznego wesela. Jak się bractwo spije, wymyśla grzeszne zabawy i diabeł się cieszy, gdyż na dzień dobry oddajemy się w jego władanie. Wprawdzie Jezus w Kanie Galilejskiej uczynił swój pierwszy cud, gdy na weselu wodę zamienił w wino, ale ja to składam na karb pewnego niedoświadczenia. Na początku kariery łatwo popełnić błąd. Jan Złotousty przytacza bardziej godny przykład wesela: „Popatrzmy teraz, w jaki sposób (Izaak) urządził wesele po tym, jak ją (Rebekę) zabrał. Czy sprowadził cymbały, piszczałki, bębenki, flety, czy urządził tańce i inne temu podobne zabawy? Nic z tych rzeczy nie uczynił, lecz wziął ją samą i odszedł mając przy sobie anioła, towarzysza podróży, którego jego pan wyprosił u Boga, gdy wysyłał sługę z domu”. Jakież to praktyczne, żadnych wydatków na bezbożną zabawę. Choć ja nie wiem, czy chciałbym towarzystwo tego anioła. Przypomniała mi się bezbożna fraszka Sztaudyngera: „Aniele Boże, stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój. Lecz gdy Anioł spojrzał na Jadzię, zamiast stanąć... się kładzie”.

  Po piąte, gdy mimo dostosowania się do poprzednich wskazówek, żona i tak okaże się jędzą..., nie należy popadać w rozpacz. Zamiast szukać innej, lepiej (i taniej) zostać pantoflarzem lub zmienić jej paskudny charakter: „chociażby twoja małżonka wielokrotnie zgrzeszyła przeciwko tobie, wszystko jej przebacz i idź jej na ustępstwa. Jeśli ożenisz się z krnąbrną, przemień ją w cnotliwą i łagodną, tak jak Chrystus Kościół”. I tu mam wątpliwości. Bycie pantoflarzem czyni nasze, męskie życie gehenną. Natomiast jeśli wziąć przykład z Chrystusa, który narobił rabanu w Świątyni..., wcale mnie teraz nie dziwi, dlaczego ten dzisiejszy Kościół jest przeciw Konwencji antyprzemocowej.

  Wreszcie po szóste, jeśli już nic nie pomaga (sic!), też nie należy popadać w rozpacz. Wciąż trzeba kochać tę żonę, a Bóg hojnie nas wynagrodzi za „wytrwałość, okazaną ze względu na jego bojaźń poprzez to, że znosiliśmy w spokoju jej złość, jak nieuleczalną chorobę”. To stąd bierze się moje przekonanie, że za ostatnie trzy tygodnie, jak i poprzednie lata, pójdę w butach do nieba.