Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lutego 2019

Wyższość małżeństwa (sakramentalnego?) nad konkubinatem


  Na blogu Zrzędy było poważnie, dlatego tu będzie luzacko, choć prowokacyjnie i kontrowersyjnie. Innymi słowy coś, co lubię ponad wszystko. Już kiedyś ten temat poruszałem, ale to było dawno i warto sprawę odnowić, tym bardziej, że trafiłem na arcyciekawy artykuł w tonie jak tytuł mojej notki. Pani Meg Jay, powołując się na badania amerykańskich uniwersytetów i uczonych, udowadnia ponad wszelką wątpliwość marność związków, zwanych konkubinatami1.Wytacza „ciężkie działa” na te konkubinaty i warto się im przyjrzeć.

  „(...) okazało się, że młodzi ludzie obu płci mają niższe standardy, jeśli chodzi o konkubenta niż współmałżonka. (...)
są skłonni zamieszkać z kimś, z kim nie chcieliby się ożenić (wyjść za mąż)”. Cóż, nigdy w życiu sam nie wpadłbym na  taki (idiotycznego) argumentu. Biorąc pod uwagę fakt, szybkość z jaką młodzi wchodzą w związki małżeńskie, wydaje się, że ten argument jest w praktyce najrzadziej brany pod uwagę. Nie żebym taką postawę zarzucał wszystkim, ale nie raz słyszałem opinię: nie ważne czy brzydki, czy bogaty, ważne, że mój ci on.

  Niezależnie od konkretnych uwarunkowań rezultatem bywa wieloletnie status quo – trwanie w związku konkubenckim, niezbyt szczęśliwym, jednak ograniczającym możliwości poszukiwania kogoś bardziej odpowiedniego” (sic!) Tu nasuwa mi się na myśl retoryczne pytanie: czy jest instytucja bardziej ograniczająca możliwość poszukiwania kogoś bardziej odpowiedniego niż usankcjonowane małżeństwem przymusowe trwanie przy jednym partnerze/-ce? Gorzej, czy wszystkie małżeństwa są szczęśliwe, że wadą konkubinatu staje się niezbyt wielka, ale wieloletnia szczęśliwość?

  Perspektywa problemów związanych z odzyskaniem nieudokumentowanych inwestycji we wspólne życie, (np. mieszkanie) sprawia że  rozstanie staje się jeszcze trudniejsze. W przypadku rozwodu istnieją narzędzia prawne regulujące podział majątku” (sic!) W przypadku rozwodów, gdy małżeństwo ma naprawdę co dzielić, podział majątku jest gehenną. Wiem, osobiście przeżyłem, choć ten majątek to marność – duże mieszkanie spółdzielcze i samochód. Po czterech latach w końcu sąd dał nam rozwód, po dwóch kolejnych, mogłem stać się jedynym właścicielem mocno nadszarpniętego zębem czasu poloneza (od samego początku niczego więcej nie chciałem). Gdybym był w konkubinacie cała operacja rozejścia i podziału majątku trwałaby – jeden dzień oraz zaoszczędzone nerwy i upokorzenia na sali sądowej.

  Badania socjologa Jamesa Q. Wilsona dowodzą, że konkubenci funkcjonują jak single, nie jak para małżeńska. Przede wszystkim bowiem w konkubinacie nie ma wspólnoty! Są dwie jednostki, współlokatorzy ponoszący koszty utrzymania”. Koń by się uśmiał, bo czym jest małżeństwo po kilku, najdalej kilkunastu latach współżycia, jeśli nie życiem singli? A tak, są dwie inności. Wspólnota jest wymuszona prawnie, natomiast z tym ponoszeniem kosztów bywa najczęściej tak, że ponosi je tylko jedno, pracujące albo zarabiające więcej. Tymczasem w konkubinacie jest w zasadzie dokładnie tak samo, choć na zasadzie dobrowolności i wzajemnego porozumienia. „Każdy ma swoje życie, którego elementem jest seks i spędzanie czasu z konkubentem/konkubiną, jednak brakuje prawdziwej wspólnoty (zarówno w postaci odpowiedzialności za drugą osobę, zdolności stawiania jej potrzeb nad własne, jak i bardziej przyziemnie – wspólnoty finansowej)” . Innymi słowy, to co wyróżnia na plus małżeństwo to wspólnota finansowa. Nie będę pisał szczegółów, ale owa wspólnota finansowa rozwaliła moje oba związki małżeńskie, mimo że oddawałem zarobki, co do grosza, z paskiem w ręku.

  Jednak układ przyczyn jest bardziej skomplikowany. Badania pokazują na przykład, że konkubenci mają niższe umiejętności komunikacyjne, słabszą zdolność kontroli impulsów oraz gorsze umiejętności negocjacyjne. (...) w konkubinacie głównym źródłem informacji o drugiej osobie jest obserwacja jego aktualnych zachowań w izolacji od domu rodzinnego”. Taaak, to prawda, życie z teściami to sam miód. Znam z autopsji dwa warianty. Jeden to zła teściowa, i tu chyba nie trzeba niczego wyjaśniać. Drugi – teściowie do rany przyłóż. I tu jest ciekawie. Teść czasami wspomaga finansowo, a na bieżąco ponosi koszty mieszkania i opłaty, teściowa zaś gotuje smaczne obiadki i piecze doskonałe ciasta. Żyć nie umierać. Ale przychodzi czas, by przejeść na swoje. I wtedy okazuje się, że brakuje darmowego mieszkania, że samemu trzeba płacić za prąd, gaz, czynsz i co tam jeszcze, a żona w zdolnościach kulinarnych jest na etapie eksperymentów młodej kucharki bez żadnego doświadczenia. Człowiek się budzi z ręką w nocniku... Więc co z tym konkubinatem? Ano z reguły już nie ma mowy o teściach, za to trzeba poświęcić dużo czasu na to, by w sposób bezkonfliktowy poznać partnera czy partnerkę. Mało tego, chcesz być kochanym/-ną musisz się o to cały czas mocno starać, wszak w każdej chwili możesz dostać czerwoną kartkę. A teoretycznie wiążesz się przecież na zawsze, nawet w konkubinacie.

  Na koniec zostawiłem sobie pierwszy, chyba najważniejszy argument za małżeństwem sakramentalnym: „Pomijam kwestię z jednej strony kluczową, z drugiej dla katolika oczywistą – czyli, że współżycie pozamałżeńskie jest grzechem a wspólne mieszkanie zakochanych sprzyja trwaniu w stanie grzechu śmiertelnego”. To jest klucz prawdziwy deprecjacji konkubinatu – grzech śmiertelny – który, tak nawiasem mówiąc, wymyślili sobie sami wierni.





środa, 18 kwietnia 2018

Małżeńskie problemy


  Za wstęp niech posłuży dialog trzech facetów o swoich małżonkach, w knajpie, a jakże, przy piwie:
„Adam: My ze sobą nie śpimy. Czasami myślę, że jak ona się przez chwilę do mnie mile odezwie, to pójdę do jej sypialni. Od dwóch lat takiej chwili nie było...
Wiktor: U nas nawalił kalendarzyk małżeński, ale coś mi się zdaje, że to ona przy nim majstrowała
Paweł: Oświadczyła mi, że od tej pory każdy wytrysk będzie się kończył w pochwie, bo tak chce Bóg1.
Mówiąc szczerze, nie wiem na ile ten dialog jest prawdziwy, ale z takim Adamem, czy Wiktorem, to moglibyśmy sobie ręce podać. Co do Pawła miałem całkiem odwrotnie. Żona powiedziała mi pewnego razu, że jak będę miał wytrysk w pochwie, to mi łeb ukręci, i wcale nie miała na myśli tego na moim karku. Ale kobiety różne są i wcale takiej sytuacji jak u tego Pawła nie wykluczam.

  Tych trzech facetów ma jednak przerąbane z zupełnie innego powodu. Ich żony są członkiniami Wspólnoty Trudnych Małżeństw „Sychar”. Warto bliżej poznać historię czwartego faceta, Piotra, którego żona też tam należy. Ani przed, ani po ślubie nie chodzili zbyt często do kościoła. Mają dwójkę dzieci, dobrze im się powodzi, ona, Marta, nie pracuje zawodowo. Udzielała się za to towarzysko i tak trafiła do tej Wspólnoty. Piotr nie bez zdziwienia i z lekkim oporem, ale w końcu godził się na pomysły żony. Zaczęli co tydzień chodzić do kościoła, a raz w miesiącu do spowiedzi św. Trochę trudniej było mu przełknąć sytuację, gdy Marta zmuszał go wieczorami do czytania na głos Pisma Świętego. Z tym, że Marcie wciąż było mało. Zaczęły się awantury o piwo w sobotnie popołudnia. On oburzony podnosi glos, ona wzywa od razu policję i tłumaczy, że „jest uzależniony. Teraz wypija dwa, za chwilę będzie wypijał dziesięć. To grzech zniewolenia”. Zaczęło jej  przeszkadzać, że nie chce z nią chodzić na Odnowę w Duchu Świętym. Może nie w każdym szczególe, ale tak jakbym czytał historię o swoim pierwszym małżeństwie, choć wtedy nie było tej Wspólnoty. Byłem w gorszej sytuacji. Nieopatrznie na początku małżeństwa zgodziłem się na to, by to żona decydował o budżecie domowym. Tego już nie dało się odkręcić... Dalsza lektura historii Piotra dowiodła, że jednak może być gorzej niż moje perypetie. Marta postawiła ultimatum, albo pójdą razem  na tę Odnowę w Duchu Świętym, albo niech się wyprowadzi z domu. Poszedł. Tam usłyszał o warsztatach dwunastu kroków i spotkaniach z moderatorką, zawodową psychoterapeutką. Poszedł na to spotkanie i tam dowiedział się, że wszystkiemu winni są jego rodzice. Powinien się od nich całkowicie odciąć. Ich wina polegała na tym, że ojciec jeździł w delegacje do ZSRR, a matka, gdy dorabiała, oddawał Piotra w opiekę do babci. Piotr się odciął, ale od psychoterapeutki. Za to w domu żona zaprowadziła cichą mszę. Odwilż nastała, gdy poszedł na wspólną modlitwę. Tam patrzył ze zdumieniem, jak modlący się w ekstazie padają na podłogę. Już w domu zadał żonie kilka pytań związanych z ratowaniem ich małżeństwa:
- czy wystarczy, że zamiast na wczasy pójdą na pielgrzymkę do Częstochowy?
- czy wystarczy jak codziennie będę czytał dzieciom Biblię?
- czy wystarczy jak będę co drugi dzień chodził do kościoła?
- czy będę prawdziwym katolikiem jak zapiszę się do męskiej róży różańcowej?
- dlaczego nie wystarczy ci, że cię kocham, dbam o dom, o dzieci i o ciebie samą?
W odpowiedzi, na drugi dzień, po powrocie z pracy zastał w przedpokoju spakowane swoje walizki, z liścikiem: „Walczę o Twoje nawrócenie. Trzeba wszystko zburzyć abyś się nawrócił”.

  Wspólnota Trudnych Małżeństw „Sychar” to ruch katolicki, który powstał u księży pallotynów w Warszawie w 2003 roku. Jest kopią podobnej Wspólnoty w Niemczech. Jego celem jest ratowanie małżeństw sakramentalnych w czasie kryzysu, a nawet faktycznego rozpadu. Nie chcę go oceniać, nie znalazłem nigdzie statystyk obrazujących skutki takiej działalności. Niemniej przyznaję, nawet gdyby były to skutki niewielkie, to i tak są warte pochwały i zachodu. Zastanawiam się jednak, ile jest takich sytuacji jak ta opisana powyżej, kiedy to zamiast naprawy następuje całkowity rozłam i krach małżeństwa? Mam mieszane uczucia, bo gdy przejrzałem kilka internetowych stron tej Wspólnoty, odniosłem wrażenie, że aby odnieść sukces, oboje małżonków musi być gorliwymi wierzącymi. Każda odchyłka musi się skończyć tragicznie. I jeszcze jedna refleksja. Jak to jest, że ci gorliwie wierzący małżonkowie mimo wszystko muszą się posiłkować wsparciem Wspólnoty? Czyżby wspólne modlitwy w rodzinie nie były skuteczne? Ale ja tego nie rozstrzygnę. 

  Wypada zakończyć czymś mocnym. Na jednej ze stron Wspólnoty czytam: „Wola Boża zapisana w słowach przysięgi małżeńskiej dotyczy każdej sytuacji, także tej najbar­dziej kryzysowej, gdy dochodzi do przemocy, zdrady, rozwodu, wejścia w drugi związek, nawet gdy w drugim związku pojawia­ją się nieślubne dzieci. „Co Bóg złączył, tego niech człowiek nie rozdziela” – czyli również dziecko z niesakramentalnego związ­ku nie może rozdzielać małżonków sakramentalnych. Mamy nadzieję, że jeśli będziemy żyć w zgodzie z prawem Bożym, Pan Bóg wszystko poukłada i wszystko obróci w dobro, również sytuację tych dzieci2. Tylko nieśmiało zapytam: czym to dziecko zawiniło, że trzeba rozbić dobry związek niesakramentalny, aby powrócić do chorego związku sakramentalnego?
 
  Z ostatniej chwili:
Ordo Iuris (muszę poświęcić tej organizacji osobną notkę) jest autorem projektu ustawy3, który trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości, a który dotyczy obowiązkowych mediacji przed rozwodowych, które do tej pory były dobrowolne. Tak się zastanawiam. Może od razu wprowadzić prawny zakaz rozwodów? Jeśli już, to tylko rozwód katolicki, przy czym piszę „rozwód” z premedytacją, bo forma „unieważnienie małżeństwa” - to dziś tylko ściema dla grzecznych (nie mylić z grzesznymi) owieczek.
 




niedziela, 18 lutego 2018

Czy to już tylko farsa?



  Przyznam, że ze zdumienia przecierałem oczy. Jeden portal katolicki krytykuje... drugi portal katolicki, i to w dość dziwnej sprawie, przy czym dodam, że ja w tym palców nie maczałem. Jakem ateista, jestem niewinny. Sprawa poszła o ślub sakramentalny, ściślej o to nieszczęsne współżycie seksualne, które niczym rybia ość stoi w gardle Kościoła katolickiego.

  Najpierw o winowajcy, czyli portalu Deon.pl, który sobie cenię wyżej niż pomawiający portal Pch24.pl. Niejaki ks. Wojciech Żmudziński popełnił dość kontrowersyjny artykuł zatytułowany „Kościół powinien się zgodzić na seks przedmałżeński”1 (sic!). Otóż, ów ksiądz proponuje dwustopniowy ślub sakramentalny. Sam o tym pisze tak: „uroczysty ślub w Kościele połączony z weselem nie koniecznie musiałby być sakramentem. Można byłoby przystąpić do niego dużo wcześniej, w zakrystii, w obecności świadków, bez hucznej ceremonii. Natomiast uroczystość zaślubin, zorganizowaliby małżonkowie w parafialnym kościele w dowolnym czasie, gdy stać ich będzie na suknię ślubną i wesele. Taki ślub można byłoby nazwać – uroczystym rozpoczęciem pożycia małżeńskiego”. Przyznam szczerze, nie rozumiem tej propozycji w odniesieniu do tytułu artykułu. Z treści wynika, że ów pierwszy ślub byłby sakramentem, czyli rodziłby te same skutki, co dziś. Więc jaki to seks przed ślubem?! Ta propozycja jest raczej uwolnieniem rodziców młodych od organizacji wesela. Weźcie cichy ślub, a gdy zarobicie, urządzicie sobie huczne widowisko w kościele i na weselu. Po co ta nazwa „uroczyste rozpoczęcie pożycia małżeńskiego”, skoro oni już są w trakcie usankcjonowanego sakramentem pożycia? Tyle tylko, że ten drugi ślub, z pompą, faktycznie byłby już tylko farsą. Bo czy w tym akcie sakramentalnym na pewno chodzi o blichtr? Mówiąc szczerze, choć mi to już nie grozi, jestem zwolennikiem jak najbardziej skromnej ceremonii. Licho nie śpi, za rok może dojść do rozwodu, a tu ludzie wciąż mają w pamięci huczne weselisko i jakże piękny ślub w kościele.

  Natomiast bliżej nieznany autor artykułu (to jest nagminne na PCh24) „Deon szokuje (...)”2 stawia sprawę na głowie. Używa podobnych argumentów jak moje ale insynuuje, że ks. Żmudziński ma tylko seks w głowie. Tak jakby było coś dziwnego w tym, że młodzi chcą seksu podobnie jak Beduini wody na pustyni. A tu masz babo placek, albo za mało kasy na księdza, organistę, oświetlenie, obrączki, fotografa itd., itd., albo najbliższe terminy pozajmowane, a to jeszcze te nauki przedślubne, więc to spełnienie seksu odwleka się w nieskończoność. Kto był młody przed ślubem..., ten wie jaka to udręka. Portal Pch24.pl dochodzi do wniosku, że „to kolejna propozycja rozwodnienia nauczania Kościoła o małżeństwie i jego wartości w chrześcijańskim życiu” (sic!) A propos tych chrześcijańskich wartości małżeństwa, aż mnie ręce świerzbią, by napisać jakiś paszkwil, ale się powstrzymam, bo prawdziwemu ateiście nie wypada szkalować wiary.

  Tak a propos owego a propos, czyli Beduinów na pustyni, Aisab wstawił wideoklip pewnego kazania (rekolekcyjnego?) księdza kapelana w randze pułkownika. On też wspomina o tych Beduinach i wodzie, ale jak pragnę szczęścia (czytaj: Nirvany) mojej nieżyjącej babci, większych bredni nie słyszałem. On każe wiernym iść śladem tradycji muzułmańskich Beduinów, by za odstępstwo od wiary karać śmiercią. Biedny ten ks. Żmudziński, gdyby wcielić idee kapelana, pewnie groziłoby mu ukamieniowanie. Jeszcze jedno a propos, tym razem samej Aisab. Nie mnie oceniać, więc nie oceniam (to w końcu jej sprawa), a tylko nadmieniam, gdyż mi potrzebne do końcowej konkluzji. Przed Postem (14 luty) oznajmiła, że „zakłada kłódkę na komputer”, pewnie z powodu tego Wielkiego Postu. To nie do końca tak wyszło, bo założyła kłódkę tylko na komentarze. Zastanawiam się, po co coś przyrzekać, skoro wiadomo, że przyrzeczenia się nie dotrzyma, a samo przyrzeczenie właściwie niczemu nie służy? To ma kapitalne znaczenie dla próby zrozumienia sensu przysięgi małżeńskiej. Oni mówią sobie przed ołtarzem „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, a diabeł w zakrystii wije się ze śmiechu po podłodze...




piątek, 29 września 2017

Żona modna, czyli zła




  Przyznam, że ostatnio miałem kiepski nastrój i proszę mi wierzyć, że powód był. Odwiedziła mnie żona, z którą jestem w separacja i ta wizytacja trwała długie trzy tygodnie. Chyba pójdę do nieba za tę katorgę, przypominającą najgłębsze czeluście czyśćca. Niech poniższy tekst, przeznaczony przede wszystkim dla facetów, będzie przestrogą dla chcących zawrzeć sakramentalny związek małżeński.

  Na szczęście, po tych moich złych dniach, Marcin Jendrzejczak na portalu Pch24.pl, właśnie w tym temacie poprawił mi nastrój. Tylko szkoda, że nie pisał czterdzieści lat wcześniej, uniknąłbym wielu stresujących chwil, przez co pewnie byłbym i zdrowszy. Tytuł brzmi intrygująco: „Jak znaleźć dobrą żonę i wytrwać w małżeństwie (...)”1. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że sam nie ma się za speca w tej dziedzinie i opiera się na wskazówkach... Jana Złotoustego, czyli św. Jana Chryzostoma. Wprost trudno uwierzyć, że ten święty miał już w IV wieku naszej ery receptę, na to jak znaleźć doskonałą żonę i wytrwać w małżeństwie. Z drugiej strony równie mocno dziwi fakt, że już wtedy faceci mieli z tym wyborem dobrej żony tak poważne problemy jak dziś, bo mówi się, że to dopiero od niedawna, przez tę nowoczesność oni, faceci, są tak głupi, a żony tak złe. Przejdźmy jednak do sedna, czyli do sześciu rad na właściwy wybór dobrej małżonki i wytrwanie w małżeństwie.

  Po pierwsze, nie należy się z tym wyborem spieszyć, a już tym bardziej, gdy żądzą nami emocje, inaczej mówiąc – namiętność. W żadnej mierze nie powinno się z nią przed ślubem cudzołożyć. Żona powinna być wybrana z zimną kalkulacją. Trzeba się też konieczne zapoznać z konsekwencjami wstąpienia w związek małżeński, szczególnie zaś tymi, za które będzie rozliczał nas Bóg. Jeśli bowiem narazimy się prawu stanowionemu to nic takiego się specjalnie nie stanie, ale jak prawu Bożemu – czeka nas wieczne potępienie w ogniu piekielnym. Trudno się z tym nie zgodzić. Gdybym ja myślał o ożenku w tych kategoriach, pewnie miałbym otwarte wrota do nieba, z tej przyczyny, że na pewno zostałbym zakonnikiem, unikając grzeszności małżeńskiej.

  Po drugie, przy wyborze żony nie należy polegać na sobie. Tym bardziej na opinii rodziny, przyjaciół, znajomych, o swatach nie wspomnę. Jan Złotousty radzi: „zwróć się do Boga. On nie powstydzi się zostać twoim swatem2. I tu rodzi się problem. Gdybym ja czekał na opinię Boga (przypomnę, byłem gorliwym katolikiem) pewnie i tak zostałbym kawalerem. Nie miałem szczęścia, Bóg nigdy się do mnie nie zwrócił z żadną odpowiedzią na zadane pytanie, a już tym bardziej w kwestii małżonki. I ja Mu się właściwie nie dziwię. Gdyby się tak pomylił jak ja, miałbym winnego...

  Po trzecie, nie należy w żonie szukać urody. Uroda, jak wszystko, też przemija i nie jest żadną gwarancją szczęścia. Ta uroda małżonki też nam w końcu spowszednieje i będziemy czuć zawód. Jeśli weźmiesz sobie brzydką żonę, nigdy nie doznasz rozczarowań, a i seks będziesz uprawiał sporadycznie, po bożemu, czyli po ciemku, ku chwale Pana. Choć i tu istnieje pewne niebezpieczeństwo. Można wpaść w alkoholizm, bo po pijaku nie ma brzydkich kobiet, a w mężczyźnie budzi się ogier...

  Po czwarte, nie należy robić hucznego wesela. Jak się bractwo spije, wymyśla grzeszne zabawy i diabeł się cieszy, gdyż na dzień dobry oddajemy się w jego władanie. Wprawdzie Jezus w Kanie Galilejskiej uczynił swój pierwszy cud, gdy na weselu wodę zamienił w wino, ale ja to składam na karb pewnego niedoświadczenia. Na początku kariery łatwo popełnić błąd. Jan Złotousty przytacza bardziej godny przykład wesela: „Popatrzmy teraz, w jaki sposób (Izaak) urządził wesele po tym, jak ją (Rebekę) zabrał. Czy sprowadził cymbały, piszczałki, bębenki, flety, czy urządził tańce i inne temu podobne zabawy? Nic z tych rzeczy nie uczynił, lecz wziął ją samą i odszedł mając przy sobie anioła, towarzysza podróży, którego jego pan wyprosił u Boga, gdy wysyłał sługę z domu”. Jakież to praktyczne, żadnych wydatków na bezbożną zabawę. Choć ja nie wiem, czy chciałbym towarzystwo tego anioła. Przypomniała mi się bezbożna fraszka Sztaudyngera: „Aniele Boże, stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój. Lecz gdy Anioł spojrzał na Jadzię, zamiast stanąć... się kładzie”.

  Po piąte, gdy mimo dostosowania się do poprzednich wskazówek, żona i tak okaże się jędzą..., nie należy popadać w rozpacz. Zamiast szukać innej, lepiej (i taniej) zostać pantoflarzem lub zmienić jej paskudny charakter: „chociażby twoja małżonka wielokrotnie zgrzeszyła przeciwko tobie, wszystko jej przebacz i idź jej na ustępstwa. Jeśli ożenisz się z krnąbrną, przemień ją w cnotliwą i łagodną, tak jak Chrystus Kościół”. I tu mam wątpliwości. Bycie pantoflarzem czyni nasze, męskie życie gehenną. Natomiast jeśli wziąć przykład z Chrystusa, który narobił rabanu w Świątyni..., wcale mnie teraz nie dziwi, dlaczego ten dzisiejszy Kościół jest przeciw Konwencji antyprzemocowej.

  Wreszcie po szóste, jeśli już nic nie pomaga (sic!), też nie należy popadać w rozpacz. Wciąż trzeba kochać tę żonę, a Bóg hojnie nas wynagrodzi za „wytrwałość, okazaną ze względu na jego bojaźń poprzez to, że znosiliśmy w spokoju jej złość, jak nieuleczalną chorobę”. To stąd bierze się moje przekonanie, że za ostatnie trzy tygodnie, jak i poprzednie lata, pójdę w butach do nieba.