poniedziałek, 11 czerwca 2018

Na wszelki wypadek


  W czasach gdy nastąpił gwałtowny wzrost produkcji broni atomowej, Amerykanie, tak na wszelki wypadek i na potęgę, budowali swoje prywatne schrony przeciwatomowe. To było trochę na wariackich papierach, bo gdyby ta wojna faktycznie wybuchła, ten schron stałby się grobem dla żywych. Promieniowanie radioaktywne nie znika tak z dnia na dzień, a ile dałoby się wytrzymać w tym schronie? Rok, dwa, może trzy?

  Będę sobie dworował, więc wrażliwi mogą spokojnie sobie darować dalszą lekturę. Mój sławetny kolega Jasiu, gdy gruchnęła wieść, że w strasznym tempie szerzy się Aids, na wszelki wypadek już z nikim nie witał się przez podanie ręki. Ba!, własną żonę przestał całować. Ale powiem wam, że to wszystko mały pikuś. Ostatnio znalazłem instrukcję1 na wszelki wypadek, gdyby któregoś z domowników opętał diabeł (sic!) Nie, to nie jest żaden żart, skoro autorem jest niejaki o. Bogdan Kocańda OFMConv – cokolwiek te literki po nazwisku znaczą (natomiast kompletnie nie wiem, co znaczy literka „o” przed nazwiskiem). Biorąc pod uwagę fakt, że niektórzy katoliccy księża i zakonnicy coraz częściej straszą nas tym opętaniem, postanowiłem się zapoznać, choć w istnienie diabła nie wierzę. I tu jest największy ból, czyli przysłowiowy bies (nie mylić z psem) pogrzebany. Podobno ten, kto w diabła nie wierzy, na pewno jest przez niego opętany. Więc czytam tę instrukcję nie po to, aby wiedzieć jak postępować w takich razach, ile mieć świadomość tego, co mnie czeka, gdy klerykalizm stanie się faktem, a mnie zakwalifikują do opętanych. Będzie w punktach:

  Goście opętanego. „Każdy kontakt opętanego z osobą żyjącą w grzechu lub zajmującą się okultyzmem, bądź należącą do sekty, nie sprzyja procesowi wyzwolenia, a może nawet prowadzić do pogłębienia stanu zniewolenia” – należy takie kontakty bezwzględnie ograniczyć, nawet nie do minimum, a do zera. Właściwie nie stawiałbym w takich razach oporu. Jakoś nie pałam chęcią kontaktu z sekciarzami, czy wielbicielami wróżby i wywoływania duchów. Problem w tym, że ograniczono by mi również rozmowy telefoniczne, co w odniesieniu do pozostałych punktów, też nie jest specjalnie uciążliwe.

  Muzyka i telewizja. „Osoba opętana, przebywając w domu, będzie chciała wypełnić swój czas jakimś zajęciem. Wypełnienie wolnego czasu jest dla niej bardzo trudne. Pozostaje wówczas telewizor i muzyka. Osoba opętana bardzo chętnie ogląda programy telewizyjne, ukazujące przemoc, zło, pornografię, czy też audycje poświęcone walce z Kościołem katolickim”. Tu mam problem, bo za telewizją nie przepadam, nawet jeśli jest program o walce z KK, ale: „Nie należy nakłaniać osoby zniewolonej do oglądania programów katolickich, ze względu na możliwość szybkiego wystąpienia manifestacji demonicznych”. Cóż, może nie w telewizji, za to w necie często czytam artykuły katolickie (tak jak ten omawiany) i wtedy zazwyczaj dopada mnie rozbawienie, co chyba też świadczy o opętaniu(?) Niestety, już pod żadnym pozerem nie będzie mi wolno słuchać muzyki religijnej, co mnie zdumiewa, bo z reguły, o ile to nie jest a capella w moim kościółku, gdzie każdy śpiewa jak (nie)umie, to takiej muzyki słucham chętnie i bez żadnych objawów opętania.

  Sprawy intymne. Nie wiem jak kto, ja tam w łazience podczas własnej toalety, czy załatwiania potrzeb fizjologicznych, za towarzystwem nie przepadem, chyba ze chodzi o miłosne igraszki z partnerką w wannie. Czytam: „W przypadku osoby opętanej, należy zwrócić uwagę, by w łazience nie było ostrych przedmiotów, którymi w razie manifestacji demonicznej może się posłużyć”. Jakoś tak w okresach nawet największego nasilenia tego opętania, gdy do nasiadówki na klopie czy kąpieli w wannie zabieram się za lekturę dzieł Dawkinsa, nigdy myśli samobójczych nie miałem. Czasami, gdy mi wyłączą prąd, przez co nie mam nawet wody, dopadają mnie najwyżej mordercze zapędy, tyle że winowajców akurat w łazience nie ma. Ale jest gorzej. Autor proponuje by drzwi łazienki pozbawić jakichkolwiek zamków i rygli, tak aby mnie w każdym momencie można było skontrolować! No chyba bym się wściekł...

  Izolacja. Tu powiało lekkim optymizmem: „Człowiek zniewolony duchowo dalej dysponuje prawem do wolności, nie można go zatem zamykać jak zwierzę w klatce. Towarzyszący osobie uciemiężonej duchowo winni w pierwszej kolejności uwierzyć, że Jezus Chrystus jest Alfą i Omegą każdego czasu, również czasu nocnego czuwania”. Słusznie, kto śpi nie grzeszy. Ale...

  Sypialnia. „Pokój w którym będzie nocny spoczynek powinien być do tego odpowiednio przygotowany. Koniecznie należy z niego usunąć wszelkie ostre przedmioty, które w razie manifestacji złego ducha mogłyby posłużyć do samookaleczeń lub napadów na inne osoby. Należy wcześniej wymontować szklane drzwi z meblowych segmentów oraz wynieść wszelkie szklane przedmioty. Obrazy świętych i krzyże, by nie uległy profanacji winny być zdjęte ze ścian, również figury z półek meblowych”. I tu jestem prawie całkowicie spokojny. Nie mam żadnych świętych obrazków, krzyża ani figurek. Jedyne szkło to klosz lampy i nocnej lampki, tylko jak się poruszać w ciemnej sypialni?

  Błogosławieństwo przed snem. „Należy pamiętać, by przed spoczynkiem nocnym osoba opętana przez złego ducha świadomie przyjęła Boże błogosławieństwo wypowiedziane przez kapłana, a gdy jest to nie możliwe, (...) nie wymaga się tego, by przed każdym spoczynkiem kapłan nawiedzał dom osoby zniewolonej. Wystarczy, że telefonicznie udzieli kapłańskiego błogosławieństwa” (sic!) Powiem szczerze, jak na spowiedzi, gdyby mi przed każdym zaśnięciem ksiądz udzielał błogosławieństwa, a szczególnie telefonicznie, objawy mojego opętania  przybrałyby kuriozalny, wręcz niewyobrażalny charakter. Wtedy już bez wątpienie sam poprosiłbym o wymontowanie oświetlenia... Niemniej, podobno należy pytać mnie o zgodę, i to z premedytacją(!), co bez wątpienia skutkowałoby dosłownie tym samym.

  Nocne czuwanie. Pominę większość aspektów tego czuwania, bo tego dużo, skupię się na jednym. „Należy zatem mieć w świadomości to, iż jak w Kościele katolickim godzina 15.00 zyskała miano godziny miłosierdzia, tak dla satanistów 3.00 w nocy jest godziną diabła. Z tego powodu towarzyszący winni w tych właśnie chwilach wzmóc swoją aktywność, szczególnie na płaszczyźnie duchowej, trwając na modlitwie (odmawiając różaniec, koronkę do Bożego miłosierdzia, bądź litanię do Krwi Chrystusa)”. Powiem tak: mam bardzo czujny sen, więc gdyby mi tak o trzeciej nad ranem, ktoś zaczął mamrotać te modlitwy, niewykluczone, że objawy mego opętania osiągnęłyby taki sam rozmiar jak owo telefoniczne błogosławieństwo. Ale tu gorzej, bo o ile autor błogosławieństwa jest poza moim zasięgiem, tak tego modlącego nie chroni już właściwie żadna odległość.

  Przebudzenie. „Należy również zwrócić baczną uwagę na sam moment przebudzenia. Zły duch może bowiem wprowadzić osobę opętaną w stan podobny do śpiączki. W takim przypadku, należy za pomocą modlitwy o uwolnienie, zwracając się bezpośrednio do Jezusa Chrystusa, poprosić o łaskę przebudzenia”. O nic nie trzeba prosić. Ze mną będzie jak w punkcie powyżej, gdy tylko ktoś zacznie się przy mnie modlić w czasie mego snu.

  Dziś obudziłem się wyjątkowo wcześnie. Śniłem koszmar, że faktycznie uznano mnie za opętanego... Gdy uzmysłowiłem sobie, że to tylko sen, że nikt mi nie zabrał nocnej lampki i nikt się obok mnie nie modli, że nikogo nie spotkam w łazience, uśmiechnąłem się sam do siebie. Życie jest piękne, nawet gdyby te demony istniały naprawdę. A może być, że właśnie dlatego...?







środa, 6 czerwca 2018

Ten mój wstrętny antyklerykalizm


 

  Nie mam zamiaru zaprzeczać – jestem antyklerykałem – choć pewnie większość nie rozumie tego pojęcia. Nawet ci, którzy się za antyklerykałów uznają. W mojej ocenie trzeba tę postawę rozróżnić na dwie odrębne. Pierwsza to antyklerykalizm właściwy (patrz poniżej) oraz populistyczny, oparty wyłącznie na, delikatnie mówiąc, nagannie moralnych czynach księży i zakonników. Ten populistyczny antyklerykalizm najczęściej demonstruje swoją niechęć do całego kleru. Sam niejednokrotnie byłem o to posądzany, wystarczyło, że napisałem jakiś felieton o wywodach księdza, z którym się zupełnie nie zgadzałem. Przyjęto, że skoro atakujesz jednego księdza, pewnie nienawidzisz wszystkich. A księża to ludzie, mają prawo do błędów, jak wszyscy inni. To niemal święta prawda, choć niezupełnie...

  Dawno nie było nic z Frondy.pl ale odezwał się mój ulubieniec O. Jacek Salij OP, który porównał antyklerykalizm do... antysemityzmu (sic!), a to jak dla mnie jest przekroczeniem pewnych, możliwych do przyjęcia argumentów. Przedstawia to tak: „Argument [że księża sami dają powód do krytyki – dopisek mój] ma idealnie tę samą strukturę, co klasyczny argument antysemitów. (...) Antysemityzm — tak jak antyklerykalizm — zbudowany jest na przesądzie, że hołdowanie zasadzie odpowiedzialności zbiorowej jest postawą słuszną i racjonalną”. Antysemityzm faktycznie wynika z przesądów ale przede wszystkim z nabytych uprzedzeń, nabytych nie przez doświadczenie, a przez szerzone mity. Natomiast antyklerykalizm bierze swój początek w bezpośrednim doświadczeniu, o których J. Salij OP sam zresztą wspomina: „(...) wśród duchowieństwa zdarzają się, niestety, również ciężkie grzechy obyczajowe, pijaństwo, przestępstwa ekonomiczne”. Aż zapytam: czy antysemita jest dlatego antysemitą, że zetknął się z przejawami  ciężkich grzechów obyczajowych, pijaństwa i przestępstwa ekonomicznego Żydów, czy może opiera swe poglądy na podstawie sfabrykowanych mitów, krążących pocztą pantoflową? Niestety, nawet jeśli zalewa nas potok informacji o tym, co dzieje się w środowisku kleru i tak nie wiemy jaka jest prawdziwa skala tych zjawisk. Ale od razu wyjaśnię: choć jest wielu antyklerykałów opierających swoją niechęć tylko na takich argumentach, to jest to grupa, którą można śmiało nazwać – populistyczną, rozciągającą swoją niechęć do kleru na wszystkich bez wyjątku.

  Aby zrozumieć czym jest właściwy antyklerykalizm, trzeba się najpierw zapoznać z definicją klerykalizmu. Za Wikipedią: „Klerykalizm to dążenie do uzyskania instytucjonalnego wpływu duchowieństwa na życie społeczne, polityczne oraz kulturalne aż do podporządkowania go duchowieństwu i Kościołowi. Najwyższym stopniem klerykalizacji jest teokracja – doktryna, według której władzę w państwie sprawuje kapłani”. Takie dążenia, nawet w chrześcijańskiej, średniowiecznej Europie  budziły stanowczy opór, nic więc dziwnego, że tym bardziej dziś, nawet jeśli te dążenia ograniczają się do wpływu na prawo stanowione, nawet jeśli za nimi stoją zamiast księży – świeccy wierni. Innymi słowy, antyklerykalizm jest w pełni uzasadnionym sprzeciwem wobec klerykalizmu. Skoro więc J. Salij OP ma pretensje o zbyt daleko idące uogólnienia, znów warto zapytać o skalę zjawiska, jakim jest chęć wpływu na sprawy polityczne i społeczne, nie mające nic wspólnego z wolnością religijną i wyznania. W naszym kraju pewnie trzeba by szukać ze świecą księży, o hierarchach nie wspomnę, którzy są wolni od takich dążeń.

  Jeśli J. Salij ma odwagę przyrównywać antyklerykalizm do metod Hitlera, który rzeczywiście organizował histerię antyklerykalizmu, to ja się zastanawiam do czego porównać histeryczne metody polskiego katolicyzmu w walce z nowoczesną Europą? Czemu służy skrajnie propagandowy język o mordowaniu nienarodzonych, kuriozalna walka z ustawą antyprzemocową, szerzenie skrajnej paniki z powodu laicyzacji, powoływanie się na iluzoryczne wartości chrześcijańskie, które nie mają pokrycia w życiu, skąd to piętnowanie ateizmu i sekularyzmu (który, nawiasem mówiąc, jest skutkiem hipokryzji i fałszywej moralności kleru i wiernych), szerzenie strachu przed uchodźcami, czy grożenie parlamentarzystom ekskomuniką? Czemu służy propagowanie kultu szatana, jako tego, który ma zagrażać świętemu życiu? Czy aby nie temu, aby zawładnąć bez reszty krajem, w który wciąż jest najwięcej katolików, choć w większości są to katolicy tylko z przypisania i nazwy.

  Mój bohater posunął się jednak jeszcze dalej. Powołując się na jakąś znajomą pisze: „(...) tak się jakoś składa, iż w jej środowisku na księży najgłośniej nadają ludzie, którzy albo żyją w drugim lub trzecim małżeństwie, albo mają na sumieniu nie odżałowany grzech aborcji czy jakieś inne ciężkie rozminięcie się z Bożymi przykazaniami”. Skądś ja znam tę narrację – jeśli ktoś cię krytykuje, pewnie jest strasznym grzesznikiem, a najpewniej mordercą nienarodzonych. Tak jak w mojej notce pisałem o pośle Pięcie w narracji redaktorów wPolityce.pl: „my go nie usprawiedliwiamy, ale...”. I tu mi się przypomina najnowszy dowcip antyklerykalny: Kaplani jak posłowie, to wspaniali ludzie. Za ich dobroć należy całować im stopy. Byle nie po piętach...


Przypisy:
Notka oparta na: http://www.fronda.pl/a/antyklerykalizm-jest-jak-antysemityzm,110964.html
Wszystkie cytaty, jeśli nie jest zaznaczone inaczej, pochodzą z tego artykułu. 



wtorek, 5 czerwca 2018

Za Bóg zapłać


  Ubawił mnie „list” Romana Giertych do posła Pięty, który niefrasobliwie przyznał się na portalu niezależn.pl, że interweniował u komornika w sprawie swojej kochanki, gdy ten chciał „położyć lapę” na jej mieszkaniu. Istotny fragment tego listu: „(...) interweniował Pan jako poseł na rzecz tej koleżanki ściganej przez bezdusznego komornika. Tym samym dokonał Pan czynu szlachetnego (...) Art.228 kk mówi, że działanie funkcjonariusza publicznego (a takim działaniem funkcjonariusza jest bez wątpienia interwencja poselska) powiązane z korzyścią osobistą (a tu doktryna mówi wyraźnie, że jest nią również seks) to przestępstwo. (...) mam nadzieję, że teraz sam Pan napisze interpelację do Ziobry, aby szybko wszczął postępowanie w tej sprawie”1. Ale ja już do tej historii nie będę wracał. Pseł Pięta wyraźnie się pogubił publicznie wskazując na popełnienie przestępstwa przez siebie. Interesujące jest coś innego.

  Okazuje się, że nie tylko posłowie katoprawicy są tak mało rozgarnięci. Pewien ksiądz pisze, że jego kolega (którego nazwiska na szczęście nie wymienia) na plebani zatrudnia dwie osoby na umowę wolontariacką - cokolwiek miałoby to znaczyć. Sprzątanie plebanii, nie jest może dziełem, ale przecież nie będzie płacił wszystkich składek. Czasami daje im jakąś ofiarę w kopercie, co w moim odczucie nadaje się na donos inspektorom śledczym Urzędu Skarbowego. W Polsce nie wolno zatrudniać na czarno, nawet jeśli się to nazywa wolontariat za (niepustą) kopertę. Tu od razu uspokoję, aż tak nie nienawidzę Kościoła, abym brał się z miejsca za pisanie tego donosu. Nie mam też zamiary krzyczeć, że tenże Kościół jest tak pazerny na kasę, że gotów jest iść na układy nawet z diabłem, by zaoszczędzić kilka srebrników na podatku od wynagrodzeń, czy składce ZUS-owskiej czyniącym posługę pracy w tej Instytucji. Jestem gotów uznać, że ludzie (wierni) pracują tam z dobrej i nieprzymuszonej woli na chwałę Pana, choć gdy Rada Kościelna przyszła mnie przywołać do porządku w sprawie porządków w kościele, miałem lekkie wątpliwości. Jednak nie będę aż tak drobiazgowy. Te kilka złotych w  kopercie podratuje nie jedną biedną rodzinę. Rodzi się jednak dylemat – kiedy te kilka złotych traci znamiona drobnego wyrazu wdzięczności, a kiedy jest do przyjęcia? Jeśli taki ksiądz proboszcz zatrudnia organistę, gosposię na plebani oraz kilkanaście osób do sprzątania Kościoła, owe drobne „co łaska” czy „Bóg zapłać” już chyba takie drobne nie jest, a w dodatku to jednak praca na czarno, skoro coś daje. Coś, co się nazywa pieniądze.

  Może to wydawać się dziwne, ale jeśli w naszym kraju wciąż króluje homo sovieticus, to przede wszystkim w polskim Kościele. Jeśli ja płacę takiemu kurierowi za przywóz, wniesienie i ustawienie lodówki, co miało miejsce w ubiegłym tygodniu, to nie do kieszeni, a poprzez fakturę, na której te czynności są wyszczególnione. Jeśli idę sąsiadce naprawić kontakt lub doprowadzić laptop do użytku, robię to faktycznie tylko za Bóg zapłać, no, czasami za filiżankę pachnącej kawy, ale o żadnej kasie nie ma mowy (wartość kawy nie podlega opodatkowaniu). Podobnie, gdy raz w tygodniu poświęcam dwie godziny w wiejskiej bibliotece na szkolenie młodych szachistów, lub dwa razy w miesiącu, w DPS umilam czas pensjonariuszom, to ma to charakter czystego wolontariatu – młodzi nie płacą nic, ani ja nic za te zajęcia nie dostaję. Tymczasem u nas wciąż panuje przekonanie, że „z rączki do rączki” to przecież nic złego, skoro przykład idzie również z Instytucji moralnie poprawnej i tą moralnością epatującą. Aby mnie ktoś znów nie posądził, że używam sobie tylko na Kościele, takie przypadki istnieją również w innych instytucjach, choć tam, jeśli sprawa wyjdzie na wierzch, grozi za to surowa kara. Ostatnio nawet miałem taką propozycję od właściciela pewnej knajpy. Forsy jak lodu, a on mi oferuje robotę na czarno (sic!). Wróćmy jednak do tego biednego proboszcza, przy czym ów przymiotnik biedny nie jest wyrażeniem ironicznym, przynajmniej w takiej parafii jak nasza. Ja mu tam kasy z tacy nie liczę, ale jakiś większy antyklerykał niż ja, doniósł mi, że on w taką niedzielę to zbierze nawet... czterysta złotych! Bądźmy szczerzy, znów bez ironii: przecież to bieda z nędzą! Ale...

  Ostatnio papież Franciszek powiedział: „Kto gromadzi bogactwa wyzyskując innych, korzystając z pracy na czarno, niesprawiedliwych umów jest krwiopijcą, zniewalającym ludzi, to grzech śmiertelny. (...) Kiedy bogactwo osiąga się na drodze wyzysku ludzi, to owi bogacze wyzyskują pracę ludzi, którzy stają się niewolnikam”2. I tu dotykamy istoty problemu. Spytaj hierarchów, zapytaj wiernych – wszyscy powiedzą bez zająknięcia, że Kościół to jedność – tylko dlaczego nie ekonomiczna? Tadeusz Rydzyk buduje imperium, wyłudzając od wdów i starców ostatni grosz, plus setki milionów złotych ze Skarbu Państwa. Abp Głódź (pseudonim Flaszka) wybudował sobie pałac pilnie strzeżony przed pospólstwem, nie kalając się żadną pracą fizyczną. Abp. Dziwisz dorabia wyprzedając podobno święte relikwie po Janie Pawle II i to wbrew woli tego świętego. Jeszcze inny obwozi się karetą wraz z ministrem, a zwykły proboszczyna na zadupiu musi się narażać Urzędowi Skarbowemu, choć tylko hipotetycznie, ale już niehipotetycznie łamiąc prawo, zatrudniając na czarno, lub za Bóg zapłać - co łaska.





sobota, 2 czerwca 2018

Science fiction


  Lubicie się bać? Jeśli tak, postaram się Was trochę nastraszyć pewnym gdybaniem na temat najbliższej przyszłości, co popularnie zwie się futurologią (moja nie ma podstaw naukowych). Bowiem nie zdajemy sobie do końca sprawy jak powoli, ale systematycznie sztuczna inteligencja wkracza w nasze życie i już w tej chwili niepostrzeżenie je zmienia. Pierwsza próba samochodu bez kierowcy wprawdzie skończyła się tragedią, niemniej firma General Motors zapowiada uruchomienie masowej produkcji. Ale nie to jest najgorsze, nawet jeśli zginie jeszcze kilku, czy kilkudziesięciu przechodniów. Straszne jest coś zupełnie innego.

  Otóż jakiś Amerykanin, być może nawet to amerykański uczony, wszczepił sobie w rękę chip i dzięki łączom internetowym porusza sztuczną ręką w Tokio (sic!).  Niby nic takiego, ale on czuje dotyk tej sztucznej ręki na własnych opuszkach palców! Ja mam lekkie odchyły erotyczne i podejrzewam, że cały eksperyment ma służyć temu, aby mógł sobie Japonki obmacywać... Bo ja innego, sensownego zastosowania tego pomysłu nie widzę. Chyba, że chce z tymi Japonkami na migi pogadać. Będzie głaskał japońskie koty, kiedy w Stanach jest ich wystarczająco dużo, i to każdej rasy? Ok, dość żartów, wszak obiecałem straszyć. Otóż, tym razem już na pewno amerykańscy uczeni, budują prototypy robotów, które dzięki sztucznej, samokształcącej się inteligencji, dodają do istniejącego oprogramowania swój własny kod. Prosty przykład, aby to zobrazować. Powstaje robot, który zna podstawowe ruchy takie jak chodzenie, przy czym należy pamiętać – to nie jest wcale takie proste. Temu robotowi podkłada się nogę, stawia mu przeszkody i on już sam nadpisuje program swoim kodem, przez co się automatycznie doskonali i nie jest go tak łatwo w następnych próbach przewrócić. A nawet jeśli się to uda, on sam wstaje, choć nikt go na to nie zaprogramował.



  Ponieważ ich samoprogramowanie przebiegać będzie znacznie szybciej niż człowiek się uczy, nie trudno sobie wyobrazić, że w ciągu kilku, kilkunastu lat roboty nie tylko będą sprawniejsze od nas ludzi, ale i mądrzejsze. Era robotów nadciąga, a wszystkiemu winien jest... net z nieograniczonym przepływem danych. Narzuca się pytanie: czy to my będziemy rządzić światem, co jest i tak zbyt optymistycznym stwierdzeniem, czy świat (robotów) będzie rządził nami? Bezduszne, beznamiętne i bezuczuciowe  roboty, zdolne same się uczyć i doskonalić, zawładną naszym światem bez reszty, spychając dumnego człowieka do roli domowego pieska lub kotka-maskotki. Pewnie nas nakarmi (wyprodukuje nam żarcie), pewnie ubierze, pewnie zwolni od obowiązku pracy zarobkowej, dając nam do zabawy erzace rzeczywistości, tak jak my dziś zapewniamy naszym pupilkom rozrywkę gumowo-pluszowymi zabawkami. Przy okazji będą regulować naszą populację jakimiś chipami sterującymi płodnością (już są testowane chipy antykoncepcyjne). Bóg, jak u Nietzschego umrze, choć tym razem definitywnie, bo robotom niepotrzebny, a my będziemy wysterylizowani od chęci popełniania grzechów, przy czym nie mam na myśli sterylizacji płciowej. I zapanuje czysty komunizm konsumpcyjny, w dodatku bez polityków autokratów rządnych władzy, każdy będzie miał to samo i w takich samych ilościach, atrakcyjnego i bezpiecznego seksu nie wyłączając. Będzie nam lepiej niż w niebiańskim raju, właśnie ze względu na ten seks, którego teraz tam nie ma, nie było i nie będzie. Będziemy się otaczać wspaniałą muzyką (według upodobań) oraz wirtualnymi obrazkami świata z najdalszych jego zakątków, nawet tych wyimaginowanych. Będziemy wpieprzać dietetyczną paszę o najbardziej wyszukanych smakach, którym nawet sławetne ośmiorniczki nie dorównają. Precyzyjne roboty chirurgiczne będą nam wymieniać zużyte organy na pozyskane ze specjalnie hodowanych świń. A jak nam się już znudzi i dogłębnie przeje ta beztroska cudowność, kiedy uznamy, że wiemy wszystko i niczego nie chcemy wiedzieć więcej, poddamy się eutanazji jak najcudowniejszej rozkoszy, co w religijnym niebie podobno też nie jest możliwe. Tam obowiązuje bezwzględny nakaz życia wiecznego... 



  Ja niemal słyszę: futurolog z bożej łaski się znalazł...! Porąbało go dokładnie jak niektórych proroków! A przecież, mój drogi Czytelniku i moja droga Czytelniczko, parafrazując pewnego kapłana, wiedz, że to się już dzieje naprawdę, ten pęd do takiego świata ma już miejsce, szczególnie w kwestii tworzenia sztucznej inteligencji i robotyki.  Choć z drugiej strony rodzi się we mnie pytanie, czy jest się czego rzeczywiście obawiać? Na dobrą sprawę, dziś zwykły śmiertelnik też nie ma wielkiego wpływu na swoje życie. Za niego decydują politycy, kapłani, ekonomia i zdrowie (czytaj: służba zdrowia). Świat rozumiany jako Kosmos daje nam krótką chwilę, by go ledwie liznąć, a i tak targa nami poczucie bezsilności wobec Niego. Jeśli do tego dodać ból (również ten psychiczny), choroby, cierpienie czy wojny – naprawdę jest czego żałować? 

  Mimo wszystko nie zapominajcie, że ten tekst to tylko futurologiczny science fiction. Przynajmniej na razie...


grafika z Google