środa, 15 sierpnia 2018

Najbardziej niezrozumiałe święto nowożytnej Europy


  Wielokrotnie pisałem, że nie mam zamiaru wyśmiewać się z wiary, i poniższy tekst bardziej wynika z niezrozumienia pewnego elementu tej wiary, niż z próby wyśmiania. Podobno rzeczą ludzką jest błądzić, a ja mam odwagę przyznać się otwarcie, że w tym temacie nie tylko błądzę, ale kompletnie zgłupiałem. Mogę się kłócić o istnienie lub nieistnienie Boga i choć optuję za drugim, w jakimś sensie rozumiem tych, co za pierwszym. Ale mamy dziś 15 sierpień, święto tak absurdalne, że nie sposób uwierzyć, iż ktoś na taki pomysł w ogóle wpadł. I to w XX wieku.

  Dogmat i samo święto ustanowił papież Pius XII w 1950 roku. Ów dogmat głosi, że Najświętsza Maryja Panna została z ciałem i duszą wzięta do nieba wiecznej chwały. Żadne novum, ten przekaz pochodzi z średniowiecza, ale od ogłoszenia tego dogmatu, każdy katolik jest zobowiązany do uznania tego faktu za fakt nie podlegający żadnej dyskusji. I mam szkopuł, bo praktycznie to ja wciąż jestem katolikiem, gdyż nie mam ochoty na cyrk z formalną apostazją. Więc jako ten katolik, a raczej mój katolicki z nazwy mózg, cierpi straszliwe męki, próbując pogodzić się z tym niedorzecznym dogmatem. Wątpliwości mam kilka, podzielę się najważniejszymi.

  Czym dla katolika jest owo niebo? Bliżej nieokreślonym i niesprecyzowanym miejscem w zupełnie nieokreślonej przestrzeni i czasie, dostępnym tylko dla duszy i tylko po śmierci. Ta koncepcja, choć w nią nie wierzę, jest o tyle przekonywująca, że dotyczy rzeczywistości niematerialnej, czyli nam żywym – niesprawdzalnej. Problem w tym, że paradoksalnie, mimo swej bezgraniczności, nie ma w niej miejsca dla najmniejszej materialnej cząstki. Jednakże mieści się tam... całe ciało Maryi Panny, pewnie z szatami, bo przecież nago nie uchodzi. Teoretycznie musiałoby się ono rozpaść w materialną nicość i pozostać jako niematerialna dusza, tylko po co w takim razie to ciało tam w ogóle przetransportowano? Próbowałem to sobie wytłumaczyć teologiczno-filozoficznie, choć nie mam się ani za jednego, ani za drugiego. Śmierć jest ohydna, może nawet nie sam moment umierania ile rozkład ciała. Pewnie dlatego wymyślono różnego rodzaju pochówki, od spalenia po grzebanie w ziemi, aby tego procesu nie oglądać. To tłumaczyłoby dlaczego ciału Maryi Panny Bóg oszczędził tego procesu. Widać esteta..., choć tylko w tym jednym przypadku, co też da się wytłumaczyć – była matką Jego syna, choć to też wprawdzie nie brzmi dobrze, przynajmniej z ludzkiego punktu widzenia, bo to znaczy, że Ją zapłodnił, choć na swój, boski sposób.

  Inna sprawa, że nikt nie chce wyjaśnić, czy Maryja Panna w czasie wniebowzięcia jeszcze żyła, czy już nie? Ikonografia w przewadze przedstawia ją żywą, w dodatku młodą, choć musiała mieć około pięćdziesięciu lat, co w tamtych czasach wyraźnie odbijało się na urodzie kobiet, a musimy pamiętać, że jej życie nie było usłane różami. Speców od poprawiania urody też nie było. Pozornie ta jej nieprzemijająca młodość i uroda w ikonografii nie ma znaczenia, wszak to tylko wyobrażenie artystów, ale de facto nie chcemy Jej widzieć podobną, na przykład do Matki Teresy z Kalkuty. Wróćmy do sedna. Bardziej optuję za tym, że jednak była już osobą zmarłą fizycznie, ale i wtedy owo wniebowzięcie jest bezsensowne. Po co tym duszyczkom w niebie martwe ciało, skoro one, raz, mają dobrą, wręcz fotograficzną pamięć, dwa, sama duszyczka Maryi Panny w niebie też miałaby się dobrze z perspektywą zmartwychwstania na Sądzie Ostateczny, jak my wszyscy. A tak, grozi jej ciału uciążliwa droga powrotna...

  Ok, moje dywagacje są być może chore, i wcale o taką diagnozę się nie obrażę. Ale i katolicy, gorący orędownicy tego wniebowzięcia mają poważny problem, o czym przekonałem się na pewnym katolickim portalu. Oto jeden taki nawiedzony pisze: „Warto wiedzieć, co na temat Wniebowzięcia mogą nam powiedzieć współczesne nauki, jak chociażby mikrobiologia” (sic!) Moje zdumienie sięgnęło, nomen omen, niebo(tycznych) wyżyn, choć mi zdecydowanie wniebowzięcie nie grozi. Wiara odwołuje się do nauki – tego dawno nie grali. Wyjaśnię słowami tego orędownika, choć w wersji skróconej: „Nie tak dawno biolodzy ustalili istnienie procesu mikro-chimeryzmu, który powoduje, że obce komórki żyją w ciele żywiciela. Inaczej, każde dziecko pozostawia w ciele matki swoje, obce jej komórki1. To jest fakt i tego nie podważam. Konsekwencją tego faktu ma być to, że w ciele Maryi Panny pozostały komórki Jezusa, a Jezus to Bóg. Innymi słowy, w Jej ciele wciąż żył Bóg i dlatego musiała być Wniebowzięta. Prostota i logika tego argumentu wszystko wyjaśnia, a od dziś można głosić hasło: nauka w służbie wiary.

  W związku z tym ostatnim argumentem poszedłbym krok dalej. Skoro w ciele Maryi Panny są pierwiastki (komórki) boskie, możemy podważyć, dotąd niepodważalny dogmat o jedynym Bogu. Poza Trójcą Świętą, mamy Boginię, Maryję Pannę i wszystkie zarzuty dotyczące kultu Maryjnego, stają się z miejsca bezpodstawne. I już tak na marginesie, całkiem poważnie: czy nie wystarczyłoby wiernym, aby Matka Boska była zwykłą kobietą, która miała to szczęście urodzić Zbawiciela? Dla większości z nas, pewnie byłaby przez swoje hstoryczne istnienie bardziej bliska. Boskość czyni obcym...






środa, 8 sierpnia 2018

„Westworld” po katolicku


  Jako fan serialu science fiction „Westworld” popełniłem dwie oficjalne recenzje na pewnym, jeszcze raczkującym portalu, i teraz spokojnie czekam sobie na trzeci sezon, który mam nadzieję, mnie nie ominie. Ze względu na popularność, a w grę wchodzi spora kasa, pewnie ani producenci, ani autorzy z niej tak łatwo nie zrezygnują. I dobrze, gdyż fanów science fiction wciąż nie brakuje, a i prawdopodobnie przybywa.

  Przekonuje mnie o tym pewien artykuł1, nomen omen, na katolickim portalu, coś jak rozmowa między panem a plebanem, bez wójta za to oniemiałą z wrażenia publiką. Pan wydaje się też fanem tego gatunku literatury i filmu, a pleban, choć to wręcz niewiarygodne, to zamiłowanie zdaje się w pełni nie tylko podzielać, ale jest jeszcze bardziej nią podekscytowany. Właściwie nie powinno nas to dziwić, wszak nauka wciąż czyni postępy, a nasza wiedza o wszechświecie znacznie się poszerzyła. Szczególnie zaś astronomia. Tej wiedzy nie da się zignorować. Już raz astronomia obaliła dogmaty wiary chrześcijańskiej – Ziemia okazała się nie być centrum Wszechświata. Teraz okazuje się, że w tym Wszechświecie istnieje niezliczona ilość podobnych do naszego układów słonecznych z planetami, na których hipotetycznie może istnieć takie samo życie jak na naszym padole. Z jednym problemem, mocno komplikującym nasze mniemanie o człowieku, jako rozumnej istocie, stworzonej przez Boga, na Jego wzór i podobieństwo. Tam przecież mogą mieszkać obcy, rozumni tak jak my.

  Ludzki pan widzi w tym problem, gdyż dalej chciałby być tą jedyną istotą, którą umiłował niebiański Pan. Jakoś tak nie za bardzo przepadamy za obcymi w ogóle, a co dopiero za obcymi z innych planet. Tym niebiańskim Panem nie lubimy się dzielić z innowiercami, o innych gatunkach żywych nie wspomnę, a tu masz babo placek, jeszcze jakieś inne rozumne stwory, może i trójpalczaste, bez nosów czy włosów. Ohyda. I niech się taki zjawi w UFO, czym udowodni, że jest nawet mądrzejszy od nas. Niedoczekanie... Ale pleban, w swej religijnej mądrości jest niesłychanie spokojny. On wie, że Jezus urodził się jako człowiek, a nie jakiś szkaradny ufoludek i widzi w tym nową misję dla chrześcijaństwa. Tych obcych trzeba będzie nawrócić na jedynie słuszną wiarę. Po to Bóg doświadcza nas ponad dwoma tysiącami lat chrystianizacji i rechrystianizacji, abyśmy nabyli odpowiednie doświadczenia.

  Istnieje też inna alternatywa, którą widzi pleban. Być może prarodzice obcych, odmienni niż Adam i Ewa, nie dopuścili się grzechu pierworodnego i teraz żyją bez grzechu, więc nie trzeba będzie ich nawracać, ba, to oni wyjaśnią nam na czym polega życie bez grzechu. Ów pleban wyjaśnia przy okazji, że cały ten układ wszechświata, w związku z grzechem pierworodnym, do się porównać do komputera. Bóg stworzył świat bezgrzeszny, a to upadły anioł wpuścił nam wirusa, przez co pojawił się grzech. Wprawdzie Bóg podsuwa nam ciągle programy antywirusowe, ale diabeł, jak licho, też nie śpi. I tak jak w „Westworld”, trzeba nam speców (czytaj: kaznodziei), aby tę naszą świadomość (czytaj: mózgi) naprawili po to tych wirusach. Na serialowych hostach operacja nie do końca się udała, ale pleban jest zdecydowanym optymistą.

  Przy okazji wyszła sprawa naszej rzekomej nieśmiertelności, którą straciliśmy w Raju przez ten wirus wypuszczony przez Szatana. I tu niespodzianka, pleban po części przyznaje rację uczonym (ziemskim). Otóż ową nieśmiertelność trzeba traktować dziś w kategoriach metafory, gdyż naukowcy udowodnili poza wszelką wątpliwość iż każdy żywy organizm biologicznie jest skazany na starzenie się i w konsekwencji śmierć. Tego nie sposób ominąć. Owa nieśmiertelność to jakby inna forma przejścia z życia doczesnego w stan życia po życiu, czyli w połączeniu się z Bogiem. Bez strachu i żalu, choć być może jednak lekko cierpiąc, po to, aby doznać niewysłowionej ulgi, że to się już stało. Tak jak hosty opuszczający piękny ale i straszny park Westworld raz na zawsze sztucznych organów.

  Mam, raczej pleban ma, dla nas jeszcze lepsze wieści. Jeśli pojawią się ci obcy, przestaną być potrzebne: papież, kapłani, Kościoły (jako instytucje) a nawet Biblia (sic!) To wszystko jest nam dziś potrzebne do Zbawienia, bo zgrzeszyliśmy. Obcy nas uwolnią od tych aspektów. Cała rozmowa kończy się tak:
„Pan - Przychodzi ktoś z zewnątrz i poucza nas o naszej wierze. A co on sobie myśli?!
Pleban - Jak będą bez grzechu, to zapewniam pana, że nie będą nas w ogóle pouczali, tylko będą opowiadać o swoim bezgrzesznym doświadczeniu Boga”.
 

  Cóż, ks. Grzegorz Strzelczyk jako pleban jest przekonywujący, coś mu jednak umknęło, ale nich to pozostanie zagadką dla moich (szczególnie tych wierzących) Czytelników. Za pierwszą prawidłową odpowiedź: o czym zapomnieli w wariancie obcych bezgrzesznych? dam w nagrodę książkę (nowość, powieść Och, Elvis!) i zapewniam – nie jest to książka o ateizmie, czy antyreligijna.

Ciekawostka:
To samo pytanie (bez obietnicy nagrody) postawiłem w komentarzu pod oryginalnym artykułem. To żaden hejt. Zresztą komentarz nie został usunięty, za to w chwilę później, niemal jak UFO zniknął,,. artykuł (sic!). Nauczony wcześniej podobnym zdarzeniem, adres zapisuję, stąd mogę go wskazać.




wtorek, 7 sierpnia 2018

Romantyzm po latach małżeństwa


  Notka przede wszystkim dla kobiet. Byłaby urocza na Dzień Kobiet, ale tak długo nie chce mi się czekać, ba!, wątpię czy stać mnie aż na tak heroiczną cierpliwość. I zapewniam Czytelniczki, nic o religii, poza jednym drobnym, nic nieznaczącym wyjątkiem. Powód – tęsknota kobiet mężatek za romantycznymi chwilami pierwszych miłosnych uniesień. Cóż, ja tę tęsknotę rozumiem, gorzej, czasami też mi się marzyły powroty takich chwil, i dopiero starość sprowadziła mnie na ziemię. Mimo wszystko uprzedzę – to straszne, ale nie znam sposobu, jak te chwile przywrócić.

  Na szczęście są tacy, którzy znają receptę jak to zrobić, by znów nami zawładnęła miniona romantyczność po kilku, nawet kilkunastu latach małżeństwa. Właśnie w necie trafiłem na taką ekspertkę. Ja się jej propozycjami podzielę, ale lojalnie zastrzegam, żadnej odpowiedzialności na siebie nie biorę. Po pierwsze, aż tak bardzo nie rozumiem psychiki wszystkich mężczyzn, po drugie, psychiki kobiet nie rozumiem w ogóle. Autorka, dodam, że blogerka (płeć ma tu istotne znaczenie), udostępniła swoją notkę pewnemu portalowi (inaczej bym się nie ośmielił poddać krytyce), więc pozwolę sobie jej rady Wam przybliżyć z krótkim moim komentarzem. Proponuję kawkę w wygodnym fotelu przy stoliku bez obrusu, który można nieopatrznie poplamić.

  Zaczynamy:
- Kup mu ulubiony batonik - tak po prostu – faceci to łasuchy, może coś jest w tym na rzeczy, osobiście mam długie zęby na batoniki;
- Zastąp zakładkę w książce miłosną notką – kumpel zechce pożyczyć tę książkę i afera gotowa!;
- Przynieś mu ulubiony napój i słodycz kiedy już położysz dzieci do łóżka – do piwa batonik?! Zdecydowanie kiełbaski;
- Zrób za niego coś, co zwykle jest jego obowiązkiem – Niby w porządku, bym się nie pogniewał, ale czy żonę będzie stać na romantyzm po narąbaniu drewna na opał?;
- Zapytaj go rano, jak możesz się o niego dziś pomodlić – no comments;
- Podrap go po plecach kiedy przechodzisz obok niego – to nawet ciekawe, tylko jakoś nigdy plecy nie były u mnie miejscem romantycznogennym;
- Powiedz mu, że jesteś z niego dumna – spróbowałaby powiedzieć, że nie;
- Zadzwoń do niego i zaproś go na randkę – większość odpowie, że akurat umówił się z kumplami na piwo, ale gdyby nawet: co to jest randka po kilkunastu latach małżeństwa?;
- Zaplanuj spotkanie z ludźmi, z którymi ON lubi się spotykać – czemu nie, pod jednym wszak warunkiem – jej na tym spotkaniu nie będzie;
- Zaskocz go ulubionym daniem – czy można mnie zaskoczyć zrazami wołowymi? Owszem, pod warunkiem, że sam sobie je zrobię. Są o niebo lepsze;
- Zapytaj go o jego dzień i uważnie słuchaj odpowiedzi – to już przesada. Człowiek wraca do domu aby zapomnieć o problemach w robocie, a tu masz babo placek, wałkujemy od nowa;
- Weź jego rękę, kiedy jedziecie razem samochodem – znaczy się zaplanowany karambol;
- Przypomnij mu o waszej pierwszej randce / pierwszym pocałunku – po kilkunastu latach małżeńskich utarczek, czasami chciałoby się o tym zapomnieć;
- Wróć do domu z małym prezentem, bez okazji – znów ten cholerny batonik?!;
- Daj mu trochę wolnego czasu, żeby mógł zrobić co chce, podczas kiedy ty zajmiesz się dziećmi  - to akurat popieram, zmieniłbym tylko te trochę na bardzo dużo;
- Weź go na mały spacer po waszej okolicy  - to już poniżej krytyki, a co ja to Azorek jestem? Załatwiam się zawsze w ubikacji;
- Umyj / posprzątaj jego samochód – no comments;
- Zainicjuj sex – ok, raz na miesiąc byle z obcą. Z żoną uprawiałem seks;
- Przeproś go za tę rzecz, którą zrobiłaś – no comments;
- Pocałuj go w usta i nie odsuwaj się przez 6 sekund – należeć jej się będą szczególne słowa uznania, gdy w ustach będzie miał smak piwa i papierosów;
- Jeśli śpiewasz lub grasz na jakimś instrumencie, zrób to tylko dla niego – szczególnie gdy nie masz głosu i słuchu. Wtedy pozostaje ci grać mu na nerwach;
- Włóż miłosną notkę do jego portfela – taaa, potem zapomnisz, że sama włożyłaś. Przy dyskretnym remanencie jego osobistych rzeczy znajdziesz i powiesz mu, że ma zdzirę na boku;
- Przynieś mu lunch do pracy – takiego obciachu do końca życia bym jej nie wybaczył. Zresztą, kto by ją puścił pięćset metrów pod ziemię? Górnikiem byłem;
- Napisz słodką wiadomość na lustrze w łazience – tak, aby dobrze swojej facjaty nie widział. Jeśli się goli nożykiem, ma szanse się zaciąć;
- Wejdź do łóżka nago (sic!) – pozbawić mnie przyjemności rozbierania (zdzierania) z żony bielizny?!

  Autorka prosi czytelników o swoje własne rady. Jak wspomniałem we wstępie, osobiście nie znam żadnej i nie będę udawał Greka. Ale z własnego doświadczenia wiem, że jeśli żona zrobi z siebie słodką idiotkę, czy niewolnicę Izaurę - patrz porady powyżej - jej szans u większości facetów (mężów) na romantyczny wieczór zmaleją praktycznie do zera. Na jeden wieczór, a gdzie tu mowa o kolejnych miesiącach i latach?
  Niemniej proponuję innym zmierzyć się z tym dylematem. Obiecuję nie kpić i nie drwić, a w komentarzach będę bardziej niż powściągliwy. No chyba, że ktoś zaproponuje batonik..

PS. Ze zrozumiałych względów nie zdradzę adresu bloga



sobota, 4 sierpnia 2018

A może jednak bez Boga?



  Dwa zdania dwóch katolików w różnej randze znów skłoniły mnie do pewnych przemyśleń. Oba zdania próbują nam wmówić, że bez Boga się nie da żyć na tym ziemskim padole. Nie mogę się obyć bez ich zacytowania. Pierwsze: „Zawsze zależało mi na tym, żeby nie tylko kształcić młodzież, ale także kształtować. A tego bez Pana Boga się nie da1, i drugie: „Życie człowieka bez Boga traci sens, a wraz z nim pojawia się beznadzieja, smutek i pesymizm2.

  Pierwsze wypowiedział wójt gminy, który na antenie Radia Maryja tłumaczy motywy, jakimi się kierował zezwalając na wmurowanie tablic z Dekalogiem przy wejściu do świeckiej szkoły. Napiszę tak: ani mnie ziębi, ani parzy, czy ten Dekalog jest we właściwym miejscu, czy nie, choć na mój rozum, skoro szkołą świecka, to jest to jakieś nieporozumienie. Ciekawe czy ów wójt miałby coś przeciw, gdyby obok wmurować tablicę z cytatami Allacha, np. z wersetami jak wychowywać młodzież do dżihadu?  W końcu też w imię Boga, dodajmy – tego samego Boga. Mnie bardziej bulwersuje owo kształtować na równi z kształcić, co w wywiadzie ów wójt podkreśla kilka razy (sic!) Równie bulwersujące jest dość powszechne katolickie kłamstwo, że ludzie wychowani bez Boga, „spychają katolicyzm do katakumbów czy piwnic3. A ja chciałbym wiedzieć, w czym wychowanie w wierze w Boga jest lepsze od wychowania bez Boga? Według mnie to drugie jest zdecydowanie właściwe, dlatego że mniej bezstresowe, gdyż ubywa jeden straszak, który może doprowadzić do kompleksów – istnienie piekła, które przygotował (nie tylko) dziecku dobry Bóg. Ba, wychowanie bez Boga zmusza do szukania logiczno-rozumowych uzasadnień dla moralnego postępowania. I tu wyciągnę swój koronny argument – polskie więzienia pełne są katolików i to nie dlatego, że ateistów jest mało. Jaki jest więc skutek wychowania w oparciu o Dekalog, skoro wierni, nawet ci, którzy do więzień nigdy nie trafią, nie mogą się oprzeć grzechom pospolitym? Śmiem twierdzić, że żadne pozytywne skutki ze znajomości Praw Bożych nie wynikają. Postawienie kształtowania katolickiego dzieci (bo takie w Polsce obowiązuje) przed kształceniem, jest niczym innym jak pomieszaniem z poplątaniem. Gorzej, ta argumentacja o zagrożeniu Kościoła, jest wyssana z palca i tylko na potrzeby tezy, że ów Kościół najlepiej się ma, gdy jest oblężoną twierdzą.

  Potwierdza to abp Tadeusz Wielgus, tym razem w odniesieniu do małżeństw niesakramentalnych i nieformalnych związków (konkubinatów). Znów mówi o jakimś strasznym zagrożeniu ze strony tych, którzy nie chcą sakramentalnego związku. Aż nie mogę uciec od pytania – na czym owo zagrożenie polega? Czy ktoś zgłasza projekt, aby związków sakramentalnych nie było? Nawet na tym gorszącym naszych hierarchów Zachodzie? Wróćmy jednak do narracji, która mówi, że bez Boga życie traci sens. Zacznę od tego, że tak naprawdę pojęcie sensu życia jest enigmatyczne i może przybierać różne rozumienie. Jedno jest pewne – nie ma w tej materii uniwersalizmu, nawet biorąc pod uwagę życie wieczne. Jeśli tu na ziemi bez Boga nie ma sensu życia, niech mi ktoś wytłumaczy, jaki jest sens życia wiecznego z Bogiem? Jaki sens ma praktykowanie obrzędów religijnych, skoro nie mamy zielonego pojęcia jaki jest sens wiecznego istnienia? Tworzymy na tym padole normy moralne nie tylko w oparciu o nauki Boga monoteistycznego, doskonalimy je na różne sposoby, a przecież w tej wieczności nie będą miały żadnego znaczenia ani zastosowania – podobno będziemy chwalić i podziwiać Pana oraz Jego dzieło, wolni od wszystkich namiętności, bo nawet wiedzieć będziemy wszystko. Ucieknę się jeszcze do jednego cytatu. Abp Wojda mówi: „Życie małżeńskie oparte na miłości sprawia, że największą wartością jest drugi człowiek a nie własna kariera zawodowa, że poczęcie nowego życia jest podstawowym celem, a nie wolność, wygodnictwo i chęć użycia życia, że nie dochodzenie własnych praw i przywilejów, ale altruizm i poświęcenie innym są nieprzemijającymi wartościami4. Po pierwsze, bez Boga w związku niesakramentalnym, podstawowym celem jest też poczęcie nowego dziecka. Po drugie, osobom bez Boga też nie jest obcy altruizm. Wreszcie po trzecie, bez względu na różnice w rozumieniu „nieprzemijających wartości”, nie ośmieliłbym się ważyć, które są lepsze.

  Cały ten koncept, o wyższości życia z Bogiem jest szyty grubymi nićmi. W moim odczuciu wynika li tylko z potrzeby dowartościowania i bliżej niezrozumiałego, wręcz maniakalnego poczucia nieomylności, nie bójmy się słów, opartego na starożytnych wierzeniach pasterzy kóz i owiec. Tamci mogli nic nie wiedzieć o prawdziwych zjawiskach na ziemi, ale byli nieomylni w sprawie bogów. Liczba mnoga jest tu w pełni zasadna. I to jest podstawą nieomylności dziś wierzących.