Mój
blogowy znajomy opublikował dwa wręcz apokaliptyczne teksty, z których wynikają
dwie rzekome prawdy, bardzo ogólnie:
świat bez Boga to Sodoma i Gomora, do takiego świata prowadzi bezbożność, której przejawem jest teoria ewolucji. Nie
będę bezpośrednio odwoływał się do tych publikacji, wychodząc z założenia, że
każdy ma prawo do własnego zdania. Ja na to spojrzę z mojej (i nie tylko mojej) perspektywy.
Jako
zwolennik ewolucjonizmu, dla mnie nie ulega wątpliwości, że ewolucjonizm nie
tylko obalił kreacjonistyczne widzenie stworzenia człowieka, ale ma też
kapitalne znaczenie w pojmowaniu tradycyjnej moralności, opartej na tezie o
wyższości człowieka nad wszelkim innym stworzeniem i materią, tezie mocno
kontrowersyjnej. Teoria ewolucji działa na ludzi wierzących wręcz
toksycznie, jak przysłowiowa płachta na byka, bo rzekomo każe nam odrzucić wszelkie kodeksy moralne, w tym i
boskie. To z ewolucjonizmu wyłonić się miały takie nieszczęścia jak:
materializm, egoizm, przemoc, ateizm, komunizm, nazizm, rasizm, a nawet
ludobójstwo – czyli niemal wszystko to, co jest wrogie (ale bądźmy uczciwi – i nieobce)
chrześcijaństwu. Szczególnie Kościół katolicki (inne Kościoły i religie też) próbuje nas
przekonać, że pod wpływem ewolucjonizmu ludzie zaczynają postępować niemoralnie,
a społeczeństwa pogłębiają się w kryzysie, co może doprowadzić do rozpadu
naszego świata. Gdyby nie Bóg, nie wiedzielibyśmy, co jest dobre, a co złe.
Nasza moralność ma wynikać z wiary w to, że dobro będzie nagrodzone, a zło
ukarane. Jeśli ludziom odebrać te aspekty czegoś, co mieści się w teorii kija i
marchewki, potępienia i zbawienia, stają się ateistami, dla których pragnienie
zła(?) jest sprawą nadrzędną. W tym
miejscu, bez względu na to, co o ateistach myślą wierzący, szczerze mi żal tych
drugich. Wręcz ironicznie zapytam: ile jest warte ich umiłowanie Boga, skoro
opiera się na strachu przed potępieniem, a w wersji optymistycznej, pragnieniem
zbawienia (w pełni interesownego)? Tym bardziej, że i wśród nich znajdują
się nieprzebrane rzesze gotowych naginać moralność dla własnych, nie zawsze
chwalebnych potrzeb.
To
jednak nie wszystko. Innym, pobocznym skutkiem ewolucjonizmu jest konieczność
uznania, że poza mocno rozwiniętym mózgiem i jego zdolnościami, de facto nic nas nie różni od zwierząt.
To rzekomo musi skutkować zezwierzęceniem, które odrzuca wszelkie hamulce moralne,
przede wszystkim w sferze seksualnej. Gdybyśmy nie byli dziełem miłującego nas
Boga, życie człowieka nie miałoby żadnej wartości, można by ludźmi pomiatać, a
nawet zabijać. Jest jednak gorzej. Jeśli nawet ateista chce zachować
obowiązujące normy moralne, z miejsca jest kategoryzowany jako ten, co chce
zjeść ciastko i mieć ciastko – chce pozbyć się Boga, ale zachować etyczne
koncepcje, które podobno nie mogą istnieć poza teistyczną ideologią, choć ta ideologia... Tu, jako odskocznię, polecam słowa abp. Jędraszewskiego:
„Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno.
Człowiek jest w stanie usprawiedliwić wtedy największą zbrodnię”, a który
jednocześnie staje w obronie australijskiego pedofila, też arcybiskupa (sic!). Wróćmy do
sedna. O ile można się zgodzić z faktem, że religie ujednoliciły normy moralne,
to jednak nie one są ich autorami. W dodatku, mimo tego ujednolicenia, nie sposób
na moralność założyć kajdan, ona też ewoluowała i nadal będzie ewoluować, co
jednoznacznie dowodzi, że żaden niematerialny byt o niej nie decyduje. Niby
dlaczego ma decydować, skoro z Biblii wynika, że jego samego owe zasady moralne nie dotyczą?
Religia
chrześcijańska odwołuje się do prawa naturalnego, boskiego porządku świata,
które rzekomo pozwala człowiekowi odróżnić dobro od zła. Ewolucjonizm obala ten
mit i to jest jedna z głównych przyczyn, dla których jest na wszystkie możliwe
sposoby krytykowany. Ewolucja nigdy w swej historii nie kierowała się
kategoriami dobra i zła, gdyż są to pojęcia abstrakcyjne i zawsze subiektywne.
Dla przykładu, gdyby społeczność ludzka przybrała charakter społeczności termitów, kanibalizm i kazirodztwo byłyby cnotą. Gdybyśmy skopiowali normy
społeczne pszczół, cnotą byłaby zagłada mężczyzn po akcie kopulacji. A
przypomnę, świat owadów zdecydowanie przewyższa ilościowo nawet te nasze siedem
miliardów. To, że dla ludzi kanibalizm i kazirodztwo są moralnie naganne wynika
z procesów ewolucyjnych, a nie dlatego, że zakazał tego Bóg. Załóżmy jednak hipotetycznie, że
prawo naturalne powstało li tylko dla ludzi i tylko z ich myślą. W moim
odczuciu najbardziej kontrowersyjnym jest przykazanie „nie zabijaj” przez
niektórych ograniczone do „nie morduj”. Bądźmy szczerzy i spójrzmy prawdzie w
oczy – dopiero dziś nabiera ono właściwego znaczenia, kilka tysięcy lat po jego
nadaniu, kiedy uwypukla się sprzeciw wobec wojnie, terroryzmowi, wyrokom
śmierci czy wreszcie... w walce z aborcją i eutanazją. Dlaczego dopiero
dziś? Bo to sam człowiek, na bieżąco rewolucjonizuje pojęcie moralności. Podobnie ma się sprawa cudzołożenia, które kiedyś miało zdecydowanie mniej restrykcyjny charakter. To religia nazwała cudzołożeniem wszystko, co wychodziło poza obręb małżeńskiej (sakramentalnej) sypialni. O monogamii, która w przyrodzie jest dość rzadka, nawet już nie wspomnę.
Nie
chcę przeceniać wpływu ewolucjonizmu biologicznego na rozwój naszej, ludzkiej
moralności, wciąż dalekiej od doskonałości, choć wątpliwe czy tę doskonałość uda się kiedykolwiek osiągnąć. Ewolucjonizm biologiczny jest
mechanizmem, co podkreślę jeszcze raz, dla którego pojęcie dobra i zła nie istnieją. Jeśli ewolucjonizm
jest rozwojem życia na ziemi, to na pewno nie dlatego, że ma w sobie jakiś
„wyższy” cel. Jednym ze skutków ewolucji jest pojawienie się człowieka, istoty na
tyle rozumnej, że próbuje doszukać się jakiegoś celu istnienia. Nie łudźmy się – daremny trud.
Niemniej świadomość braku takiego celu nie jest powodem do tego, abyśmy
działali przeciw sobie samym. Żyjesz i myślisz, i chcesz (poza nielicznymi
wyjątkami), aby to życie trwało w miarę w dobrym samopoczuciu. Aby tak było,
musisz się dostosować do pewnych norm moralnych, norm prawnych, które człowiek sam sobie
wymyślił, na bazie własnych doświadczeń i zdobywanej wiedzy. Odwołując się
nieco humorystycznie do biblijnej alegorii grzechu pierworodnego, należałoby dziś
dziękować prarodzicom, że odważyli się zerwać i zjeść zakazany owoc. Dzięki temu nawet
Bogu się nie nudziło. Czegoś się od ludzi nauczył.
Wyjaśnienie:
Nie będę ukrywał, że część zawartych w tym eseju tez jest oparta na treści książki „Darwin, Bóg i sens życia”1 Steve Stewart-Wiliams, pierwszej lekturze po operacji usunięcia zaćmy. Książka rewelacyjna i czyta się lekko. Gorąco polecam.
Nie będę ukrywał, że część zawartych w tym eseju tez jest oparta na treści książki „Darwin, Bóg i sens życia”1 Steve Stewart-Wiliams, pierwszej lekturze po operacji usunięcia zaćmy. Książka rewelacyjna i czyta się lekko. Gorąco polecam.
Przypisy:
1 – przekład: Piotr J. Szwajcar; Wydawnictwo CiS; Stare Groszki 2014; str. 405
1 – przekład: Piotr J. Szwajcar; Wydawnictwo CiS; Stare Groszki 2014; str. 405