poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Bezbożny świat ewolucjonizmu


  Mój blogowy znajomy opublikował dwa wręcz apokaliptyczne teksty, z których wynikają dwie rzekome prawdy, bardzo ogólnie: świat bez Boga to Sodoma i Gomora, do takiego świata prowadzi bezbożność, której przejawem jest teoria ewolucji. Nie będę bezpośrednio odwoływał się do tych publikacji, wychodząc z założenia, że każdy ma prawo do własnego zdania. Ja na to spojrzę z mojej (i nie tylko mojej) perspektywy.

  Jako zwolennik ewolucjonizmu, dla mnie nie ulega wątpliwości, że ewolucjonizm nie tylko obalił kreacjonistyczne widzenie stworzenia człowieka, ale ma też kapitalne znaczenie w pojmowaniu tradycyjnej moralności, opartej na tezie o wyższości człowieka nad wszelkim innym stworzeniem i materią, tezie mocno kontrowersyjnej. Teoria ewolucji działa na ludzi wierzących wręcz toksycznie, jak przysłowiowa płachta na byka, bo rzekomo każe nam odrzucić wszelkie kodeksy moralne, w tym i boskie. To z ewolucjonizmu wyłonić się miały takie nieszczęścia jak: materializm, egoizm, przemoc, ateizm, komunizm, nazizm, rasizm, a nawet ludobójstwo – czyli niemal wszystko to, co jest wrogie (ale bądźmy uczciwi – i nieobce) chrześcijaństwu. Szczególnie Kościół katolicki (inne Kościoły i religie też) próbuje nas przekonać, że pod wpływem ewolucjonizmu ludzie zaczynają postępować niemoralnie, a społeczeństwa pogłębiają się w kryzysie, co może doprowadzić do rozpadu naszego świata. Gdyby nie Bóg, nie wiedzielibyśmy, co jest dobre, a co złe. Nasza moralność ma wynikać z wiary w to, że dobro będzie nagrodzone, a zło ukarane. Jeśli ludziom odebrać te aspekty czegoś, co mieści się w teorii kija i marchewki, potępienia i zbawienia, stają się ateistami, dla których pragnienie zła(?) jest sprawą nadrzędną. W tym miejscu, bez względu na to, co o ateistach myślą wierzący, szczerze mi żal tych drugich. Wręcz ironicznie zapytam: ile jest warte ich umiłowanie Boga, skoro opiera się na strachu przed potępieniem, a w wersji optymistycznej, pragnieniem zbawienia (w pełni interesownego)? Tym bardziej, że i wśród nich znajdują się nieprzebrane rzesze gotowych naginać moralność dla własnych, nie zawsze chwalebnych potrzeb.

  To jednak nie wszystko. Innym, pobocznym skutkiem ewolucjonizmu jest konieczność uznania, że poza mocno rozwiniętym mózgiem i jego zdolnościami, de facto nic nas nie różni od zwierząt. To rzekomo musi skutkować zezwierzęceniem, które odrzuca wszelkie hamulce moralne, przede wszystkim w sferze seksualnej. Gdybyśmy nie byli dziełem miłującego nas Boga, życie człowieka nie miałoby żadnej wartości, można by ludźmi pomiatać, a nawet zabijać. Jest jednak gorzej. Jeśli nawet ateista chce zachować obowiązujące normy moralne, z miejsca jest kategoryzowany jako ten, co chce zjeść ciastko i mieć ciastko – chce pozbyć się Boga, ale zachować etyczne koncepcje, które podobno nie mogą istnieć poza teistyczną ideologią, choć ta ideologia... Tu, jako odskocznię, polecam słowa abp. Jędraszewskiego: „Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno. Człowiek jest w stanie usprawiedliwić wtedy największą zbrodnię”, a który jednocześnie staje w obronie australijskiego pedofila, też arcybiskupa (sic!). Wróćmy do sedna. O ile można się zgodzić z faktem, że religie ujednoliciły normy moralne, to jednak nie one są ich autorami. W dodatku, mimo tego ujednolicenia, nie sposób na moralność założyć kajdan, ona też ewoluowała i nadal będzie ewoluować, co jednoznacznie dowodzi, że żaden niematerialny byt o niej nie decyduje. Niby dlaczego ma decydować, skoro z Biblii wynika, że jego samego owe zasady moralne nie dotyczą?

  Religia chrześcijańska odwołuje się do prawa naturalnego, boskiego porządku świata, które rzekomo pozwala człowiekowi odróżnić dobro od zła. Ewolucjonizm obala ten mit i to jest jedna z głównych przyczyn, dla których jest na wszystkie możliwe sposoby krytykowany. Ewolucja nigdy w swej historii nie kierowała się kategoriami dobra i zła, gdyż są to pojęcia abstrakcyjne i zawsze subiektywne. Dla przykładu, gdyby społeczność ludzka przybrała charakter społeczności termitów, kanibalizm i kazirodztwo byłyby cnotą. Gdybyśmy skopiowali normy społeczne pszczół, cnotą byłaby zagłada mężczyzn po akcie kopulacji. A przypomnę, świat owadów zdecydowanie przewyższa ilościowo nawet te nasze siedem miliardów. To, że dla ludzi kanibalizm i kazirodztwo są moralnie naganne wynika z procesów ewolucyjnych, a nie dlatego, że zakazał tego Bóg. Załóżmy jednak hipotetycznie, że prawo naturalne powstało li tylko dla ludzi i tylko z ich myślą. W moim odczuciu najbardziej kontrowersyjnym jest przykazanie „nie zabijaj” przez niektórych ograniczone do „nie morduj”. Bądźmy szczerzy i spójrzmy prawdzie w oczy – dopiero dziś nabiera ono właściwego znaczenia, kilka tysięcy lat po jego nadaniu, kiedy uwypukla się sprzeciw wobec wojnie, terroryzmowi, wyrokom śmierci czy wreszcie... w walce z aborcją i eutanazją. Dlaczego dopiero dziś? Bo to sam człowiek, na bieżąco rewolucjonizuje pojęcie moralności. Podobnie ma się sprawa cudzołożenia, które kiedyś miało zdecydowanie mniej restrykcyjny charakter. To religia nazwała cudzołożeniem wszystko, co wychodziło poza obręb małżeńskiej (sakramentalnej) sypialni. O monogamii, która w przyrodzie jest dość rzadka, nawet już nie wspomnę.

  Nie chcę przeceniać wpływu ewolucjonizmu biologicznego na rozwój naszej, ludzkiej moralności, wciąż dalekiej od doskonałości, choć wątpliwe czy tę doskonałość uda się kiedykolwiek osiągnąć. Ewolucjonizm biologiczny jest mechanizmem, co podkreślę jeszcze raz, dla którego pojęcie dobra i zła nie istnieją. Jeśli ewolucjonizm jest rozwojem życia na ziemi, to na pewno nie dlatego, że ma w sobie jakiś „wyższy” cel. Jednym ze skutków ewolucji jest pojawienie się człowieka, istoty na tyle rozumnej, że próbuje doszukać się jakiegoś celu istnienia. Nie łudźmy się daremny trud. Niemniej świadomość braku takiego celu nie jest powodem do tego, abyśmy działali przeciw sobie samym. Żyjesz i myślisz, i chcesz (poza nielicznymi wyjątkami), aby to życie trwało w miarę w dobrym samopoczuciu. Aby tak było, musisz się dostosować do pewnych norm moralnych, norm prawnych, które człowiek sam sobie wymyślił, na bazie własnych doświadczeń i zdobywanej wiedzy. Odwołując się nieco humorystycznie do biblijnej alegorii grzechu pierworodnego, należałoby dziś dziękować prarodzicom, że odważyli się zerwać i zjeść zakazany owoc. Dzięki temu nawet Bogu się nie nudziło. Czegoś się od ludzi nauczył.


  Wyjaśnienie:
Nie będę ukrywał, że część zawartych w tym eseju tez jest oparta na treści książki „Darwin, Bóg i sens życia”1 Steve Stewart-Wiliams, pierwszej lekturze po operacji usunięcia zaćmy. Książka rewelacyjna i czyta się lekko. Gorąco polecam.


Przypisy:
1 – przekład: Piotr J. Szwajcar; Wydawnictwo CiS; Stare Groszki 2014; str. 405


sobota, 13 kwietnia 2019

Hipokryzja ateistów


  Ostatnio padł zarzut, że szkaluję i wyśmiewam się tylko z wierzących. Aby nieco ten wizerunek zniwelować (na krótko zresztą, gdyż mam w zanadrzu kilka ostrych felietonów), zdecydowałem się opublikować listę krytycznych uwag o ateistach.

  Zacznę od klasyki:
- Ateiści twierdzą, że w nic nie wierzą, a przecież nie da się w nic nie wierzyć!*
Dalej już pójdzie jak z przysłowiowego płatka:
- Ateiści mówią, że czytają filozofię, ale przecież „filozofia” to tylko wyszukana nazwa teologii;
- Ateiści mówią, że klękają przed łóżkiem, by je pościelić, a tak naprawdę skrycie odmawiają modlitwę;
- Ateiści mówią, że oglądają TV Trwam (słuchają Radia Maryja i zaglądają na Frondę.pl), by mieć się z czego śmiać, a tak naprawdę uwielbiają oglądać, słuchać i czytać o Bogu;
- Ateiści mówią, że nie wierzą w szatana i inne demony, kiedy to właśnie szatan przez nich przemawia;
- Ateiści mówią, że tylko się rozciągają po drzemce, ale tak naprawdę wyciągają ręce do Boga;
- Ateiści mówią, że uwielbiają naukę, ale tak naprawdę podziwiają dzieło Boga;
- Ateiści mówią, że czytają Władcę pierścieni (ewentualnie Autostopem przez galaktykę), ale tak naprawdę ukrywają pod fałszywą okładką Biblię i to ona wywołuje u nich wypieki na twarzy;
- Ateiści mówią, że lubią nowego papieża Franciszka, a tak naprawdę rozpoznają w nim Ojca Świętego, Następcę Księcia Apostołów;
- Ateiści mówią, że wciąż kochają swoich wierzących rodziców, gdy tak naprawdę liczą na to, że dzięki nim dostaną się do nieba;
- Ateiści mówią, że wolą niedzielne poranki spędzić w łóżko, gdy tak naprawdę śnią wtedy o kościele;
- Ateiści mówią, że podziwiają tylko architekturę kościołów, gdy tak naprawdę w podziw wpędza ich moc Boga;
- Ateiści twierdzą, że zatrzymują się na czerwonym świetle, gdy tak naprawdę proszą Boga o znak zanim ruszą dalej;
- Ateiści twierdzą, że życiem rządzi przypadek, ale podczas losowania numerów Lotto proszą Boga o interwencję;
- Ateiści twierdzą, że to medycyna ich ratuje, a naprawdę dziękują Bogu, gdy wychodzi wynik negatywny;
- Ateiści twierdzą, że lubią opowieści o duchach, a tak naprawdę przemawia za nimi tęsknota za Duchem Świętym;
- Ateiści mówią, że odganiają muchy, ale tak naprawdę robią dłonią znak krzyża;
- Gdy ateiści nie dają pieniędzy żebrakowi, to tylko dlatego, że wiedzą, iż to Bóg zdecydował o biedzie tego człowieka;
- Gdy ateiści dają pieniądze żebrakowi, to tylko dlatego, że Biblia tak nakazuje;
- Ateiści mówią, że są na diecie dla zdrowia, ale tak naprawdę poszczą;
- Ateiści mówią, że nie wierzą w Boga, a przecież obchodzą Wigilię;
- Ateiści mówią, że nie wierzą w zmartwychwstanie Jezusa, a przecież na Wielkanoc kupują czekoladowe króliczki.

  Gdyby ktoś jeszcze znał inne przykłady hipokryzji ateistów, z przyjemnością dołączę je do tej listy.

  O ateistach moi Czytelnicy:
- Ateiści przyjmują bez oporów rożne zasady, do momentu kiedy się dowiadują, że wywodzą się one z religii.
- Ateiści nie wierzą w życie po życiu, co nie przeszkadza im na pogrzebach odprawiać podobnych szopek co wierzący.
- Ateiści pomimo że deklarują całkowitą niewiarę w byty nadprzyrodzone - przy bliższej rozmowie zawsze mówią o jednym konkretnym bogu - tym którego znają.
- Pomimo, że sami nie wierzą - mają zawsze najwięcej do powiedzenia o wierzących.


* - wszystkie przykłady znalezione w sieci

wtorek, 9 kwietnia 2019

Starość to prawdziwe szczęście


  Nie, nie piszę tego ze względu na mój mocno zestarzały pesel i pewne oczywiste plusy starości, takie jak: darmowe przejazdy środkami komunikacji miejskiej po całej aglomeracji śląskiej, czy dlatego, że za niedługo łapię się na darmowe leki. Nie dlatego, że już nie muszę ciężko pracować by dostawać emeryturę z ZUS. Nie dlatego, że nie muszę się uganiać za spódniczkami, których właścicielki i tak patrzą na mnie pogardliwym wzrokiem. Po prostu tak mnie oświecił pewien kaznodzieja i od razu mi się humor poprawił.

  Otóż autorytatywnie stwierdził, że porzekadło: „Co jak co, ale starość wybitnie się Bogu nie udała” nie ma racji bytu, bo Panu Bogu wszystko się doskonale udaje, starości nie wyłączając. Bo starość z punktu widzenia Bożej ekonomii jest po prostu genialna. Gdybyśmy cały czas byli młodzi i piękni, czy zatroszczylibyśmy się o własne zbawienie? W młodości nie za bardzo jest na to czas.  Ale za to ludzie na starość się nawracają, częściej przychodzą do kościoła, częściej sięgają po różaniec, myślą co ich czeka po śmierci i pragną się do tego jak najlepiej przygotować. I tu uwaga: sprzyja temu gorszy słuch, słabszy wzrok, trudność poruszania się, choroby i cierpienie. Dzięki temu otrzymujemy nowe i świeże spojrzenia na wieczność. Powinniśmy za to dziękować Panu Bogu, przyjmować w pokorze i z wdzięcznością to nasze starzenie się w cierpieniu i stopniowe obumieranie. Tyle z pamięci, bo ten krzepki i silny wiekiem ks. Roman Kneblewski produkuje się już tylko wideoklipami. Kto chce niech sobie obejrzy1. Jak Bozię nie kocham, dla mnie taka pochwała starości graniczy z absurdem masochizmu.

  Mnie z tym Bogiem, który obdarzył nas doskonałą, cierpiętniczą starością, skojarzył się ciekawy, by nie napisać sensacyjny, artykuł w Dużym Formacie „Wyborczej”. Pewna niewierząca pani często odwoziła kolegę z pracy do domu, bo i człowiek niewierzący, wbrew pozorom miewa ludzkie odruchy. I ten jej kolega wręczył jej kiedyś kopertę. Nie, nie taką, w której trefna kasa, czy nawet zwrot kosztów przejazdu. Tam były święte obrazki i karteczka: „Codziennie odprawiamy 7 Mszy Świętych w intencji [imię i nazwisko niewierzącej] prosząc o obfitość łask Bożych, dary Ducha Świętego, łaskę zdrowia i opiekę Matki Najświętszej”2. Wyjaśnię, ta Msza ma charakter wieczysty, parafrazując Owsiaka: odprawia się tę Mszę świętą do końca świata i jeden dzień dłużej, czyli nawet po śmierci niewierzącej. A wszystko za jednorazowe i marne 25 złotych polskich. Toż chyba miejsce na cmentarzu kosztuje co łaska więcej. Codziennie w intencjach jest wymieniane jej nazwisko i imię. To tak, jak ta starość w cierpieniu i bólu doskonała, której już nie sposób cofnąć. Najśmieszniejsze, ha, ha, ha, jest to, że ta niewierząca nie może tego odkręcić, ha, ha, ha. Ten jej wierzący kolega kasę wydał, i w przekonaniu świętości swojej intencji nie ma zamiaru zmienić raz powziętej decyzji. 
 
  Jak dla mnie to coś jest jak przemoc duchowa wobec kogoś, kto tego sobie nie życzy, ale co ja, ateista, mogę na ten temat wiedzieć...



Przypisy:

niedziela, 31 marca 2019

Droga krzyżowa


  Słyszeliście o syndromie DDA (dorosłe dzieci alkoholików)? Ja tak. Próbowano mi go wmówić, bo faktycznie, jedno z rodziców było alkoholikiem. Aby było jasność, to wymysł amerykańskich uczonych, choć pewnie uczonych, właśnie alkoholików z grup AA (anonimowych alkoholików). Wyszło im, że na ten syndrom cierpi 71 procent DDA i... 63 procent nie-DDA. Różnica minimalna. Tym samym muszę cierpieć i ja. T. Witkowski, epistemolog psychologii twierdzi, że jeśli objawy tego syndromu przedstawić komuś, kto nie miał rodziców alkoholików, on i tak znajdzie te objawy DDA u siebie. Ale to mówi psycholog, więc może nie trzeba mu wierzyć?

  Jak zwykle przypadkowo trafiłem na ciekawy artykuł, przyda się na pewno nie tylko tym, którzy mieli rodziców alkoholików, co wynika ze wstępu. Jest to propozycja przejścia drogi krzyżowej, która może nas z tego nieistniejącego syndromu wyzwolić. Będzie długo, bo też droga krzyżowa jest długim rytuałem, więc proszę o wyrozumiałość.
 
  Stacja I. Pan Jezus skazany na śmierć za niewinność.
Wróć myślą do tych oskarżeń, które niesłusznie padły w Twoim kierunku. Być może to Tobie ktoś zarzucił, że rodzic pije przez Ciebie. Może sam się o to oskarżasz? Czy doznałeś szykan, gdy mówiłeś prawdę o chorobie alkoholowej rodzica?” Jakem ateista powiem prawdę jak na spowiedzi. Nikt mnie nie oskarżał, że rodzic pił przeze mnie i nigdy mi nie przyszło na myśl, że to z mojego powodu. I nigdy obcym nie mówiłem o chorobie alkoholowej. Nie było się czym chwalić.

  Stacja II. Jezus bierze krzyż na swoje ramiona.
Pomyśl o tym, jak ciężkim krzyżem jest dla Ciebie choroba Twojego rodzica. Jak bardzo czujesz się odrzutkiem społecznym, bo wstydzisz się tego, że podchodzisz z takiej rodziny? (...) Nie obwiniaj Boga, On dał Twoim rodzicom wolną wolę a oni przygotowali dla Ciebie Miejsce Czaszki”. Nie wiem jaki związek Golgota ma z alkoholizmem rodzica, faktem jest, że ta choroba alkoholowa była dla mnie problemem, ale nigdy nie czułem się odrzutkiem. Nie obwiniałem też Boga, choć czasami miałem ochotę. Byłem wtedy wierzącym.

  Stacja III. Jezus upada po raz pierwszy pod krzyżem.
Czy był w Twoim życiu taki dzień, gdy upadłeś, kiedy Twoja słabość wyszła na jaw? Może ktoś Cię wtedy wyśmiał, upokorzył?”. Upadłość to cecha rodziców alkoholików, a nie ich potomków. Jeśli mnie ktoś upokorzył to rodzic-alkoholik. Inni uważali, że to temat tabu, więc nawet nie próbowano mnie wyśmiać.

  Stacja IV. Jezus spotyka swoją matkę.
Mama - ta, która zawsze jest blisko dziecka, gdy ono upada. Opatrzy rany, obcałuje obolałe miejsce. Tak byłoby idealnie, ale Ty wiesz, że może być inaczej. A może było jeszcze gorzej, tak jak u mnie - to ona piła. Przyjmij i zaakceptuj ten ból, tę tęsknotę za dobrą, obecną mamą”. Tak było, ale nie rozumiem jaki ból mam zaakceptować? Jaką obecną mamę? Nikt mnie nie adoptował. Nigdy jej alkoholizmu nie rozumiałem i nie potrafiłem usprawiedliwić.

  Stacja V. Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi.
Przypomnij sobie wszystkich tych, którzy pomogli Ci w życiu. Szczególnie wspomnij tych, którzy może spowodowali, że mogłeś uciec z rodzinnego domu i zacząć swoje życie. (...) Zbierz z okruchów pamięci wszystkie drobne gesty życzliwości i współczucia od ludzi, którzy wiedzieli jakie brzemię dźwigasz”.  Uciec z domu jako sześciolatek?! Życzę sukcesów. Raz uciekłem, w wieku siedemnastu lat. W swojej głupocie nie przewidziałem skutków mroźnej zimy. Wytrzymałem trzy dni. Z tych drobnych gestów pamiętam babcię. Kazała mi się modlić, chodzić na pielgrzymki itp. Owszem pomogło, ale tylko babci, bo nic się nie zmieniło.

  Stacja VI. Weronika ociera twarz Jezusa.
Pomyśl, jak choroba alkoholowa oszpeca duszę i ciało Twojego rodzica. Pod tym oszpeceniem jednak nadal jest twarz, jest człowiek. (...) spróbuj dostrzec Jezusa w pijącym rodzicu”. Aż żałuję, że nie dostrzegłem tego Jezusa. Może wcześniej byłbym ateistą, gdyż do alkoholików żywię li tylko pogardę.

  Stacja VII. Jezus upada po raz drugi.
Przypomnij sobie chwile trudne, gdy traciłeś cel z oczu. Kolejne niepowodzenie, może dwa razy ten sam błąd. Znowu żałowałeś sobie czasu i pieniędzy na terapię, znów powieliłeś wzorce z domu” (sic!) Ależ ja nie stałem się alkoholikiem, nie pokazywałem swej przepitej facjaty córce, ani nikomu innemu. Żadna terapia nie była mi potrzebna. Czego jeszcze mam żałować?!

  Stacja VIII. Jezus spotyka płaczące niewiasty.
Przypomnij sobie wszystkie chwile, gdy czułeś, że nie potrafisz przebaczyć swojemu rodzicowi alkoholikowi. Nie zatwardzaj serca”. Ja do dzisiaj nie potrafię przebaczyć. Po prostu przestało mnie to interesować, bo alkoholizm to nie był mój problem. Krótko moim idolem był T. Nalepa, a jego przebój ze słowami: „Głosem serca się nie kieruj, tylko forsa ważna w życiu jest” był mi hymnem. Choć nie forsa, asertywność jest tym, co przeważa w moim życiu. Ile razy poddałem się woli serca, zawsze kończyło się fatalnie.

  Stacja IX. Jezus upada po raz trzeci.
Przypomnij sobie dni, kiedy nie miałeś siły wstać z łóżka. Zmęczony cierpieniem, żalem, bólem nie miałeś już siły iść dalej. [Jezus] Był przy Tobie, gdy cierpiałeś i współcierpiał razem z Tobą”. Szczerze? Jak na spowiedzi? Nigdy Go nie widziałem, ani nie odczuwałem Jego obecności, wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że uciekł, bo okazał się zupełnie bezsilny, czego akurat Mu nie mam za złe. Wszyscy byli bezsilni. Ja bym też uciekł, nie bardzo było gdzie.

  Stacja X. Jezus z szat obnażony.
Jeśli w związku z alkoholizmem rodzica doświadczyłeś przemocy - psychicznej, fizycznej, seksualnej - stań teraz nagi przed Jezusem i pokaż Mu wszystkie swoje rany” (sic!) To już jest jazda po bandzie. Wprawdzie nie doświadczyłem przemocy seksualnej, ale dlaczego miałby stawać przed Nim nagi?! Pamiętam komisję poborową, gdzie też kazano mi stać nago. W życiu nie czułem większego upokorzenia.

  Stacja XI. Pan Jezus przybity do krzyża.
Pomyśl o swoim rodzicu alkoholiku. Czy na pewno krzywdząc Cię, robił to z pełną premedytacją, czy zdawał sobie sprawę, z tego, co naprawdę robi?” Jazda (życie) pod wpływem alkoholu nie jest czynnikiem łagodzącym, wręcz przeciwnie. Alkoholik nie ma krzty rozumu, bo rozum rozpuścił w alkoholu. Cały problem w tym, że nikt mu na siłę w gardło wódki nie leje. Sam po nią sięga.

  Stacja XII. Jezus umiera na krzyżu.
Być może właśnie duchowo umierasz. Może myślisz o samobójstwie, by zakończyć cierpienie - proszę zatrzymaj się na chwilę i popatrz na Jezusa umierającego na krzyżu. On już umarł za Ciebie, już Cię zbawił z miłości. Przytul ten krzyż z martwym Jezusem - On jest źródłem życia”. Nie, duchowo odżyłem gdy od alkoholika się uwolniłem. Nigdy, nawet na moment, nie przyszła mi myśl o samobójstwie. Chciałem żyć, byle szczęśliwie i bez alkoholizmu. Drugiej części wątku nie skomentuję, choć mnie aż świerzbi. Wyjaśnię na końcu.

  Stacja XIII. Pan Jezus zdjęty z krzyża.
Uświadom sobie, że przez alkoholizm rodzica straciłeś dzieciństwo i już nigdy go nie dostaniesz takiego, jakie powinno być. Przyjmij to i opłacz”.  Byłem tego świadomy już w dzieciństwie, ale nie zmierzam z tego powodu płakać. W dzieciństwie też nie płakałem. Byłem wściekły, że to akurat mi się przytrafiło. Dziś nie dręczą mnie z tego powodu żadne emocje ani koszmary.

  Stacja XIV. Pan Jezus złożony do grobu.
Spójrz na swoją pogrzebaną przeszłość i zobacz, jak Chrystus przebóstwia całą Twoją historię życia i wynosi ze sobą w chwale. On wyciąga Cię z otchłani smutku i lęku”. Nie skomentuję z tego samego powodu, co przy stacji XII.

  Żeby nie było wątpliwości. Nie wyśmiewam Drogi Krzyżowej, stąd i brak moich uwag, gdzie musiałbym to zrobić w sposób sarkastyczny. Wyśmiewam taką interpretację i ten sposób uwolnienia się od rzekomego syndromu DDA, przypomnę, którego de facto nie ma. Czasami są wspomnienia, których nie sposób wymazać, ale jeśli ktoś sam nie wpadł w nałóg, to nie jest problem. To raczej tym pseudo-syndromem alkoholik próbuje usprawiedliwić swoje uzależnienie. Bo alkoholik zawsze siebie usprawiedliwi.