środa, 12 czerwca 2019

Szantaż (?)


  Fundacja Mamy i Taty uruchomiła portal RatujRodzine.pl i przyznam, że sama idea wydaje się być słuszna, ale jest właśnie to... „ale”. Otóż Fundacja, jak to wynika z jej własnych deklaracji, prowadzi kampanie społeczne i przygotowuje raporty związane z rodziną. Nie twierdzę, że taka działalność jest zła sama w sobie, w moim odczuciu, jest kompletnie chybiona. Jeśli ktoś myśli, że małżeństwo w kryzysie będzie szukać kampanii społecznych, albo czytać raporty o stanie polskiej rodziny, to chyba komuś coś się pokręciło.

  Ta Fundacja istnieje od dziesięciu lat, a na stronie jej portalu jest szesnaście artykułów z czego jeden jest reklamą, jeden zbiorem adresów poradni diecezjalnych, trzy się powtarzają, trzy mają rzekomo radzić, jak utrzymać dobre małżeństwo (kto ma odrobinę czasu, polecam lekturę – na wszystkie wystarczy dwie minuty), reszta, czyli połowa jest straszeniem przed skutkami rozwodów, innymi słowy taki emocjonalny szantaż dla tych, którym przyjdzie na myśl chęć rozstania. Mnie ten schemat coś przypomina, ale tym podzielę się na koniec.

  Jeden artykuł mnie bardziej zbulwersował niż poruszył, spełniający warunki klasycznego szantażu „na dziecko”. Nie mam tu na myśli panny, która oznajmia chłopakowi, że jest w ciąży, w nadziei, że ten zdecyduje się na ślub. Znam te metodę z czasów młodości, wątpię czy dziś byłaby skuteczna. Według autorów artykułu „Konsekwencje rozwodu dla dzieci”1 dzieci z powodu rozwodu odczuwają lęk o przyszłość, bezradność, smutek i zgubienie oraz wstyd przed rówieśnikami(?). Trudno się z tym nie zgodzić (poza tym wstydem), ale to jest tylko połowa prawdy i to tylko ta, która właśnie opiera się na szantażu. W dalszej części artykułu jest jeszcze lepiej, bo mamy kilka „wybranych” cytatów dzieci(?), mających tezę autorów potwierdzić:
Strasznie się wstydziłam, że jestem dzieckiem rozwodników i ukrywałam to. W dzieciństwie byłam bardzo zestresowana i wycofana, mająca bardzo mało przyjaciół.” (kobieta, 27 lat)”;
Ten brak poczucia wartości…Przez lata go budowałam, nawet chodziłam na taki kurs budowania własnej wartości.” (kobieta, 49 lat)”.
Zastanawiam się, co tu jest grane? Kobieta lat 49 dzieckiem? Ja w takim wieku złamanego grosika bym nie dał za to, że pamiętam jakie miałem poczucia w dzieciństwie. Pamiętam do dziś pewne wybrane fakty, ale to, co sobie wtedy myślałem, jest już projekcją mojej dzisiejszej wyobraźni. A czy ta pani lat 27 wie, co to znaczy przyjaźń wieku dziecięcego? Raczej jej chodzi o koleżanki i kolegów, po co więc ta górnolotność?

  Wróćmy do istoty problemu, czyli rozwodów, ich przyczyn i skutków dla dzieci – czyli do tej drugiej połowy prawdy, o której w artykule żadnej wzmianki. Sama Fundacja opublikowała kiedyś raport, z którego wynika, że „aż” (ja bym użył sformułowania „tylko”) 30% rozwodów, rozwodami mogło się nie skończyć. Według różnych statystyk różnie się to przedstawia, ale nie ulega wątpliwości, że główne przyczyny to: niezgodność charakterów, zdrada, alkoholizm, problemy finansowe i przemoc – w takiej właśnie kolejności. Teoretycznie można by wyeliminować te 30 procent związanych z niezgodnością charakterów, ale dalibóg, nie bardzo wiadomo jak. Kierować rozwodników do poradni psychologicznych? Siłą? Są takie zapędy, ale wtedy na ogół jest już za późno. Rzecz w tym, że problem jest bardziej skomplikowany, bo z reguły te przyczyny się na siebie nakładają, a ta niezgodność charakterów z czegoś w końcu wynika. Część rozwodników, chcą uniknąć problemów podczas rozprawy rozwodowej decyduje się tylko uzewnętrznić ten jeden aspekt. Tak najłatwiej, bez wywlekania brudów...

  No dobrze, a gdzie w tym dziecko? Można by sądzić, opierając się na argumentach Fundacji Mamy i Taty, że ono będzie szczęśliwe, gdy rodzice będą sobie skakać do oczu w ich obecności (niezgodność charakterów), gdy tata wraca napruty niby messerschmitt wieczorami do domu (alkoholizm), albo gdy wyjeżdża na miesiąc, dwa lub trzy na Zachód za chlebem (wariant optymistyczny problemów finansowych), lub, gdy oboje rodziców nie potrafi zapewnić dziecku przyzwoitych warunków bytowych (nawet za 500 plus), co i tak powoduje wykluczenie w środowisku szkolnym. Gdy zaś dojdzie do ujawnienia zdrady małżeńskiej, dziecko w mig łapie, że wierność to bajka... tylko dla grzecznych dzieci. Świadomie uogólniając, i z pewną dozą sarkazmu: zaiste prawdziwa to szczęśliwość być dzieckiem w takich rodzinach. Coś na ten temat wiem z autopsji...

  Obiecałem się odnieść do schematu jakim posługuje się Fundacja Mamy i Taty, a dodam, że to nie jedyna taka fundacja. Mnie ten szantaż przypomina inne badanie, z którego wynikało, że na dziesięć kazań z ambony w kościele, aż siedem zawiera szantaż, jakim jest straszenie piekłem i gniewem Bożym, jeśli nie pogodzimy się z cierpieniem Jezusa na krzyżu2. Skoro bowiem Jezus cierpiał, dlaczego dzieci mają nie cierpieć? Pytanie kiedy bardziej? We wręcz patologicznej rodzinie, bo co dwoje porąbanych rodziców, to nie jedno, czy z dala tęskniąc za mamą lub tatą? Ośmielę się twierdzić - tęsknota bardziej uszlachetnia, niż codzienny widok ludzkiej agresji i człowieczego upodlenia.






 

niedziela, 9 czerwca 2019

Nowy Testament jak Koran, a może na odwrót?


  Od razu przyznam się bez bicia – nie znam Koranu, ba! nie mm zamiaru wnikać w jego treść, tak jak kiedyś w Biblię. To, co wiem o Koranie pochodzi z licznych opinii znajdywanych w necie, a wśród nich nawet takie, że ta Księga to „Mein Kampf” islamu. Nawet jeśli odrzucić skrajności, bo znalazłem też opinię, że Koran to Księga miłości, ogólnie rzecz ujmując, odbiór jest negatywny. Da się to ująć w jednym zdaniu: Koran mówi, że trzeba mordować niewiernych. Dostateczny powód, aby się bać i nienawidzić islamistów.

  Ci, którzy tworzą taką opinię o Koranie, jednocześnie wychwalają Nowy Testament, jako kwintesencję Bożej Miłości ucieleśnionej w Bożym Miłosierdziu. Gdybym stwierdził, że to nie do końca jest prawda, uznano by mnie za bluźniercę, tego, co to obraża uczucia religijne katolików, więc tak na wszelki wypadek, unikam skrajnie negatywnych opinii o tej części Pisma Świętego. Okazuje się, że... niepotrzebnie. Oto, niekwestionowany lider skrajnie ortodoksyjnego, świeckiego nurtu katolicyzmu, redaktor naczelny portalu Pch24.pl, niejaki Jerzy Wolak, w artykule „Po co Kościołowi Duch Święty”1, udowadnia ponad wszelką wątpliwość, że Nowy Testament to taki zawoalowany Koran. A ja miałem do tej pory obiekcje...

  Już wstęp bulwersuje: „Jezus Chrystus założył Kościół Walczący, którego zadaniem jest podbić Królestwo Niebieskie i zesłał Parakleta, aby ten Kościoła bronił i wspierał w nieustannej ofensywie przeciwko siłom tego świata2. Nie wiem jak komu, mnie słowo ofensywa, nawet jeśli wsparte słowem „obrona” bardzo źle się kojarzy, nawet jeśli jak mówi NT „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” [Mk 16, 15]. W tych słowach jeszcze nie ma groźby czegoś złego, ale Jerzy Wolak podpiera je słowami „Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka?” [Hi 7, 1], i teraz  zaczyna już być groźnie. Jeśli jeszcze tu można mieć wątpliwości, to fragment: „Sam Założyciel Kościoła obiecał mu nieustanne zmaganie.Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię” – upomina wszystkich zbaczających na irenistyczno-pacyfistyczne manowce – albowiem „nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” [Mt 10, 34]. (...) „Przyszedłem poróżnić…” – mówi dalej Jezus – a to znaczy, że się nie obejdzie bez konfrontacji. Również tej grożącej śmiertelnym niebezpieczeństwem – wszak „kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” [Mt 10, 39]. W jakich zaś okolicznościach łatwiej stracić życie niż w walce?”, rozwiewa wszelkie wątpliwości. Jezus założył nową religię po to, aby gwałtem przymuszać do przyjęcia tej religii jako jedynie „prawdziwą”.

  Koran mówi: „I zabijajcie ich, gdziekolwiek ich spotkacie, i wypędzajcie ich, skąd oni was wypędzili. Prześladowanie jest gorsze niż zabicie” [rozdz.2 w. 191] czy: „A kiedy miną święte miesiące, wtedy zabijajcie bałwochwalców, tam gdzie ich znajdziecie; chwytajcie ich, oblegajcie i przygotowujcie dla nich wszelkie zasadzki!” [sura 9, w. 5]. Zapytam: czym się to różni od interpretacji fragmentów NT Wolaka? A co myśleć o słowach: „Apostołowie się już nie boją! Ani Żydów, ani Rzymian, ani nikogo. Odważnie wychodzą z kruchty i wkraczają w przestrzeń publiczną. Ci jeszcze wczoraj zatrwożeni i wylękli prostaczkowie z Galilei, zamknięci ze strachu na cztery spusty, dziś stają śmiało wobec możnych tego świata, by ich prosto w twarz napominać, iż trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”? Wolak uważa, że Kościół musi być walczący, bo tylko taki Kościół zdolny jest do ekspansji, wpisanej w podstawowy cel Jego misji. I tej ekspansji, niezależnie od tego, czy z mieczem i ogniem, czy tylko podpartej sankcjami prawnymi, bo Prawo Boże ma być ponad prawem stanowionym, należy się obawiać najbardziej. Nie przekonuje mnie twierdzenie, ze religia katolicka jest przejawem dobroci, miłości, piękna, cnotliwości, pokoju, Prawdy i rzekomej wolności. Skoro jest wymuszana (na różne sposoby), nic to wspólnego z wolnością nie ma. Skoro nie ma wolności, pozostałe argumenty jakimi podpiera się katolicyzm, stają się po prostu fałszywą papką nic nie znaczących frazesów.

  Jerzy Wolak ma pretensje do Biblii Tysiąclecia, że tłumaczy Paraklet (Duch Święty) na „pocieszyciel”. Według niego bardziej adekwatnym tłumaczeniem jest określenie Ducha, który wrogów położy jako podnóżek pod stopy Pana. Cóż, nikt chyba nie podsunął mi lepszych argumentów na to, że Nowy Testament to nie tylko pierwowzór Koranu. Ironicznie: można wręcz rzec, że jest niedoścignionym wzorem dla świętej Księgi islamu.



Przypisy:
1 - https://www.pch24.pl/jerzy-wolak--po-co-kosciolowi-duch-swiety-,52034,i.html
2 - wszystkie cytaty z wyjątkiem wersów z Koranu, pochodzą z tego artykułu


czwartek, 6 czerwca 2019

Duchowe ubóstwo


  Dawno nic mnie tak nie zaabsorbowało jak publicznie odniesienie do samobójstwa siedemnastoletniej Noe Pathoven, i to nie w kwestii samego samobójstwa, ile szumu jaki wokół tej sprawy powstał. Najpierw było larum, później konsternacja, by skończyć na oskarżeniach o materialistyczne podejście do życia. I tak, trauma po molestowaniu i gwałtach, której skutkiem stały się anoreksja i najcięższe stadium depresji, stały się batem na współczesność, szczególnie tę, która jest pozbawiona Bożej bojaźni i należnego Bogu poddaństwa.

  Zaczęło się sensacyjnie „Holendrzy zabili 17-latkę, bo została zgwałcona” z tekstem: „Dziewczyna zdecydowała się więc na eutanazję - wykonano ją. W Holandii zabijanie dzieci jest w wielu przypadkach zgodne z prawem”. To szkaradne kłamstwo spod pióra katolickich moralizatorów trzeba było w końcu zweryfikować: „Dramat 17-latki z Holandii: nie eutanazja a zagłodzenie”, ale dopiero z treści można się dowiedzieć, że zagłodziła się sama, a nie, że ją zagłodzono, co niejako sugeruje tytuł. I kiedy wydawało się, że teraz nastąpi spokój jaki powinien towarzyszyć czyjeś osobistej tragedii, katole z ortodoksyjnej opcji (to pogardliwe określenie użyłem celowo i świadomie) ruszyli do ataku: „17-latak została zabita przez lekarzy. Watykan reaguje”. Wszystko dlatego, że „lekarze nie myśleli protestować i zastosowali wobec niej opiekę paliatywną. De facto więc przyzwolili na śmierć pacjenta, zamiast podjąć leczenie” (sic!) Właściwie tego nie trzeba komentować, bo jak komentować obrzydlistwo, jakim jest kłamstwo podszyte hipokryzją? Dodajmy, kłamstwo mające służyć rzekomo jedynie słusznej ideologii.

  O tym, że w tym o nic innego nie biega, przekonała mnie wypowiedź abp Vincezo Pagila z Papieskiej Akademii Życia, wprawdzie mocno stonowana, wprawdzie mająca cechy zatroskania, ale de facto niczym nie różniąca się od krzykliwych tytułów i treści z poprzedniego akapitu. Ta troska dotyczy rosnącej liczby samobójstw wśród młodzieży, ale to tylko pozory, które mają przykryć prawdziwe intencje – dowalić tym, którzy nie są chrześcijanami. Czytam: „Okazuje się, że nasze materialistyczne społeczeństwa nie tylko nie chcą mieć dzieci, ale też nie potrafią się zatroszczyć o tę garstkę młodych, która im pozostała. (...) Trzeba się przyznać, że obrane przez nasze społeczeństwa ideały materializmu i sukcesu za wszelką cenę, nie były trafnym rozwiązaniem. Żyjemy w wielkim duchowym ubóstwie1. Aż się chce zapytać na czym polega to „duchowe bogactwo” i czy w ogóle istnieje? Bo jeśli nawet gdzieś istnieje, to nie w cywilizacji chrześcijańskiej, która przede wszystkim gloryfikuje cierpienie. I mimo religijnego zakazu samobójstwa, samobójców w chrześcijaństwie nigdy nie brakowało. Śmieszy mnie argument, że dziś samobójców jest więcej niż kiedyś, tak jakby ignorowano fakt, że ludzi na świecie jest dziś zdecydowanie dużo więcej niż to rzekomo wspaniałe „kiedyś. A jutro będzie jeszcze więcej.

  Abp Pagila nie odpuszcza: „pytanie: czy społeczeństwo naprawdę nie jest w stanie odpowiedzieć na kolejne prośby o miłość, które przejawiały się w tych dramatycznych sytuacjach? Jest to wielka porażka dla nas, dla Europy (...), gdzie społeczeństwo jest rozwinięte, jest dobrobyt, bogactwo, a przy tym przerażająca samotność. Wszyscy jesteśmy coraz bogatsi, a zarazem bardziej samotni i podatni na zranienia2. Nie trzeba być socjologiem, by w tym pytaniu nie dostrzec pokrętnej ideologii. Bo ja zapytam: czy w społeczeństwach ubogich samotność nie istnieje, i czy przypadkiem nie jest bardziej powszechna? Ubogi może będzie współczuł bliźniemu (podkreślam to „może”), ale jeśli ktoś myśli, że obdarzy miłością (cokolwiek to znaczy), to ja temu „ktosiowi” współczuję. Współczuję naiwności. Czy to tak naprawdę trudno zrozumieć, że im większa społeczność tym wprost proporcjonalnie  mniej w niej empatii? I nie pomoże tu żadna religia, żadna inna ideologia – im większe społeczeństwo tym bardziej bezduszne, tym więcej w nim owego „duchowego ubóstwa”. Chrześcijaństwo u zarania swoich dziejów było naprawdę silne, choć jednocześnie narażone na prześladowania. Im bardziej rozlewało się na świat, tym prędzej traciło swoją pierwotną duchowość. Tak naprawdę dziś pozostały z niej tylko slogany, na domiar wszystkiego fałszywe i oderwane od rzeczywistości. Jakim więc prawem z takim uporem deprecjonuje to, co nie jest chrześcijaństwem? Mnie aż korci stwierdzenie, że to tylko zazdrość i chęć zemsty za utratę monopolu.

  Dziwnym trafem w historii Noe Pathoven zupełnie zapomina się o kilkuletniej walce najbliższej rodziny i świeckich lekarzy o to, aby Noe wróciła do żywych. Niestety, jak to często się zdarza, nie każdą walkę da się wygrać. Paradoksalnie był to walka niemal od początku skazana na niepowodzenie – kazano Noe wracać do społeczeństwa, które ją tak okrutnie skrzywdziło. I tu aż się chce zapytać: chrześcijańscy kaznodzieje, gdzie jesteście, i co potraficie zrobić, co zaoferować, gdy ludzie nie potrafią sobie poradzić z życiem? Czy stać was na coś więcej niż magiczne formułki i zaklęcia? Jeśli nie macie innej oferty, zamilczcie, gdyż jeszcze bardziej obnażacie  s w o j e  duchowe ubóstwo.