Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2020

Światłe myśli wrogów ateizmu

  Mój ulubieniec, ortodoksyjny katolik z portalu Pch24 Michał Wałach idzie na całość i udowadnia ponad wszelką wątpliwość, że ateizm jest poważnym grzechem. Bo jak twierdzi Katechizm Kościoła Katolickiego: „Ateizm, odrzucając lub negując istnienie Boga, jest grzechem przeciw cnocie religijności” (KKK 2125). I w tym momencie przypomniała mi się fraszka Sztaudyngera:
„Twoja cnota jak śnieg świeży,
stopnieje, gdy poleży”.
Może inaczej, wprost do M. Wałach: ortodoksyjny piewco religijności, mnie tyle obchodzi twoja religijna cnota, co ubiegłoroczny śnieg. Jeśli jest bowiem jakaś główna przyczyna porzucenia przeze mnie wiary, to właśnie owa cnota, której u zdecydowanej większości katolików, a szczególnie ortodoksów, nie ma. Bo sama religijność nigdy nie była, i nigdy nie będzie cnotą, jeśli za nią nie idą czyny. Jezus częściej potępiał fałszywą religijność, niż niewiarę, ale skoro ktoś pozbył się cnoty wiary, tę oczywistą prawdę odrzuca.

  Do rzeczy. Dałem się skusić niczym diabłu wcielonemu i pobrałem e-tygodnik portalu Pch24 z 4-go września bieżącego roku. A tytuł jego brzmi: „Ateizm – autostrada w przepaść” (sic!) Takie ciekawe zjawisko, katolicki portal ani słowa o miłosiernym Bogu, za to cały numer poświęcony zohydzeniu ateizmu. Tak jakby nie wierzono tym, do kogo owo pismo jest skierowane, czyli właśnie katolikom, że mimo wszystko w wierze mogą wytrwać. Faktycznie może tak być, skoro straszenie piekłem już na niewielu działa. A przecież piekło, w odróżnieniu od nieba, jest opisane wręcz drobiazgowo. Nie mam zamiaru odnosić do wszystkich bzdur o ateizmie, wymyślonych przez ludzi, którzy nawet nie powąchali ateizmu. A ten ateizm, używając metafory, jest wszak jak ścisły post po obfitej uczcie teizmu, od której to uczty można umrzeć z przeżarcia. Kto pamięta film „Wielkie żarcie” Marco Ferreriego z 1976 roku, który w owym czasie wręcz szokował? Mnie mało co szokuje, ale gdy bohaterowie żarli na potęgę ziemniaki puree, zrobiło mi się tak niedobrze, że do dziś ziemniaków pod taką postacią nie jem. Całej tej filmowej uczcie towarzyszy pewien rytualizm i mętna teologia życia, a wszystko kończy się śmiercią bohaterów, właśnie z przeżarcia. Jednak nie o filmie chciałem pisać.

  Może kilka najbardziej kontrowersyjnych zdań z tego numeru tygodnika. Czytam śmiałą tezę: „Rozsądek opowiada się za Bogiem, nie za diabłem – negacja Boga to uznanie konkurencyjnego absolutu”. To w gruncie rzeczy teza życzeniowa, bo skoro nie wierzy się w Boga, to tym bardziej w diabła. Tylko, że katolik ortodoks tego nie pojmie, bo on jest tak tępy w swojej wyobraźni, że nie jest w stanie istnieć bez fikcyjnego absolutu, który nota bene – sam sobie wymyślił. A dalej tak: „Ateizm stanowi akt wolnego odrzucenia moralności i jej wymogów. Jest wojowniczy, polityczny, agitujący i komunistyczny” (sic!) Klasyczny przykład zrzucania na ideologicznego przeciwnika własnych grzechów i przewinień, ale również, niekoniecznie skrywanych ciągot do podporządkowania sobie wszystkich i wszystkiego. Nie brakuje też odniesień do seksualności, gdyż bez niej teizm traci na swej barwności i ostrości: „Rozpustnicy [a każdy ateista to podobno rozpustnik – dopisek mój] negują Boga, gdyż Jego wszechwiedza oznacza, że ich zachowanie obserwuje Ten, który nie może takich czynów pochwalać. Dopóki takie jednostki nie porzucą swojej egotycznej zwierzęcości, muszą upierać się przy ateizmie, ponieważ tylko ateista potrafi wyobrazić sobie, że nikt na niego nie patrzy”. To już nie jest moralitet, to jest skrajna schizofrenia połączona z obsesyjnością w jej najbardziej drastycznym wariancie. Bóg, jako spaczony podglądacz miłosnych igraszek – tego to nawet sam diabeł by nie wymyślił.

  W kolejnym eseju też można znaleźć prawdziwe perełki: „Człowiek, który „żyje jakby Bóg nie istniał” otrzymuje substytut wiary, otrzymuje zatem iluzję. To bardzo niebezpieczne zjawisko, i z psychologicznego punktu widzenia, i egzystencjalnego”. Pełna zgoda, ktoś kto żyje iluzją może mieć poważne problemy natury psychologicznej lub egzystencjonalnej. Problem w tym, że wbrew życzeniu autora tej światłej myśli, to nie ateizm żyje iluzją, to teizm krzewi iluzję w jej pełnym, baśniowo-mitologicznym wariancie. I dalej już bezpośredni atak na naukę odartą z teizmu: „(...) w pewnym sensie [obiektywna nauka – dopisek mój] może być konsekwencją błędu metodologicznego i redukcjonizmu poznawczego. Przyrodnik, jeśli definiuje poznanie i doświadczenie wyłącznie do sfery empirycznej i scjentystycznej, popełnia błąd metodologiczny. Grzeszy pychą. Jedno i drugie, trochę go dyskwalifikuje jako naukowca” (sic!) Ta karkołomna a światła myśl opiera się nomen omen, na nieempirycznym założeniu, że nauka bez Boga, to tylko pseudo-nauka i taką a priori można, a wręcz trzeba ignorować. I wreszcie to: „Często fałszywie zarzuca się Kościołowi, że jest symbolem „ciemnogrodu”, ponieważ rzekomo odrzuca prawie wszystkie odkrycia i dokonania naukowe. Kościół spogląda na te dokonania w podwójnej i spójnej, można powiedzieć holistycznej perspektywie – Boga i człowieka. Jeśli jakieś odkrycie próbuje konfrontować swoje wyniki z Bogiem, ogłaszając Jego „śmierć”, to nie trzeba się domyślać, że Kościół musi podejść krytycznie do tych badań”. Mam w tym miejscu klasycznie mieszane odczucia, gdyż według mojej wiedzy nauka nie tylko nie zajmuje się istotą bytu Boga, ale również, i to na pewno – nie ma na celu uśmiercenie Boga. Prezentowany przez autora pogląd wynika z panicznego przerażenia, kiedy to nauka, tak zupełnie mimochodem odbiera temu Bogu tajemnice wszechświata. 

  Już na koniec jeszcze jedna światła myśl natchnionych ortodoksów: „Ateiści sprawiają wrażenie, jakby myśleli, że ludzie, którzy są pewni istnienia osobowego Boga, uwierzyli w Stwórcę np. drogą losowania, a nie w oparciu o doświadczenie niezwykłości własnego człowieczeństwa, którego nie da się racjonalnie wytłumaczyć, jako wytworu nieosobowej i nieświadomej siebie materii. Wiara ateistów w to, że człowiek wymyślił Boga, jest równie irracjonalna jak wiara w to, że człowiek wymyślił samego siebie, albo jak wiara w to, że mężczyzna wymyślił kobietę”. I znów mamy do czynienia z przykładem pobożnego życzenia, które ma deprecjonować ateizm. Po pierwsze, ów „wytwór nieosobowej i nieświadomej siebie materii” jest bardziej racjonalny niż się to autorowi wydaje, co nie znaczy, że do końca udowodniony. I o ile można przypuszczać, że w końcu znajdą się na to dowody, o tyle dowodów na istnienie Boga nie poznamy nigdy. Po drugie, owo „doświadczenie niezwykłości własnego człowieczeństwa”, jest tylko przejawem niezrozumiałej pychy i zarozumiałości, opartej li tylko na domniemaniu, tym ciekawszym, że podobno podarowanym nam przez Boga. Po trzecie, nie znam żadnego ateisty, który by twierdził, że „człowiek wymyślił sam siebie” albo, że „mężczyzna wymyślił sobie kobietę”. Za to jestem przekonany w stu procentach, że to właśnie wymysł pasterzy owiec i kóz sprzed kilku tysięcy lat. Tym stwierdzeniom brak logiki, ale skoro tak to widzi autor, dowodzi tym, że u niego logika, to jeszcze bardziej czarna magia, niż wiara w niematerialną a sprawczą Istotę.

 

Przypisy:
- całość można pobrać tu: https://www.pch24.pl/ateizm--autostrada-w-przepasc---najnowszy-numer-pch24-co-tydzien-poswiecony-problemowi-niewiary,78251,i.html

 

niedziela, 23 grudnia 2018

Ki diabeł tkwi we mnie?


  Miałem pisać o okołoświątecznej atmosferze, od której zbiera mi się na wymioty, o Kevinie samym w domu, który niby zmora, raz do roku wyłania się z ekranu telewizora, czy wreszcie o kolędzie „Jezu malusieńki” w wykonaniu sióstr Godlewskich, absolutny hit tegorocznych świąt Bożego Narodzenia (można znaleźć na YouTube). Notka była gotowa, już nawet zaordynowana na blogu Zrzędy, kiedy niespodziewanie naszła mnie zupełnie inna refleksja. Ki diabeł?

  Zastanawiam się właśnie nad tym, co skłania mnie do tego, że tak często zaglądam na portale katolickie, czy jeszcze do niedawana, do lektury książek autorów katolickich (już lada dzień do książek wrócę). Za zmianą światopoglądu nie tęsknię, nawet się na to nie zanosi, na łono Kościoła wrócić nie mam najmniejszego zamiaru, bo jeśli już, wybieram się najwyżej na łono Abrahama. Pesel mi się strasznie zestarzał. Mógłby ktoś pomyśleć, że szukam zwady, gdyż te katolickie teksty poddaję ostrej krytyce, ale choć może jest w tym odrobina prawdy, nie o to mi chodzi. Bardziej szukam ostrej krytyki tego mojego światopoglądu, która nomen omen umacnia mnie „w wierze” (nie mylić z wiarą w ateizm), że wybrałem słusznie. Bardziej adekwatnym byłoby nadanie mi cech masochisty, który dręczy się tekstami, niejednokrotnie tak durnymi, że głowa boli. Jeśli przyjąć, że znajduję jeden taki tekst, obśmiewający ateizm, raz na dzień, to wychodzi trzydzieści tekstów na miesiąc (sic!) A jednak, ten mój masochizm ma się nijak do męki (nie mylić z Pańską) katolickich publicystów, którzy nieświadomi własnej hipokryzji, szukają przysłowiowego źdźbła trawy w oku ateistów, by mieć powód powiedzieć światu: Patrzcie jaka nędza! Trzeba się przed nimi bronić!

  GUS opublikował dane na temat wiary w Polsce. Niespełna trzy procent ateistów śmiertelnie zagraża naszemu, polskiemu Kościołowi!!! Koń by się uśmiał, tym bardziej, że tenże Kościół ma dziś wszystkie narzędzia, aby kształtować umysły moich rodaków. No, może poza kilkoma mediami, które próbuje się na wszystkie sposoby ubezwłasnowolnić, na szczęście jeszcze nieskutecznie. Ale ja nie o tej wojnie na śmierć i życie, wojnie już chyba przez Kościół przegranej, skoro jeden z katolickich portali umieszcza taki tytuł: „Ostatnia wyspa prawdziwej wiary katolickiej” i ma na myśli Polskę. Ale spokojnie, to nie będzie klęska jak pod Stalingradem. Ateiści to z reguły ludzie tolerancyjni, no, może poza ateistycznymi feministkami. Kościół będzie zawsze istniał, chyba że sam się unicestwi. Mnie bardziej zależy na próbie zrozumienia, co takiego w tym Kościele się porobiło, że On nienawidzi innych – każdych innych, nie tylko ateistów. Dlaczego, zamiast próbować zapoznać się i zrozumieć postawy tych innych, tworzy i propaguje fałszywe mity, by z tych innych uczynić wrogów nie tylko Kościoła i wiernych, ale nawet samego Jezusa? Gdy ja znajduję tekst, że ateista nienawidzi Boga, szczególnie zaś Jezusa, to ja mam absolutną pewność, że pisze nawiedzony oszołom, który nic o ateizmie nie wie. Nic, poza tym, co usłyszy od hierarchy, czy nawiedzonego kaznodziei, który wmawia owieczkom, że żyją w oblężonej twierdzy. A takich jest niestety, zdecydowana większość. W absolutne zdumienie wprawia mnie tekst typu: ateista odrzucił Boga, Jezusa Chrystusa. Jak on mógł tak potraktować naszego Boga?!

  Tymczasem, niejako dla kontrastu, czytam u ks. Bonieckiego, który dzieli spowiadających się wiernych (to trzon polskiego katolicyzmu) na trzy grupy: „Pierwsza to recytatorzy, którzy przez całe życie wyznają w konfesjonale: szczypię, kopię, pluję, drapię, więcej grzechów nie pamiętam. Druga grupa to ci, którzy tylko wpadają do konfesjonału - przed ślubem, chrztem dziecka, pogrzebem babci. Wreszcie grupa trzecia - formaliści, którzy biegną do spowiedzi, gdy np. spadnie im na nogę odważnik, więc krzykną: „O k...!”1. Sam nie wiem jak jest naprawdę, bo ani ze mnie spowiednik, ani spowiadający się, choć przyznam szczerze, jak na spowiedzi, chyba należałem do pierwszej grupy, szczególnie z tym „więcej grzechów nie pamiętam”. Skoro jestem przy ks. Bonieckim, oddaję prawdzie, jest w tym Kościele wielu publicystów, których da się czytać bez podwyższonego ciśnienia. Moim ulubieńcem jest ks. T. Halik, czeski kaznodzieja, który w młodości zaznawszy ateizmu, wie o czym pisze. Dziś ateizmu nie podziela, ale nie widzi w nim wroga, raczej nurt, który zmusza do prawdziwego, odartego z bajek, cudów i rytualnych obrzędów, myślenia o Bogu.

  I znów zdobędę się na szczerość. Gdyby zdecydowaną większość stanowili tacy kapłani jak Tischner, Boniecki, Halik, moje pisanie Kościół z dużej litery wynikałoby zdecydowanie bardziej z szacunku, niż z prawideł gramatyki. Tymczasem dziś, po lekturze takich autorów jak Zatwardnicki, Wolak, Terlikowski i im podobni, te proporcje są odwrotne, liczy się tylko gramatyka. Jest gorzej. Po ich tekstach mam wrażenie, ze Kościół jest dziś bożkiem, by nie pisać - cielcem. Na potwierdzenie tego wniosku przytoczę słowa abp. Gądeckiego, mające być skierowane do ofiary księdza pedofila, co jest ważne, jeśli chodzi o kontekst: Świat się nie kończy na grzechu, jest coś ważniejszego aniżeli grzech, istnieje odkupienie i przebaczenie, i możliwość tego, co nazywamy cierpieniem za kogoś innego. Kościół potrzebuje też cierpienia za swoją egzystencję2. I te zdumiewające słowa niech posłużą za puentę.



Przypisy:
1 – „Boniecki. Rozmowy o życiu”, ks. Adam Boniecki, Anna Goc;
2 – https://oko.press/nocna-akcja-w-warszawie-na-przystankach-zawisly-plakaty-stop-koscielnej-pedofilii-zobacz-film/



czwartek, 8 listopada 2018

Ateizm – ideologia ludobójstwa


  I znów komuś przeszkadza ateizm. Mój blogowy oponent zwrócił mi uwagę na pewien artykuł, pewnie po to, aby mi udowodnić, jak bardzo jest miałki ten mój światopogląd, oraz jaką zbrodniczą ideologię sobie wybrałem. Rzekłbym: nie pierwszyzna, tym bardziej, że dość powszechna w szeregach wierzących ze wskazaniem na chrześcijaństwo. Ów artykuł ukazał się na portalu Pch24.pl, i jest zatytułowany „Ateizm, czyli urojona wizja człowieka”1, ks. Marka Dziewieckiego, o którym piszę w poprzedniej notce. Trudno się odnieść do całości od razu, bo musiałbym opublikować elaborat nie do strawienia jak na notkę na blogu. Będą dwie lub trzy, każda w innym temacie. Dziś – tak jak w tytule.

  Ks. Dziewiecki pisze: „Ateiści nie reagują na najbardziej nawet oczywiste argumenty, które wykazują irracjonalność przyjętego przez nich systemu przekonań (...) Każdy z ateistów jest kopią innego ateisty. (...) Wygląda na to, że o ludobójstwach dokonanych przez ateistów wiedzą wszyscy poza… ateistami. Żaden ze spotkanych przeze mnie ateistów nie powiedział, że przeprasza za zbrodnie dokonane przez systemy ateistyczne i że on sam próbuje wyciągać wnioski z najnowszej choćby historii1.

  Jeśli mowa o irracjonalności, to trudno o bardziej irracjonalną postawę niż wiara w byty niematerialne a sprawcze, o których się twierdzi, że poznać ich nie można, gdyż stoją zdecydowanie wyżej niż my, ale jednocześnie wierni, pełni niezachwianej pewności, dokładnie wiedzą, czego one od nas oczekują, nie mając z nimi żadnego kontaktu, poza wyimaginowanym.  Tak jest dokładnie z Bogiem chrześcijańskim. Odłóżmy jednak Boga na bok i przypatrzmy się ateizmowi w odniesieniu do religii. Tu albo ks. Dziewiecki jest ignorantem, ale celowo kłamie. Innej alternatywy nie ma. Ateizm nie posiada  żadnego systemu przekonań – ogranicza się tylko do jednego przekonania: nie ma bytów niematerialnych a sprawczych. Do tego trzeba koniecznie dodać, ze ateiści w swych pozostałych poglądach na świat są zdecydowanie bardziej zróżnicowani od wierzących, bo też nikt nikomu jakichś spójnych poglądów nie narzuca. Inaczej jest w religiach, tam nie tyle wszyscy myślą tymi samymi kategoriami, ile jest to wręcz nakazane. Poprzez indoktrynację od przedszkola do samej śmieci, drukuje się mózgi według jednej sztancy, choć czasami zdarzają się błędy w kopiach tych sztanc, stąd tyle odłamów chrześcijaństwa.

  W odróżnieniu od ks. Dziewieckiego, który w religii widzi tylko miłość, i tylko Bożą, ja mam świadomość tego, czego dokonał komunizm. Piszę komunizm, a nie ateizm z pełna premedytacją. Faktem jest, że komunizm opierał się na ateizmie w sensie negacji istnienia bogów, tyle, że jest drobny, ale istotny szczegół. Komunizm tworzył się na modelu religii, w którą wprzągł  ateizm, co w samo w sobie jest jakby herezją ateizmu. Przypomnę definicję herezji, aby sprawa była jasna: herezja to doktryna religijna odrzucana przez Kościoła jako błędna. Innymi słowy, komunizm jest całkowicie błędny w stosunku do ateizmu. Twierdzić, że komunizm jest ideologią ateizmu, to tak jak zarzucić chrześcijaństwu satanizm. Nawiasem mówiąc byłoby w tym drugim przypadku więcej prawdy niż w pierwszym. Jeśli jakąś ideologię cechuje powstawanie niezliczonych ilości herezji, nie bójmy się słów i faktów, bez wątpienia należy do niej ideologia chrześcijańska. W tej materii można śmiało rzec, że przy tej religii komunizm to mały pikuś. Oczywiście nie w kategorii skutków, bo byłbym hipokrytą, bo sam bym zakłamywał rzeczywistość, gdybym twierdził, że skala zbrodni komunizmu nic nie znaczy. Choć na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę czasokres trwania ludobójstwa komunizmu (dokładnie jeden wiek), a czasokres trwania krwawej ekspansji chrześcijaństwa (około dziesięć wieków), jeśli wziąć pod uwagę metody i możliwości „techniczne” zabijania innych i swoich – ta różnica wcale nie jest taka oczywista.

  Napisałem, że komunizm uczynił z ateizmu religię, co za moment wyłuszczę, i dlatego śmiem twierdzić, że to religie w sensie instytucjonalnym, a nie przekonanie o nieistnieniu bogów, są przyczyną wynaturzeń ludzkości, w tym najgorszych z możliwych, ludobójstwo  Komunizm nie tyle zabijał za wiarę ile za sprzeciw wobec tej ideologii, paradoksalnie nawet jej twórców. Aby potwierdzić religijność komunizmu posłużę się bardzo prostymi analogiami:

- papież – I sekretarz partii. Najbardziej znany to Stalin, którego tak czczono, jak Polacy czcili Jana Pawła II;
- Święte Oficjum kardynalskie – Komitet Centralny partii;
- Sobory – zjazdy partii pod przewodnictwem Komitetu Centralnego;
- kapłani – komisarze ludowi;
- święci – bohaterowie ZSRR, nie sposób ich wszystkich wymienić tak jak w Kościele katolickim;
- Święte Księgi – dzieła Marksa i Engels jako Biblia, dzieła Lenina jako Katechizm;
- główne święta – 1 maja (odpowiednik Bożego Narodzenia), rocznica Rewolucji Październikowej (odpowiednik Wielkanocy);
- Msza święta – zebrania partyjne;
- procesje i pielgrzymki – marsze, wiece i defilady;
- Spowiedź święta – zeznania przed funkcjonariuszami NKWD;
- ewangelizacja i misjonarstwo – emisariusze z hasłem: „proletariusze wszystkich krajów – łączcie się”;
- modlitwa – nawet prawosławne babcie do dziś się modlą za Stalina i Rosję sowiecką;
- pierwszy modlitewnik – książeczka partyjna;
- nauka religii młodzieży – Komsomoły;
- komunista (uczestnik I Komunii Świętej spożywający pierwszy raz Komunikat) – komunista (pierwsza w życiu setka spirytusu zakąszanego ogórkiem);
- pieśni religijne – tyle ich było, że już nie ośmielę się wymienić;
- jeśli jakieś podobieństwo pominąłem, można dodać...
Jasno widać wyraźne podobieństwa komunizmu do religii chrześcijańskiej w sferze organizacyjno-rytualnej. Jeśli do tego dodać to samo dążenie do opanowania świata...

  Teraz mam retoryczne pytania do ks. Dziewieckiego i jemu podobnych: czy Kościół katolicki kiedykolwiek przepraszał za herezje powstałe w łonie tego Kościoła, i czy kiedykolwiek wyciągnął w związku z nimi jakiekolwiek wnioski? Bo dziś prawdziwy ateizm odżegnuje się nie tylko od komunizmu, ale od wszelkich prób tworzenia z niego religii. Tymczasem nad Kościołem wisi widmo kolejnego rozłamu. Owszem, powstają jakieś tam stowarzyszenia  o charakterze ateistycznym, gdyż ludzie zawsze mają pragnienia stanowić jakąś grupę o wspólnych poglądach na jakąś sprawę. Te grupy jednak nie mają charakteru obowiązkowego, ogólnego, czy narzuconego odgórnie. Ich istnienie jest daleko różne od wszystkich stowarzyszeń chrześcijańskich, i jeszcze bardziej dalekie od prowadzenia działalności ewangelizacyjno-ateistycznej. Jeszcze jedno różni ateizm od religii. Pierwszy optuje za neutralnością światopoglądową, nie wykluczając prawa istnienia innych, religia katolicka ma tendencję do przymuszenia wszystkich do swego światopoglądu, a jeśli to niemożliwe, posługuje się kłamliwą deprecjacją innowierców i niewierzących.


Przypisy:
1 - https://www.pch24.pl/ateizm--czyli-urojona-wizja-czlowieka,13259,i.html