Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzietność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzietność. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2020

Bomba demograficzna


  Niejako przy okazji postaci Kamila Kisiela (patrz poprzednia notka), trafiłem na jeszcze większego oszołoma, a nawet dwóch. Jeden jest autorem artykułu na portalu Konserwatyzm.pl, drugi niejako bohaterem tego artykułu. I prawdę mówiąc nie wiem, który jest bardziej porąbany? Tym razem nie przypiszę tej treści głównemu nurtowi konserwatyzmu, bo jakem ateista, nie wierzę, żeby konserwatyzm rodził aż takie głupoty. Proszę więc traktować tę notkę w kategoriach ciekawostek przyrodniczych w wersji kabaretowej, tej na miarę Pietrzaka.

  Problem jest jednak poważny, dotyczy bowiem spadku rozrodczości, czy jak kto woli niedostatku rodzących się dzieci. Bądźmy szczerzy, jak na liberałów przystało – program 500 plus nie spełnił, i nigdy nie spełni swego podstawowego zadania, czyli nie namnoży nam kochanej dziatwy, za którą tak tęsknimy z racji czekającej niektórych emerytury. Średnie pokolenie może się doczekać katastrofalnego załamania systemu emerytalnego. Jest wprawdzie proste wyjście, otworzyć granice dla muzułmanów, którzy mogliby pracować na te emerytury, ale jak twierdzą konserwatyści, jest to najgorsze rozwiązanie z możliwych. Nie będziemy wpuszczać do naszego kraju roznosicieli zarazków (to chyba Kaczyński tak mówił), mamy dość problemów z koronawirusem, który dostaliśmy w prezencie od Chińczyków tranzytem przez Niemcy.

  Przejdźmy do rzeczy, czyli do sposobów zapobieżenia demograficznej bomby, jaką jest wyludnienie i zmniejszenie populacji narodu wybranego, czyli Polaków. Będzie dużo cytatów, ale dalibóg, sam bym tego nie wymyślił. Wybiorę tylko te najbardziej przaśne pomysły, reszta jest do poczytania we wskazanym w przypisach linku. Okazuje się, że nie ma nic gorszego jak liberalne pomysły na poprawę standardu życia. Ów standard życia wręcz obniża dzietność, co potwierdzają przykłady państw zgniłego Zachodu: „Nie da się ukryć, że szkodliwe działania rządu izraelskiego i amerykańskiego, które promują rozwiązłość, życie na kocią łapę i indywidualizm wbiły się klinem w tradycyjny system wartości ludów europejskich”. Dlaczego akurat tych państw, tego nie pojmuję, ale co ja się tam znam. Jest recepta: „być może jedyną drogą dla pobudzenia rozrodczości jest rzucenie narodu na szerokie wody biedy”. To widać po najbiedniejszych krajach świata, jak Bangladesz, Indie, Nigeria, Mali, a od siebie dodam jeszcze Etiopię. Tam się rodzi tyle dzieci, że tylko pozazdrościć.

  Dalej jest równie ciekawie: „Bieda jest ostatnią nadzieją. Kult pieniądza i wygodnego życia należy zastąpić siermiężnym ubóstwem, które zmusi lud do wspólnego działania i odbuduje siłę tradycyjnej instytucji rodziny”. Mało? Sprawa jest bowiem trudna, bo: „Jak nagle odkleić tych ludzi od samorealizacji, kultury, kina, muzyki, spotykania się ze znajomymi w knajpach i klubach, edukacji wyższej i tysiąca innych zbędnych czynności, które odciągają ich uwagę od jedynej słusznej – rodzenia dzieci?”. Słuszna diagnoza i nawet nie odkrywcza, ale na to jest sposób: „Najpierw należy pozbyć się barier mechanicznych. Są nimi oczywiście środki antykoncepcyjne i prezerwatywy. Każdy stosunek seksualny powinien być obarczony jak najwyższym ryzykiem poczęcia dziecka. Wszelkie środki zmniejszające prawdopodobieństwo narodzin powinny zostać natychmiast zabronione, a korzystanie z nich obarczone karą grzywny, a nawet krótkiego aresztu” (sic!) Jakby na to nie patrzeć, pomysł wcale nie jest innowacyjny. Zakaz aborcji i antykoncepcji propaguje Kościół, zaś karanie było pomysłem konserwatywnej organizacji Ordo Iuris.

  To jednak nie wszystko: „Edukacja to kolejny ważny problem. (...) walka z analfabetyzmem była motorem napędowym lewicowej, postępowej ideologii, która pragnie burzyć stary porządek i w jego miejsce wprowadzać nowe ideologiczne tropy tworzące podatny grunt dla wprowadzenia dalszych zabiegów charakterystycznych dla kulturowego marksizmu. Szkoła musi kreować etos mężczyzny-płodziciela, patrona ogniska domowego, którego lędźwia są zawsze gotowe powołać na świat kolejnego patriotę”. Innymi słowy koniec z dotychczasową edukacją. Wiedza, oświata są nam zbędne, wręcz stają się przeszkodą. Dalej: „Należy wprowadzić prawo, które zabroni wpuszczania do lokali gastronomicznych, kin i innych przybytków rozrywkowych osób bezdzietnych po 21 roku życia. W ten sposób pozbywamy się zakłóceń stojących na drodze prokreacji”. Kolejny pomysł: „W obrębie miast prym wieść musi prosty brutalizm: kanciaste, betonowe bloki i falowce. Wszystkie mieszkania muszą być takie same, tzw. “kawalerkę” , wymysł zachodniego liberalizmu, należy wybić z głów inżynierów i dekoratorów wnętrz. Kawalerka jest wylęgarnia występku; tutaj dochodzi do bezwiednego spojenia mężczyzny i kobiety w cielesnym akcie kopulacji, który jest bezcelowy i pozbawiony kluczowego elementu jakim jest dążenie do spłodzenia potomstwa”. I jeszcze to: „Telewizory, radia, a nawet obrazy – które mogą być błędnie zinterpretowane podczas nieobecności mężczyzny-płodziciela – powinny być stanowczo odrzucane jako narzędzia niebezpieczne i wrogie idei powszechnej prokreacji”.

  Kochanowski pisał: „Wsi spokojna, wsi wesoła (...)” i o tym należy natychmiast zapomnieć: „Dla mieszkańców wsi przewidywany jest szeroki program demodernizacyjny, w którego pakiet wchodzić będzie całkowita likwidacja elektryczności i nowoczesnych materiałów budowlanych. Należy powrócić do starych, sprawdzonych metod – brudnego, lubieżnego stosunku na stogu siana w drewnianej oborze, albo świniarni, gdzie dzika żądza małżonków rozbudzana jest przez subtelną woń gnojowicy”. I na koniec, coś co faktycznie biedę wywoła: „Aby wesprzeć rodzinę w dziele wielkiej prokreacji należy wprowadzić pełną reglamentację żywności opartą na systemie kartkowym. Do spożycia dostępne winny być jedynie produkty pierwszej potrzeby, takie jak kasza, mleko, ryż, chleb, mąka, woda, skrawki mięsa. Produkty takie jak wędliny, kiełbasy czy słodycze powinny zostać uznane za dobra veblenowskie i sprzedawane być jedynie za dewizy, które poszczególne rodziny mogą otrzymywać np. za wzorową płodność”.

  Mam nadzieję, że Was, moi drodzy Czytelnicy rozbawiłem w tym ciężkim czasie pandemii, choć z drugiej strony... Jeśli się tak dobrze zastanowić, czyż nie do tego zmierza konserwatyzm swoim populizmem? Krach rozdawnictwa nagle okazał się całkiem realny. Giełdy pikują w dół, inflacja rośnie w górę, zadłużenie kraju szybuje już niemal w stratosferze. Bieda się zbliża. Dogonimy ten Bangladesz i inne dzietne kraje.




piątek, 24 marca 2017

Na pohybel ateistom



  Dawno nic nie pisałem o Frondzie.pl, i aż mi głupio, i tęskno, bo to fajny portal jest. Ostatnio za dużo politykuje, ale na szczęście innych perełek nie brakuje. Najczęściej dotyczą zbliżającego się końca świata, działań diabłów wszelkiej maści, ale o tym to ja już pisałem, więc tematyka jakby zajeżdżała nieświeżością. I oto jest! Coś, co przynajmniej mnie, powinno napawać prawdziwym przerażeniem.

  Okazuje się, i to znów za sprawą amerykańskich naukowców, specjalizujących się w psychologii ewolucyjnej, że ateiści wnet wymrą*. Dodałbym od siebie – ku chwale Pana! Badania na szeroką skalę, bo obejmujące cztery tysiące studentów w Stanach Zjednoczonych i Malezji udowodniły ponad wszelką wątpliwość, że im kto bardziej wierzący... tym ma więcej dzieci! Trochę mnie dziwi, że wierzący studenci mają dzieci dużo, ale kto ich tam wie? Nie będę wnikał. Zdaniem tychże naukowców liczba osób wierzących stale będzie rosnąć, niewierzących – maleć. A wszystko przez to, że ci niewierzący coraz chętniej korzystają z antykoncepcji. Prognozy wskazują, że za dwadzieścia parę lat populacja osób niewierzących zmniejszy się z szesnastu procent do trzynastu (sic!)

  Właściwie trudno byłoby się z taką hipotezą nie zgodzić, gdyby nie pewien drobny szczegół. Bo wśród tych wierzących, mimo kategorycznego zakazu Kościołów, antykoncepcja też jest dość powszechnie stosowana. Tak nawet sobie myślę, że biorąc pod uwagę nasz, jakże katolicki kraj, kobiety równie chętnie korzystają z „dobrodziejstw” aborcji (zdecydowanie bardziej potępianej), i może być jeszcze gorzej. I nie mam tu na myśli tylko aborcji legalnych. Jest gorzej, dużo gorzej! Nieoficjalne dane z naszego kraju mówią o 20-25 procentach kobiet, które poddały się aborcji. A już oficjalne statystyki podają, że niewierzących jest tylko trzy procent, w tym większość mężczyzn. Można mieć zastrzeżenie, czy osoby korzystające z antykoncepcji i aborcji to jeszcze wierni, ale tego amerykańscy uczeni na razie nie rozstrzygają. A według mnie powinni, bo nasi hierarchowie wciąż upierają się przy liczbie 90 procent katolików, kiedy regularnie do kościoła chodzi tylko 40. I nie do końca wiadomo, czy do miana wierzącego wystarcza akt chrztu, czy konieczna jest praktyka? Cóż, sam należę do tych kato-niewiadomo. Aktowi apostazji się nie poddałem, więc Kościół wciąż ma mnie za wierzącego katolika. Ale nawet gdybym się jej poddał, i tak katolikiem w ich ujęciu będę, bo sakramentu chrztu nie da się podobno wymazać. W takim układzie strasznie się to pogmatwało. Skoro bowiem już nie spłodzę potomków (ze względu na brak potencjalnych kandydatek do bycia matką moich dzieci, a nie z powodu antykoncepcji) to ja nie wiem, czy pomniejszam ilość ateistów, czy wierzących?

  Jest jeszcze jeden problem, który mnie wprawdzie ani ziębi, ani parzy, a tylko ciekawi. Skąd wciąż rosnąca liczba niewierzących a malejąca tych wierzących? Bo badania (amerykańskich uczonych) badaniami, praktyka jakby im przeczy. Mam niejasne przeczucie, że oni badali muzułmanów, a nie chrześcijan, co sugeruje fakt, że część badań przeprowadzili w Malezji, w której przewagę, i to zdecydowaną, mają właśnie muzułmanie. Tym samym Fronda.pl powinna się jednakowo martwić malejącą populacją niewierzących jak i... wierzących chrześcijan. Tych drugich ubywa bowiem jakby więcej, gdzieś wyczytałem, że około jednego procenta na rok w skali całego świata chrześcijańskiego.  W tym tempie, w tym 2050 roku może się okazać, że będzie mniej wierzących niż niewierzących, choć pewnie zaleją nas muzułmanie (też wierzący, ale niewłaściwie), a których stale przybywa, nad czym Fronda też strasznie ubolewa i czym nieustannie straszy.

  Wniosek jaki mi się nasuwa jest dość prozaiczny. Chrześcijanie powinni się zastanowić, kto im bardziej zagraża: ateiści czy muzułmanie? Jeśli ci drudzy, których jest zdecydowanie więcej, należałoby zacząć dbać o ateistów, których jest zdecydowanie mniej, aby wspólnie dać odpór tej znienawidzonej religii zalewającej nasz kontynent. Jak? Może na przykład 500 plus dla deklarujących ateizm? W końcu, jak zaznaczyłem, nie ma nas tak dużo. Mam na myśli pięćset euro... bo złotówka już jakby niepewna przez rosnącą inflację, choć jako emeryt, ostatecznie złotówkami też nie pogardzę. Nie jestem pazerny. Podobno biologicznie jeszcze mogę..., tym bardziej, że mnie obojętnie czy ona jest ateistką, czy chrześcijanką, liczy się wszak wspólna idea walki z islamem, do której chętnie, za sprawą gloryfikacji pieniężnej, się przyłączę.


środa, 10 lutego 2016

Samobój egoisty



  Uwierzcie mi moi drodzy Czytelnicy, chciałem poważnie o poważnym problemie. Ten problem to malejąca dzietność w Europie, co gorsza, w Polsce również. Jak zwykle, przygotowując materiał, na którym mógłbym się oprzeć, przeczesuję net. Najłatwiej. I natknąłem się na artykuł-wywiad  z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem pod znamiennym tytułem „Spójrzmy prawdzie w oczy. Dzieci jest mało, bo jesteśmy egoistami.” Już w tym momencie pomyślałem, że będzie trudno. Trudno o powagę. Przez owo „jesteśmy”. Czyżby ks. prof. miał na myśli kler?

  Ale nie, nie o to ks. prof. chodziło. Mówiąc „jesteśmy” miał na myśli Polaków i Europejczyków z wyłączeniem kleru. Ks. prof. nie będzie przecież kalał swojego gniazda, jemu łatwiej przychodzi ganić wiernych i niewiernych. I on widzi przyczyny narastania tego problemu. Główną jest wielokulturowość. Według ks. prof. to multikulti chce nas zmusić do mieszkania w jednym lokalu z jedną kuchnią i jedną łazienką z obcą kulturowo i wyznaniowo rodziną, np. rdzenną rodzinę niemiecką i równie rdzenną muzułmańską. W tym miejscu zapytam, czy to tak ładnie jest kłamać? W dodatku kapłanowi? Jak na ironię, we wcześniej czytanym artykule pani M. Terlikowska pisała coś o wielokrotnie powtarzanym kłamstwie, które staje się prawdą. Bo ja wiele czytam, ale o takim pomyśle słyszę po raz pierwszy. Drugim problemem ma być ignorowanie wiary i religii. I znów mi coś w tej tezie nie pasuje. Polska to kraj katolicki wszak. Najbardziej katolicki na tym kontynencie. Nawet jeśli nie do końca to prawda, tych prawdziwych katolików jest blisko pięćdziesiąt procent. I o zgrozo, ten kraj ma najniższy wskaźnik dzietności już nie tyle w Europie ale i na świecie. Skłamałbym, a to nieładnie. Nie najniższy, ale trzeci od końca.

  Jest też problem egocentryzmu i fałszywego wychowania. Tu mnie znów ścięło, bo przecież religię mamy w szkołach i podobno uczęszcza na nią osiemdziesiąt procent uczniów z dużym okładem. Wszelkie sposoby indoktrynacji możliwe do realizacji. Racja, za to wychowanie i ten egocentryzm odpowiadają rodzice, nie katecheta ani tym bardziej cały kler. Tylko, jak wspomniałem wcześniej, ci rodzice to przecież w zdecydowanej większości katolicy. Jest jednak i tu wytłumaczenie – konsumpcjonizm. Jak wspomina ks. prof. jego dziadek miał trzynaścioro dzieci w mieszkaniu z jedną izbą i kuchnią. To luksusy i pogoń za nimi powodują, że nie chcemy mieć dzieci. W tym miejscu pomyślałem, że koniecznie trzeba wystosować apel do władz PiS, aby odwieść ich od programów rodzina 500 plus, mieszkanie dla każdej rodziny i wzrost płacy minimalnej. To się dzietności nie przysłuży bo generuje te luksusy. Dalej jest o gender, bo dziś matka to nie matka, ojciec to nie ojciec. Nie ma wyraźnego podziału ról, a powinien być. Tu mi się przypomniało jak jeden z biskupów grzmiał, że chłopcy sprzątają po sobie, co ewidentnie ten podział ról burzy.

  Ja bym jeszcze w jakimś ograniczonym stopniu z ks. prof. się zgodził, gdyby nie ten paskudny tytuł artykułu i teza o egoizmie. Z niego wynika, że kto nie ma dzieci, albo nawet ma, ale mniej niż troje, to jest wstrętnym egoistą. Pomijam już fakt kim są kapłani, zakonnicy i siostry zakonne, którzy to wybrali wygodne, choć podobno pełne wyrzeczeń życie singli. Ale ze znanych mi osób najbardziej chyba oberwało się Bogu ducha winnym: J. Kaczyńskiemu, pani K. Pawłowicz i jeszcze kilku prominentów PiS-u by się znalazło. Naszły mnie jeszcze inne, już bardziej smutne refleksje. Czy można nazwać egoistami tych, co chcieliby mieć dzieci a nie mogą? Czy można nazwać egoistami, tych, którzy świadomie ograniczyli się do jednego dziecka, czy dwoje, bo wiedzą, że doświadczą (dzieci) biedy i upokorzeń z nią związanych? Jeśli tak, to śmiało dodam, że egoistami są również ci, którzy mają pożądany model dwa plus trzy i więcej. Bo oni to robią w imię swojej osobistej zachcianki, a nie z pobudek patriotycznych, nie dla dobra ojczyzny, czy jeszcze bardziej enigmatycznie – dla dobra chrześcijańskiej Europy. Egoistami jest też kler, bo owo zatroskanie z powodu malejącej populacji Europejczyków wynika przede wszystkim z obawy, że religia chrześcijańska jeśli nawet nie zaniknie, to pozostałe staną się jej równorzędne. A wtedy trzeba będzie się stać tolerancyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu albo...,  iść na otwartą wojnę o rząd dusz. Zgroza!
 
Na podstawie artykułu:
http://www.fronda.pl/a/ks-skrzypczak-dla-frondy-spojrzmy-prawdzie-w-oczy-dzieci-jest-malo-bo-jestesmy-egoistami,65544.html


piątek, 22 stycznia 2016

Narodowa prokreacja



  Troska, z jaką nasz obecny rząd pochyla się nad obniżeniem się dzietności, budzi mój niekłamany podziw. Wprawdzie nie mam zielonego pojęcia jak ta większa dzietność ma się w najbliższym czasie przyczynić do wzrostu gospodarczego, ale czy ja muszę wszystko wiedzieć? Za to rozumiem, te dalekosiężne plany mają zapobiec unicestwieniu naszego narodu, szczególnie tego, który będzie głosował na PiS.

  Ostatnio skrytykowałem sztandarowy pomysł „Rodzina 500+”. Ten skrót jest dla mnie dziwnie sarkastyczny, bo jak słusznie zauważyła Anabell, takie doświadczenia w innych krajach miały spektakularny skutek, czyli praktycznie żaden. Ale być może u nas będzie lepiej, bo nasz rząd zamierza go wprowadzić wraz z innymi programami. Kolejny z nich przedstawił nam Minister zdrowia. Mam na myśli Narodowy Plan Prokreacji. Przyznam, że w pierwszej chwili przecierałem oczy ze zdumienia, ze względu na różne (okazało się, że mylne) skojarzenia. Nie znając jeszcze treści pomyślałem sobie, dobrze Asmodeusz, że jesteś emerytem, ciebie na pewno przymusowa prokreacja nie obejmie, choć z drugiej strony takie wykluczenie też nie jest komfortowe. Przecież mnie się kobiety jeszcze podobają i miewam czasami kudłate myśli z nimi związane. Inna sprawa, że pewnie moja emerytura i wiek nie gwarantują dwudziestokilkuletniego okresu wychowania latorośli.

  Na szczęście nie o przymusową prokreację w tym programie chodzi, choć czasami mam obawy, czy jednak ktoś z tych narodowo-katolickich ośrodków i na taki pomysł nie wpadnie. W końcu już były pomysły przywrócenia „bykowego” – przypomnę młodym, dodatkowych podatek dla kawalerów, którzy migali się od ślubu.  Że przesadzam z tymi ośrodkami narodowo-katolickimi? Zero przesady, bo w tytule projektu jest przymiotnik narodowy, a twórcami są właśnie katoliccy posłowie i ministrowie. Ale przejdźmy do sedna sprawy. Ten projekt zakłada przede wszystkim likwidację pomysłu poprzedniej ekipy, dotyczącego finasowania in vitro. Te środki przeznaczy się teraz na dokształcanie,  profilaktykę i diagnostykę. Wypisz wymaluj – naprotechnologia, jedyna popierana przez Kościół metoda walki z niepłodnością (sic!) Coś się komuś pomyliło, bo ta metoda nie leczy, jedynie diagnozuje, czy przypadek niepłodności jest beznadziejny, czy może w jakiś naturalny sposób ta diagnostyka pomoże kobiecie zajść w ciążę. Jeśli przypadek jest jednak beznadziejny, beznadziejny przy tej metodzie pozostanie.

  Byłbym jednak niesprawiedliwy. Ten projekt ma trzy plusy. Pierwszy, nomen omen, metody in vitro nie zakazuje. Przynajmniej na razie. Jeśli więc kogoś stać wybulić 8-20 tys. zł niech sobie z in vitro eksperymentuje, projektodawcy nowego Projektu, za bruzdę dotykową dzieci poczętych taką metodą odpowiedzialności nie biorą. Drugi plusem jest bez wątpienia edukacja, choć i tu jest pewne „ale”, bo ona nie dotyczy edukacji seksualnej, a jedynie ma uświadamiać, co płodności szkodzi. I tak do szkodliwych należą bez wątpienia obcisłe spodenki noszone przez panów. Jest też mowa o odżywianiu i higienie. Ja się tu całkowicie z tym zgadzam, tylko niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego do propagowania takiej świadomości ma się tworzyć specjalistyczne kliniki? Nie wystarczą dwie godzinki dodatkowych, ale obowiązkowych zajęć, np. w czasie nauk przedmałżeńskich o higienie, właściwym ubieraniu i odżywianiu? Wreszcie trzeci, chyba najbardziej rozsądny punkt, czyli diagnostyka. Bo w naszej kochanej służbie zdrowia jest z tym chyba najgorzej. Szkoda, że będzie tylko dotyczyć rozrodczości, ale dobre i to.

  Mam jednak poważne obawy czy te dwa pomysły „Rodzina 500+” i „Narodowy Plan Prokreacji”, nawet razem wzięte, jakoś znacząco poprawią dzietność w tym kraju. Wobec powyższego mam kilka innych, choć nie całkiem nowatorskich propozycji. Pierwszym to przede wszystkim przywrócenie bykowego, również dla panien i nie ograniczać go do momentu wzięcia ślubu. Ten podatek niech znika dopiero wraz z narodzeniem się drugiego dziecka. I dziura w budżecie będzie mniejsza, i pewność, że małżonkowie na jednym dziecku nie poprzestaną. Mam też bardziej drakoński pomysł. Na ten przykład, jeśli małżonkowie do dwóch lat nie mają dziecka, a po badaniach okaże się, że są płodni, poddać małżonkę przymusowej  inseminacji. Jeśli będą unikać drugiego dziecka – również. Cel szczytny i jakże odmienny od eutanazji. Kolejny to wycofanie wszystkich środków antykoncepcyjnych z ogólnodostępnej sprzedaży, z kondomami włącznie. I można by jeszcze zmniejszyć kary dla gwałcicieli, bo dziecko z gwałtu jest dla narodu równie cenne jak każde inne (jedyny wyjątek to dzieci z in vitro, które już tak cenne nie są). I na koniec jeszcze jeden pomysł. Okresowe, dorywcze i niezapowiedziane kontrole bielizny młodzieży szkół ponadpodstawowych, bo jak wcześniej wspomniałem, obcisła bielizna sprzyja niepłodności. W zimie przydałby się nakaz noszenia barchanów, by nie przeziębić narządów rodnych. Seksowna bielizna powinna być ściśle reglamentowana. Zdrowa, a przede wszystkim płodna młodzież – to duma narodu...

p.s. jestem otwarty na inne propozycje.